fbpx

Syndrom DDA – bagaż na całe życie

Syndrom DDA - problem na całe życie
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)

Uzależnienie rodzica i jego psychiczna nieobecność w życiu dziecka to problem na całe życie. Przeszłości się nie zmieni, ale można uporządkować uczucia. Pomaga w tym znalezienie „dobrego obiektu” – mówi terapeutka Jolanta Łagodzińska.

Pojawiają się ostatnio głosy, by syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) potraktować szerzej i zacząć mówić o nim w kontekście problemu dzieci rodziców uzależnionych, bez względu na rodzaj nałogu. Co pani o tym sądzi?
To słuszna koncepcja. Dziecko cierpi bowiem tak samo mocno, gdy rodzica nie ma przy nim z powodu alkoholu, narkotyków czy hazardu. Ale dysfunkcja w rodzinie może nastąpić także z innych przyczyn: zaburzeń psychicznych rodzica czy ciężkiej choroby któregoś z dzieci – bo jeśli spowoduje to, że wszyscy są zajęci jego ratowaniem, pozostałe rodzeństwo zostaje zaniedbane. Dlatego ja proponowałabym jeszcze bardziej rozszerzyć to spektrum i zacząć mówić o problemach dorosłych dzieci rodziców nieobecnych, zawodzących, krzywdzących. Bez względu na źródła tej nieobecności”.

Syndrom DDA zakreśla charakter problemów osób nim dotkniętych, ale przez to może trochę odizolowuje je od innych kwestii dorastania, co nie znaczy, że nie opisuje prawdy. Poza tym pełni ważną funkcję: pozwala nazwać problem. Opracowanie skutecznych metod terapii pomogło wielu osobom uporać się z traumą przeszłości. Umożliwiło nazwanie miotających nimi uczuć oraz uświadomiło, że nawet jeśli są one trudne, to mają do nich pełne prawo. Mogli też wreszcie pozbyć się irracjonalnego poczucia winy, że ojciec czy matka pili.

Wspólnym mianownikiem przeżyć dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest chyba to, że w rzeczywistości nigdy nie miały dzieciństwa?
To prawda, często zamiast być dzieckiem musiały w jakiś sposób spełniać rolę opiekuna rodzica uzależnionego lub opiekuna drugiego rodzica, który miał z uzależnionym partnerem kłopoty. Taka sytuacja powoduje w głowie i sercu prawdziwy zamęt – duma miesza się z poczuciem krzywdy, pewność z niepewnością… Dziecko pozostaje zazwyczaj w tej plątaninie uczuć bardzo osamotnione.

Trzeba pamiętać, że rodzic uzależniony wpadł w nałóg z jakiegoś powodu. Zazwyczaj ma poważne problemy natury emocjonalnej i nie potrafi ich rozwiązać inaczej, niż zagłuszając nałogiem: hazardem, alkoholem, narkotykami, pracą czy seksem. Nie umie nazywać swoich stanów psychicznych – emocji, pragnień czy potrzeb, a co za tym idzie, rozmawiać o sprawach dla niego trudnych. Najprawdopodobniej jego rodzice również tego nie potrafili, więc go tego nie nauczyli. Teraz niemoc przekazuje swoim dzieciom. Te zaburzone relacje potrafią się ciągnąć przez całe pokolenia.

Dzieci uzależnionych, nieobecnych rodziców będą mieć problemy w relacjach z własnymi dziećmi?
One w ogóle nie odnajdują się w relacjach – między innymi dlatego, że mają silną potrzebę kontrolowania uczuć nie tylko własnych, lecz także przyjaciół, partnera czy swoich dzieci. Takie osoby zazwyczaj nie potrafią się rozluźnić, pozwolić sobie na spontaniczność. Bliskość wzbudza w nich panikę, a brak bliskości – cierpienie. Utrata kontroli nad własnymi uczuciami powoduje lęk i stany depresyjne.

Rodzic jest dla dziecka alfą i omegą, więc jeśli zawodzi i porzuca, serwuje mu prawdziwy dramat. Po takim doświadczeniu synowi czy córce trudno w dorosłym życiu obdarzać zaufaniem zarówno ludzi, jak i świat.

Uderza to chyba także w ich podstawowe poczucie własnej wartości?
Rodzic tkwiący w nałogu nie potrafi objaśnić swojemu dziecku świata, a nawet jeśli to robi – w chwilach trzeźwości – to potem zaprzecza wszystkiemu swoim postępowaniem i niekonsekwencją. Nie jest w stanie pomóc dziecku w nazwaniu tego, co ono przeżywa. Zresztą skąd ma to umieć, skoro sam nie wie, co się tak naprawdę z nim dzieje? Prędzej obarczy dziecko jeszcze swoimi emocjami.

Myślę, że zaniżone poczucie własnej wartości jest czymś wspólnym dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych. I nawet jeśli taka osoba odnosi znaczący sukces, jest podziwiana, to i tak często czai się w niej gdzieś głęboko ukryte zwątpienie we własne siły i możliwości. A temu towarzyszy strach, że lada chwila wyjdzie na jaw prawda i wszyscy dowiedzą się, że jest kimś bezwartościowym. Pod zewnętrzną maską powodzenia często kryje się depresja. Czarna dziura, jaką nosi w sobie dziecko, nie pozwala mu w pełni cieszyć się życiem. I jeśli się z nią w końcu nie upora, może – tak jak rodzic – popaść w jakiś rodzaj nałogu jako autodestrukcyjnej obrony, żeby zagłuszyć w sobie rozpacz.

Nie da się w nieskończoność udawać przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku…
Tłumiony ból psychiczny szczególnie mocno daje o sobie znać w chwilach przełomu, a więc: przejścia z dojrzewania w dorosłość, zakończenia studiów i rozpoczęcia pracy, małżeństwa, narodzin dziecka… Wówczas rozpacz może osiągnąć takie rozmiary, że dotknięta nią osoba kompletnie się pogubi.

Dorosłe dzieci rodziców uzależnionych, zawodzących często tkwią w nieustannym rozdarciu między jątrzącą się raną z przeszłości a mobilizowaniem się do jak najlepszego funkcjonowania w teraźniejszości. To tak jakby mieć spory garb, a ze wszystkich sił starać się trzymać prosto, jak struna.

Można ten ciężar zrzucić?
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Jest jaka jest i zawsze nosimy ją w sobie. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.

Jak to zrobić?
Każdy przypadek jest odmienny, bo o sile traumy decyduje konkretny układ rodzinny. Z innym ciężarem boryka się kobieta, której ojciec był uzależniony, ale mogła liczyć na wsparcie matki, a z innym taka, która musi się zidentyfikować z matką tkwiącą w nałogu albo broni się przed tym tak bardzo, że nie może w pełni skorzystać z własnego potencjału, nie potrafi być sobą. Ważne też, który rodzic był uzależniony i jak zachowywał się drugi. Jaką postawę przyjmowała dalsza rodzina… Takie czynniki oraz wyposażenie genetyczne dziecka decydują o rodzaju i sile zaburzeń.

Na czym polega wpływ genetycznego wyposażenia?
Chodzi tu głównie o odporność na stres – ona jest również zdeterminowana biologicznie. Można to zaobserwować już na etapie wczesnego dzieciństwa. Jedne noworodki zwyczajnie łatwiej znoszą dyskomfort spowodowany dźwiękiem, światłem czy brakiem matczynej piersi, inne w podobnych, niesprzyjających okolicznościach szybciej wpadają w rozpacz.

Jaki rodzaj terapii dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest najbardziej właściwy?
Ważne, żeby to była terapia głęboka, pozwalająca dowiedzieć się: co czuję, co myślę, co się właściwie ze mną dzieje, co jest nie w porządku z moim życiem. Powinna to być terapia badająca nieświadome powody działania i powtarzania destrukcyjnych schematów.

Jednym pomoże terapia grupowa czy grupy wsparcia – ludzie o podobnych doświadczeniach stwarzają przestrzeń, w której można się odnaleźć, pomyśleć: inni mają tak samo, wypłakać się, wyżalić i być lepiej zrozumianym. Innym bardziej będzie odpowiadać terapia indywidualna, bo pozwoli skupić się im bardziej na sobie. Stwarza ona także szansę na odzyskanie tzw. dobrych obiektów, czyli takich postaci z przeszłości, które w dzieciństwie dawały chociaż trochę wsparcia, zrozumienia i opieki. To może być babcia, ktoś z rodzeństwa, dalsza kuzynka czy nauczyciel. Powrót do pozytywnego doświadczenia relacji z taką osobą pozwala dostrzec, że jednak był ktoś przewidywalny, wspierający, a więc nie cały świat zawodził i ranił.

Można powiedzieć, że dopóki dorosłe dziecko uzależnionego, zawodzącego rodzica nie przepracuje negatywnych doświadczeń w obecności neutralnej postaci terapeuty, który pomieści w sobie jego trudne uczucia: gniewu, wstydu, żalu, pretensji i straty po niespełnionym pragnieniu posiadania dobrego rodzica – tak długo nie odzyska dla siebie „dobrego obiektu”. Wówczas „zły obiekt”, a więc uzależniony rodzic, cały czas ma siłę negatywnego oddziaływania i powraca w każdej istotnej w późniejszym życiu osobie – przyjacielu, partnerze, szefie…

Niczym zarzucona kotwica, nie pozwala wypłynąć na pełne morze?
Dorosłe dziecko uzależnionego rodzica dąży nieświadomie do tego, żeby spotykały je sytuacje powtarzające negatywne doświadczenie z dzieciństwa. Zdecyduje się na przykład na współpracę ze źle traktującym je zwierzchnikiem, na przyjaciół wybierze toksyczne osoby albo zwiąże się z nieodpowiedzialnym, raniącym partnerem. Zrobi tak, choćby świadomie deklarowało inne pragnienia, ponieważ w tych destrukcyjnych sytuacjach czuje się swojsko, dobrze je zna. Prowokując je, nie musi przeżywać napięcia związanego z lękiem, że za chwilę wydarzy się coś złego. Bo to złe ma na co dzień, jest do tego przyzwyczajone.

Przejście terapii jest tak ważne dlatego, że pomaga poznać i rozumieć siebie, a to podstawa wewnętrznej stabilności. Terapeuta tłumaczy, jak akceptować swoje emocje i jak lepiej siebie traktować. Dzięki takiej pracy nad sobą można przezwyciężyć podświadomy przymus powtarzania złego scenariusza z dzieciństwa i zacząć tak kierować swoim życiem, żeby doprowadzać do sytuacji, które budują, a nie niszczą.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułów
Zapisz się

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze