fbpx

Wyrzuć bagaż nieautentycznych potrzeb. Wojciech Eichelberger o tym, jak być bliżej prawdziwego siebie

Wyrzuć bagaż nieautentycznych potrzeb. Wojciech Eichelberger o tym, jak być bliżej prawdziwego siebie
Pandemia nauczyła nas pokory i dała szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy nasze wybory faktycznie były nasze. (Fot. iStock)

W ostatnim czasie dostaliśmy od życia lekcję pokory, ale też szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy wybory, których do tej pory dokonywaliśmy, były naprawdę nasze. Jak wykorzystać to doświadczenie, by być teraz bliżej prawdziwego siebie – pytamy psychologa Wojciecha Eichelbergera.

Sądzisz, że czas odosobnienia i pandemii pomoże nam zatrzymać się i zadać sobie pytanie: Czy ja żyję swoim życiem? A jeśli odpowiemy: nie, to będziemy umieli wprowadzić potrzebne zmiany?
Odbieram wiele sygnałów, że to właśnie się teraz z ludźmi dzieje. Oczywiście te sygnały przychodzą do mnie ze środowiska tzw. poszukujących. Ale już pierwszy tydzień odosobnienia skłonił wiele osób do zadania sobie nowych, ważnych pytań. Byliśmy tak rozpędzeni i zahipnotyzowani „dobrobytem”, który się już roztaczał przed naszymi oczyma i wybiegał hen, w świetlaną przyszłość, że nagłe STOP w postaci kwarantanny i myśl o recesji, która nas czeka, dały wszystkim silny asumpt do tego, by zacząć się reflektować. W czym myśmy właściwie brali udział? O co tam chodziło? Dlaczego wcześniej nie widziałem swojej rodziny i najbliższych? Dlaczego nie miałem czasu, by z nimi po prostu pobyć, a jedyną naszą rozrywką były wspólne zakupy? Czy tworzyłem jakieś dobro na tej Ziemi? W jaki sposób firma, w której pracuję, przyczyniła się do tego kryzysu? Dlaczego w tej zbiorowej konsumpcyjnej hipnozie zapomnieliśmy, że narasta pełzająca pandemia chorób cywilizacyjnych, że już nawet dzieci cierpią na depresję, że wysychają rzeki i wymierają całe gatunki zwierząt? Teraz więc mamy wreszcie czas na to, by ten wymiar naszego istnienia do nas dotarł. I jeśli tak się stanie, to jest szansa na to, że także nasza zbiorowa świadomość zacznie się zmieniać. Miejmy nadzieję, ufajmy, że świat po koronawirusie będzie lepszy. To zależy od każdego, kto skorzysta z tego unikalnego czasu na refleksję. Zmiana na dobre zaczyna się zawsze w ludzkich sercach i umysłach.

Sama zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory często zajmowaliśmy się rzeczami z kategorii luksusu, zbytku. Nie skupialiśmy się już na kwestiach podstawowych, tylko na dodatkowych, choćby na sprawianiu sobie przyjemności. Na przykład pracowaliśmy coraz dłużej, by zarabiać więcej pieniędzy, które przeznaczaliśmy na zakup nowych modeli sprzętów, które były całkiem dobre. Emocjonowaliśmy się sprawami, które wirus zupełnie unieważnił: skandalami, plotkami, meczami piłkarskimi…
A teraz nie będzie Euro 2020 i świat się nie zawali. Może nawet skorzysta, bo będzie mniej ruchu lotniczego. Powtórzę to raz jeszcze: dostaliśmy ogromną szansę na to, by przewartościować wiele spraw. I wierzę, że tak się stanie, pod warunkiem że to nas nie zaprowadzi do wielkiego kryzysu ekonomicznego, który wzbudzi archaiczne, egoistyczne postawy typu „muszę walczyć o swoje przetrwanie i nic więcej mnie nie obchodzi”.

Takie ryzyko oczywiście jest, ale póki kryzys jeszcze się nie rozszalał – i może się nie rozszaleje – warto się zastanowić, co zrobimy, kiedy sytuacja wróci do względnej normalności. Wielu z nas doświadcza sporych zmian w swoim życiu, tych planowanych i tych nie.
Pewnie niewielu z nas świadomie wybrałoby izolację w domu, by oddać się planowaniu radykalnych zmian w naszych życiach. Ale chcąc nie chcąc, i tak będziemy musieli to zrobić. Bo bardzo wielu już nie ma pewności, jak będzie wyglądała ich praca w przyszłości i czy ta praca w ogóle będzie. Pod znakiem zapytania staje też perspektywa taniego latania, jeżdżenia po świecie i wydawania coraz więcej na przyjemności i zabawę. Pojawia się więc pytanie, w co w tym odzyskanym czasie będziemy chcieli włożyć ręce i serce.

Jesteś zwolennikiem hasła „twoje życie powinno być swoje”? Jednak żyjemy wśród innych i nie jesteśmy omnipotentni. Może to tylko złudzenie, że nasze życie jest tylko nasze.
To nie takie proste. Żebyśmy mogli zacząć żyć własnym życiem, to trzeba by się najpierw dowiedzieć, jakie są nasze prawdziwe potrzeby i co jest naprawdę zgodne z naszym sumieniem. Większości z nas wydaje się tylko, że wie, jak by żyła, gdyby mogła żyć własnym życiem. Wyobraża sobie dni pełne wolnego czasu, lenistwa i przyjemności. Sądząc, że jedynie brak pieniędzy nam to uniemożliwia. To złudzenie. Takie życie nie daje bowiem poczucia sensu, spełnienia i przynależności. Doświadczenie tych, którzy od zarania ludzkości poszukiwali życia zgodnego z ich potrzebami i sumieniem, pokazuje, że nie jest to z pewnością żywot egoistycznego sybaryty, lecz życie z misją, pomocne innym i skromne – czyli zostawiające po sobie najmniejszy możliwy ślad węglowy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli. Innymi słowy, życie zgodne z naturą i szanujące wszelkie inne formy życia. Jakiś czas temu wydałem książkę „Życie w micie”, zbiór moich rozmów z Beatą Pawłowicz ze „Zwierciadła”. Przesłanie tej książki stało się dzisiaj bardzo aktualne. Jest tam też rozmowa o złudzeniu autonomii, w której dochodzimy do wniosku, że jedyny autonomiczny sposób bytu na tej planecie został już dawno wynaleziony. Jest nim samowystarczalne gospodarstwo rolne starego typu, gdzie wszystko się do czegoś przydaje i wszystko się nawzajem sobą karmi. Kto wie, czy okoliczności nie skłonią nas w przyszłości do powrotu do tych wzorców.

Słyszałam, że już powoli wracają…
To dobry znak. Bo aby móc żyć własnym życiem, trzeba też być maksymalnie samowystarczalnym i niezależnym, a dzięki temu niepodatnym na wszelakie manipulacje, naciski i kaprysy rynku oraz polityków. Czas więc pozbyć się bagażu nieautentycznych potrzeb, a te, które nam zostaną, umieć zaspokajać samodzielnie lub we współpracy z lokalną społecznością.

A jednak wiele osób żyje ciągle pod naciskiem sił, które wydają się dla nich nie do pokonania. Są pod wpływem rodziców, partnerów, konwenansów, presji społecznej… Często dopiero w obliczu zbliżającej się śmierci zdają sobie sprawę, że przeżyli nie swoje życie.
Można powiedzieć, że przeżywamy teraz zbiorowe memento mori, gdyż nagle okazało się, że to nasze złudzenie panowania nad życiem, śmiercią, przyrodą i kosmosem – rozpadło się w pył. To kolejny wymiar pandemicznej lekcji pokory. Do wielu ludzi dotarło, że ich życie – mimo cywilizacyjnych zdobyczy i zabezpieczeń – nadal jest i zawsze będzie kruchą igraszką przyrody i że może się w każdej chwili skończyć. Można mieć nadzieję, że ta świadomość każe nam się zastanowić nad tym, w jaki sposób i w imię czego warto spędzić resztę swoich dni.

Chyba Konfucjusz powiedział, że człowiek ma dwa życia i to drugie zaczyna się wtedy, kiedy uświadomi sobie, że ma tylko jedno.
Mądre. W psychologicznej pracy nad poszukiwaniem prawdziwej hierarchii wartości i prawdziwych potrzeb pyta się ludzi: „Gdybyś znał termin swojej śmierci, jak by wyglądał ostatni dzień twojego życia; albo ostatni miesiąc czy ostatni rok?”. Warto sobie zadawać takie pytanie, bo pozwala sporo się dowiedzieć o tym, co jest dla nas najważniejsze i bez czego możemy się spokojnie obejść.

Jak sądzisz, co myślą ci, którzy planują teraz, co będą robić w pierwszy dzień po pandemii? „Wyjdę z domu i się wreszcie zabawię”? Czy: „Wyjdę z domu i zmienię swoje życie”?
Ktoś dawno temu zauważył, że ludzie reagują na kryzys na zasadzie „jak trwoga, to do Boga”. Zawsze coś. Ale niestety, kiedy trwoga przechodzi, to często drapiemy się w głowę i dziwimy się sami sobie: „Co też za głupoty człowiekowi chodzą po głowie w stresie”. Po czym otrzepujemy się i wracamy do starych nawyków i starego sposobu życia. Jeśli tak większość ludzi na świecie zareaguje, to potrzebna będzie jeszcze większa i dużo groźniejsza pandemia, abyśmy się w końcu opamiętali.

Jest coś, co możemy zrobić, żeby tak się nie stało? Jak nie stracić ważnych wniosków, do których teraz dojdziemy?
Jeśli będziemy mieć jednoznaczne poczucie, że wnioski i doświadczenia z pandemii pozwoliły nam rozeznać się w tym, co jest naprawdę w zgodzie z nami, że dzięki temu jesteśmy bliżej prawdziwych siebie – to jest nadzieja, że się już nie cofniemy, bo serca nas będą boleć, a sumienie spać nie da. Ale sądzę, że również kryzys przyrody będzie pomagać nam w tym, abyśmy nie zapomnieli tej lekcji. Bo wygląda na to, że czas beztroskiego imprezowania na koszt naszej cierpliwej planety definitywnie się skończył.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, założyciel Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie, autor wielu książek z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego, najnowsza to „Wariat na wolności. Autobiografia” (wyd. Znak).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze