Terapia sztuką: Jak filmy działają na emocje?

fot. iStock

Seans w kinie może być emocjonalnie uwalniający. Zwłaszcza dla mężczyzn, którym zazwyczaj trudno dzielić się swoimi przeżyciami. Psychoterapeuta Piotr Pietucha wykorzystuje filmy w pracy z pacjentami. Zdradza, czy fraza „faceci nie płaczą” dotyczy też ich jako widzów

Dlaczego w pracy terapeutycznej wykorzystujesz filmy?

Sądzę, że sztuka – zarówno jej tworzenie, jak i odbiór – jest głęboko terapeutyczna. Odkryli to już starożytni Grecy. Wszyscy jesteśmy twórcami: scenarzystami, reżyserami, aktorami. A podczas terapii stajemy się odbiorcami swojego dzieła: widzami, recenzentami i krytykami. Sesja terapeutyczna przypomina seans filmowy, a proces długoterminowej terapii to pasjonujący i wciągający serial. Klienci opowiadają, zwierzają się, śnią. Często wewnętrzne treści eksplodują strumieniem obrazów naładowanych emocjami. Terapia, podobnie jak sztuka, to trepanacja ducha.

Czy film może być kluczem, wytrychem umożliwiającym dostęp do czyjegoś wnętrza?

Oczywiście, może być w tym bardzo pomocny. Czasem łatwiej utożsamić się z jakimś dziełem albo podglądać bezpiecznie fikcyjne dramaty w poczuciu, że to nic osobistego. I nagle jakaś scena powoduje, że wybuchamy płaczem, bo identyfikujemy się z bohaterem albo przeżyliśmy podobne sytuacje. Film wydobywa bolesne wspomnienia czegoś, nad czym można i trzeba pracować. Odkrywanie siebie na terapii przypomina zwłaszcza filmy science fiction. Ludzie krążą, brodzą w zdarzeniach jak pogubieni bohaterowie z filmów Terrence’a Mallicka.

Psychologia zna pojęcie „filmu na receptę”, działającego terapeutycznie na konkretny problem. Jak dobrać taki film do siebie? Jak ty to robisz?

Raczej nie używam filmów w zamierzony sposób, pacjenci sami wnoszą je w trakcie sesji. Obejrzeli coś mocnego, co ich poruszyło lub przygnębiło. Zaczynamy o tym rozmawiać. Ludzie czują opór przed zwierzeniami i mówieniem o sobie wprost. Odwołanie się do symbolu czy metafory filmowej jest ułatwieniem. Konkretne sceny, obrazy mogą uruchomić zablokowany, nieświadomie ukryty ładunek wspomnień, zanegowanych przeżyć. Trudno jest wniknąć we własną intymność, a co dopiero podzielić się nią z innymi. Zwłaszcza mężczyznom.

Filmy ułatwiają rozmawianie o emocjach, z czym mężczyźni mają dzisiaj największy kłopot. Trzymają je na wodzy, jak w filmie „Wstyd” Steve’a McQueena.

Mężczyźni często milczą albo nie mówią wprost o tym, co przeżywają. To nie znaczy, że są niewrażliwi. Mnóstwo rzeczy ich porusza, przeraża, wkurwia. Ale nauczyli się maskować, odcinać własne emocje. To odwieczna męska strategia. Dla psychiki bywa destrukcyjna. Masz rację, dobrze to widać w filmie „Wstyd”. Siostra głównego bohatera jest nadmiernie ekspresyjna, zalewają ją fale emocji, nad którymi nie panuje – on jest z kolei od nich odcięty, emocje go irytują i blokują. Rozładowuje się przez seks pozbawiony bliskości. Intymność go obezwładnia, czyni go impotentem. Ten film może być doskonałym wstępem do szczerej rozmowy o seksoholizmie.

Odcinając się od nieprzyjemnych emocji, jak ból czy smutek, zamykamy się też stopniowo na te przyjemne, jak radość czy miłość. Wypisujemy się z klubu emocji.

Bywa, że człowiek odcięty, wewnętrznie pusty, szuka mocniejszych wrażeń, aby się ożywić, jakby potrząsnąć sobą. Świetnie, jeśli szuka ich w sztuce. Gdy oglądamy mocny film, często w samotności, nie czujemy się cenzurowani. Facetom ciężko się wzruszać w obecności innych. Odczuwają wstyd nawet przed samym sobą. Książka czy film potrafią otworzyć, co pozwala dotrzeć potem do źródeł różnych problemów.

U kobiet depresja często przyjmuje postać smutku i rozpaczy, u mężczyzn – apatii lub gniewu. Wszyscy mają cienką skórę i poczucie bezradności, ale faceci mają tzw. krótki lont. Kultowy „Dzień świra” Marka Koterskiego jest dla mnie perfekcyjną ilustracją męskiej depresji. Niewiele osób odbiera film Koterskiego w ten sposób. Widzą groteskowego inteligenta miotającego się w swoim nieudacznym życiu. Typowego świra, którego można obśmiać i zbyć. A to jest obolały, wściekle bezradny i zrozpaczony, przeraźliwie samotny człowiek. Nie potrafi zmienić życia, którego nie akceptuje. Nie znosi swojej pracy, ludzi, matki, siebie. Próbuje pisać wiersze o utracie miłości, sublimować rozpacz, ale nawet to mu nie wychodzi. Skupia się na tym, co stracił, a nie na tym, co ma i co mógłby jeszcze ze sobą zrobić. Tragiczny obraz człowieka zatrutego negatywizmem, który powinien się leczyć, przyjmować antydepresanty, poddać się terapii. Przestać męczyć siebie i innych.

Depresja oznacza osamotnienie, nienawiść i pustkę. Często alkoholizm. A to błędne koło. Szarpiemy się ostatkiem sił, bojąc się utonąć. Należy wtedy „położyć się na wodzie”. Ale nie jest to proste. Jesteśmy dzisiaj okropnie przestymulowani – nie potrafimy się ukoić, więc dolewamy oliwy do ognia. Nic tak nie wzmaga lęków, jak picie, ćpanie, obżarstwo, kompulsywne aktywności czy obsesyjne wkręcanie się w politykę. W takich stanach dobry serial może być bezpiecznym i uśmierzającym remedium. Kiedy pacjent wyznaje: „Cały weekend przeleżałem odłogiem, oglądając kilka sezonów »Dextera« lub »Breaking Bad«, to ja świetnie go rozumiem. Intensywne oglądanie seriali to rodzaj ucieczki, ale lepszy niż imprezowanie, romanse czy gry komputerowe. Odrywa od własnych problemów i angażuje emocjonalnie. Taka identyfikacja bywa zbawienna, może dać namiastkę wspólnoty z człowieczeństwem, bywa inspiracją do zmiany. Katharsis ma różne oblicza. Czasem napełnia nas oczyszczająca, ożywcza furia, wyrażająca się w poczuciu, że nie chcę być już ofiarą.

A dlaczego akurat serial „Breaking Bad“ może działać oczyszczająco?

Istotą terapii jest pogląd, ogląd i wgląd oraz wynikająca z nich transformacja. W „Breaking Bad”, czyli jak go nazywam „Podkurwionym”, punkt wyjścia jest podobny do „Dnia świra”. Bohater to życiowy nieudacznik, sfrustrowany nauczyciel z upośledzonym synem, pogardzany przez uczniów i upokarzany przez przemądrzałego szwagra. Zagrożenie śmiertelną chorobą daje mu napęd, ta energia jest motorem metamorfozy. Z zagubionego faceta zamienia się w pewnego siebie samca alfa. W męskiej depresji szalenie ważny jest ten element „wykastrowanej” męskiej sprawczości.

Ten potencjał mają w sobie również westerny. Zwykle zwycięża w nich dobro.

Dlatego bywają krzepiące. Westerny w prosty sposób odwołują się do archetypów męskości. Ich bohaterowie to swobodni jeźdźcy. Pochodzą znikąd, rywalizują, potrafią być lojalni i szlachetni, umieją walczyć i zwyciężać. To wyzwanie dla współczesnej męskiej duszy. Kiedy siedzisz jak szczur w klimatyzowanej klatce, nafaszerowany trywialną korpomitologią „dowożenia” sukcesu, tkwiąc dziesięć godzin przed komputerem, gdzie tu jest miejsce na realną męskość? Na kontakt z naturą, swobodę, na wewnętrzny spokój i siłę? To jest obłęd, któremu ulegliśmy w imię lepszego życia.

Mężczyźni nie mają gdzie poczuć się dzisiaj bohaterami?

Mamy być wojownikami, rycerzami o czułych sercach, chłodnych głowach i stalowych nerwach. Mamy być namiętnymi, rozumiejącymi kochankami, tkliwymi tatusiami i lojalnymi partnerami. Mamy sadzić drzewa i budować zdrowe związki. A jesteśmy neurotyczną, rozedrganą, wątpiącą w siebie masą niespełnienia. Uzależnioną od alkoholu, ćpania, Internetu. Coraz krytyczniej i ostrzej postrzeganą przez rozczarowane kobiety.

Jakich filmów potrzebują i szukają teraz mężczyźni?

Dzisiaj popularne są kryminały. Pacjenci często się do nich odwołują. Myślę, że ma to związek z brakiem poczucia bezpieczeństwa, a także, mówiąc psychoanalitycznie: z odszczepionym w nas agresywnym cieniem – instynktem śmierci, żądzy agresywnego rewanżu, mordu. Związanym również z frustracją i poczuciem niesprawiedliwości. Jesteśmy codziennie wykorzystywani, upokarzani i pogardzani. Kryminały mogą uspokajać – zawsze znajdzie się w nich jakiś nieprzejednany, uczciwy detektyw czy nieskorumpowany glina i rozwiąże sprawę. Prawo okaże się skuteczne, sprawiedliwość zatriumfuje, ład moralny zostanie przywrócony. Wiele kryminałów realistycznie pokazuje trudne współczesne relacje. Są jak nowoczesne klony dramatów Szekspira z fantastyczną dramaturgią, psychologicznie wiarygodne i emocjonalnie ekscytujące.

Lepiej działają bajkowe westerny czy realistyczne kino, jak „Wołyń” Smarzowskiego czy „Sierpień w hrabstwie Osage” Wellsa?

Na „Wołyń” nie poszedłem i nie pójdę. Wychowałem się na Majdanku, mój lubelski dziadek oprowadzał mnie po obozie śmierci. To mnie nie znieczuliło, przeciwnie. Rzeczywistość filmu „Wołyń” mnie przerasta i nie chcę się z nią mierzyć, jakkolwiek to dziwnie brzmi w ustach terapeuty. Cieszy mnie luksus takiej odmowy. Wobec zalewu patologii i zła jesteśmy często bezradni. To nas niszczy, tak jak i to, co nas złości i przeraża. Czasem musimy się odcinać i chronić.

Co do „Sierpnia w hrabstwie Osage”, to dla mnie osobiście ważny film. Powraca także w opowieściach pacjentów. Często są delegatami chorego układu rodzinnego, przynoszą na sesje swoje dzieciństwo, toksyczną rodzinę. Zazwyczaj są Dorosłymi Dziećmi Alkoholików, ofiarami tej powszechnej zmory, pseudocywilizowanej kultury, która od wieków niszczy nasze życie wódką. Ten przejmujący film jest ilustracją wielopokoleniowego triumfu rodzinnej patologii. Z całym jej niszczycielskim wyposażeniem: głupoty, obłudy, pseudoreligijności, elementarnego braku wzajemnego szacunku i empatii. To też jeden z takich filmów, które ukazują, co może się dziać w rodzinie, kiedy patologia zaczyna się przelewać, a ktoś znajduje w sobie siłę, żeby się temu przeciwstawić i uwolnić.

Świetnie pokazuje to również „Festen” Vinterberga.

Tak, to znakomity obraz. Bardzo cenię duńskie kino. Odważnie podejmuje trudne obyczajowo kwestie. Dla mnie, wielbiciela Bergmana, to fantastyczna, skandynawska postawa uczciwej konfrontacji z egzystencjalnymi dylematami. Takie kino dotyka nas, zmusza do refleksji, uczy empatii, otwiera na inność. Jest sposobem na odreagowanie lęków, umożliwia ekspresję najtrudniejszych emocji. Ale przede wszystkim stanowi nieprawdopodobną szansę na wgląd w nas samych.

Czasami czujemy, że film coś w nas zrobił, tylko że nie wiemy co… Jak zajrzeć w siebie dzięki filmom?

Rozmawiać o nich. Kiedy miałem 16 lat, zapisałem się do dyskusyjnego klubu filmowego w kinie „Wiedza” w Pałacu Kultury i Nauki. Po wieczornym seansie i dyskusji wracaliśmy z przyjacielem na piechotę do naszej kamienicy na starej Ochocie. Po drodze gadaliśmy i te rozmowy pod klatką przeciągały się do trzeciej w nocy. Od filmu przechodziliśmy płynnie do naszych doświadczeń, przeżyć. Mam tak do dzisiaj. Nie wyobrażam sobie życia bez sztuki. Wyobrażam sobie życie bez terapii, ale bez sztuki już nie. Bo sztuka jest dla mnie terapią.

Co jako terapeuta myślisz o grupowych spotkaniach filmoterapii? Jak na przykład cykle „Flilmoterapia z Sensem” w Kinotece czy „Kinozetka” w kinie Kultura?

Takie seanse mogą przyjmować formę grupowej terapii. Spotykasz się z ludźmi, z którymi możesz porozmawiać o ważnych sprawach. Fajne jest to, że wszyscy jesteśmy bezpośrednio po wspólnym przeżyciu i możemy się do tego odnieść. Ludzie kochają kino i wcale mnie to nie dziwi. Kiedyś pisano powieści dla pokrzepienia serc, dziś tworzy się filmy, które są balsamem dla duszy.

 

PIOTR PIETUCHA

psychoterapeuta, publicysta, autor książek „Stróż obłąkanych“, „Dożywotni kochankowie“, „Miłość klasy średniej“

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »