Warto stawać za sobą! – przekonuje Katarzyna Miller

Być po swojej stronie to znaczy mieć do siebie szacunek, poczucie godności i własnej wartości. (Fot. iStock)

Co to znaczy być po swojej stronie? – Mieć do siebie szacunek, poczucie godności i własnej wartości. To świadomość, że jesteś kimś i że przysługują ci pewne prawa. A jeśli ktoś coś ci zarzuca, to jesteś niewinny, póki ci tego nie udowodni – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Niedawno byłam świadkiem pewnej sytuacji, myślę, że dość powszechnej. Chłopiec rzuca w złości o ziemię zabawką, zabawka się łamie. Jego babcia odruchowo reaguje: „Nie wolno niszczyć zabawek. Jesteś złym chłopcem”. Na co chłopiec, zaciskając dłonie w piąstki, wykrzykuje: „Nieprawda, nie jestem złym chłopcem”. Pomyślałam sobie, że to piękny przykład na to, jak stawać w swojej obronie.
Cudowny przykład. A co babcia na to odpowiedziała?

Też podobała mi się jej reakcja. Powiedziała: „Masz rację, nie jesteś złym chłopcem. Ale źle się zachowałeś”. Pomyślałam sobie, ile dzieci by tak zareagowało jak ten chłopiec…
On po prostu musiał mieć całkiem niegłupich rodziców, którzy dali mu dużo praw. Dzięki temu czuje się sobą i mógł mocno babci wykrzyczeć: „Nie jestem zły”. Ale są dzieci, które tak wcześnie doznają presji na temat tego, jakie mają być a raczej, jakie mają nie być, że nie zdążą nawet siebie polubić i zaakceptować. Bo już od początku wiedzą, że mają być takie, jak rodzice chcą. I nie będą stawały za sobą. Tacy ludzie jako dorośli przepraszają, że żyją.

No właśnie, rodzice czasem, w ramach dobrego wychowania, zmuszają dziecko, by przeprosiło za coś, co zrobiło. „Nie wyjdziesz z pokoju, póki nie przeprosisz siostry”. Powinni tak robić? To jest jednak gwałt na dziecku.
Każde łamanie dziecka powoduje, że ono powoli traci wiarę w siebie i w to, że coś jest takie, jakie mu się wydaje. Robi się pogubione i wylęknione. Albo wściekłe – i wtedy zachowuje się według zasady: „Tak? Chcecie mnie takiego? Uważacie, że jestem zły? No to ja wam pokażę, jaki naprawdę jestem zły”. I wtedy tak silnie za sobą staje, że każdy jest jego wrogiem. Na takiej samej zasadzie rodziny tworzą tzw. czarne owce, bo uważają, że ktoś jest nieudacznikiem, a on już się postara, by nic mu się nie udawało.

W tym „jesteś zły” zawiera się też przekonanie, że to inni wiedzą lepiej, jacy jesteśmy, niż my sami.
A przede wszystkim wiedzą, jacy powinniśmy być. „Taki chłopiec jest niedobry, dobry jest chłopiec, który szurnie nóżką, powie wierszyk i pójdzie spać”. Albo dziewczynka, która poda herbatkę, posprząta i przeprosi, jak coś przy okazji stłucze. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że kilkuletnia dziewczynka zmywa naczynia i tłucze talerz – czy to jest coś, za co powinna dostać burę? Za co powinna przepraszać? Że wykonuje robotę, która czasem ją przerasta, bo jest jej za dużo albo jest niedostosowana do jej wieku, albo że po prostu chciała pomóc? Zobacz, jak w ten sposób dziecku się robi wodę z mózgu. Dziecko robi coś, czego sobie życzą rodzice, nagle omsknie jej się łapka i ukochany wazon mamy leci na podłogę. No i się zaczyna: „Tobie to coś dać do ręki, ostatnia oferma z ciebie, jak ja teraz będę żyła bez tego wazonu”. Bez ciebie bym, kurde, żyła, ale bez wazonu nie.

Ale są też rodzice, którzy reagują inaczej. Pytają: „Nie skaleczyłaś się? Wszystko w porządku”. „Szkoda go, ale to tylko wazon”. Albo: „To na szczęście”.
I dzięki takim rodzicom trochę normalnych ludzi po tym świecie chodzi.

Dziecko, które spodziewa się bury za wazon, za talerz czy za inne rzeczy – uczy się, by na wszelki wypadek od razu przepraszać. I potem – tak jak mówisz – idzie przez życie, przepraszając za wszystko, a inni z chęcią scedowują swoją winę na nie.
No skoro samo się prosiło… Kto posprząta? „Ja, ja”. Kto zorganizuje? „Ja, ja”. Ale kiedy trzeba pójść i o coś poprosić, to już nie umie. Bo ono chodzi tylko tam, gdzie się sprząta, tam gdzie dają – już nie.

Czyli to stawanie za sobą jest po prostu…
… szacunkiem do siebie, poczuciem godności i własnej wartości. To świadomość, że jestem kimś i że przysługują mi pewne prawa. I że w kwestii rzekomej winy należy mi się rozprawa – bo póty jestem niewinny, póki mi tego nie udowodnią. Jeżeli szanujący siebie człowiek nie jest winny, mówi: „Nie zgadzam się”. Jeśli jest winny, mówi: „Tak, zrobiłem to”. Bo stać za sobą to także przyznać się: „Tak, zrobiłem i chciałem to zrobić” albo: „Nie wyszło mi tak jak chciałem”, czy: „Owszem, przyznaję się, ale nie będę się kajać do końca życia”.

A czy stawaniem za sobą jest przyznawanie się do swoich poglądów czy zdania…?
O, jak najbardziej

…nawet jeśli podejrzewasz, że mogą się one nie spodobać?
A z tym różnie bywa. Każdy sam musi zdecydować, czy sytuacja, w której będzie w opozycji, mu się opłaca czy nie. I teraz: co to znaczy „opłaca się”. Dla niektórych oznacza to jedno: co inni sobie o mnie pomyślą, czy będę mieć potem kłopoty z tego powodu. A dla innych „opłaca się” oznacza: czy to będzie zgodne z moją hierarchią wartości. Więc wszystko zależy od tego, czy dbasz o swoją tzw. dupę czy o swoją dumę, postawę, oblicze, honor, sprawiedliwość… Oczywiście niektórzy powiedzą: „Życie oddam za swoje poglądy”, a dla takiego Wojaka Szwejka życie było jednak zawsze ważniejsze, i ja się z nim zgadzam. Choć jeśli największą konsekwencją jest to, że się komuś narażę czy nie spodobam, to nie jest to dla mnie powód, żebym nie miała mówić, co myślę. Na przykład jest zebranie i wszyscy mają jawnie za czymś zagłosować. Szef by oczywiście chciał, bym zagłosowała za jego projektem, ale mnie ten projekt się nie podoba. Jeśli zgłoszę swoje wątpliwości, może inni też się ośmielą. Czasem trzeba dać przykład albo ludziom pomóc, by się zdecydowali, a nie tylko szeptali po kątach.

Stawanie za sobą stawia cię zawsze w kontrze do innych?
Myślę, że tak. Jeżeli nie ma problemu, jeśli się nic nie waży, nie konfrontuje – to nie trzeba za sobą stawać, bo jest spokój.

A czy to, że godzisz się na coś, na co nie miałaś ochoty, zawsze jest konformizmem lub postawą ofiary, czy może być też wzięciem swojej strony?
Czasami robimy to dla świętego spokoju, ale wtedy trochę siebie zdradzamy, a trochę za sobą stajemy, bo szkoda nam czasu i energii na utarczki, więc powiedziałabym, że to takie pół na pół.

To podam jeszcze inny przykład: ktoś nas prosi, żeby w ramach tego, na co się wcześniej zgodziliśmy, zrobić coś jeszcze. Jeśli nie jest to zbyt duże i pracochłonne zadanie, mimo że nie mamy na nie ochoty, w imię dobrych relacji czasem się godzimy. Czy lepiej od razu postawić granicę?
Widzisz, w takich sytuacjach na jednej dodatkowej rzeczy nigdy się nie kończy. Niedawno samej mi się to zdarzyło. Zgodziłam się zrobić coś dla pewnej grupy działającej na rzecz kobiet za o wiele mniejsze pieniądze niż normalnie się godzę i zrobiłam to z dobroci serca. No i się zaczęło: a to jeszcze nagraj nam zaproszenie, a to jeszcze napisz nam coś do programu… W pewnym momencie powiedziałam im: „Jesteście bezczelne, nie zrobię dla was już nic więcej. Początkowo się zgadzałam, bo chciałam was wspierać, ale teraz traktujecie mnie jak swój afisz”.

Czasem nam się wydaje, że jak powiedzieliśmy: A, to trzeba powiedzieć: B i nie możemy się już wycofać…
I na przykład z tego powodu tkwimy w krzywdzących nas związkach.

Jeśli coś nas przerasta, krzywdzi lub po prostu nam nie pasuje, zabiera nam czas czy siły – zawsze możemy się wycofać. Jeśli ktoś mówi nam, że jest inaczej, manipuluje nami.
Bardzo dużo takich manipulacji dzieje się w seksie. Chłopak mówi na przykład: „Umówiłaś się ze mną, postawiłem ci kolację, to teraz masz ze mną iść do hotelu”. Wiele dziewczyn uzna: „No cóż, przepadło. Niech on już robi ze mną co chce, byle szybko, bo wtedy będę mogła wreszcie iść do domu i pluć sobie w brodę, po co ja się z nim spotykałam”. Albo zaczynają się całować i ona na tym chce zakończyć, a on chce więcej i mówi: „Przecież już mnie roznamiętniłaś”. To jest zwykłe podpuszczanie. I ważne jest ogromnie, żeby wszystkie matki i wszyscy tatusiowie uczyli nas, że zawsze możemy powiedzieć: „Ale ja chcę tylko tyle”, „Nie wiedziałam, ile będę chciała, a teraz już wiem”. I to też jest stawaniem za sobą.

Seks to chyba taka strefa, która może nas najbardziej nauczyć tego, co jest dla nas dobre, a co nie, na co się zgadzamy, a na co nie i jak to jasno komunikować.
Ale nie tylko ta strefa. Weźmy na przykład przyjaźń – nasza przyjaciółka od miesiąca mówi tylko o sobie, a my powoli mamy tego dosyć. Jak ktoś nie ma we krwi tego, by stawać za sobą, to mimo że coraz bardziej będzie go ta przyjaciółka wkurzać, to będzie jej słuchał. Albo zacznie się wymigiwać ze spotkań, bo nie ma czasu, jest zmęczony, zajęty – a nie dlatego, że nie chce. A zamiast tego powinien powiedzieć: „W ogóle mnie nie słuchasz. Ja też mam ochotę być tu ważny”. I zobaczyć, co ta druga osoba powie. Czy: „Rzeczywiście, przepraszam, zapuściłam za daleko na własne wody, słucham cię chętnie”. Czy może powie: „A co ty taki obrażalski jesteś? O co ci chodzi? Nie rozumiem”.

Nie sądzisz, że uczy się nas trochę tego, by przecierpieć, przeczekać, a potem ponarzekać sobie: „Jezu, jak ona gadała. Dwie godziny tylko o sobie”.
Wiadomo, najlepiej pójść do kogoś i nagadać mu na przyjaciółkę. Strasznie nie lubię takich ludzi, nie ufam im po prostu. Tak jest łatwiej, bo nie narażamy się na konfrontację. Nas się w ogóle nie uczy konfrontacji. Czasem trzeba przeżyć takie niemiłe uczucie, że się powiedziało coś, z czego powodu drugiej osobie nie jest teraz przyjemnie, ale też ona musi sobie z tym poradzić. Jak nie będzie między nami trudnych momentów, to nic głębszego się nie nawiąże.

Stawanie za sobą to konfrontacja z innymi, ale i ze sobą.
Przede wszystkim ze sobą. I dlatego chętnie byśmy z tego się wymigali. Łatwiej powiedzieć sobie, że w imię dobrych stosunków, w imię uprzejmości czy tego, że trzeba być dla ludzi wyrozumiałym – nie powiemy, nie zrobimy czegoś, nie wyciągniemy na światło dzienne. Tylko że wtedy tylko przyklepujemy problem, a on narasta. Co więcej, fajny, mądry przyjaciel będzie nam wdzięczny za to, że mu zwróciliśmy uwagę na coś ważnego, nawet jeśli go to zabolało. Bo jak nie zaboli, to nie dotrze. No chyba, że przyjaciel okaże się małym człowieczkiem, który wszystko wyolbrzymia i robi z każdej uwagi napaść na siebie.

A czy on w ten sposób staje za sobą? Ten mały człowieczek?
On ma takie przekonanie i w pewnym, niewielkim stopniu ma rację. Ja miewam to czasem z pacjentami, szczególnie na grupie. Mówię coś, co się komuś nie podoba i on zaczyna się ze mną kłócić. Odpowiadam wtedy: „Płacisz mi za to, by mówić ci to, co czuję, co widzę i naprawdę wiem albo przynajmniej mi się wydaje, że wiem. Czyli robię coś według najlepszej swojej wiary. W dodatku to ty chcesz coś ode mnie dostać, jakiś rodzaj wskazówki, bo bez niej sam nie dojdziesz tam, gdzie chcesz dojść. Ja wiem, że jest ci z tym niefajnie, ale spróbuj to przyjąć i zobacz, co będzie jak to przyjmiesz”. Ludziom trudno znieść krytykę czy brutalną prawdę, zwłaszcza jak pochodzi od terapeuty, który mówił do tej pory ciepłe rzeczy, a tu nagle mówi coś przykrego. „Jezu, zdradziła mnie, już nie nienawidzi” – myślą. I co wtedy zrobisz? Czasami grupa pomaga, bo widzi, że ktoś broni swojego ego i że to szkodzi wszystkim. Ja czasem świadomie ryzykuję: wyjdzie i trzaśnie drzwiami, trudno, ale nie mogę tego nie zrobić.

Ale przychodząc do ciebie, psychoterapeutki z pazurem, trzeba się spodziewać brutalnej szczerości. Można powiedzieć, że ktoś taki, decydując się na terapię z tobą w roli prowadzącej, stanął za sobą, ale w trakcie to go jednak przerosło…
Ale jak on mi powie: „To mnie przerosło” albo: „Nie jestem w stanie tego przyjąć”, „Proszę, oszczędź mnie tym razem, jeszcze nie jestem gotowa” – chapeau bas! Czasem sama pytam: „czy jesteś na to gotowy?”, a czasem ryzykuję, bo czuję, że jak przez to nie przejdziemy, to nie ruszymy do przodu. Ale zdarza się też, że ludzie mówią: „poszłam spać zła na ciebie, miałam już nie wrócić, aż do mnie dotarło, co się stało”. Czasem dostaję listy po paru latach od terapii. To nie są częste rzeczy, ale się zdarzają.

W „Harrym Potterze”, o którym też rozmawiałyśmy, pada zdanie: „Największą odwagą jest sprzeciwić się nie wrogom, a przyjaciołom”. Stanięcie za sobą zawsze wymaga odwagi, ale znacznie większej, jeśli naprzeciwko stoi ktoś bliski.
Odwaga jest dobrym słowem, bo oznacza, że się boję, ale mimo to robię. Mnie się niestety układa taki obraz, może niesprawiedliwy, że ludzie najmniej stają za sobą przy bliskich. Troszkę łatwiej jest im zobaczyć, że na polu społecznym warto ująć się za sobą, że to ma swoje dobre konotacje, że ludzie się z tym liczą. Tymczasem w domach rodzice, partnerzy czy rodzeństwo często nam pokazują, że nie będą się z nami liczyć. I musimy wtedy zrobić eskalację. Na przykład jeśli rodzice nas obrażają od dziecka i nadal to robią jak jesteśmy dorośli, to kiedy przychodzisz o nich na święta i słyszysz od ojca: „I co, znowu sama? Znowu nikt cię nie chciał. Ja mówiłem ci zawsze, że tak skończysz” – powinnaś powiedzieć: „Nie będę tu przychodzić, jak będziesz się tak zachowywał”. I nie przyjść. Wiem, to jest cholernie trudne, bo chcesz mieć święta i rodziców. To są w ogóle najtrudniejsze rzeczy: ludzie cierpią i właściwie współpracują ze swoimi oprawcami.

Wyobraziłam sobie taką sytuację, że dziewczyna z twojej opowieści mówi ojcu w święta, żeby tak nie mówił, on mówi dalej, ona spokojnie tłumaczy, że wyjdzie, jak on nie przestanie, on nie przestaje, i ona wychodzi, zamyka drzwi i potem płacze, strasznie płacze.
Ale to genialnie, że jednak zamknęła te drzwi. Teraz tylko potrzebuje kogoś, komu może się wypłakać, kto jej powie: „świetnie zrobiłaś, obroniłaś siebie, twój ojciec jest okrutny i bezlitosny i to on jest wobec ciebie nie w porządku, a nie ty wobec niego”. A co jeśli kogoś takiego nie ma? Ile się utrzyma w swoim postanowieniu…?

Masz rację, strasznie trudno się postawić rodzinie, i to jeszcze w święta. Podobnie jak stawić się grupie znajomych, w której się zawsze było tym, z którego się śmiano. Stawisz się raz, wyśmieją, musisz więc stawić się znowu. Z tym stawaniem za sobą to jednak beznadziejna robota: staniesz raz, to ciągle będziesz musiała stawać.
A ja bym powiedziała odwrotnie: jak raz staniesz za sobą, to wiesz już, jakie to jest fajne. I ważne.