Do dwóch razy sztuka – jak zaufać po rozwodzie?

Do dwóch razy sztuka - jak zaufać po rozwodzie?
Rozstanie następuje z jakiegoś powodu i ten powód nie tkwi zwykle w jednej osobie, tylko w czymś co się wywiązuje pomiędzy obojgiem. (fot. iStock)

Klęska poprzedniego związku każe rozbitkom dwa razy pomyśleć, zanim wejdą w następny. – Strach przed porażką może oznaczać, że wciąż tkwisz emocjonalnie w przeszłości – twierdzi psycholog Paweł Droździak.

Jeśli pierwsze małżeństwo skończyło się porażką, drugie musi być sukcesem… A nowy partner powinien „wyrównać straty” po byłym. Czy to słuszne myślenie? Czy kolejny związek może być rzeczywiście plastrem na ranę po poprzednim?

To tak, jakby budować nowy związek, stale odnosząc się do dawnego. Czyli właściwie pozostawać w pewnego rodzaju trójkącie. Nietypowym, bo jednego z jego wierzchołków nie widać na pierwszy rzut oka, ale jednak trójkącie – ten wierzchołek, czyli ekspartner, tam nadal jest.

Czy dlatego niektóre osoby po złych doświadczeniach nie chcą zdecydować się na ponowne małżeństwo? Wciąż nie rozstały się emocjonalnie z byłym partnerem?

Tak, bo tamte emocje są dla nich wciąż żywe. Zanim wkroczy się w kolejny związek, dobrze zadać sobie kilka ważnych pytań: „Czy zorganizowałam/zorganizowałem sobie życie na nowo? Czy mogę stworzyć szczęśliwy związek? Czy udało mi się osiągnąć jakąś stabilizację mimo poniesionych strat?”. Bo przecież takich strat jest mnóstwo, i nie chodzi tu tylko o sferę emocji. Jeśli ktoś przeżył rozwód, to doświadczył całkowitej reorganizacji życia. Nierzadko wiązało się to ze zmianą mieszkania, grafiku dnia czy pogorszeniem sytuacji finansowej…

…czy utratą więzi…

Owszem, i to nie tylko tych z partnerem, ale też z innymi osobami, ważnymi dotąd w życiu. To może wpływać na nową relację. Po rozwodach bardzo często następuje nie tylko podział majątku,ale i znajomych.

Pojawia się problem lojalności: czy zostać po stronie skrzywdzonego czy krzywdzącego, bo z dwojgiem chyba się nie da…

Najczęściej znajomi i przyjaciele czują się postawieni w sytuacji pewnego przymusu. Tak jakby oczekiwało się od nich, by się określili i zdecydowali, przy kim chcą pozostać. Kogo wspierać. Trudno tu być lojalnym wobec pary, związku jako całości, bo ten właśnie się rozpada. Kiedy ludzie rozstają się w konflikcie, chcą móc wyżalić się przyjaciołom, źle mówić o tej drugiej osobie i uzyskać zrozumienie. Część przyjaciół można utracić, ale część przejdzie ten test pozytywnie. Dla nas. Nie dla drugiej strony.

Niestety to dopiero pierwszy etap. Bo zaraz po nim może się pojawić kolejny. No bo jak wprowadzić nowego partnera w krąg znajomych i rodziny? Czy nie napotka to oporów, czy zostanie przez wszystkich zaakceptowany, czy nie będzie to wyglądało jak chwilowe zastępstwo… To wszystko ma wpływ na nowy związek, nie mniejszy niż relacje pomiędzy partnerami.

Nie uciekniemy od przeszłości, ona zawsze będzie już częścią naszego życia. My tylko chcemy ze skrawków poprzednich i obecnych związków uszyć sobie nową kołdrę, by się nią przykryć.

Dlatego tak ważne jest, by po rozstaniu przeżyć pewien okres w samotności. Przejść przez czas bólu, niekiedy poprzedzony zaskoczeniem, przez smutek, zagubienie, złość – i poczuć własną stabilność. Na wielu poziomach – emocjonalnym, bytowym, towarzyskim, rodzinnym. Aby wejść w nowy, udany związek, trzeba odnaleźć znów swoje niezależnie istniejące „ja”. Trzeba też przeżyć swoistą żałobę po poprzednim związku. Bo kiedy coś się skończyło, to nie tylko po to, by zaczęło się coś kolejnego. Oczywiście ten aspekt otwarcia na coś nowego też jest istotny i będzie czas, by go dostrzec, ale ważne, by niczego nie przyspieszać.

Ale czy porozwodowa trauma nie sprawia, że jesteśmy bardziej ostrożni w kolejnych związkach, nieufni, nie do końca otwarci?

To wszystko zależy od tego, czy rozumiemy, dlaczego poprzedni związek się skończył. Rozstanie następuje z jakiegoś powodu i ten powód nie tkwi zwykle w jednej osobie, tylko w czymś, co się wywiązuje pomiędzy obojgiem. W systemie, który tworzą partnerzy. Większość ludzi ma naturalną i w sumie zdrową tendencję do chronienia swojej struktury przed zmianą. I gdy z kimś się rozstają, widzą przyczynę rozpadu raczej w drugiej osobie. Jeżeli dostrzegają jakieś wady i przewinienia w sobie, to raczej w rodzaju: „dobrałam sobie niewłaściwego partnera”, „byłem ślepy, naiwny”. Albo zauważają błędy taktyczne: „źle rozegrałem zakończenie, nie trzeba było się godzić na ustępstwa, tylko być bardziej asertywnym” itd. Stąd projektowana zmiana po rozstaniu najczęściej sprowadza się do ustanowienia innych zasad selekcji albo do postanowienia o utwardzeniu przyszłej polityki: „panom lubiącym zakrapiane spotkania dziękuję”, „żadnych więcej Barbie”, „oddzielne konta bankowe to podstawa” i tego typu składanych sobie przysiąg o unikaniu kłopotów.

To może być nawet rozsądne, ale w rzeczywistości nie jest żadną zmianą. Bo nic nie mówi o samym związku i o tym, jacy w nim byliśmy.

Ważne jest, by po rozstaniu przeżyć pewien okres w samotności. Przejść przez czas bólu, niekiedy poprzedzony zaskoczeniem, przez smutek, zagubienie, złość – i poczuć własną stabilność. (fot. iStock)

Gdy już zdecydujemy się otworzyć na nowy związek, szukamy partnera, który będzie przeciwieństwem byłego, czy kogoś do niego podobnego?

Jeśli szukamy partnera będącego zaprzeczeniem poprzedniego, to tak naprawdę zaprzeczamy wówczas jakiejś swojej potrzebie – nie bez powodu weszliśmy kiedyś w poprzedni układ. Pytanie, czy to potrzeby się zmieniły, czyli czy rzeczywiście poprzedni typ mężczyzn/kobiet już nas nie pociąga, za to podoba nam się teraz zupełnie inny, czy tylko po prostu unikamy kogoś podobnego do naszego byłego partnera? I na ile jest to wszystko świadome?

Istnieje takie przekonanie, że jedna osoba może dać nam miłość, czułość, zrozumienie, wsparcie, zaspokoić potrzeby seksualne i finansowe – jeśli tylko się „dogadamy” lub dobierzemy z tym „właściwym człowiekiem”. A jak mamy problem, to wystarczy „szczerze o tym porozmawiać”. A co, jeśli on nadal nie będzie pamiętał o rocznicach, mimo rozmów, a ona jednak nie zgodzi się kochać w innej pozycji, albo co gorsza zgodzi się, ale będzie mieć przy tym minę jak na torturach? „Wtedy poszukaj innej osoby, z którą jednak będziesz mieć wszystko, czego ci trzeba” – tak przeczytałem na forum internetowym. Bo gdzieś w przestrzeni z pewnością żyje kobieta, która nie będzie pamiętała o własnych urodzinach i nigdy nie zawróci ci tym głowy. Gdzieś czeka na ciebie mężczyzna, który będzie celebrował każdy wtorek, bo w tym dniu się poznaliście. I niczego nie będzie od ciebie chciał. Niczego oczekiwał… Wierzymy w to, że ktoś taki czeka na nas, a więc w drogę! Tylko że ta droga nie ma końca. Smutna prawda jest taka, że żaden związek nie zaspokoi wszystkich potrzeb. Relacje między ludźmi z natury są niekompletne, niedoskonałe, niedopełnione. W niektórych miejscach układają się idealnie, a w innych coś wiecznie zgrzyta.

Czyli pierwsze związki tworzymy na kanwie emocji i wyobrażeń, a kolejne – rozsądku i doświadczenia?

Może być tak, ale może być też odwrotnie: że to pierwszy związek był „z rozsądku”, a drugi „z miłości”. A może pierwszy był „z poczucia winy” albo „z chęci ucieczki z rodzinnego domu”… Na pierwszym etapie związku widzimy partnera przez różowe okulary. Jesteśmy zakochani, zafascynowani nim, a raczej tą jego stroną, którą on na tym etapie pokazuje. No i jesteśmy zachwyceni też sami sobą, bo przecież my na tym etapie również pokazujemy się od jak najlepszej strony. Prędzej czy później całe nasze „ja” i całe „ja” partnera będzie się musiało ujawnić. I rzeczywiście możemy odnieść wtedy wrażenie, jakbyśmy żyli z kimś zupełnie innym niż osoba, z którą chcieliśmy się związać. Możemy mieć kłopot z tym, żeby ów kompletny obraz drugiej osoby przyjąć. Zamiast chęci pracy nad związkiem może się pojawić rezygnacja i obcość. Trochę tak, jakbyśmy wierzyli, że ktoś naprawdę może być przez całe życie taki, jaki nam się wydawał w pierwszych tygodniach znajomości. A jeśli tak się nie dzieje, związek zaczyna wydawać się pusty.

Partner może to potraktować jako bolesną lekcję: odsłaniasz się, to potem cierpisz.

Nie ma rady. Kiedy wchodzimy w bliski związek, musimy się otworzyć. Powstaje wtedy nasza nowa tożsamość – zakochani – dorośli przecież ludzie – często przemawiają do siebie z wielką czułością, trochę jak dzieci. Dzielą się seksualnymi fantazjami, czasem je wspólnie snują. Mają swoje tajemnice, pojawia się tylko im znany język, wykształcają się wspólne przyzwyczajenia i rytuały. Pary lubią mieć „nasze miejsce”, „naszą piosenkę”, „naszą potrawę”. Są pewne obrazy i sceny, które kojarzą nam się tylko tylko z tą osobą i wyzwalają potężne emocje. Zakochani snują wspólne plany, które czasem sięgają do śmierci albo i dalej… I nagle partner odchodzi, zdradza, zostawia… Co teraz? Przecież te wszystkie rzeczy nadal istnieją i nadal wyzwalają emocje, ale zupełnie inne.

Zamiast radości przynoszą cierpienie.

„Nasza piosenka”, która była czymś bliskim, teraz staje się czymś wrogim. „Nasz park” staje się miejscem, do którego nie chcemy chodzić. Pojawia się wewnętrzny konflikt. Wiele osób stosuje wtedy taką obronę, że stara się te obiekty we własnej głowie zachować jak najmniej zmienione. Myślą: „Wprawdzie nie jestem już z tą osobą, ale ta piosenka to nadal ma być »nasza piosenka«. Wprawdzie on odszedł, ale ta przysięga, że się razem zestarzejemy, dalej tak samo porusza”.

Pewien znajomy wiele lat temu powiedział mi, że jego dziewczyna, odchodząc, ukradła mu motocykl. Nie zrozumiałem w pierwszej chwili, bo przecież jego motocykl stał pod domem, ale szybko stało się jasne, o co mu chodziło. Oni jeździli tym motocyklem wszędzie. W pewnym sensie dzięki niemu się poznali i w ich relacji odgrywał ważną rolę. Trudno było mężczyźnie teraz spojrzeć na pojazd inaczej niż w powiązaniu z byłą dziewczyną, a skoro jej wspomnienie sprawiało ból, to motocykl został w jakimś sensie skradziony. Nie mógł się nim cieszyć, bo zbyt smutno mu się kojarzył.

No tak, niektórzy muszą na nowo odczarować Kraków czy Paryż, bo też był „ich”… Zostawiamy w starych związkach meble i pamiątki, bo niosą zbyt wiele bolesnych wspomnień, ale co zrobić z miejscami? Nie da się ich schować na pawlaczu.

Kiedy mamy w głowie i sercu wiele takich kluczowych obiektów pozostałych po związku, to cała energia życiowa może zostać w nich „zakleszczona”. Przez to kolejny związek też może być w pewnym zawieszeniu – nie dopuszczamy już drugiej osoby tak blisko, żeby nie zostać zranionym czy zranioną po raz kolejny.

Jeśli ktoś obserwuje u siebie podobny mechanizm, proponowałbym mu, by zaczął od zidentyfikowania tych „ukradzionych” obiektów w swojej głowie. Jeśli to jest na przykład park, by spróbował go odzyskać, związać z nim jakieś inne, nowe wspomnienia. Żeby stał się to park, w którym między innymi kiedyś lubiłaś spacerować ze swoim mężem, ale oprócz tego bywałaś w nim jeszcze z innym chłopakiem, chodziłaś tam na spacery z ciotką, a ostatnio otworzyli w nim fajną kawiarnię, w której piłaś piwo z koleżanką, itd. Jeśli był wspólny plan na przyszłość, to podobnie – warto stworzyć plan alternatywny, z którym uda się związać emocje. Na przykład czasem wyobrażaliście sobie taką wizję (naprawdę niektóre pary mają takie fantazje), że umrzecie razem jako starzy ludzie przy kominku w domku na Mazurach. Ale teraz domek przypadł jemu, nie tobie, i raczej w nim nie umrzesz. Ta świadomość może prowadzić do zagubienia. Dlatego musisz wyobrazić sobie na nowo własny koniec, ale inaczej. Nie w tym domku i nie z tym facetem.

Trzeba odzyskać siebie.

Tak jak mój kolega odzyskał w końcu swój motocykl. Związał go z innymi ważnymi wydarzeniami i metaforycznie motocykl na powrót stał się jego własnością. Motocyklem, na którym woził swoją dziewczynę, ale który także zagrał w filmie. Pojechał nim do Holandii i uderzył w krowę, przyjechał na nim na ślub kolegi i wreszcie dzięki niemu poznał kilka innych kobiet, a w końcu jednej z nich podarował go naprawdę. Dzięki temu mógł stworzyć kolejny szczęśliwy związek. Gdyby nie odzyskał motocykla, najpewniej nie związałby się już z nikim na poważnie i do końca życia jeździłby wyłącznie autobusem, snując rozdzierające serce wizje.

Odpowiedź na pytanie: „Czy mam szansę być szczęśliwa/szczęśliwy w związku?” nie leży w samym związku ani w żadnej, nawet najbardziej atrakcyjnej czy empatycznej osobie. Leży w tym, co w ten związek wnosisz. Bo można odejść od niesatysfakcjonującego partnera, ale nie da się odejść od siebie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze