Zaplątani: Jak się rozstać i otworzyć na nową miłość?

fot. iStock

Łatwo powiedzieć: „To już koniec”, ale rozstanie to nie tylko deklaracje. Nasze emocje za nimi nie nadążają. Dodatkowa trudność to niewyrażone żale i zapatrzenie w przeszłość. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym czy byłą i otworzyć się na nową miłość – wyjaśnia psycholożka doktor Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Jeśli chcesz z córką spędzić wakacje, musisz jechać z nami, sama z tobą nie pojedzie” – usłyszał pewien świeżo rozwiedziony mężczyzna. Pewnie zasłużył sobie na złość byłej żony, bo albo zdradził, albo odszedł do innej, a może roztrwonił ich pieniądze na dom? Ale po co takiego trzymać na smyczy? Przecież nie po to, by znów z nim być?

Czasem powodem jest pielęgnowanie złudzenia, że jeszcze będziemy razem. Częściej jednak kieruje nami chęć zachowania poczucia własnej wartości, czyli udowadnianie sobie, że nadal steruję tym mężczyzną. Robię więc różne rzeczy, by się o tym przekonać, np. dzwonię ze skargą, że auto nie zapaliło. No to on przyjeżdża, patrzy: niezatankowane. I biegnie z kanistrem na stację benzynową. Albo informuję go, że czeka mnie operacja lub jestem bardzo chora. Powodem takiego wikłania bywa też chęć zemsty. Staram się o to, by były partner znów za mną zatęsknił, a ja wtedy powiem mu: „Figa z makiem!”. Kolejny motyw trzymania na smyczy byłego męża to ambicja: „Jeśli nie ja, to żadna inna nie będzie go miała”. Ale jakakolwiek jest motywacja, prawdziwą przyczyną są zawsze dawne żale. I to z obu stron. Bo takie gry są możliwe tylko z mężczyznami, którzy chcą w nie grać. A więc z tymi, którym to pochlebia, którzy myślą: „Wciąż mam nad nią władzę. Niech zobaczy, jaki jestem wspaniały, i za mną zatęskni”. Ale to jak przechowywanie w domu śmieci z zeszłego roku, niedobry pomysł.

Jak zamknąć za sobą drzwi, wybaczyć, uwierzyć na nowo w siebie, zwłaszcza gdy mamy z byłym/byłą dzieci?

Dotyka pani szalenie ważnej sprawy, która czasem uniemożliwia otworzenie się na nową relację, a mianowicie – akceptacji rzeczywistości. Jeśli jej nie akceptuję, to nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy. A wtedy – chociaż tamtego człowieka nie ma fizycznie, tak na co dzień, koło mnie – on jest cały czas w mojej głowie, taki nieobecny obecny. Sama go stwarzam, jeśli wciąż zastanawiam się, przypominam sobie, roztrząsam to, co było i co mogłoby być, gdybym postąpiła inaczej. Stwarzam nieobecnego obecnego, gdy wierzę, że tamta relacja mogłaby się nie skończyć. Łudzę się, że tamta miłość powróci, jeśli tylko… Takie myślenie to kotwica, która trzyma w miejscu, w przeszłości.

Czasem ludzie mówią: „Ale my mieliśmy taki seks i takie poczucie jedności jak z nikim innym”. Albo: „To był mężczyzna/kobieta mojego życia, tylko byłam za głupia/za głupi…”.

Właśnie – „byłam/byłem”. Póki wciąż jestem w tym, co minęło, nie mogę iść do przodu: nie mogę tak szczerze i w pełni wejść w nowy związek, a więc przeżyć w nim seks „po nowemu” i poczuć nową bliskość. Jestem z kimś nowym na pół gwizdka i dlatego na pół gwizdka doświadczam.

Złość na byłego czy byłą też może być przeszkodą? Pewien mężczyzna opowiadał nowej partnerce, jak skrzywdziła go była żona, więc ta myślała, że już tamtej nie kocha. Jednak skupienie jego uwagi – nawet tej złej – na eks było tak duże, że zaczęło niszczyć nowy związek.

Złość nie zawsze mija razem z miłością. Może trwać mimo jej braku. Ale może być też sygnałem, że nie rozstaliśmy się do końca. Dlatego w takiej sytuacji warto powiedzieć partnerowi: „Kochany, załatw tę sprawę, bo nie możemy przez nią być szczęśliwi. Idź do psychologa (lub do kumpla, do barmana) i zrób coś z tym! Ale mnie już tymi wspomnieniami nie dręcz”. Nowy związek to nie miejsce na roztrząsanie starych uczuć. Mówimy, oczywiście, co się z nami dzieje, ale nie „szczególimy”. Nie wywalamy tego, co mamy nazbierane na wątrobie, w nowej sypialni. Nowy związek jest po to, byśmy zaplanowali nowe życie: dom czy mieszkanie? A dzieci? Czy będziemy je mieć? A jak je wychowamy? To nierealne, kiedy wciąż wspominamy, czujemy złość albo smutek, a nawet planujemy zemstę… Nie możemy wtedy mieć dobrego nowego związku ani nauczyć się żyć samotnie, a być może tak wolelibyśmy i też tak byłoby uczciwiej wobec ewentualnych partnerów czy partnerek. Roztrząsając przeszłość, mamy tylko iluzję miłości i rojenia o szczęściu.

Bywa, że do życia w iluzjach jesteśmy zmuszani. Tak jak mężczyzna, który szantażowany przez byłą żonę, że rozstanie zabije ich córkę, udawał, że z nimi nadal mieszka. Wynajął mieszkanie obok i przychodził o świcie przed pracą, żeby oszukać dziecko. Inny przekonał synka, że mieszka z dziadkami, bo oni potrzebują opieki.

Kobieta wikłająca byłego w przeszłość sama jest w nią uwikłana. Jeśli trafi do mnie, to ja jej bardzo współczuję. Najwidoczniej czuje się nadal boleśnie zraniona, z czego nie zdaje sobie sprawy. I pogrywa dziećmi, nawet nie myśląc o tym, że używa ich do zemsty i kontroli nad byłym. Często jest nawet przekonana, że kieruje nią dobro dziecka. Nie pogodziła się więc z rozstaniem i, co gorsza, nie daje szansy pogodzić się z nim swojemu dziecku, a nawet byłemu partnerowi. Trauma ich rozstania trwa przez to nadal. Kiedy tak zagubiona i zraniona kobieta trafi do mnie, pytam ją: „Czy chcesz nauczyć się żyć i postępować inaczej? Zmienić swój los? Żyjąc w taki sposób, nie dajesz sobie szansy na nową miłość, bo cały czas tkwisz jedną nogą w przeszłości. Czy chcesz uwolnić się od tego cierpienia? Dorosnąć?”.

Dorosnąć?

Tak, bo brak akceptacji dla rzeczywistości, czyli w tym wypadku dla rozstania, świadczy o braku dojrzałości. Ten problem dotyka tego, co mnie najbardziej zajmuje jako psycholożkę. Podtrzymywanie iluzji to dowód niedojrzałości. Bo jej miarą jest właśnie zdolność i umiejętność akceptacji faktów. Jak w tej modlitwie: „Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

No tak, ale jak odróżnić to, na co mam wpływ, od tego, na co wpływu nie mam?

Jeśli jestem dojrzałym człowiekiem i nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy, tego, że jestem sama – wciąż liczę na to, że ta miłość powróci – sprawdzam, czy to możliwe. Jeśli nie mam pomysłu, jak się o tym przekonać, proszę o radę fachowca i dostaję wskazówki. Zapewne poradzi mi, bym z tą osobą porozmawiała, napisała do niej list, pojechała i wyciągnęła rękę. Mówimy: „Słuchaj, przebaczam ci wszystko”, jeśli to on mnie zdradził, oszukał itp. Albo jeśli to ja zawiniłam, przyczyniłam się do naszego rozstania: „Przebacz mi, proszę, wszystko i zacznijmy od nowa”. A potem czekam na odpowiedź. Jeśli jednak usłyszę: „Dziękuję, nie”, to wracam do pierwszego punktu – jeśli nie mogę zmienić, to muszę zaakceptować. Dać za wygraną. To proste i na tym można zakończyć ten wątek.

Może. A da się tego nie zaakceptować?

A masz wybór? Nie masz. W każdym z nas jest dziecko, które chce, żeby było tak, jak ono myśli. Ale ponieważ to jest dziecko, to raz chce, a raz nie. No więc masz go co prawda dość, ale myślisz: „A może on się zmieni?!”. Albo: „Koleżanka ma gorzej”. Albo: „Mama mi mówi, że ona to dopiero miała życie! W porównaniu z moim było koszmarem”. Czyli mogę raz chcieć, a raz nie chcieć. A to przeszkadza zobaczyć rzeczywistość. Trzeba nazwać problem, by go rozwiązać, bez tego będę walić głową w mur, aż ją sobie rozbiję. A mur? Jak stał, tak stoi. No i wtedy dopiero – cała pokiereszowana, zrezygnowana – pogodzę się z faktami: już nie jesteśmy razem.

Akceptacja dotyczy w tym wypadku nie tylko rozstania, lecz także tego, co to znaczy „się rozstać”.

Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym, co to znaczy, a więc że nie jest już na każde moje zawołanie. Tylko to, co dotyczy naszego dziecka, dotyczy i jego. Nic poza tym. Choroby, długi, praca matki tego dziecka – już nie. Dbamy razem tylko o dobrostan dziecka, ale już nie o drugiego rodzica.

Jak uwolnić się od tych iluzji, od poczucia krzywdy albo winy, żalu? Jak nie dać się szantażować?

Użyć rozumu, pomyśleć: „Czy mi to służy, czy szkodzi?”. Jeśli on zniszczył moją samoocenę, to znaczy, że jestem współuzależniona. Bo wtedy moje poczucie własnej wartości zależy od tego, co robi ktoś inny. Nie ma jednej, dobrej dla wszystkich metody wybaczenia. Jedni mają większą duchową siłę, inni mniejszą, a zdolność do wybaczenia zależy właśnie od niej. Od zdolności do zaakceptowania rzeczy, których nie pochwalam lub które mnie bolą. Mogę to zrobić, jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że ja też nie jestem doskonała. A więc wybaczenie wymaga też cnoty pokory. Kiedy wiem, że sama nie zawsze postępuję właściwie, mam większą wyrozumiałość dla innych. Ludzie zdradzają, piją, kłamią, kradną. Nie idealizuję innych ani siebie. W wybaczeniu może pomóc przestawienie się z myślenia negatywnego (roztrząsanie jego wszystkich wad i win) na pozytywne (przypomnienie sobie o zaletach i dobrych uczynkach). Tak dla równowagi.

Jak to zrobić?

Pomyśleć: „Może był złym mężem, ale jest cudownym ojcem”. I łatwiej będzie pozwolić mu odejść, założyć nową rodzinę, być szczęśliwym. Pożegnać się z nim albo pozwolić mu wrócić i zacząć od nowa.

A jeśli nie wracamy do byłych, to co zrobić w sytuacji, kiedy jesteśmy wikłani, i to poprzez dzieci?

Iść do sądu, nie bać się; znam wielu wspaniałych sędziów rodzinnych. Są tam też mediatorzy. Wroga postawa i zaprzeczanie rzeczywistości są szkodliwe dla dzieci. Bo dzieci żyjące w kłamstwie i iluzji nie mogą prawidłowo się rozwijać, nie wierzą temu, co czują i co widzą.

Nowa partnerka co może zrobić?

Zadzwonić do byłej. Ja bym tak zrobiła i powiedziała: „Jestem jego kobietą i chciałabym uczestniczyć w każdej ważnej części jego życia. Nie wiem, jak pani patrzy na całą sprawę, ale ja też nie wiem, jak na nią patrzeć. Porozmawiajmy, zastanówmy się razem”. Nierozmawianie o tej sprawie ze wszystkimi uczestnikami jest niedobre. Tamta kobieta mogłaby powiedzieć: „Czekam, aż dziecko będzie miało 12 lat”, a wtedy ja: „Ale dla mnie to oznacza bycie w bardzo niekorzystnej roli przez kolejne lata”. W moim interesie leży, żeby mieć jasność.

Dzwonienie do byłej to nie jest przekraczanie granic?

Przecież chodzi o moje sprawy. Nie idę do niej i nie mówię jej, co ma robić: „Najlepiej sobie kogoś znajdź…”. Mówię tylko o sobie i dbam o swoje sprawy, a to nie jest przekraczanie granic. Ukrywanie rozwodu ma służyć dziecku? Nie służy nikomu. Przecież zdarza się, że w jego klasie co drugi uczeń nie mieszka z obojgiem rodziców, a co czwarty ma rodzeństwo z drugiego małżeństwa rodzica. Rozwód to nie jest wstydliwa choroba. To często sposób rozwiązania groźnych konfliktów i poprawy jakości życia emocjonalnego wszystkich zainteresowanych. Tak jak akceptacja rzeczywistości, a ta bez względu na to, czy dotyczy starzenia się, śmierci bliskiej osoby, czy utraty majątku, zawsze jest warunkiem pogody ducha.

 

Ewa Woydyłło-Osiatyńska
doktor psychologii, terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek, m.in. „Zaproszenia do życia”, „ Podnieś głowę” i „Sekretów kobiet”.