W poszukiwaniu sensu: tylko ty możesz zmienić swój świat

W poszukiwaniu sensu. Tylko ty możesz zmienić swój świat
(fot. iStock)

Kiedy odkryjemy prawdziwe znaczenie swojej egzystencji i swoich doświadczeń, przekonamy się, że życie nie jest tym, co nam się przytrafia. To MY przytrafiamy się życiu i MY możemy nadać mu sens.

Tak uważał Viktor Frankl, wybitny psychiatra, więzień obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Poszukiwania sensu życia rozpoczął na długo przed tragedią Holokaustu – w wieku zaledwie 16 lat wygłosił publiczny wykład pt. „O sensie życia”, a na zakończenie liceum napisał pracę „Psychologia myśli filozoficznej”. Jego wczesne poglądy zostały poddane ciężkiej próbie – musiał skonfrontować je z ekstremalnymi przeżyciami w Oświęcimiu, gdzie stracił żonę, rodziców i brata. Jak odnaleźć sens w tych doświadczeniach? Jakie znaczenie nadać torturom, mordom, których był świadkiem? Na te pytania odpowiada w niezwykłej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu”, w której pisze nie tylko o potwornych przeżyciach, ale też o sile ludzkiego ducha, dzięki której udawało się przetrwać w najstraszniejszych nawet okolicznościach. „Wiem, że w każdej rozpaczliwej sytuacji kryje się potencjał, który pozwala na odkrycie sensu związanego z nią doświadczenia i tym samym na przekształcenie pozornie bezsensownego cierpienia w prawdziwe dokonanie człowieka”.

Pytania, jakie stawiał Frankl, są aktualne do dzisiaj. Nadal bowiem świat nie jest wolny od wojen, zabójstw, przemocy, wszędzie ludzie doświadczają cierpienia, choć zabiegają o pokój, o szczęście. Codzienne życie też bywa źródłem lęków, depresji. Współczesny człowiek korzystający z wielu ułatwień i przyjemności ma coraz więcej problemów z nadaniem sensownego znaczenia temu, co robi. Jedni ciągle poszukują sensu życia, zadając sobie pytania: Dlaczego tutaj jestem? Po co żyję? A inni nie pytają, tylko nadają ten sens swoim działaniom, aktywnie kreując go każdego dnia.

Pierwsza postawa jest dość bierna, bo mimo aktywności w szukaniu ludzie nie są kreatywni, twórczy w działaniu, tylko czekają, aż odpowiedź przyjdzie z zewnątrz – w religii, książkach, poprzez innych ludzi. A chodzi o to, żeby impuls szedł od środka, żeby samemu podejmować decyzje, wybierać. Ludzie, którzy diametralnie zmieniają swoje życie, mówią, że mogli tego dokonać, bo coś im się zmieniło w głowie albo w sercu, a nie dlatego, że ktoś im coś kazał. Zrobili radykalny krok, bo sami zdecydowali: Nie chcemy żyć w ten sposób, w jaki żyliśmy.

Steve Jobs, współzałożyciel firmy Apple, jeden z najbogatszych ludzi na świecie (zmarł na raka w 2011 roku), powiedział w którymś wywiadzie: „Wszystko wokół ciebie stworzone zostało przez ludzi, którzy wcale nie byli mądrzejsi od ciebie. I ty też możesz dużo zmienić, możesz zbudować coś swojego, z czego będą korzystali inni ludzie. Możesz to życie cały czas modelować, wpływać na jego jakość. Największym zadaniem człowieka jest otrząśnięcie się z przekonania, że życie jest takie, jakie jest, i że nic nie da się zrobić. Otóż da się zrobić, i to dużo! Możesz zostawić swój znak po sobie na tej ziemi. I kiedy odkryjesz tę bardzo prostą prawdę, to nigdy już nie będziesz taki sam, bo ona cię odmieni i da ci siłę”.

Powrót do domu

Alicja, lat 35, prawniczka, przez osiem lat wspinała się po szczeblach kariery w dużej korporacji. W końcu została szefową działu. Koszty, jakie płaciła, były jednak ogromne – codzienna walka o siebie i podwładnych, potworny stres. W firmie panował skrzętnie kamuflowany mobbing. Preferowano pracowników, którzy wchodzili w układy, tych natomiast, którzy nie dali się wciągnąć w intrygi, niszczono. Alicja pracowała, jak najlepiej potrafiła, uczciwie postępowała, jednak z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Poszła więc na terapię. Na każdej sesji powtarzała: „Dookoła mnie panuje agresja, cierpienie, samotność, nie widzę sensu życia”. Raz terapeuta powiedział, że nikt inny poza nią nie jest w stanie zmienić jej świata. Na co ona: „Wobec tego zrobię to sama”. I rzuciła pracę – odeszła na niższe, mniej płatne stanowisko, do małej firmy. Niby cofnęła się w karierze, choć tak naprawdę zrobiła wielki krok do przodu, bo odzyskała zdrowie, poczucie własnej wartości, spokój. Po jakimś czasie jej koleżanka z byłej pracy trafiła do szpitala. Powód? Silna reakcja psychosomatyczna w wyniku długotrwałego stresu. Alicja namawiała ją do odejścia z korporacji. „Zastanowię się”, odparła koleżanka. Ale pracy nie zmieniła. Nadal znosi złe traktowanie. Na pytanie, dlaczego nie odejdzie, powtarza: „Nie potrafię”.

Jej przykład pokazuje, że u niektórych ludzi górę bierze tak zwana wyuczona bezradność, czyli utrwalone przekonanie o braku związku przyczynowo-skutkowego między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Psychologowie badający ten problem stwierdzili, że ludzie uczą się takiej postawy w dzieciństwie i czasem tkwią w niej całe życie. Gdy na przykład ich rodzice byli bezrobotni, oni też nie szukają pracy, bo sądzą, że jej nie znajdą. Gdy w domu panowała przemoc, alkoholizm, oni powielają taki model życia, bo innego nie znają. W rezultacie wyuczona bezradność staje się automatycznym sposobem na przetrwanie.

Alicja, której udało się zawalczyć o sensowne życie, tak opisuje moment przełomu:

– Któregoś dnia, po kolejnym ciężkim dniu w pracy, postanowiłam wrócić do domu piechotą. Maszerowałam dość szybko i rozmyślałam. I nagle zobaczyłam jak na dłoni sytuację, w której tkwię, i to, jak ona na mnie wpływa, a z drugiej strony – jakie są moje możliwości i co powoduje, że nie mogę iść dalej. Zobaczyłam wokół mnie walkę, agresję, chore ambicje, także moje. Uświadomiłam sobie, że to, co mnie powstrzymywało przed odejściem, to poczucie ważności, jakie rzekomo dawała mi praca. To, że jestem panią dyrektor, że mnie poważają, więc nie mogę stąd odejść, bo to by oznaczało, że się cofam. I wtedy pomyślałam: „Przecież ja już się cofnęłam, godząc się na takie warunki pracy”. I następnego dnia złożyłam wymówienie. Odtąd czuję, jakbym powróciła do domu. Chodzę na siłownię, do kina, mam czas na książki i spotkania z przyjaciółmi. Spadłam w zawodowej hierarchii, ale tak naprawdę wspięłam się bardzo wysoko. Odzyskałam spokój, poczucie sprawczości i sensu życia. A co było głównym motorem mojej decyzji? Właśnie to dojmujące poczucie nieszczęścia.

Stan równowagi

Każdy imperatyw do zmiany jest dobry. Często boimy się zrobić krok do przodu, ponieważ opacznie rozumiemy, co jest dla nas dobre. Próbujemy podejmować decyzje, które w naszym przekonaniu mają budować nasz dobrostan, nasze szczęście, choć tak naprawdę to szczęście jest iluzoryczne. Koleżanka Alicji powtarza, że zmiana pracy byłaby tragedią, bo w żadnej firmie nie zarobiłaby tyle, ile teraz zarabia. Nie zastanawia się, co jest ważniejsze: pieniądze czy zdrowie, nie próbuje nawet sprawdzić, czy zarobki w innych firmach są porównywalne.

Socjolog medycyny Aaron Antonovsky, badając losy Żydów, którzy przeżyli obozy koncentracyjne, zauważył interesujące zjawisko. Część ocalałych z zagłady pozostała zniechęcona do życia, zgorzkniała. Ci ludzie często zapadali na choroby i umierali kilka lat po wyzwoleniu. Inni pomimo podobnych traumatycznych doświadczeń odzyskali optymizm i pogodę ducha. I ci wiedli potem długie i dobre życie.

Antonovsky w oparciu o te spostrzeżenia sformułował pojęcie „poczucie koherencji”. Cóż to takiego? To utrzymywanie równowagi pomiędzy tym, co wpływa na nas z zewnątrz (na przykład traumą), a naszą reakcją emocjonalną i zdrowotną. Według niego osoby o silnym poczuciu koherencji mają tendencję do zachowań prozdrowotnych. Zdaniem socjologa poczucie koherencji opiera się na trzech filarach: poczuciu zrozumiałości, zaradności i sensowności.

Pierwszy filar określa, czy bodźce napływające ze środowiska wewnętrznego i zewnętrznego są zrozumiałe, spójne. Osoba o silnym poczuciu zrozumiałości spodziewa się, że bodźce, z którymi się zetknie, będą przewidywalne niezależnie od tego, czy są pożądane, czy nie. Taką osobą okazała się Alicja, która zobaczyła, że jej praca jest toksyczna. Drugi filar określa stopień zaradności, czyli to, jak człowiek spostrzega dostępne zasoby (te, jakimi dysponuje, i te, jakie mają ludzie, którym ufa) – czy są wystarczające, by sprostać wymaganiom. Człowiek o wysokim poczuciu zaradności, gdy spada nań coś niepożądanego, uważa, że wszystko ułoży się dobrze, a w najgorszym przypadku, że konsekwencje tego zdarzenia dadzą się znieść. Alicja oceniła, że stać ją na wysiłek zmiany pracy, że poradzi sobie w nowej sytuacji. Trzeci filar – poczucie sensowności – wyraża motywację jednostki do działania. Określa stopień, w jakim człowiek ocenia, że problemy i wymagania, jakie niesie życie, warte są wysiłku, poświęcenia i zaangażowania. Osoba o wysokim poczuciu sensowności postrzega problemy jako wyzwania, które warto podejmować. Alicja najpierw zobaczyła, że kontynuowanie pracy w korporacji nie ma sensu, bo to wpływa na nią destrukcyjnie, a potem stwierdziła, że musi iść w innym kierunku. Wykazała się więc dużą wiedzą o sobie, o tym, co wokół niej, a także umiejętnością powiązania tej wiedzy w spójną całość. Według koncepcji Antonovsky’ego Alicja jest osobą o dużym stopniu koherencji.

Klucze do więziennych cel

Oto dwoje menedżerów w tej samej firmie, na podobnym stanowisku (zajmują się sprzedażą usług sieci komórkowej). Jeden od lat robi to samo – dobudowuje nowe funkcje do starych produktów. Działa powtarzalnie, rutynowo, ale osiąga zamierzone cele i jest zadowolony. Drugi – zupełnie inna osobowość – umarłby z nudów w takiej pracy, dlatego zajmuje się wprowadzaniem nowych produktów, wymyślaniem strategii sprzedaży, wdrażaniem innowacji. Pierwszy pracuje dalej w tym samym miejscu, drugi już dawno w innej firmie, w innym kraju, na innym stanowisku. I jeden, i drugi jest szczęśliwy. Wniosek? Nie ma takich samych sensów życia dla wszystkich. Każdy człowiek musi odnaleźć swój własny. A jest to możliwe tylko wtedy, gdy poznamy siebie, swoje zasoby i ograniczenia.

Tak naprawdę od tego powinno zacząć się edukację dzieci – od rozpoznania ich talentów. I dopiero na tej bazie można stawiać wymagania i pokazywać, że każdy człowiek jest w stanie dowolnie kreować swoje życie. Tymczasem współcześni rodzice z jednej strony chowają dzieci pod kloszem, a z drugiej – narzucają im wiele zajęć, które mają utorować im drogę do sukcesu. Psychologowie zauważają, że dzieci, które samodzielnie podejmują decyzje, są o wiele odważniejsze, mają siłę, żeby potem mierzyć się z wyzwaniami. Bo o ile radzenie sobie z przewidywalnymi zadaniami można wytrenować, i większość dzieci w końcu nauczy się je rozwiązywać, o tyle z tymi nieprzewidywalnymi nie będzie łatwo tym dzieciom, które zawsze ktoś wyręczał.

Jak pokazują badania, uczenie dzieci radzenia sobie w życiu ma fundamentalny wpływ na ich pouczcie sprawczości i zaradności jako dorosłych. Jak zatem uczyć samodzielności? Zawsze powinno się zacząć od rozpoznania możliwości dzieci. Chodzi o to, żeby ich zbytnio nie obciążać, żeby zadania były adekwatne do ich wieku i poziomu rozwoju. Dziecko powinno mieć poczucie, że problem do rozwiązania jest w zasięgu jego możliwości. Im dziecko starsze, tym poprzeczka powinna wędrować wyżej, bo coraz trudniejsze zadania motywują, budzą ciekawość, angażują.

Nasza pomoc też powinna być stopniowana – im dziecko starsze, tym bardziej musi liczyć na siebie, aż końcu jest w stanie samo wejść na „szczyt”. Kiedy już tam się znajdzie, przeżywa niesamowitą radość, ma poczucie siły. Pewien niepełnosprawny chłopczyk, który w końcu przepłynął basen, powiedział: „Teraz mogę wszystko!”. Na własnej skórze przekonał się, że wysiłek włożony w przezwyciężenie lęków ma sens. I stało się coś niezwykłego – zaczął uczyć pływać swoich niepełnosprawnych kolegów. Tym samym dowiódł, tak jak Viktor Frankl, że nasz potencjał jest nieograniczony, a klucze do życiowych „więziennych cel” – prawdziwych i wyimaginowanych – trzymamy w ręku sami.

Konsultacja psychologiczna Monika Kraft

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>