Sztuka olewania i metoda „zero żalu”

Twórca metody f**k it nazywa ją najwyższą drogą duchową, gdyż umożliwia przejście od napięcia do odprężenia. (Fot. iStock)

Mówisz: „Nie obchodzi mnie”, „Nie dbam o to”. Albo wręcz: „Pieprzę to”, „Olewam”. Mniejsza o dosadność słów, chodzi o samą „olewczą” postawę, która może podziałać uwalniająco, a nawet… prowadzić do oświecenia. Jolanta Maria-Berent sprawdza, w czym jest rzecz.

Jak to? Mieć wszystko w nosie i się oświecić? To takie amerykańskie, takie upraszczające! A kto powiedział, że oświecenie ma być czymś skomplikowanym? Może to po prostu stan, który osiągasz, kiedy wrzucasz na luz, przestajesz przeszkadzać życiu i cieszysz się tym, co przynosi? Chrzanisz różne wysiłki i to, co powiedzą inni. Co za ulga!

Przyznaję – słowo „olewać” z trudem wychodzi mi spod klawiszy. Zawsze uważałam je za prostackie i – jak by to powiedzieć – ociekające fizjologią. Dlatego kiedy usłyszałam o tytule „Magia olewania” (wyd. Muza), skrzywiłam się. Co to za kombinacja? Cóż za oksymoron! Do tego autorka książki, Sarah Knight, sugeruje, jakoby miała przepis na wspomniane wyżej oświecenie. W podobne tony uderza John C. Parkin, autor książki „Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha” (wyd. Helion), który proponuje, by zdystansować się od świata, pieprząc wszystko: diety, pracę, pieniądze, pogodę, naprawianie świata, lęki… Typowo amerykańskie wymysły – szybko i bezboleśnie. Wystarczy przestać się przejmować. Dobrze, przestańmy na chwilę przejmować się słowami i sprawdźmy, o co w tym chodzi.

Zen po amerykańsku

Najpierw Parkin – on ze swoją filozofią pieprzenia bardziej do mnie przemówił. Sam przez
20 lat studiował i praktykował różne systemy filozoficzne oraz mądrość Wschodu, by założyć we Włoszech holistyczne centrum odnowy duchowej o nazwie „The Hill that Breathes”, gdzie propaguje swoją metodę. Nazywa ją „idealnym zachodnim środkiem wyrazu obrazującym wschodnie podejście”. Mówiąc najprościej: f**k it to takie zachodnie zen. Chodzi o uwolnienie się od przywiązań będących źródłem cierpienia. Jeśli przykładasz zbyt dużą wagę do pewnych spraw, rozwiązań i scenariuszy – pojawia się presja. Napięcie. Twoje dobre samopoczucie wciąż uzależnione jest od okoliczności zewnętrznych, szczęście obwarowane warunkami… A gdyby tak powiedzieć: „pieprzę to”, nie nadawać rzeczom tak wielkiego znaczenia, uznać, że jakoś to będzie (może lepiej, niż byś to sam wymyślił)? Przekonasz się, ile napięcia z ciebie zejdzie, jaki ciężar zrzucisz z barków! Może nawet zachłyśniesz się wolnością…

„Mówiąc »pieprzę to«, poddajesz się rytmowi życia” – przekonuje John C. Parkin. Przestajesz robić to, na co nie masz ochoty. Ustawiasz kurs na to, co sprawia ci frajdę. Rezygnujesz z zajmowania się tym, jak postrzegają cię inni.

Co do tej ostatniej kwestii Parkin i Knight są wyjątkowo zgodni: odpuść sobie zabieganie o akceptację, sympatię, uznanie (czy choćby zrozumienie) innych ludzi. Nie masz kontroli nad tym, co sobie pomyślą. Nie przekonasz wszystkich, nie uszczęśliwisz. Daremny trud. Dla Sarah Knight, dziennikarki i pisarki, rezygnacja z przejmowania się cudzymi opiniami jest wręcz warunkiem wstępnym praktykowania jej metody „Zero Żalu”. Na czym ona polega? Robisz inwentaryzację swojej mentalnej przestrzeni: dzielisz wszystkie sprawy na te, które cię denerwują, i takie, które dają radość. Potem decydujesz, w które wciąż chcesz się angażować, a które zostaną skreślone z listy grubym, czarnym markerem i odesłane w bliżej nieokreśloną przestrzeń ze stosownym pożegnaniem („mam cię gdzieś”). I wreszcie – kluczowy krok! – odpuszczasz sobie to, co skreśliłeś. Definitywnie, bez żalu.

Autorka „Magii olewania” wyróżniła cztery kategorie, w ramach których zaleca wykonanie takich mentalnych porządków. Pierwsza to rzeczy, druga – praca, dalej – „przyjaciele, znajomi, obcy” i wreszcie – rodzina. Kolejność jest istotna – stopień trudności wzrasta. John C. Parkin sam podaje listę rzeczy, które kwalifikują się do tego, by powiedzieć im „pieprzę to”. Choćby problemy. Już tylko tymi wywodzącymi się z dzieciństwa można by zajmować się w nieskończoność… „Jeżeli starasz się wyleczyć ból, zawsze pozostaje coś do wyleczenia” – twierdzi twórca filozofii f**k it. „Ból jest bowiem częścią życia. Życie to ból i przyjemność w jednakowych proporcjach”. Pieprz też to, kim chcesz być. Po prostu bądź sobą. Pieprz swoje nawyki, słabości, emocje. To chyba najprostsza droga do zaakceptowania siebie (a przy okazji innych). Pieprz samokontrolę i dyscyplinę (co za nuda, co za ograniczenie wolności!). Pieprz nawet plany i cele – trzymając się ich kurczowo, odrzucasz inne możliwości, nie korzystasz z nieskończonego potencjału, jaki niesie w sobie każda chwila. Czy nie lepiej być wolnym w wielkim świecie, pełnym darów i niespodziewanych zwrotów akcji?

Odzyskaj trójcę

Sarah Knight, pisząc o olewaniu, kładzie nacisk na umiejętność selekcji mówienia „nie”, John C. Parkin – na odpuszczenie kontroli. Żadne nie ma wątpliwości: odpuszczanie sobie pewnych rzeczy radykalnie zmienia życie. Knight mówi o „wielkiej trójcy”, którą odzyskujesz dzięki temu, że przestajesz się przejmować sprawami drugorzędnymi (weselami, gwiazdkami czy urodzinami kuzynki). Ta trójca to czas, energia i pieniądze. Zaoszczędzone dobra można spożytkować na tyle różnych (wspaniałych!) sposobów.

Inne korzyści z sugerowanego podejścia? Rozpuści się dużo lęku, niepokoju, tremy, zamartwiania się. Zdaniem Parkina twoje poglądy zmienią się, będą bardziej elastyczne. Może w ogóle przestaniesz ich potrzebować… Dostrzeżesz piękno w nieoczekiwanych rzeczach. Tak, piękno. Bo stwierdzenie „pieprzę to” nie oznacza nihilizmu, obrażania się na świat. Wręcz przeciwnie – nabierasz dystansu do siebie, do zdarzeń, rezygnujesz z kierowniczej roli, oddajesz stery życiu. A ono odwdzięcza się, podsyłając ci różne propozycje i rozwiązania. Cała sztuka polega na tym, że kiedy mówisz „pieprzę to”, rozluźniasz się. A kiedy znika napięcie, kiedy przestajesz czegoś chcieć, wtedy bardzo często to dostajesz! Niewykluczone nawet, że będziesz teraz więcej ćwiczyć i zdrowiej jadać, niż kiedy przestrzegałeś jakiegoś reżimu. Po prostu wszystko przyjdzie samo. Ułoży się.

Tak, skorzysta też ciało. Jeśli wierzyć Parkinowi, twoje rysy złagodnieją, kark i ramiona rozluźnią się, może przestaną ci dokuczać bóle głowy i mięśni. Twój organizm wróci do równowagi, zaczniesz cieszyć się ciałem, odczuwać przepływającą przez niego energię. Żeby cię w tym wesprzeć, Parkin proponuje układ „Pieprz to” – coś w rodzaju qigongu dla leniwych. To kilka prostych pozycji półleżących, siedzących i stojących – można je przyjmować w różnych miejscach i sytuacjach (podczas oglądania telewizji, czekania na autobus czy rozmowy). Regularność, dyscyplina? Cóż, jeśli chcesz uzyskać określone korzyści (relaks, lepszy sen, stabilny apetyt), przydadzą się. Ale jeśli ci się nie chce… już wiesz, jakie słowa będą tu najbardziej adekwatne.

Zołza czy oświecona?

Jak daleko można się posunąć w odpuszczaniu sobie, nieprzejmowaniu się? Każdy ma tu swoją granicę. John C. Parkin nie waha się powiedzieć: „Pieprz poszukiwanie”. Przestań szukać siebie, sensu, Boga i innych tego rodzaju rzeczy, które figurują na szczycie twojej listy. Przecież wszystko już jest – czego tu szukać? To jakiś kiepski dowcip: poszukując sensu w życiu, chcemy go znaleźć poza nim, poza tym, czego nam dostarcza.

A co powiesz na takie tezy: „Im mniej szukasz, tym więcej znajdujesz”, „Im mniej pragniesz, tym więcej otrzymujesz”? To nie wszystko: twórca filozofii f**k it nazywa ją Najwyższą Drogą Duchową. Uzasadnienie? Życie samo w sobie jest duchowe. Nie osądza, nie krytykuje. Po prostu płynie. Życie to łagodność i odprężenie. Poddanie się mu pozwala doświadczyć najwyższej wolności. – „Pieprzę to” umożliwia przejście od napięcia do odprężenia. Dlatego wypowiadanie tych słów jest przeżyciem duchowym – konkluduje Amerykanin.

Sarah Knight dokłada swoje: jej zdaniem ludzi, którzy się nie przejmują, można przydzielić do jednej z trzech kategorii: dzieci, zołzy i dupki, oświeceni. Pierwsza z oczywistych względów jest dla nas nieosiągalna, druga raczej nam się nie podoba. Zatem pozostaje się oświecić. Co do zołzy jeszcze: zakreślanie granic nie oznacza opryskliwości, lekceważenia innych (czy informowania ich, że zamierzasz „olewać” ich propozycje, zaproszenia). Rzecz nie polega na tym, żeby ranić czyjeś uczucia – no, chyba że dotyczy telemarketera, który dzwoni do ciebie po pięć razy dziennie. W innych wypadkach przyda się więcej dyplomacji i empatii. Ważne, żeby pamiętać, że pierwsze miejsce na twojej liście osób i spraw superważnych zajmujesz ty. Tu Knight i Parkin jakby się zmówili: oboje przywołują przykład instrukcji bezpieczeństwa podawanej podczas lotów: w sytuacjach awaryjnych najpierw załóż maskę tlenową sobie, dopiero potem dziecku. Jeśli nie zadbasz o siebie, niewiele zrobisz dla innych.