fbpx

Wakacje – czas prawdy o rodzinie

Wakacje - czas prawdy o rodzinie
Wakacje - czas prawdy o rodzinie

Planujemy go kilka miesięcy naprzód albo – w ostatniej chwili. W luksusowych hotelach bądź pod namiotem. Za grube pieniądze lub w super ofercie last minut. Na urlop czekamy jak na wielkie święto. I co się okazuje? Że zamiast święta mamy dobrze znaną codzienność. Te same napięcia, wzajemne oskarżenia, pretensje. Bo wspólnie spędzony urlop to czas prawdy o rodzinie.

Na co dzień funkcjonujemy jak dobrze zorganizowane przedsiębiorstwa. Śniadanie na stojąco, podgrzewany obiad, wymiana komunikatów przed snem. Niby razem, a tak naprawdę – każdy sobie rzepkę skrobie. Każdy myśli o swoich problemach, sprawach do załatwienia, naprawienia, zdobycia.

Amerykański ekspert od rodziny Stephen R. Covey nazywa ten powszechny styl życia współczesnej rodziny kulturą „ja”. To wygodna taktyka. Ludzie żyją pod jednym dachem, ale w bezpiecznej odległości. Na tyle bezpiecznej, by nie dopuścić do konfrontacji. Robią wszystko, byleby tylko usankcjonować status quo. 

Na urlopie konfrontacja wydaje się  nieunikniona. Jesteśmy razem na okrągło i nie bardzo mamy dokąd uciec, choć próbujemy – w sporty, towarzystwo, spanie, czy chorobę. 

Dlaczego tak bardzo boimy się bliskości? Zdaniem Coveya dlatego, że bliskość wiąże się ze  przeniesieniem akcentu z „ja” na „my”. W książce „7 nawyków szczęśliwej rodziny” pisze: „Przejście od „ja” do „my”, od niezależności do współzależności to chyba najtrudniejszy  aspekt życia rodzinnego. Nawet jeśli w pewnych kręgach kulturowych twierdzi się, że priorytety to wolność jednostki, natychmiastowe zadowolenie, sprawność i sprawowanie kontroli, to w istocie żaden sposób życia nie przynosi pełniejszej radości i satysfakcji niż bogate i pełne współzależności życie rodzinne.”
Dobra rodzina nie znaczy – idealna. Zdarza jej się zbaczać z właściwego kursu. Ale jej siła polega na tym, że dobrze wie, dokąd zmierza i jak wygląda jej kurs. 

Czas prawdy

Ewa i Jarek, absolwenci Akademii Wychowania Fizycznego, obydwoje  po 32 lata. Na dorobku. Rozkładana kanapa, dwa krzesła, dziesięcioletni opel astra – to wszystko co mają.
Pokój z kuchnią w kamienicy na warszawskiej Pradze (wynajmowany). Mamy rozmawiać o ostatnich wakacjach, a Ewa śmieje się, że całe ich życie to wakacje. Dzisiaj tu, jutro tam.
Zaczęli od Giżycka. Jako  zapaleni żeglarze postanowili żyć ze swojej pasji. Ale sezon się skończył, zabrakło pieniędzy, więc co za problem, zwinęli manatki i pojechali szukać szczęścia w Krakowie. Załapali się na chwilę do fitness clubu – ona prowadziła kurs aerobiku, on był instruktorem na siłowni.
– W Krakowie nie mieliśmy czym oddychać – mówi Ewa. – Jarek wpadł na pomysł, żeby wyjechać do Zakopanego i wkręcić się do szkółki narciarskiej. Zimą, jeszcze jak się chce, ale z czego może żyć latem w Zakopanem instruktor narciarstwa? My próbowaliśmy żyć z handlu lodami.
Wytrwali dwa sezony. Potem był jeszcze krótki epizod w klubie wspinaczkowym.
Od dwóch lat są w Warszawie. Mają sklep sportowy w jednym z supermarketów. Ewa zamieniła podarte dżinsy i rozciągnięte t-shirty na modne garsonki i obcisłe bluzki. Praca na swoim, w sąsiedztwie ekskluzywnych butików wymusiła na niej całkiem nowy image. Jarek pozostała Jarkiem.
-Działa na zapleczu, może sobie na to pozwolić – mówi Ewa i głośno zastanawia się, czy to właśnie nie tu tkwi sedno sprawy.
„Sprawa” ujawniła się na urlopie.
– To ja wyskoczyłam z tymi wakacjami tylko we dwoje. Zamarzyło mi się coś, czego nigdy dotąd nie mieliśmy: jeziora, żaglówka i dwa tygodnie takie bez uczenia czegokolwiek kogokolwiek.

PRAWDA PIERWSZA: Podstawą udanego urlopu  jest postawienie sobie realistycznego celu. Za jego realizację trzeba jednak wziąć odpowiedzialność. Bo największą pułapką jest oczekiwanie, że nasze cele będą zrealizowane przez kogoś innego.

Oznajmiła Jarkowi wyraźnie: żadnego wyjazdu w ciemno. Koniec z prowizorkami, wieczną improwizacją. Teraz będzie inaczej: przewidywalnie, po bożemu, choć oczywiście skromnie, bo jeszcze ich nie stać na luksusy. Jarek mruknął coś pod nosem, co znaczyło, że się zgadza. Spakowali plecaki – walizek jeszcze nie mają – do wiekowego opla i pognali po chwile świętego spokoju.
– Byłam przekonana, że Jarek chce tego samego, co ja. Miałam podstawy tak sądzić. Przecież nie sprzeciwiał się mojej propozycji. A nawet odgrzebał  w starym notesie adres małego pensjonatu pod Mrągowem.
 Miejsce – boskie. Cisza, jak makiem zasiał, do najbliższych domów jakieś pół kilometra. Z okna ich pokoju na poddaszu, do którego wchodziło się po krętych skrzypiących schodach, roztaczał się widok zapierający dech w piersiach.
– Wpadłam w euforię – wspomina Ewa. – Zupełnie tak, jakbym znalazła się w raju. Jarek wydawał mi się jakiś taki rozmarzony, nieobecny. Ale niespecjalnie się tym przejęłam. On zawsze był małomówny, zawsze bujał w obłokach. Rozkręcał się tylko na imprezach.
Pierwszy dzień przespali. Drugiego wypłynęli na jeziora, ale przeszkodziła im burza. Kiedyś nie zwinęliby tak od razu żagli. Zacumowaliby w najbliższej przystani i natychmiast po burzy byliby znów na środku jeziora. Teraz od razu się poddali. A ściślej – poddał się Jarek, Ewa tylko poparła jego decyzję. Też jeszcze niczego nie podejrzewała.
Trzeciego dnia rano wstała jak gdyby nigdy nic. Jarka nie było w pokoju.  Pewnie robi śniadanie, pomyślała. Ale nie było go ani w kuchni, ani na przystani. Zniknął. Zapadł się pod ziemię. Nie odbierał telefonu. Właścicielka pensjonatu widziała go o szóstej rano, jak z plecakiem szedł w kierunku przystanku autobusowego.
Ewa domyśliła się, gdzie go szukać. Dała mu jednak czas. Gdy po dwóch dniach nie wrócił, wsiadła do samochodu i pojechała do Giżycka. Do dziś ma przed oczami tamten obrazek: Jarek  gra na gitarze, a wokoło rozbawione towarzystwo.
Nie, skądże, nie robiła mu awantury. Wzięła tylko na stronę i zapytała, co to wszystko ma znaczyć.
– Wilka zawsze ciągnie do lasu, nie wiesz o tym? – roześmiał się od ucha do ucha.
Ewa: – To niestety, prawda. Jarek nigdy nie dorośnie. Będzie wiecznym chłopcem. Dla niego czas zatrzymał się na osiemnastce i nic już nie jest w stanie go zmienić. Właśnie to sobie uświadomiłam tamtego dnia na wakacjach.
 Do pensjonatu wrócił po trzech dniach. Skruszony i z poczuciem winy. Dała mu szansę.
– Od tamtego czasu upłynął prawie rok, ale ja wcale nie mam pewności, że sytuacja się nie powtórzy. Że któregoś dnia nie spakuje się i gdzieś nie odleci. Jestem na to psychicznie przygotowana. Chociaż taki  mam z tego wymarzonego wyjazdu pożytek.

PRAWDA DRUGA: Trzeba nauczyć się realizmu w formułowaniu oczekiwań pod adresem bliskiej osoby. Na przykład, nie oczekiwać, że żona spędzi urlop na kortach, jeśli granie w tenisa jest ostatnią rzeczą, jaką ona lubi robić. Nie proponować mężowi wakacji w szkole tańca, gdy on nie cierpi tańczyć. Ale to nie znaczy, że należy zrezygnować ze swoich potrzeb.  Można poszukać z partnerem innego rozwiązania.

Marzena i Tomasz. Na co dzień zajęci od świtu do nocy. Wspólne urlopy? Jakie wspólne? Do tej pory wszystkie urlopy spędzili oddzielnie. Ustalili, że tak będzie najlepiej dla ich synka, Bolka (dzisiaj  siedmioletniego). Dwa tygodnie nad morzem z mamą, dwa z tatą. W sumie miesiąc wdychania jodu. Dla małego dziecka to samo zdrowie. Na ogół wybierali Juratę albo Jastrzębią Górę. Zazwyczaj najpierw trzymała wartę przy Bolku Marzena, potem zmieniał ją Tomasz.
Dzień zmiany warty był porą nadawania komunikatów:
Nie chodź z Bolkiem do tej smażalni za rogiem, mówiła na przykład ona.
Podlewaj ogródek, bo kwiatki usychają, mówił on.
I tyle.
W ubiegłym roku nie było zmiany warty. W dniu, kiedy zazwyczaj Marzena pakowała swoje walizki i przygotowywała komunikaty, zadzwonił Tomasz. Niestety, nie może przyjechać. Ani dzisiaj, ani w ogóle. Musi zająć się gośćmi z centrali. Marzenę w aptece zastąpi koleżanka, Tomasz już to załatwił.
Wcale się nie zmartwiła. Dodatkowe dwa tygodnie nad morzem, to ho ho, kawał czasu. Można wykupić z kiosku wszystkie babskie pisma, naczytać się, wyspać za wszystkie czasy, nabawić do woli z dzieckiem.
Wyspała się, naczytała, nabawiła. Przyszedł czas na rozmyślanie. Dlaczego, do licha, my nie jesteśmy tacy, jak ci, z sąsiedniego koca? Roześmiani, zapatrzeni w siebie. Albo tamci, spacerujący brzegiem morza. Objęci wpół, z dzieciakiem „na barana”. Postanowiła: To ostatni taki wyjazd. Za rok jedziemy razem.

PRAWDA TRZECIA: Często ludzie żyją obok siebie ileś lat. A potem liczą, że wystarczy pojechać na wspólne wakacje i będzie jak kiedyś, kiedy się poznali. Jadą, no i srodze się rozczarowują. 

Już w styczniu zarezerwowała apartament w hotelu z basenem. Na trzy tygodnie. Odrobimy wszystkie zaległości w byciu razem, cieszyła się.
Tomasz, o dziwo, zgodził się od razu.
– To wydawało mi się trochę podejrzane – powie mi później. – I, niestety, nie myliłam się.
Pokłócili się już drugiego dnia. O to, czy brać na plażę parawan.
– Po co ci ta szmata? – krzyczał Tomasz. – Przecież nie wieje.
– No to co, że nie wieje – odkrzykiwała Marzena. – Parawan jest po to, żeby  odgrodzić się od ludzi.
Nie mogli dogadać się w najmniejszej sprawie.
-Pójdziemy na spacer? – pytała Marzena.
–  Nie, wolę pograć w tenisa – odpowiadał Tomasz.
– Jedziemy do Łeby, Bolek nie widział jeszcze ruchomych piasków – stwierdzał on.
– Nie widział też fok – przypominała ona. – Jedźmy na Hel.
Najczęściej kończyło się na tym, że nie jechali nigdzie, Bolek płakał, a oni przez jakiś czas nie odzywali się do siebie. Któregoś dnia obiecali dziecku wyprawę do zoo. Ale rano zaświeciło słońce. Marzena zaproponowała: Jedźcie sami. Ja się poopalam.
Leżała na plaży, słuchała szumu fal i zastanawiała się: Dlaczego nie umiemy być razem? Bo że nie umieją odkryła dopiero teraz, po prawie ośmiu latach małżeństwa.

PRAWDA CZWARTA: Przed urlopem trzeba podjąć decyzję: albo ten urlop przeznaczamy na załatwienie spraw nie załatwionych, albo odkładamy je na bok. Skoro mogły czekać tyle czasu, nic się nie stanie, jeżeli jeszcze poczekają.

Marzena ma 32 lata i figurę modelki. Jest właścicielką apteki w jednym z podwarszawskich miasteczek. Opowiadano mi, że jako studentka była najweselszą dziewczyną na roku. Podobno kiedyś w kinie tak się śmiała, że przerwano seans.
Teraz siedzi przede mną poważna kobieta. Cały czas nerwowo przekłada z ręki do ręki długopis.
Bolek już śpi. Mąż jeszcze w pracy.
– To nasza norma – mówi z goryczą.
Pobrali się na ostatnim roku studiów. Pół roku później przyszedł na świat syn. Nie mieli nic – ani mieszkania, ani pieniędzy. Mieli za to pomysł – otwarcie własnej apteki w miasteczku, w którym do tej pory takiej apteki nie było. Mieli też szczęście – Tomasz dostał propozycję pracy w zachodnim koncernie farmaceutycznym. Dziś jest jednym z jej szefów. Z interesami trafili w dziesiątkę – aptece przybywa klientów, bo do miasteczka przeprowadza się coraz więcej ludzi. Firma farmaceutyczna też rośnie w siłę.
– Nigdy tak dobrze nie było. I tak źle – mówi cicho Marzena.

PRAWDA PIĄTA: Źle spędzony urlop może być szansą na zmianę, swego rodzaju darem losu. Im nastąpi wcześniej, tym lepiej. Ale wszystko zależy od tego, czy tę szansę się  wykorzysta czy zaprzepaści. 

Monika i Wojtek – dziesięć lat razem. A właściwie – osobno. Wojtek, inżynier, specjalista od budowy dróg i mostów, dziewięć lat przepracował na kontraktach w kraju i zagranicą. Monika w tym czasie wychowywała dzieci (dziewięcioletnią Basię, siedmioletnią Kasię i Franka, lat 3).
Jego urlopy były rodzinnymi świętami. Przyjeżdżał z furą prezentów dla dzieci. Dwa tygodnie spędzali w domu z rodziną, a potem sami, tylko we dwoje, w górach. Dziećmi opiekowali się w tym czasie rodzice Moniki.
Tamte ich wakacje we dwoje to wędrówki ulubionymi szlakami. Rozmowy, jak to będzie cudownie, kiedy Wojtek wróci na stałe do Polski. To patrzenie sobie w oczy i trzymanie się za ręce, jak dawniej.  Potem on wyjeżdżał. I znów pozostawały listy, telefony, tęsknota. Aż do następnego spotkania. Do upojnych nocy i dni.
– Byliśmy takimi wiecznymi kochankami – mówi Monika. – Miało to swój niewątpliwy urok i czar. Który niestety, prysł, gdy Wojtek zmienił pracę. A ściślej – kiedy wybraliśmy się na pierwsze wakacje z dziećmi.
Pojechali, a jakże, do tych samych zaprzyjaźnionych górali. Wynajęli całe poddasze z pokojem dla dzieci i osobną sypialnią dla nich. Już pierwszego wieczoru doszło do awantury. Franek nie chciał słyszeć o spaniu w jednym pokoju z siostrami, uciekł do rodziców. Dziewczynki pobiły się o to, która zajmie łóżko pod oknem.
Wojtek dostał szału. – To banda rozpuszczonych bachorów, nie dzieci – krzyczał.
A dzieci wiecznie czegoś chciały, albo wprost przeciwnie – czegoś odmawiały. Jednego dnia Basia rozcięła sobie nogę, następnego dnia Kasia dostała gorączki, a Franek nabił sobie guza i przez godzinę wydzierał się wniebogłosy.
Dla Moniki nie było w tym nic zaskakującego. – To są tylko dzieci – tłumaczyła mężowi. Ale on nie chciał słuchać jej tłumaczeń.
– Źle je wychowałaś – kwitował krótko każdą rozmowę na temat dzieci.
Miarka przebrała się pewnej nocy, kiedy Franek, który już od roku nie używał pieluch, zsiusiał się w ich małżeńskie łoże. Tego było za wiele. Wojtek spakował się i wyjechał. 

PRAWDA SZÓSTA: Nie da się nadrobić zaległości wychowawczych w czasie wakacji. Wakacje powinny być od tego, żeby wszyscy lepiej się poznali i jak najprzyjemniej spędzili ze sobą czas. Jeżeli ojciec nie ma wprawy w zajmowaniu się dziećmi, ważne jest, aby przed wyjazdem przygotował dla nich jakąś ofertę. Mogą to być wycieczki, zajęcia sportowe, fotografowanie, wędkowanie, cokolwiek.

Od tamtej pory nie chce słyszeć o żadnych wspólnych wyjazdach. „Dopóki nie zmądrzejecie – ty i dzieci” – mawia. W pracy siedzi „do oporu”. Wraca, kiedy dzieci są już w łóżkach, wychodzi – kiedy jeszcze śpią.
– Wszystko przez ten wspólny wyjazd – mówi z rezygnacją w głosie Monika, szczupła, drobna szatynka o smutnych oczach.- Nie przygotowałam go na taką dawkę problemów – obwinia się.
Przedpołudnie. Dziewczynki w szkole, Franio  na spacerze z babcią, mąż w pracy. Monika krząta się po domu. Zaraz usiądziemy na tarasie, jeszcze tylko wrzuci warzywa do zupy. Wojtek uwielbia domowe zupy. Lubi porządek. Nie znosi hałasu. Wojtek to, Wojtek tamto. No a przede wszystkim kocha góry. Jeżdżą tam z Moniką nadal. Bez dzieci. Ale nie trzymają się już za ręce, nie patrzą sobie w oczy. Od tamtego urlopu Monika jakoś nie potrafi udawać, że nic się nie zmieniło.
– Pojechałam na pierwsze wspólne wakacje z dziećmi i z mężem, w którym od lat byłam tak samo zakochana, a zobaczyłam obcego człowieka. 

PRAWDA SIÓDMA:  Roli urlopowicza z rodziną też musimy się uczyć. Na początku może nam nie wychodzić, jak każda nowa rola. Może okazać się tym trudniejsza, im mocniej będziemy tkwić w roli sprzed urlopu.  Pomysł na dobry urlop: zadbać o siebie

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze