Ugryzie a dziurki nie zostawi

fot. GettyImages

Fałszywy przyjaciel, krytykujący partner, wymagający, a nie wspierający rodzic albo kolega z pracy rzucający seksistowskie żarty – potrafią popsuć nam nastrój jedną uwagą, spojrzeniem czy gestem. Dlaczego tak na nas działają? Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w ich sieć? Jak ich odróżnić od ludzi, którzy są trudni we współżyciu, ale nietoksyczni? Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Co to znaczy, kiedy mówimy, że ktoś jest toksyczny?

Że nas truje. Że przy nim jesteśmy w gorszym stanie niż bez niego. Że psuje nam nastrój, zabiera poczucie pewności siebie. Wypija z nas energię, chce rzeczy, które są niemożliwe do dania, ale mimo to my się bardzo staramy, by go zadowolić. I tracimy drogowskaz, czego tak naprawdę sami chcemy. Temu wszystkiemu jest bardzo blisko do określenia „zła energia”, które zwykle stosuje się, gdy w wyniku czyjegoś działania czy obecności czujemy się fizycznie i psychicznie wyczerpani. Na pewno kontakt z kimś takim nie rozwija, nie przynosi rozwiązań problemów ani zadowolenia, że coś zostało ustalone, zrobione albo przeżyte.

Jest też chyba ważny szczegół – to działanie nie wprost, nieoczywiste.

Jeżeli ktoś na nas wrzeszczy i mówi, że nas nie lubi – to go unikamy albo z nim walczymy. Ale jest to jasna sprawa. Podobnie jak wtedy, gdy ktoś nas o coś prosi, a my tego nie możemy czy nie chcemy dać, to go o tym informujemy (jeśli umiemy odmawiać), i też po sprawie. Natomiast w tym wypadku ktoś czegoś od nas chce, ale nie prosi o to, tylko manipuluje. Często osoby toksyczne mówią wręcz, że robią to dla naszego dobra, z miłości i troski. W ten sposób jesteśmy wciągani w pułapkę, no bo gdybyśmy od początku wiedzieli, o co chodzi – a chodzi o to, by to temu komuś było dobrze, nie nam – to nie bylibyśmy tam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tę pułapkę zostaliśmy złapani o wiele wcześniej.

To znaczy?

Jeżeli rodzice czy opiekunowie dziecka są toksyczni, to ono od początku jest wciągnięte w jakiś rodzaj gry czy udawania, i to dla niego jest codzienność. Niektórzy zapewniają: „Moja rodzina była wspaniała, w domu zawsze było spokojnie, wszyscy wiedzieli, co mają robić, zgadzali się ze sobą, nikt się nie kłócił”. No ale to, że nikt się nie kłócił, wynikało prawdopodobnie z tego, że nawet nie można było powiedzieć, co się myśli. Zamykane były wszystkie nurty naturalności, które są przecież różne. Nie można być zawsze jednakowym. Człowiek zdrowy jest raz w takim nastroju, a raz w innym, co nie znaczy, że skacze od jednego do drugiego, tylko po prostu nie ustala sobie: „Będę zawsze uprzejma”, bo się nie da. Dziecko w ogóle nie jest uprzejme, dziecko jest prawdziwe. Dopiero gdy uczy się je uprzejmości, to przestaje być sobą.

(…)

 

Więcej we Wrześniowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 09/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.