fbpx

Utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Tracąc, zyskujemy

Temat miesiąca: tracąc, zyskujemy
Ilustracja: Katarzyna Surman-Pisz

W naszych ciałach i psychice istnieją potężne mechanizmy odnowy i wzrostu. To znaczy, że jesteśmy w stanie podnieść się po każdej porażce i utracie.

Światowej sławy psychoterapeuta dr Peter A. Levine w książce dotyczącej traumy „Obudźcie tygrysa” pisze, że rodzimy się z naturalną zdolnością do przezwyciężenia wszelkich, najtrudniejszych nawet, doświadczeń utraty, a także regenerowania się po groźnych i stresujących wydarzeniach. Ciało, psychika i duch współpracują na naszą korzyść, napędzane potężną energią życia, która pragnie przejawiać się poprzez nas.

Aleksander Perski, założyciel szwedzkiej Kliniki Stresu, w swoich książkach (m.in. w „Poradniku na czas przełomu…”) zwraca uwagę na to, że biologicznie i psychicznie zostaliśmy wyposażeni tak, by zmierzać do zdrowia, harmonii i pełni. A także do odnowy. Nasze organizmy są mocne i ukierunkowane na życie. Nie zdajemy sobie sprawy, że nieustająco jesteśmy poddani potężnemu procesowi regeneracji organizmu. Około 20 lat temu południowoafrykański biolog Sydney Brenner odkrył zjawisko apoptozy, czyli „zaprogramowanego obumierania komórek”, za co w 2002 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Apoptoza polega na tym, że komórka, która żyje jakiś czas – u dorosłego człowieka obejmujący około 20 podziałów komórkowych – musi zostać usunięta. „Zawiadamia” więc sąsiednie komórki, że przyszła na nią pora. Sąsiedzi wysyłają cząsteczki proteinowe, małe pociski, które mają ją zniszczyć. Wówczas komórka rozrywa się na maleńkie cząstki, które są wchłaniane przez pobliskie komórki lub zostają wydalone z organizmu. Przestrzeń po obumarłej komórce zapełnia się w wyniku podziału komórki sąsiedniej. Rozmach tego procesu jest ogromny – w ciągu sekundy zachodzi około 20 milionów podziałów komórkowych, w wyniku których w naszym organizmie codziennie zmienia miejsce około dwóch kilogramów komórek. W ciągu całego życia w ten sposób przekształca się 70 ton komórek!

To pokazuje, że utrata i regeneracja leżą w naszej ludzkiej naturze. Jesteśmy dynamicznymi istotami, które są w stanie zmieniać środowisko, przekonania, poglądy, stosunek do życia, „puszczać” przeszłość i otwierać na przyszłość. Służą temu naturalne procesy, które jednak zaburzamy. Czym? Niezgodą, oporem, przywiązaniem do żalu i bólu, zamartwianiem się, rozmyślaniem o przeszłości. Niezrozumienie, że utrata jest nieruchomą częścią życia i daje miejsce nowemu.

Może być tak, ze kawałek naszego życia się rozpada, bo tracimy pracę, pieniądze, prestiż, bliską relację, jednak paradoksalnie czujemy ulgę. Ból, ale też ulgę. Mówi o tym wiele osób, które przeżyły stratę. Jakby coś głęboko w nas wiedziało, że utrata jest zwyczajnym doświadczeniem. Szansą. Otwarciem.

Może nie lubiliśmy swojej pracy i zostaliśmy z niej zwolnieni, żeby wreszcie odkryć swoją prawdziwą pasję i na przykład wyjechać na drugi koniec świata, by pomagać chorym i potrzebującym – wiele takich historii czytamy ostatnio w prasie. Być może miłość już dawno przeminęła, więc rozstanie z ukochanym było jedynie przypieczętowaniem utraty więzi – ten wątek także często słychać w życiowych opowieściach. Być może zostaliśmy okradzeni, by… poznać smak prostego życia.

Kiedy czujemy, że strata otwiera drzwi do nowych doświadczeń, nowej twórczości i rozwoju, wtedy pogodzenie się z nią, puszczenie tego, co już się wydarzyło, staje się uwalniające i ożywcze.

Możemy jednak utknąć w żalu i lęku o przyszłość. Dlaczego to przytrafił się właśnie mnie? Dlaczego życie mi to robi? Takie pytania rodzą wyczerpującą wewnętrzną walkę z tym, co jest. Nie jesteśmy w stanie jej wygrać. Opór nie chroni, a jedynie wzmacnia ból i pozbawia sił.

Wiele osób zatrzymuje się na tym właśnie etapie i nawet nie próbuje poskładać życia na nowo. Tragedia utraty wydaje się im tak przytłaczająca, że nie dostrzegają możliwości wyjścia z tej sytuacji. Bardzo często obwiniają innych za to, co się stało, przekonują siebie, że świat jest zły, ludziom nie można ufać, a los przynosi same nieszczęścia. Zdarza się też, że obarczają winą siebie. I tkwią przez długie lata w takich przekonaniach, w sytuacji bez wyjścia.

Przejście od „nie tak miało być” do „wszystko jest tak, jak być powinno” może zająć jakiś czas. Potrzebujemy ciszy, aby pobyć ze sobą, zagłębić się w siebie i odkryć, że jesteśmy czymś znacznie więcej, niż tylko wątpliwościami, obawami, osądami i przekonaniami, co jest właściwe, a co nie. A wtedy utrata stanie się kluczem do głębszego zrozumienia.

Utrata służy wyższemu dobru; jest startem do lepszego życia. Takie podejście może wydawać się przytłaczające, budzić niechęć, a nawet złość – jednak patrząc na swoje życie z tej duchowej perspektywy, otwieramy się na możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. A wtedy dostajemy pomoc. Wsparcie może nadejść w formie książki, terapeuty, grupy, nowego przyjaciela lub nowego pomysłu. Pisarz Albert Camus ujął to tak:

„W czasie głębokiej zimy nauczyłem się, że istnieje we mnie niezwyciężone lato”

Aleksander Perski codzienną praktykę kontemplacyjną uznaje za niezbędny czynnik odnowy, przywracający wewnętrzny spokój, akceptację, współczucie, miłość i wdzięczność. Wdzięczność za to, co utraciliśmy, to dobry początek.

Iwona Lis: „Podziękowałam”

W 2004 roku Iwona Lis straciła wszystko: dziecko, zdrowie, pracę, dom, cudem przeżyła. Dzisiaj prowadzi życie twórcze i aktywne. Pomaga, wspiera, cieszy się każdą chwilą, marzy, planuje.

Tracąc, zyskujemy
Iwona Lis, fot. Albert Zawada

Była w ósmym miesiącu ciąży, wracała ze świąt Bożego Narodzenia, gdy samochód, którym jechała, zderzył się czołowo z innym. Trafiła do szpitala z połamaną miednicą, żebrami, nogami i ręką. Dziecko nie żyło. Przez tydzień była w śpiączce. Cztery miesiące leżała unieruchomiona. Przed wypadkiem pracowała jako menedżerka w korporacji, zakładała salony operatora sieci komórkowej.

– Z kobiety niezależnej i sprawczej stałam się kimś całkowicie bezradnym, kto nie jest w stanie się poruszyć, sięgnąć po kubek z herbatą – opowiada Iwona.

Zaczął się czas żmudnej rehabilitacji. Zrezygnowała z pracy, rozstała się z mężem. Przygarnęła ją przyjaciółka Ania; mieszkały jakiś czas razem w kawalerce. „Moje życie się skończyło. Co dalej?” – pytała siebie. Wiedziała, że leki, rehabilitacja są ważne, jednak równie ważne jest odbudowanie wiary w siebie; że da radę, że może dalej żyć. Sprawdzała wszystko, co jej zdaniem mogło pomóc: chodziła na psychoterapię, skorzystała z programu dla ludzi z zespołem stresu pourazowego, zapisała się na roczny kurs sztuki złotniczej,
otworzyła działalność gospodarczą i w piwnicy przyjaciółki robiła biżuterię. Korzystała ze wsparcia rodziny i przyjaciół. I czytała, czytała, czytała. Książki o rozwoju duchowym, wewnętrznej przemianie, o budowaniu dobrego życia stały się drogowskazami. Zrozumiała, że raz na zawsze musi opuścić miejsce „ofiary”. Ofiara to ktoś, kto żyje w krzywdzie i chce tylko brać: „Jestem taka biedna, życie mi tyle zabrało, więc teraz mi dajcie. Należy mi się”. Ofiara jest pochłonięta oczekiwaniami, pretensjami i roszczeniami. Ofiara pyta: „Dlaczego? Dlaczego przydarzyło mi się takie nieszczęście?”. Rozpamiętuje przeszłość i tonie w cierpieniu.

W drodze do nowego życia, do nowej siebie pomogło przeżycie żałoby. Chodziła na grób córeczki, śpiewała kołysanki, płakała.

Pytanie „dlaczego?” zamieniła na „po co?”. To był przełom. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Po to, abym mogła pomagać ludziom”. Pięć lat temu założyła fundację, którą nazwała Forani – dla córeczki, dla Ani.

– Teraz wiem, że to nie dla Ani, tylko dzięki niej – mówi Iwona.

Fundacja mieści się w centrum Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej. Pomaga ludziom poszkodowanym w wypadkach na ulicy, w pracy i w domu. Takich ludzi jest każdego roku 200 tysięcy.

– Fundacja oferuje pomoc, której ja nie dostałam, ponieważ takiej instytucji nie było – mówi Iwona. – Jest bezpłatna infolinia. Zbieramy pieniądze na rehabilitację, na terapię, leki, pomagamy w sytuacjach życiowych, takich jak remont mieszkania.

Fundacja ma 26 stałych podopiecznych. Działa sklep charytatywny – można przynosić rzeczy i kupować, a tym samym pomagać. Dla potrzebujących fundacja przeznaczyła już ponad milion złotych.

Iwona marzy o stworzeniu stałego ośrodka pierwszej pomocy dla poszkodowanych w wypadkach, żeby mogli od razu dostać kompleksowe wsparcie – medyczne, psychologiczne, duchowe.

Jest nieustająco wdzięczna. Za wolontariuszy. Ci, którzy dostali pomoc, teraz pomagają, na przykład chłopak na wózku inwalidzkim projektuje ulotki fundacji. Za współpracowników. Dominika wspiera zarówno ją, jak i podopiecznych. Niewidoma Patrycja pomaga osobom po wypadkach. Za Ulę Dudziak, która mieszka niedaleko, robi zakupy w sklepie charytatywnym i została ambasadorką fundacji. Za podopiecznych, którzy z taką nadzieją i determinacją budują siebie na nowo. Za przeszłość – wszystko, czego się nauczyła, teraz procentuje. Skończyła studia biologiczne, w korporacji zarządzała projektami, kończy psychologię na Uniwersytecie SWPS (pisze pracę o wzroście potraumatycznym). Dzięki tej wiedzy i umiejętnościom może jeszcze lepiej zarządzać fundacją i pomagać ludziom.

– To nowe życie przepełnia mnie taką radością! – mówi. – Jestem wdzięczna za wszystko – za wypadek, za to, że mogłam być z moją córeczką przez osiem miesięcy, za przemianę. Za życie.

Piotr Mencina: „Dużo rozmyślań”

„Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy – zarówno mężczyźni, jak też kobiety – przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość”, mówi Piotr Mencina.

Tracąc, zyskujemy
Piotr Mencina, fot. Albert Zawada

Nasza córka miała siedem lat, gdy rozstaliśmy się z żoną – opowiada Piotr Mencina, trener sportowy i coach. Byliśmy razem dziesięć lat. Rozwód to ciężka sprawa; jakby człowiek tracił część siebie. Tracimy wartości, które miały być na całe życie: miłość, nadzieję na wspólną przyszłość. Następuje bolesne cięcie. Odchodzi dobrze rozumiana rutyna codzienności, współodpowiedzialność, dalekosiężne plany. Trudno się odnaleźć, ponieważ nie znamy innego życia. Odczuwałem wręcz fizyczny ból samotności i niepewność przyszłości. Pracowałem, rozwijałem swoją firmę produkcyjno-handlową w branży reklamowej. To były gorące lata 90. ubiegłego wieku, czas budowania zawodowej pozycji. Przepełniała mnie troska o przyszłość, o siebie, o córkę; czy dam radę stworzyć dobre warunki życia dla nas.

Na szczęście szybko przeprowadziliśmy rozwód i uporządkowaliśmy sprawy finansowe. To bardzo ważne, żeby formalnie domknąć coś, co się skończyło. To takie odkotwiczanie przeszłości; uwalnia, wiadomo, na czym się stoi. Teraz już można próbować odnaleźć się w nowej sytuacji, zbudować siebie na nowo. Pomyśleć, co to dla mnie znaczy. Zredefiniować siebie.

Rozstanie sprawiło, że utraciłem część poczucia własnej wartości. A także zaufanie do kobiet; stałem się ostrożny w relacjach, które mogły zakończyć się związkiem, prawdziwą bliskością.

Ocaleniem okazała się sportowa pasja, powrót do aktywnego życia. Byłem sportowcem, skończyłem AWF, w trakcie studiów pracowałem jako trener tenisa. Po rozwodzie odkryłem nurkowanie, schudłem, wróciłem do fizycznej sprawności. Zwolniłem tempo, by mieć czas dla dziecka, poczuć codzienne przyjemności. Dobrze radziłem sobie w relacjach z córką. Sporo rozmawialiśmy na ten temat: dajemy sobie radę, jest dobrze. Powróciło poczucie własnej wartości.

Dar utraty? Rozwój. Szybko to zrozumiałem. Utrata otworzyła nowe drzwi. Miałem czas, aby pomyśleć, czy praca producenta i sprzedawcy to spełnienie moich marzeń. Rozpocząłem fascynującą przygodę własnego rozwoju. Stworzyłem nową firmę. Co trzy lata kończyłem studia podyplomowe, a w międzyczasie dziesiątki inspirujących szkoleń. Pracuję jako coach, trener, doradca. Przez kilkanaście lat byłem doradcą strategicznym w polityce; pomagałem ludziom, którzy zasiadają w parlamencie i decydują o losach państwa. Szkoliłem przedstawicieli samorządów i ludzi biznesu. Pracowałem jako dyrektor generalny polskiego programu międzynarodowej organizacji sportowej. Doświadczyłem uczestnictwa w ważnych procesach społecznych, wspaniałych relacji, niezwykłych miejsc.

Co jest kluczowe w budowaniu siebie i swojego życia na nowo? Spokojna refleksja – nieszczędzenie na to czasu. Ważne pytania i szczere odpowiedzi: Jak żyję? Czy jestem szczęśliwy? Co mnie pasjonuje? To jest możliwe pod warunkiem, że uodpornimy się na spontaniczne głosy wsparcia kolegów, rodziny i znajomych. Słyszałem: „Nie chcieliśmy ci mówić, ale wy w ogóle do siebie nie pasowaliście”. „A nie mówiłem, że to się tak skończy”. „Teraz wreszcie możesz zająć się firmą i zarabianiem pieniędzy”. Ludzie chcą pomóc, wnieść coś swojego, ale mówią z perspektywy własnego życia, która przecież nie jest nasza. Błędem jest podążanie za takimi głosami bez autorefleksji.

Nigdy nie mówiłem źle o byłej żonie; to jest szczególnie ważne, jeśli chodzi o dziecko. Wiem, że odnosi swoje sukcesy, szczerze jej gratuluję. A więc dla nas obojga rozstanie było startem do rozwoju. Córka wyrosła na piękną i mądrą kobietę, jest wykształcona, ma dobre życie, marzenia, ciekawą pracę. Właśnie została mamą, a ja dziadkiem.

Rozwód wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że potrzebujemy – zarówno mężczyźni, jak też kobiety 
– przestrzeni dla siebie poza domem i rodziną; pasji, która daje radość. Kryzys może być doświadczeniem dobrym i budującym. Gdyby nie tamten życiowy kataklizm, nie poznałbym mojej obecnej partnerki. To dzięki niej na nowo uwierzyłem w miłość, odzyskałem pewność siebie i radość bliskości.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze