Uczucie zazdrości: wszyscy jesteśmy zazdrośnikami

123rf.com

Czyli fala emocji, jaka pojawia się w nas na widok partnera zatopionego w rozmowie z atrakcyjną kobietą, jest pewnego rodzaju spadkiem po przodkach?

Tak, jest automatyzmem, czymś poza rozumem. Ogarniają nas wtedy tzw. emocje gada, bardzo pierwotne. Współczesna kultura mówi dużo o tym, że partnerzy powinni dawać sobie przestrzeń, być dla siebie wyrozumiali, tolerancyjni, jednak jak przyjdzie co do czego, okazuje się, że nie panujemy nad sobą.

Ale geny to jedno. Do tego dochodzą jeszcze nasze doświadczenia, bardziej lub mniej uświadomione. Chociażby z dzieciństwa. Jeśli rodzice wychowują dziecko – niezależnie, czy ma rodzeństwo, czy nie – jakby było królem, to może mu być potem trudno poradzić sobie z zazdrością. Pierwszym swoistym treningiem w tej kwestii jest rozwiązanie konfliktu edypalnego, drugim – socjalizacja, czyli moment, kiedy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły. Tam ma szansę nauczyć się radzić sobie z rywalizacją między rówieśnikami w niedestrukcyjny sposób.

Można osiągnąć taki stopień oświecenia, że przestaniemy w ogóle odczuwać zazdrość?

Były takie eksperymenty, ale wszystkie zakończyły się niepowodzeniem. To naiwna wiara w to, że można stworzyć świat, w którym będziemy wolni od czegoś, co nas pozostawia z poczuciem niewygody. Nikt się nie czuje przecież dobrze po napadzie zazdrości – tak jakby się trochę ubłocił. Moim zdaniem cierpienie, złość, smutek i zazdrość są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. Bardziej szkodliwe niż odczuwanie zazdrości, która może być i zdrowa, jeśli trzyma się w normie – jest udawanie, że to uczucie jest nam obce.

Nie ma miłości bez zazdrości?

Wierność ma sens tylko w obliczu pokus. Jeżeli ktoś uważa, że jego takie pokusy nie dotyczą, to stosuje mechanizm zwany zaprzeczeniem. Bo pokusy się pojawiają i będą pojawiać, co nie znaczy, że mamy za nimi podążać. Ktoś, kto się ich wypiera, oprócz zaprzeczenia stosuje również inny mechanizm – projekcji na drugą osobę. Będzie wtedy postrzegał każdy, nawet czysto grzecznościowy przejaw flirtu partnera, jako zdradę. I to jest baza do rozwoju patologicznej zazdrości. Już Freud pisał o tym, że kultura dopuszcza bezpieczny, niewinny flirt poza stałym związkiem jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa, który pozwala opanować naturalną potrzebę szukania innych partnerów. Jeśli ktoś nie ma na to zgody, to zaprzecza swojemu człowieczeństwu.

Inna baza do rozwoju patologicznej zazdrości to niezdolność do przeżywania prawdziwej miłości. Jest taki świetny cytat z „Braci Karamazow” Dostojewskiego: „Zakochać się to nie znaczy kochać. Można się zakochać i nadal nienawidzić”. Żeby ze stanu zakochania rozwinęła się prawdziwa miłość, człowiek musi mieć w sobie taki rodzaj dojrzałości, która widzi drugiego człowieka jako odrębną osobę i pozwala jej na autonomię i niezależność. Chorobliwa zazdrość to rodzaj pętli, która stopniowo się zaciska: zazdrość pociąga za sobą wstyd, że jestem niekochana, ten z kolei powoduje jeszcze większą zazdrość, a ta – jeszcze większy wstyd. A wstyd jest dodatkowo zasilany przez niskie poczucie własnej wartości. Podsumowując, zazdrość patologiczna to powtarzająca się sekwencja uczuć, z których dominujące są wstyd i poczucie winy, połączone z nieprzyznawaniem sobie prawa do ich odczuwania. Nic dziwnego, że często prowadzi to do tragedii. Pojawia się nienawiść: do dopuszczającej się zdrady – mniej lub bardziej wyimaginowanej – bliskiej osoby, do rywala lub rywalki i na końcu do siebie – za to, że odczuwam zazdrość.

Jak znaleźć równowagę między wyłącznością a dzieleniem się? W miłości i w innych dziedzinach życia.

Tego właśnie powinni uczyć nas rodzice, od najmłodszych lat. Choć w miłości może być o to najtrudniej. Prawda jest taka, że miłość jest jak świeca, nie gaśnie, jeśli odpalisz od niej drugą. Miłość jest podzielna i pojemna: w jej obrębie może się mieścić nie tylko miłość do partnera, ale i do dzieci, przyjaciół czy innych członków rodziny, z zaznaczeniem, że są zachowania zarezerwowane dla każdej z tych relacji. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie jest zdolny do rywalizacji, choćby o partnera czy inne dobra w życiu, to też nie jest to dobre.

Danuta Golec psycholog, psychoterapeutka psychoanalityczna, członkini Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej, tłumaczka, wydawca. Założycielka Oficyny Ingenium, która wydaje książki z dziedziny psychoanalizy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »