Taka, jaka jesteś – jesteś OK, czyli jak pozbyć się poczucia winy, wstydu, żalu, lęku i niepewności

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)

Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność… Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które – jeśli trwają zbyt długo – czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.