Świadome milczenie – sposób na osiągnięcie wewnętrznego spokoju

Świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. (fot. iStock)

Żeglarze mówią o ciszy przed burzą, gdy na kilka minut przed nadejściem sztormu wiatr cichnie i fale się uspokajają. My na lądzie, trochę naiwnie, wolimy „zagadywać ciszę”, żeby uchronić się przed życiowymi burzami. Tymczasem to właśnie świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. Na własnej skórze przekonała się o tym Monika Stachura.

W dniu 29 sierpnia 1952 roku w sali koncertowej Maverick w stanie Nowy Jork melomani usłyszeli 273 sekundy ciszy. Nie był to jednak przypadek ani awaria techniczna, a utwór zatytułowany „4´33˝” amerykańskiego kompozytora Johna Cage’a, który z zamiarem jego napisania nosił się od lat. Wykonawcą kompozycji był młody pianista David Tudor, który zachowywał się zgodnie z konceptem twórcy: w oznaczonym na partyturze czasie opuszczał i podnosił klapę klawiatury instrumentu, sygnalizując w ten sposób trzy kolejne części. Po ostatniej zbulwersowana widownia zaczęła głośno dyskutować o tym, co zobaczyła. Właśnie to przyglądanie się – zamiast słuchania, bo przecież przestrzeń była pełna odgłosów dobiegających spoza budynku i od strony audytorium – zarzucił jej potem Cage.

Pięćdziesiąt lat później publiczność zdawała się już bardziej doceniać podobne poszukiwania artystyczne. W 2005 roku do kin trafił niemiecki dokument w reżyserii Philipa Gröninga „Wielka cisza”, opowiadający o klasztorze Kartuzów położonym we francuskich Alpach, niespełna 30 km od popularnego ośrodka sportów zimowych Grenoble. Ponaddwugodzinny film, w którym jedynym dźwiękiem były śpiewy mnichów, nie tylko spodobał się widzom, ale i otrzymał dwie ważne nagrody: Europejską Nagrodę Filmową oraz Nagrodę Jury w konkursie Kino Światowe na festiwalu Sundance. Wygląda na to, że w naszych niespokojnych czasach coraz więcej osób zwraca się ku ciszy. I nic dziwnego, skoro – jak twierdzi Eckhart Tolle, jeden z najbardziej wpływowych nauczycieli duchowych – to ona jest naszą prawdziwą naturą.

W 2013 roku w SENSie, gdy nie pracowałam jeszcze w redakcji, ukazał się wywiad z ówczesnym opatem klasztoru w Tyńcu. Benedyktyni nie składają ślubów milczenia, ale to podstawowy element w ich formacji duchowej, który znalazł się w regule opracowanej przez założyciela zgromadzenia, św. Benedykta z Nursji. Nic dziwnego, ponieważ w tradycji monastycznej milczenie jest głęboko zakorzenione, jego początki sięgają pierwszych wieków chrześcijaństwa i tradycji tzw. ojców pustyni, którzy upatrywali w nim nade wszystko możliwość lepszego usłyszenia głosu Boga, ale też uwolnienia się od pokusy popełniania grzechów mową. We wspomnianym wywiadzie ojciec Bernard Sawicki jako przykład przywołuje „krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych”. „Cisza to wyraz pokoju” – dodaje. A tego przecież pragniemy wszyscy!

Walenie serca, szum krwi

Doświadczenie „4´33˝” utwierdziło Johna Cage’a w przekonaniu, że całkowita cisza nie istnieje. To samo, już z naukowego punktu widzenia, twierdzi Mylènse Pardoen z Instytutu Studiów nad Człowiekiem w Lyonie. Na szczęście, można by powiedzieć, bo już nawet pobyt w tzw. komorach bezodbiciowych, czyli specjalnie wygłuszonych pomieszczeniach do testowania głośności, przyprawia ludzi o szaleństwo.

Powieściopisarz George Foy tak wspomina swój pobyt w laboratoriach Orfield w Minnesocie, gdzie znajduje się drugie z kolei (po nowo otwartym laboratorium firmy Microsoft w Redmond w stanie Waszyngton) najcichsze miejsce na Ziemi: „Kiedy zamknęły się za mną drzwi, zatopiłem się w ciemności (światła mogą wytwarzać hałas). Przez kilka pierwszych sekund czułem, że tak spokojne miejsce jest jak nirwana, jak balsam na moje stargane nerwy. Starałem się usłyszeć cokolwiek i… nie słyszałem nic. Po jakiejś minucie czy dwóch zauważyłem, że oddycham, więc wstrzymałem oddech. Potem doszedł do mnie głuchy odgłos bicia serca – z tym nic nie mogłem zrobić. Wraz z upływem kolejnych minut usłyszałem szum krwi płynącej w żyłach. W cichym miejscu słuch się wyostrza, mój pracował ponad wszelką normę. Zmarszczyłem czoło i usłyszałem, jak skóra głowy przesuwa się po czaszce, co wydawało dziwaczny upiorny metaliczny dźwięk, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Doznałem halucynacji? Poczucie spokoju ustąpiło miejsca rozczarowaniu – to miejsce wcale nie było ciche”.

Trud odosobnienia

Organizowane w różnych nurtach duchowości odosobnienia cieszą się dużą popularnością, lubię ciszę, więc od dawna wybierałam się na jedno z nich. Trochę jak sójka za morze. Aż do chwili, gdy pewnego dnia – podejmując decyzję w ostatniej chwili – znalazłam się w jednym z ośrodków rekolekcyjnych oo. jezuitów.

Z przekazów innych uczestników wiem, że zazwyczaj przejście w stan milczenia poprzedza wprowadzenie. Ponieważ jednak wraz z kilkorgiem osób dołączyliśmy do grupy, która rozpoczęła swoje skupienie kilka dni wcześniej, wpadłam od razu na głęboką wodę. Już pierwszy posiłek na miejscu odbywał się w ciszy, przerwanej bardzo krótkim komunikatem ojca prowadzącego skupienie. Ale – jak się okazało – to wcale nie brak możliwości rozmowy okazał się największym problemem.

Podczas naszych dni skupienia nie dążyliśmy do osiągnięcia idealnej ciszy wokół, a do osiągnięcia ciszy wewnętrznej, także poprzez milczenie. Nie tzw. znaczące, które zwiastuje kryzys w relacji ani wstydliwe czy zalęknione milczenie ofiary, lecz świadome powstrzymanie się od mówienia, także przez telefon, w zaciszu pokoju czy na spacerze. Z mojej perspektywy było to najłatwiejsze, bo i sama na co dzień często wybieram ciszę: w domu nie mam telewizora ani radia, za pośrednictwem Internetu słucham i oglądam tylko to, co chcę, i szczerze mówiąc, mam nawet problem z zaśnięciem, gdy na wakacjach trafiam na pokoje z oknami wychodzącymi na ulicę.

Trudne nie było nawet to, że wzajemnie się nie pozdrawialiśmy, nie pytaliśmy, czy wszystko dobrze, i nie proponowaliśmy herbaty podczas posiłków – choć przyznaję, że z początku wydawało mi się to nienaturalne i jakby niegrzeczne. Prawdziwym, wielkim wyzwaniem było wyciszenie wewnętrzne. Miałam wrażenie, że niezajęty mówieniem umysł w każdej, dosłownie w każdej jednej chwili produkuje tysiące niepowiązanych myśli. Prawdziwy atak przypuszczały one, gdy rozpoczynaliśmy medytację – niepokoiłam się upomnieniem o zwrot książek z biblioteki, prowadziłam wyimaginowane dialogi, odpowiadałam w myśli na maile, myślałam o pracy, rodzinie, robiłam plany na wakacje… „To normalne – uprzedził nas wcześniej jezuita prowadzący dni skupienia – najważniejsze, to jak najszybciej uchwycić ten moment i powrócić do modlitwy, dla której tu jesteście”. Normalne i bardzo powszechne – jak się okazało po zakończeniu skupienia, gdy wielu uczestników podzieliło się wrażeniami.

Moje odosobnienie trwało trzy dni, z których każdy był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zaczęło się od krótkiego treningu oddechowego, podstawy każdej medytacji. Pierwsza sesja trwała 10 minut, kolejne o pięć minut dłużej – mieliśmy nie kontrolować zegarków i czekać na sygnał końca. Pomiędzy sesjami robiliśmy krótkie przerwy, cały czas w skupieniu, tylko po to, by wyrwać z odrętwienia nieprzyzwyczajone do siedzenia w całkowitym bezruchu ciała. Doświadczenie innego upływu czasu, gdy pozostaje się z zamkniętymi oczami w ciszy, znane jest każdemu, kto kiedykolwiek medytował. Nakaz milczenia sprawia, że nie można się od razu wygadać i dłużej zachowujemy je w sobie.

Ojciec rekolekcjonista z dużą uważnością uczulał nas zresztą na to, by powstrzymać się od mówienia nawet w tzw. dobrej wierze, gdy cisza może w gwałtowny sposób wyzwolić u kogoś długo tłumione emocje. To dało mi do myślenia, jak bardzo słowem, okrzykiem czy głośnym komentarzem możemy nieświadomie naruszyć czyjąś przestrzeń i jego spokój wewnętrzny… Nie mam już wątpliwości, że milczenie uwrażliwia na innych.

Tęsknota za milczeniem

„Poszukiwanie ciszy zmieniło moje życie. Zrozumiałem, że pozostawienie przestrzeni na chwile ciszy w ciągu dnia to klucz do szczęścia – dają możliwość do zastanowienia się, czego chcesz w życiu. Jak możesz naprawdę skupić się na czym ważnym, jeśli jesteś rozpraszany przez ciągły hałas w tle? Jeśli możesz co jakiś czas stać się panem dźwięku we własnym otoczeniu – począwszy od wyłączenia telewizji aż do przeprowadzki na wieś, jak ja zrobiłem – o wiele łatwiej akceptujesz codzienny gwar” – mówił George Foy. A ten będzie tylko głośniejszy, bo żyjemy w erze kakofonii: dookoła nas co chwila rozbrzmiewają dzwonki i powiadomienia telefonów, do tego nieprzerwany hałas samochodów, rozmowy w autobusie czy tramwaju, głośna muzyka w sklepach i centrach handlowych. Jak najczęściej staram się być panią dźwięków we własnym domu, ale wciąż tęsknię za całkowitym milczeniem. Następnym razem wybiorę się na dłużej.