fbpx

Uciekam, tylko dokąd?

Uciekam, tylko dokąd?
(Fot. iStock)

Uciekamy dziś przed poczuciem bezradności, przed utratą kontroli, przed brakiem wpływu. Jedni uciekają w alkohol, inni w lęk, w agresję, w pilnowanie bliźnich, w zaprzeczanie faktom, w nadzieję, w nałogowe śledzenie wiadomości. Wszystkie te drogi ucieczki łączy jedno – kierują nami emocje. A gdyby pozwolić, by ustąpiły miejsca decyzji, rozumowi – mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

W ciągu kilku tygodni nasz świat zmienił się nie do poznania. Wielu z nas próbuje uciekać. W co uciekamy?
Najpierw warto zadać sobie pytanie, od czego uciekamy. Po pierwsze, uciekamy od przekonania, że choroba, śmierć, różnego rodzaju utraty – pracy, miłości, statusu, majątku itd. – są częścią życia. A przecież są. Przecież to wiemy. Mój przyjaciel, nauczyciel zen Mikołaj Uji Markiewicz, zainspirował mnie wczoraj do sięgnięcia po pewien wiersz. To wiersz Elizabeth Bishop „Ta jedna sztuka” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Brzmi tak:

„W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy; /tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie/straty, że kiedy się je traci – nie ma sprawy./Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy/straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze./ W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy”.

Czyli da się wyćwiczyć…
Tak naprawdę wszyscy wciąż to ćwiczymy… Po drugie, uciekamy od poczucia bezradności, od świadomości ograniczonego wpływu na to, co niesie życie, od tego, że nie wszystko działa według porządku „przyczyna – skutek”. Trudno nam zaakceptować, że różnego rodzaju kataklizmy, w tym epidemie, po prostu się zdarzają… Siedem lat chudych, siedem lat tłustych. Każdy z nas zna to z własnego życia.

Tylko teraz skala naszych zmartwień jest zdecydowanie większa. W co uciekamy najczęściej od poczucia braku wpływu, od bezradności?
Uciekamy w lęk. A lęk może być bardzo niebezpieczny. Nie bez powodu istnieje określenie „nerwowe podniecenie”. Lęk bywa ekscytujący, a adrenalina uzależnia. Falowanie od lęku do chwilowego uspokojenia może dostarczać nam ekscytacji. Nie wolno też zapomnieć, że lęk i agresja to są dwie strony tego samego medalu. Kiedy lęk przekształca się w agresję, rodzi się potrzeba, by znaleźć kozła ofiarnego sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Atakujemy?
Tak, szukamy bliźniego, by skanalizować swoje napięcie. I to nazwałabym szeryfowaniem. Uciekamy w szeryfowanie.

Co to znaczy?
Szeryfowie i szeryfki będą nazywać, na przykład na łamach mediów społecznościowych, „debilem” kogoś, kto odważył się wyjść na spacer, nie wiedząc, jaki jest powód wyjścia z domu tego konkretnego człowieka. „Starą idiotką” będzie nazwana pod apteką starsza pani, która przyszła zrobić zakupy. Szeryf nie wie, że ta pani być może musi kupić i zażyć lek, który właśnie się jej skończył, a nie ma nikogo, kto mógłby zrobić jej przysługę, pomóc. Szeryfowie to ludzie „z misją”, pilnujący porządku za kogoś, zwykle w napastliwy, agresywny sposób. To też jest forma ucieczki przed brakiem wpływu na swoje własne życie.

Czy szeryfa da się w jakiś sposób powstrzymać, zanim zniszczy go jego mechanizm obronny?
Doktor Michael Ryan, główny ekspert WHO ds. sytuacji nadzwyczajnych, podczas jednej z konferencji prasowej zapytany został przez dziennikarza, czy nie uważa, że wprowadzone ograniczenia praw obywatelskich nie są przeciw prawom człowieka i czy nie staną się pretekstem do podejmowania podobnych decyzji w innych sytuacjach w przyszłości. Ryan odpowiedział, że niezwykle ważne jest to, by takie decyzje światowych władz mogły być odbierane przez społeczeństwa ze zrozumieniem, by ludzie rozumieli, dlaczego różnych rzeczy nie mogą robić. W Chinach można zakazać wszystkiego, tam nikt nie potrzebuje rozumieć, po prostu boi się wyjść na ulicę, bo wie, że władza użyje wobec niego przemocy. W krajach demokratycznych ludzie muszą wiedzieć, dostawać na bieżąco wiarygodne informacje, muszą rozumieć i ufać rządzącym. Jeśli nie wiedzą, nie rozumieją, nie ufają, łatwo uciec w szeryfowanie.

„Nikt nad niczym nie panuje, więc to ja muszę upilnować świat”.
Tak, muszę go uratować. Uciekamy też w agresję samą w sobie. Bo agresja nie płynie jedynie z frustracji czy lęku, może być również niezależna. I jeśli uciekamy w czystą agresję, tracimy zdolność myślenia. A chodzi przecież o to, by z dobrze pojmowaną miłością własną i życzliwością wobec innych dbać o siebie, bliskich i dalszych, a nie terroryzować siebie lękiem, a innych nieposkromioną agresją. Bo wtedy wszyscy bardziej cierpimy.

Ten czas jest czasem próby naszej zdolności ufania. Zaufania sobie wzajemnie, zaufania lekarzom, ale także naturze. Ciężko jest nam zachować nadzieję, a to ona jest najmocniejszym przeciwnikiem lęku, naszym sprzymierzeńcem, naszą bronią, której dziś wszyscy bardzo potrzebujemy.

Ale są chyba też tacy, którzy z nią przesadzają. Myślisz, że są ludzie, którzy uciekają w nadzieję właśnie?
Zdecydowanie tak. W moim zawodowym języku nazywa się to maniakalnym zaprzeczeniem. Takie osoby będą powtarzać sobie i innym, że nic się nie dzieje. Będą wyśmiewać tych, którzy się boją, będą kpić sobie z noszenia gumowych rękawiczek i próby zachowania dwumetrowego dystansu, będą go z premedytacją przekraczać – bo to ich sposób radzenia sobie z sytuacją. Tymczasem przecież ludzie realnie chorują i realnie umierają. Zatem jest się czego bać. Ale – i tu znowu druga strona medalu – można uciec też w konieczność śledzenia tego, co podają media. A one zawsze podkreślać będą czerwonym paskiem, ile osób umarło, a nie ile osób wyzdrowiało. Ciągłe sprawdzanie, niczym natręctwo, ile osób zachorowało, ile odeszło w ciągu ostatniej godziny to także dla niektórych forma ucieczki. Ucieczką jest bowiem wszystko, co uniemożliwia nam kierowanie się tylko i aż rozumem. Jeśli już szperamy w Internecie, spróbujmy skupić się na szukaniu tych dobrych wiadomości. One tam są, tylko głęboko zakopane. Ale da się je znaleźć. I wtedy przeczytamy na przykład, jak dużo ludzi wyzdrowiało.

Znajoma mówiła mi, że rzuciła jej się w oczy powiększająca się każdego dnia liczba pustych butelek w śmietniku. Tak też uciekamy. Czy to forma ucieczki tylko dla tych, którzy już wcześniej byli uzależnieni?
Prawdopodobne jest, że taki rodzaj ucieczki wybiorą też ci, którzy nie robili tego wcześniej. Dowiedziono, że dostępność alkoholu jest czynnikiem sprzyjającym ilości jego spożywania. A dostępność to nie tylko towar stojący na półce w pobliskim sklepie, dostępność to także czas: „Mam czas, możliwość, by pić alkohol”. Gdybym miał jutro o 9 być w biurze, nie piłbym, nie piłabym dziś butelki wina. Ale… pracuję w domu. Kac nie sparaliżuje ani wtorku, ani środy, ani czwartku. A co szkodzi, by wypić też kieliszek, kiedy rano usiądę do komputera? Ten trudny czas wymaga od nas pewnej dyscypliny, zatroszczenia się o siebie.

A czy są „dobre” ucieczki?
Można uciec w literaturę, w oglądanie dobrych filmów. W wirtualne, ale wciąż jednak rozmowy z bliskimi i dalszymi, dla których zwykle nie mamy czasu. Można uciec w… kontakt z własnym dzieckiem! Odosobnienie może też sprzyjać temu, by pogadać z samym sobą, coś przemyśleć.

Od czego zależy to, czy „dobrze”, czy „źle” uciekniemy?
Na pewno znaczenie ma tu sytuacja, w której jesteśmy. Każdy z nas w innej. Łatwiej zrobić „dobry” skok w literaturę osobie, która nie ma starzejącego się ojca chorującego na cukrzycę. Łatwiej sięgnąć po film, kiedy nie ma się chorowitego dziecka. Łatwiej oddać się sztuce, kiedy wiemy, że na koncie są środki, które umożliwią spłacanie przynajmniej przez kilka miesięcy kredytu. Obiektywne warunki mają duże znaczenie. Nie jesteśmy ze stali… Znaczenie mają też, oczywiście, nasze predyspozycje. Różnimy się reaktywnością centralnego układu nerwowego, jednym bliżej do lęku, innym jego okiełznanie przychodzi znacznie łatwiej. Ale ważna jest też nasza dojrzałość po prostu. Czy mamy zdolność, by objąć tę sytuację rozumem. Są emocje, ale – i chcę to podkreślić – są też decyzje.

Czyli decyduję, w co uciekam, a nie pchają mnie emocje.
Trzeba, mocniej niż zwykle, popracować nad tym, by nie kierowały nami automatyzmy. No i zgoda, akceptacja. Zgoda jest konieczna, zgoda pomaga. Ucieczki, o których mówimy, są formą walki. A walka nas wyczerpuje. Nie możemy wciąż stać na polu bitwy. Czasem trzeba się poddać, żeby wygrać. I to jest właśnie taka sytuacja. Na tyle, na ile mogę, działam, chronię siebie i bliskich, ale tam, gdzie już nic nie mogę, nie walę głową w mur. I jeszcze jedna ważna, kojąca rzecz, myśl zaklęcie: „To minie”. Pamiętajmy o tym, powtarzajmy to sobie. Biegniemy w maratonie, to prawda, ale meta jest zagwarantowana.

Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka, współzałożycielka Naukowego Towarzystwa
Psychoterapii Psychodynamicznej, pracuje w Zespole Pomocy Psychoterapeutycznej w Warszawie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze