fbpx

Czy sukces rewiduje znajomości?

Sukces rewiduje znajomości
Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych. (Fot. iStock)

Jeśli z niepewnej siebie osoby przeobrazisz się w śmiałą i ambitną, to licz się z tym, że część twoich przyjaciół się wykruszy. Ale ci prawdziwi zostaną. O tym, jak sukces rewiduje nasze znajomości, opowiada coach Karolina Cwalina.

Czas zmiany, budowania swojego sukcesu – to moment próby dla naszych przyjaźni?
Nie dla każdej. Sama mam przy sobie ludzi, których bardzo cieszy moje szczęście czy powodzenie w sprawach zawodowych. Kibicowali mi od samego początku, przez wiele lat, i trwali przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierali w gorszych momentach i popychali do przodu. Tacy przyjaciele są ze mną do dziś i wiem, że będą zawsze. Natomiast prawda jest taka, że każda relacja ma swoją dynamikę – coś wnosimy my, coś innego wnosi druga osoba. Duża zmiana w życiu jednej ze stron zaburza to status quo. Siłą rzeczy zmienia się też relacja.

To znaczy?
Jesteśmy przyzwyczajeni, że nasz przyjaciel jest „jakiś”. Ma swoje wady oraz zalety, ale właśnie to w nim lubimy. Jeśli poznałyśmy przyjaciółkę jako niepewną siebie dziewczynkę, trudno nam nagle zmienić perspektywę i zobaczyć w niej silną kobietę sukcesu. Może okazać się, że dobrze nam było w sytuacji, kiedy była mniej przebojowa. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

Schudłam kilkadziesiąt kilogramów, spełniłam swoje marzenia o byciu coachem, założyłam firmę „Sexy zaczyna się w głowie”. Wygląd, jak się okazało, był tylko małą cząstką mojej pracy nad sobą. Zmieniłam się głównie wewnętrznie. Uwierzyłam, że w końcu mogę działać i cieszyć się czasem, który już umiałam dobrze rozplanować. Wiedziałam, jak się motywować, aby sprostać wyzwaniom, które się przede mną pojawiały. Stawałam przed lustrem i potrafiłam się do siebie uśmiechnąć, nabrałam pewności, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie boi się zmian i potrafi walczyć każdego dnia. Mogę więc śmiało powiedzieć, że doświadczałam różnych reakcji ludzi. Kilka osób było przyzwyczajonych do tamtej Karoliny – niepewnej siebie, która brak poczucia wartości pokrywała wiecznym uśmiechem, robieniem wszystkiego, żeby inni ją lubili. Byłam „siostrą z wyboru”. Kiedyś więcej mi wybaczano. „No bo ona taka biedna, chora”. Gdy wyszłam z ciężkiej choroby, a potem wzięłam się za siebie – niektórzy nie za bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Prawdziwi przyjaciele cieszyli się razem ze mną i byli bardzo dumni. Inni, których uważałam za bliskie osoby, potrafili powiedzieć, że mam po prostu szczęście w życiu i mogę sobie robić, co chcę… Bolało, ale też nauczyłam się stawiać temu czoła. Robię dalej swoje, wspieram kogo mogę, i widzę, jak dobro wraca. Grunt to się nie poddać, nieżyczliwi ludzie są wszędzie.

Nie wspierali cię?
Zaczęłabym w ogóle od tego, że chyba łatwiej wspierać osoby słabsze od nas, potrzebujące pomocy. Po pierwsze, czujemy się wtedy naprawdę ważni i potrzebni. Po drugie, taki ktoś nie jest dla nas konkurencją, a dzisiejszy świat powoduje, że często konkurujemy nawet z najbliższymi. To my w tej pozycji jesteśmy silniejsi. Ja mam stałego partnera, ona nie ma, ja mam dobrą pracę, ona nie. Porównujemy się z innymi, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy. Jeśli porównanie wypada na naszą korzyć – możemy odetchnąć z ulgą i dawać komuś wsparcie. Zaspokajamy w ten sposób dwie istotne potrzeby – bycia ważnym i poczucia, że jesteśmy wyjątkowi. A nie jest łatwo być wyjątkowym na tle kogoś zaradnego, prawda? Oczywiście, nie zawsze pomagamy komuś z pozycji wyższości, ale bardzo często dopiero, gdy ktoś odnosi sukces, widzimy, co nas z nim naprawdę łączy. I czy to „wspieranie” to była reakcja na jakieś jego przejściowe kłopoty, czy raczej nieuświadomiony sposób na wzmacnianie swojego ego.

Zazdrość u swoich źródeł wiąże się z poczuciem wartości. Kiedy myślałam, że czegoś nie zrobię, nie umiem, nie nadaję się do tego, patrzyłam z zazdrością na innych, którzy potrafili, i zastanawiałam się, jak to robią, zamiast sama ruszyć do działania. Dziś, kiedy jestem szczęśliwa sama ze sobą, robię to, co kocham, i mam poczucie, że moje działania mają sens – jest zupełnie inaczej. Kibicuję innym, cieszę się, gdy spełniają swoje marzenia. Bo wiem, ile to ich kosztuje, jaką drogę muszą pokonać. Gdy patrzymy z boku, wszystko wydaje nam się takie łatwe. Lubię zawołanie: „Wstań, zrób to sam”. Często nie zdajemy sobie sprawy, że osoby, które osiągają tzw. sukces, po prostu bardzo ciężko na niego pracowały i innym zazdroszczą na przykład wolnego czasu. Trzeba po prostu robić swoje, nie oglądając się na innych.

Co jest dla nas trudne w sukcesie innych?
Sukces to pojęcie bardzo względne. Ale na ogół jako ludzi spełnionych postrzegamy tych, którzy osiągają swoje cele. To może nas złościć, szczególnie gdy my sami zamiast działać, wolimy narzekać, znajdować setki powodów, żeby nie realizować planów. Możemy wtedy zacząć unikać tej osoby albo dewaluować jej osiągnięcia.

Czyli?
Czyli jeśli z niepewnej siebie osoby staniesz się kobietą sukcesu, która spełnia marzenia, jest ambitna – pewnie część twoich przyjaciół się wykruszy. Widzisz, bo to trochę jest tak, że im więcej my sami ze sobą zrobimy, tym mamy głębsze poczucie, że się da. Że to jest właśnie kwestia planu, pokonania swoich ograniczających przekonań, w końcu – ciężkiej pracy. Ale większość rzeczy, jeśli tylko zdrowie nam dopisuje, jest w zasięgu ręki. Tyle że takie myślenie nie pasuje do naszej polskiej mentalności. Jeśli taka się stajesz – możesz być zagrożeniem dla ludzi, którzy kurczowo trzymają się przekonań: „Zmiany są niemożliwe”, „Tego się nie da, tamtego też”, „To nie dla mnie” , „Ty możesz, ja nie, bo mam to i to na głowie”.

Mówiłaś o dewaluowaniu osiągnięć.
Prawdziwy przyjaciel będzie cię wspierał, a gdy ci się uda osiągnąć cel, powie: „Super! Podziwiam. Cieszę się”, „Trzymaj tak dalej” – i będziesz czuć, że to jest autentyczne i szczere. Dewaluowanie to komunikaty wprost albo naokoło, ale chodzi w nich o pomniejszenie tego sukcesu. Ja słyszałam: „Coaching? To się nie sprzeda, bo za drogie”, „Jesteś za młoda, kto będzie do ciebie przychodził”, „Sexy zaczyna się w głowie? Co za infantylne hasło!”. Rzeczy totalnie niewspierające.

Czasem ktoś ci mówi je wprost, a czasem obgadując w gronie znajomych. Warto pamiętać, że osoby, które nas krytykują, najczęściej robią to z poczucia niespełnienia. Albo zazdroszczą, albo nie mają dość siły i samozaparcia, żeby realizować swoje cele. Część tych emocji jest naturalna – większość z nas je odczuwa. Ważne jednak, co z nimi robimy.

Jakimi ludźmi warto się otaczać, kiedy chcemy się zmienić? Albo gdy już to robimy?
Takimi, którzy inspirują, dodają energii, są szczerzy, ale którzy potrafią też nas zastopować. Czasem, gdy nagle odkrywamy jakąś pasję czy drogę, stajemy się egocentryczni. Prawdziwa przyjaciółka powie wtedy bez owijania w bawełnę: „Opamiętaj się!”, ale jednocześnie nigdy nie podetnie ci skrzydeł. Da ci pewność, że cokolwiek zrobisz dla siebie, ona będzie ci w tym kibicować, chyba że zaczniesz sama sobie szkodzić.

No właśnie, jak rozpoznać, czy nie uderzyła nam woda sodowa do głowy?
Do momentu, kiedy traktujesz innych z szacunkiem – wszystko jest w porządku. My też mamy prawo na chwilę zająć się sobą, mieć inne priorytety. Ktoś, kto na przykład rozwija swoją firmę – nie ma już tyle czasu dla znajomych. Czasem wystarczy jeden SMS na miesiąc i wiemy, że ktoś o nas myśli. Warunek, oczywiście, żeby to nie zamieniło się w stan permanentny, choć pewnie im bardziej jesteśmy spełnieni, tym grono tych najbliższych jest węższe – nie musimy się już karmić innymi, żeby mieć poczucie wartości, sami dla siebie jesteśmy wsparciem.

Ja całe życie walczyłam o ludzi. Chciałam, żeby mnie każdy lubił, bo sama siebie nie akceptowałam. Dziś już nie mam poczucia, że musi mnie kochać cały świat, siłą rzeczy odpuściłam pewne relacje, gdy stałam się bardziej zabiegana. Transformacja to naprawdę ważny moment, dobry na odpowiedzenie sobie na pytanie: „Jakich przyjaciół wybierałam do tej pory?”, „Jakie związki z nimi budowałam?”, „Jakie ich potrzeby zaspokajałam, a jakie oni moje?”. Ważne też, żeby zobaczyć, kogo teraz przyciągamy. Może nagle zainteresowały się nami osoby do tej pory niedostępne, które kiedyś na nas patrzyły z góry? I warto też odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy naprawdę chcemy je mieć w gronie swoich bliskich?”.

Karolina Cwalina ECPC, coach, autorka programu „Sexy zaczyna się w głowie”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze