Zazdrość – kiedy niszczy, kiedy jest naturalna?

Zazdrość - kiedy niszczy, a kiedy jest zdrowa?
Zazdrość, złość, smutek są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. (Fot. iStock)

Wszyscy zazdrościmy. Tylko nie chcemy się do tego przyznać. Każdy kiedyś pobił się o zabawkę, pokłócił o chłopaka czy poczuł się wykluczony z jakiejś relacji. – Znacznie gorsze od samej zazdrości jest udawanie, że to uczucie jest nam obce – mówi psycholog Danuta Golec.

Paskudna sprawa ta zazdrość. Podobnie jak jej wyższy, wredniejszy stopień – zawiść.
Zawiść jest tak naprawdę niższym i wcześniejszym stopniem zazdrości. Obu słów używamy zamiennie, choć nie do końca oznaczają to samo uczucie. Zawiść jest bardziej prosta, bardziej prymitywna i rozwojowo wcześniejsza. Człowiek odczuwający zawiść jest nieszczęśliwy z tego powodu, że ktoś ma coś, co on też by chciał mieć. Czasem do tego dołącza się pragnienie, by ten ktoś nie miał danej rzeczy lub cechy. To, co różni zawiść od zazdrości, to fakt, że pojawia się w relacjach dwuosobowych, czyli: ja kontra ktoś jeszcze. Zawiść łączy poczucie nieszczęścia i niesprawiedliwości z niechęcią do danej osoby, nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że jest dobra, bo coś ma. To – można powiedzieć – normalny wymiar zawiści. W stanie nasilonym, czyli patologicznym, możemy nawet chcieć, by wspomnianej osobie stała się krzywda.

Czym w takim razie wyróżnia się zazdrość?
Po pierwsze, odczuwamy coś w rodzaju lęku, podejrzliwości lub strachu, że albo już straciliśmy, albo dopiero stracimy kogoś bliskiego (to zawsze dotyczy osoby) lub jego uczucie na rzecz kogoś innego. Po drugie, towarzyszy temu poczucie bycia gorszym. Trzeci komponent to nienawiść do rywala. W zazdrości występuje bowiem relacja trójosobowa. Pod tym względem zazdrość jest rozwojowo wyższa od zawiści. W rozwoju człowieka najpierw dochodzi do relacji dwuosobowej: matka–dziecko, kiedy pojawia się zawiść dziecka o rzeczy, które ma matka (np. mleko), a potem do relacji trójosobowej, kiedy wyraźniej zaakcentowuje się rola ojca i dziecko robi się zazdrosne o wykluczenie z relacji, jaką zaczyna dostrzegać między matką a ojcem.

Ale oba uczucia też wiele łączy.
Oba są „w wyposażeniu” każdego człowieka. Rodzimy się z predyspozycją do ich odczuwania. To normalne, a nawet potrzebne, dopóki nie przekroczy pewnych granic, nie zacznie szkodzić nam lub innym. W dorosłym życiu zarówno zawiść, jak i zazdrość nigdy nie są wywołane tylko bieżącą sytuacją. Zawsze aktywują coś z przeszłości. I w zależności od tego, jak bardzo traumatyczne było to, co się zdarzyło dawno temu, różnie sobie z nimi radzimy. Jedni, widząc kogoś, kto pruje przez miasto superdrogim samochodem, pomyślą: „ale świetne auto”, inni: „pewnie je ukradł”, a jeszcze inni: „kurde, też sobie kiedyś takie kupię”. Są też tacy, u których może pojawić się chęć zniszczenia auta. I ten stopień zawiści jest najbardziej destrukcyjny.

Ale zawiść może być też konstruktywna?
Melanie Klein, XX-wieczna psychoanalityczka, twierdziła wręcz, że oba uczucia są warunkiem rozwoju, jeśli nawet nie przeżycia jednostki. Jej zdaniem dziecko rodzi się z potencjałem do odczuwania zawiści, bo samo z siebie nie ma mnóstwa rzeczy. Matka ma wszelkie dobra, ono nie ma nic. Dlatego musi odczuwać zawiść, by przeżyć. Dziecko ma małą zdolność do tolerowania frustracji z powodu tego, że czegoś nie ma, a za tym idzie jeszcze inna cecha, którą Klein nazywa zachłannością, a którą bardzo propaguje nasza kultura. Mamy więc wrodzoną skłonność plus podbicie kultury, a jeśli do tego dojdą jeszcze specyficzne warunki, w których dziecko się wychowywało, czyli atmosfera deficytu albo deprywacji podsycająca jego głód, to w dorosłym życiu u takiej osoby może wytworzyć się gigantyczna zawiść. Choć ma wiele, ciągle nienawidzi tych, którzy mają jeszcze więcej.

A zazdrość? Też jest nam potrzebna do przeżycia?
Badacze ewolucji są zgodni: osobniki nie odczuwające zazdrości nie są naszymi przodkami. Dobór naturalny preferował zazdrośników, bo byli skuteczniejsi w podtrzymywaniu gatunku. Przy czym mężczyźni i kobiety mieli w tym trochę odmienne interesy. Samiec, żeby przekazać swoje geny, musi mieć przekonanie, że samica jest mu wierna. Dlatego mężczyźni są zazdrośni o seks. Kobiety nie mają raczej wątpliwości, czy dziecko jest ich, dlatego one są bardziej zazdrosne o więź i bezpieczeństwo emocjonalne. Bo jeśli ojciec dziecka nawiąże relację z inną kobietą, to matka i dziecko stracą żywiciela i opiekuna.

Przymus przekazywania własnych genów sprawił, że w człowieku rozwijały się różne zachowania. W przypadku mężczyzn była to zazdrość seksualna, jak też rozwiązłość, czyli pęd do zapładniania wielu samic. Kobiety są z kolei nastawione na znalezienie dobrego dawcy genów i dobrego opiekuna dla potomstwa. Problem polega na tym, że nie zawsze jest to ta sama osoba. Na tym polega dość powszechny fenomen związków, w których mężczyźni – najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy – wychowują nie swoje dzieci. Jest teoria, która mówi, że ewolucyjnie – zgodnie z własnym interesem – mężczyźni wykształcili w sobie umiejętność oszukiwania, a kobiety – także we własnym interesie – umiejętność wychwytywania oszustwa. I tak ze sobą pogrywamy.

Czyli fala emocji, jaka pojawia się w nas na widok partnera zatopionego w rozmowie z atrakcyjną kobietą, jest pewnego rodzaju spadkiem po przodkach?
Tak, jest automatyzmem, czymś poza rozumem. Ogarniają nas wtedy tzw. emocje gada, bardzo pierwotne. Współczesna kultura mówi dużo o tym, że partnerzy powinni dawać sobie przestrzeń, być dla siebie wyrozumiali, tolerancyjni, jednak jak przyjdzie co do czego, okazuje się, że nie panujemy nad sobą.

Ale geny to jedno. Do tego dochodzą jeszcze nasze doświadczenia, bardziej lub mniej uświadomione. Chociażby z dzieciństwa. Jeśli rodzice wychowują dziecko – niezależnie, czy ma rodzeństwo, czy nie – jakby było królem, to może mu być potem trudno poradzić sobie z zazdrością. Pierwszym swoistym treningiem w tej kwestii jest rozwiązanie konfliktu edypalnego, drugim – socjalizacja, czyli moment, kiedy dziecko idzie do przedszkola czy szkoły. Tam ma szansę nauczyć się radzić sobie z rywalizacją między rówieśnikami w niedestrukcyjny sposób.

Można osiągnąć taki stopień oświecenia, że przestaniemy w ogóle odczuwać zazdrość?
Były takie eksperymenty, ale wszystkie zakończyły się niepowodzeniem. To naiwna wiara w to, że można stworzyć świat, w którym będziemy wolni od czegoś, co nas pozostawia z poczuciem niewygody. Nikt się nie czuje przecież dobrze po napadzie zazdrości – tak jakby się trochę ubłocił. Moim zdaniem cierpienie, złość, smutek i zazdrość są częścią życia. Zrozumienie ich mechanizmów może spowodować, że nauczymy się sobie z nimi radzić, ale nie przestaniemy ich odczuwać. Bardziej szkodliwe niż odczuwanie zazdrości, która może być i zdrowa, jeśli trzyma się w normie – jest udawanie, że to uczucie jest nam obce.

Nie ma miłości bez zazdrości?
Wierność ma sens tylko w obliczu pokus. Jeżeli ktoś uważa, że jego takie pokusy nie dotyczą, to stosuje mechanizm zwany zaprzeczeniem. Bo pokusy się pojawiają i będą pojawiać, co nie znaczy, że mamy za nimi podążać. Ktoś, kto się ich wypiera, oprócz zaprzeczenia stosuje również inny mechanizm – projekcji na drugą osobę. Będzie wtedy postrzegał każdy, nawet czysto grzecznościowy przejaw flirtu partnera, jako zdradę. I to jest baza do rozwoju patologicznej zazdrości. Już Freud pisał o tym, że kultura dopuszcza bezpieczny, niewinny flirt poza stałym związkiem jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa, który pozwala opanować naturalną potrzebę szukania innych partnerów. Jeśli ktoś nie ma na to zgody, to zaprzecza swojemu człowieczeństwu.

Inna baza do rozwoju patologicznej zazdrości to niezdolność do przeżywania prawdziwej miłości. Jest taki świetny cytat z „Braci Karamazow” Dostojewskiego: „Zakochać się to nie znaczy kochać. Można się zakochać i nadal nienawidzić”. Żeby ze stanu zakochania rozwinęła się prawdziwa miłość, człowiek musi mieć w sobie taki rodzaj dojrzałości, która widzi drugiego człowieka jako odrębną osobę i pozwala jej na autonomię i niezależność. Chorobliwa zazdrość to rodzaj pętli, która stopniowo się zaciska: zazdrość pociąga za sobą wstyd, że jestem niekochana, ten z kolei powoduje jeszcze większą zazdrość, a ta – jeszcze większy wstyd. A wstyd jest dodatkowo zasilany przez niskie poczucie własnej wartości. Podsumowując, zazdrość patologiczna to powtarzająca się sekwencja uczuć, z których dominujące są wstyd i poczucie winy, połączone z nieprzyznawaniem sobie prawa do ich odczuwania. Nic dziwnego, że często prowadzi to do tragedii. Pojawia się nienawiść: do dopuszczającej się zdrady – mniej lub bardziej wyimaginowanej – bliskiej osoby, do rywala lub rywalki i na końcu do siebie – za to, że odczuwam zazdrość.

Jak znaleźć równowagę między wyłącznością a dzieleniem się? W miłości i w innych dziedzinach życia.
Tego właśnie powinni uczyć nas rodzice, od najmłodszych lat. Choć w miłości może być o to najtrudniej. Prawda jest taka, że miłość jest jak świeca, nie gaśnie, jeśli odpalisz od niej drugą. Miłość jest podzielna i pojemna: w jej obrębie może się mieścić nie tylko miłość do partnera, ale i do dzieci, przyjaciół czy innych członków rodziny, z zaznaczeniem, że są zachowania zarezerwowane dla każdej z tych relacji. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie jest zdolny do rywalizacji, choćby o partnera czy inne dobra w życiu, to też nie jest to dobre.

Danuta Golec psycholog, psychoterapeutka psychoanalityczna, członkini Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej, tłumaczka, wydawca.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>