fbpx

Szkoła uczuć – Beata i Paweł

Szkoła uczuć - Beata i Paweł
Szkoła uczuć - Beata i Paweł Marchlowie (Fot. Marta Rybicka)

Cztery pary – każda z nich na zupełnie innym etapie życia – pytamy o to, jak im udaje się „naprawiać” miłość każdego dnia, oraz o to, jak ta miłość zmienia się z czasem. Tym razem rozmawiamy z Beatą i Pawłem.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia ani też nawet od drugiego. Poznaliśmy się przez moją koleżankę, mieliśmy wtedy po 20 lat – opowiada Beata Marchel. – Koleżanka przyprowadziła do mnie swojego kolegę. Jedyna w gronie znajomych miałam wtedy… wideo! Przyszedł po prostu obejrzeć film, nic ponadto. Obejrzał i wyszedł. Nie wpadł mi w oko ani ja nie wpadłam w oko jemu. Ponownie spotkaliśmy się po wielu latach. Przypadkiem, na jakimś evencie. Ja byłam po rozwodzie, a Paweł był zawodowym sportowcem, ciągle w podróży. Zadziałał temperament, hormony, trzeba powiedzieć jasno: wtedy chodziło tylko o seks – wspomina.

Szkoła uczuć - Beata i Paweł
(Fot. Marta Rybicka)

– Beata przez te lata, kiedy się nie widzieliśmy, wypiękniała, dojrzała jako kobieta, wydała mi się bardzo pociągająca, ale rzeczywiście, uczucia w tej relacji wówczas nie było – potwierdza Paweł. – Nawet kiedy częstotliwość naszych spotkań była coraz większa i z czasem – niejako z automatu – staliśmy się parą, ten związek przypominał tylko damsko-męską relację opartą w zasadzie głównie na namiętności – dodaje Beata. – I dopiero po wielu latach pojawiła się przyjaźń, którą cenimy sobie najbardziej.

Szkoła uczuć - Beata i Paweł
(Fot. Marta Rybicka)

– Żyliśmy ze sobą wiele lat, a jak się okazało, niewiele o sobie wiedzieliśmy, no i jeszcze egoizm – wyrastaliśmy z niego bardzo długo. Ta relacja przypominała przeciąganie liny – przyznaje Beata. – Nigdy nie mieliśmy wspólnych zainteresowań i żadne nie chciało zrobić kroku w stronę świata tej drugiej osoby. Mijaliśmy się, nie byliśmy siebie ciekawi – mówi. – Przyszedł moment, że nie byliśmy już w stanie rozmawiać o niczym, ustalić niczego, doszliśmy do ściany – opowiada Paweł. – Żona zajęta była sobą i swoją firmą, ja – po kontuzji – musiałem uporać się z myślą, że sport zawodowy nie jest już dla mnie, choć miałem bardzo dobre wyniki, musiałem raz na zawsze rozstać się z marzeniami o olimpijskich sukcesach. A potem zejść na ziemię, zająć się szukaniem na niej pracy. Nie umiałem dać sobie z tym rady, to mnie przerastało. Żona nie pomagała, ale prawda jest też taka, że ja tej pomocy nie umiałbym przyjąć. Byłem raczej wulkanem na chwilę przed wybuchem, a nie osobą, która poprosi o radę i tej rady wysłucha – przyznaje Paweł. – Jesteśmy ze sobą 30 lat i dzielimy te wspólne lata na dwa etapy – ten „do ściany”, kiedy to, co nas łączyło, było szalenie powierzchowne, i ten „od ściany”, etap spokoju, poczucia bezpieczeństwa – przyznają wspólnie. Początkiem nowego rozdania była terapia małżeńska. – Potraktowaliśmy ją jak ostatnią deskę ratunku – wóz albo przewóz – opowiada Beata. – Zadaliśmy sobie pytanie, czy nadal każde z nas chce wyłącznie mieć rację, czy spróbujemy być szczęśliwi. I dopiero po terapii, czyli po kilkunastu latach bycia razem, tak naprawdę udało nam się zbudować więź, poznać siebie, swoje potrzeby.

Szkoła uczuć - Beata i Paweł
(Fot. Marta Rybicka)

Cholernie trudno było się otworzyć, mówić szczerze, bo zupełnie nie mieliśmy takiego nawyku. Niemiło było usłyszeć różne rzeczy, które wzajemnie o sobie mówiliśmy u terapeuty. Czasem pojawiał się wstyd, czasem lęk, jak ta druga strona to przyjmie, ale oboje chcieliśmy walczyć. Myślę, że oboje sobie wtedy zaimponowaliśmy i to było scalające doświadczenie – opowiada Beata.

– Dziś nasz związek to zupełnie inna jakość, „wyższa półka”. I mam poczucie, że wciąż się wspinamy – mówi Paweł. – Nasze ostatnie wakacje, a przecież spędziliśmy ich wspólnie kilkadziesiąt, to był najlepszy urlop w moim życiu. Czy strzelał korek od szampana? Nie. Było spokojnie, nie fajerwerki, ale długie rozmowy z przyjaciółką, bardzo to sobie cenię – dodaje.

– Nasz syn ma już własne dzieci – opowiada Beata. – „Wypożyczamy” nasze wnuki, kiedy mamy siłę i chęć, cudownie spędzamy we czwórkę czas, a gdy chcemy być sami i cieszyć się tylko swoim towarzystwem, jesteśmy sami. Po prostu dolce vita! Idealny moment. Nie jesteśmy jeszcze bardzo starzy, ale starzy na tyle, by rozumieć, o co chodzi w życiu, o co warto walczyć, a kiedy broń odłożyć – mówi z przekonaniem Beata.

– Dziś romantyzm w naszym związku sprowadza się na przykład do tego, że musimy, zresztą dokładnie w tym samym czasie, wyrobić sobie… okulary! I właśnie jesteśmy na etapie przyzwyczajania się do noszenia progresów, a nie jest to łatwe zadanie, towarzyszymy sobie i to bardzo przyjemna proza życia. Nie trzeba mówić wierszem, żeby było dobrze – mówi Paweł. – Ja do tego domu przez długi czas nie lubiłem wracać. A dziś mój dom i moja żona to dla mnie prawdziwy azyl. Mam tu ciepło, którego wcześniej nie odczuwałem – dodaje Paweł.

Szkoła uczuć - Beata i Paweł
(Fot. Marta Rybicka)

– Zaczęliśmy się o siebie bać, troszczyć się o siebie, odwiedzamy wspólnie groby naszych bliskich i to rodzi w nas refleksję. O kruchości życia, o tym, jak ważni dla siebie jesteśmy – dodaje Beata.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze