fbpx

Zdrada – czy da się na nią spojrzeć bez uprzedzeń? Pytamy Katarzynę Miller

Zdrada - czy da się spojrzeć na nią bez uprzedzeń? Pytamy Katarzynę Miller
Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, zdrada to postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty i danie sobie nareszcie prawa do czegoś. (Fot. iStock)

To postawienie na swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty… To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Psychoterapeutka Katarzyna Miller pyta, czy umiemy spojrzeć na zdradę właśnie tak – bez uprzedzeń, inaczej.

Dlaczego nie lubisz słowa „zdrada”?
Uważam, że to bardzo mocne słowo, używane – nawet bardziej teraz niż kiedyś – zbyt często, pochopnie i w dodatku nieadekwatnie do sytuacji. Oczywiście jeśli z kimś jesteś długo i mu ufasz, to czymś strasznym jest, gdy się dowiadujesz, że ten ktoś był w tym samym czasie w związku z kimś innym albo że ma gdzieś dziecko, dwa domy czy pozaciągał kredyty i teraz nie macie pieniędzy. To wszystko są sytuacje, w których nagle orientujesz się, że nie możesz mu ufać bezgranicznie. Albo czuć się totalnie bezpiecznie, no, chyba że to bezpieczeństwo znajdziesz w sobie, ale wtedy i tak nie będzie ono totalne. Ostatnio od wielu osób słyszę o zdradach, których dopuszczają się przyjaciele albo wieloletni wspólnicy biznesowi – nie liczą się z drugim człowiekiem, okradają, oszukują, narażają drugą stronę na duże nieprzyjemności…

I chcesz powiedzieć, że w tym wypadku zdrada to za mocne słowo?
Wprost przeciwnie. W tych wypadkach jest całkowicie adekwatne do przewiny. Natomiast stosowanie go w odniesieniu do sytuacji, w której mój partner się z kimś przespał lub kogoś pocałował, podczas gdy życie jest pełne innych, o wiele gorszych zdrad – jest po prostu niewspółmierne. Nie podoba mi się też, że tzw. niewierność małżeńską lub partnerską wybija się do tego stopnia, że kiedy słyszymy „zdrada”, to myślimy tylko o seksie. Powiem nawet więcej, mnie to oburza. Bo to nie jest wcale najgorsze, co może nam zrobić drugi człowiek. Jednocześnie zgadzam się, że są związki bardzo namiętne, w których sam fakt, że druga osoba te cudowne słowa, gesty czy dotyki zaniosła gdzie indziej – powoduje wielki ból. Jedna dziewczyna na mojej grupie powiedziała, że to taki ból, jakby ktoś wykroił serce. Innych boli całe ciało. Ale jak wspólnik okrada, to przecież też ciało boli. W dodatku on okradł, zniknął i już nie wróci, tymczasem mąż czy żona przespali się z kimś innym, ale wrócili i chcą być z tobą – nie ma tu więc czego porównywać. Czasem mówią jeszcze: „Było mi ostatnio smutno i samotnie, nie umiałam czy nie umiałem się do ciebie dobić, brakowało mi bliskości, a pojawił się ktoś, kto obsypał mnie tym, na co czekałam czy czekałem od ciebie, więc to wzięłam, wziąłem. Ale już nie chcę”.

Niektórzy mówią, że nie wiedzą, jak do tego doszło…
Że samo się zrobiło. Że nie chcieli. Może i rzeczywiście nie chcieli, ale stało się dlatego, że byli gotowi.

Zdradzamy, bo…? Czegoś nam brakuje? Z ciekawości? Bo wybieramy siebie zamiast drugiej osoby?
Zdradzamy, bośmy od dziecka byli zdradzani, i już. To jest naprawdę najważniejsza przyczyna. Tylko ludzie jej nie rozumieją. To dla nich za proste, za krótkie, nic nie znaczy. A znaczy strasznie dużo! Zdradzają nas wszyscy: rodzice, rodzina, nauczyciele, sąsiedzi, państwo…

Jak zdradzają na przykład?
Zacznijmy od rodziców: coś nam obiecują, ale tego nie robią. Albo słyszymy, że mówią coś innego do jednej osoby, a coś innego do drugiej. Zdradzają też nasze tajemnice. Choćby taka ważna rzecz jak liścik miłosny kilkuletniej dziewczynki, który mama pokazuje ze śmiechem sąsiadce, bo znalazła go pod poduszką. To jest w ogóle strasznie częste, że dorośli wyśmiewają intymność dzieci. Robią sobie jaja, a dziecko w środku drętwieje. Czuje się odarte ze swojej suwerenności, inności, z poczucia bezpieczeństwa… Cha, cha, cha, bo nasza Ania ma narzeczonego.

Ania uczy się, że tak można? Że to element życia?
Ona wyrasta w świecie, w którym nie dostaje narzędzi potrzebnych do zrozumienia tego, co się wokół dzieje. Za to dostaje strategie, które sprawiają jej i innym ból. Uczy się, że jej uczucia są nieważne, ale cudze też nie. Jeżeli się więc zdarzy w jej życiu sytuacja, że będzie odczuwała dużą pokusę albo w jej przyjaźni z kimś pojawi się element zazdrości, niechęci czy zawodu – to ona tego nie oczyści i nie wyjaśni, tylko zrobi komuś świństwo. Na przykład odejdzie bez wytłumaczenia – to jedno z wielu świństw, jakie sobie wyrządzamy.

I to nagminnie. Na portalach randkowych prawdziwą plagą jest tzw. ghosting – ktoś, z kim chodzisz na randki, nagle zrywa kontakt, przestaje się odzywać, umawiać, nie podając przy tym żadnego powodu.
Bo ludzie nie potrafią mówić o tym, co się w nich dzieje, czemu jest im źle, czego im brakuje – a jeśli już nawet sobie powiedzą, to nie wiedzą, jak to sobie dać, skąd wziąć, a może poprosić.

A może zdrada to jest pójście właśnie za takim instynktem? Nie mam, a potrzebuję, to sobie wezmę.
Tylko żeby mieć w sobie wykształcony czysty instynkt, bez naleciałości psychopatii, trzeba być niezniszczonym dzieckiem. A my wszyscy jesteśmy poniszczeni. Zgadza się, w zdradzie jest coś w rodzaju słynnego Sienkiewiczowskiego „Kali ukraść – dobrze. Kalemu ukraść – źle”. Zdrada może być też odreagowaniem przykrych uczuć, z którymi nie wiemy za bardzo co zrobić, na przykład złości. Ale przede wszystkim – o czym piszę w książce „Kup kochance męża kwiaty” – człowiek zdradza z myślą o sobie, nie o tej drugiej osobie. My to naprawdę robimy dla siebie. Czyli na przykład do tej pory więcej było w naszym związku myślenia „my”, ale teraz jest jedynie „ty“ albo „ja”, w dodatku ciągle się kłócimy, omijamy albo w ogóle zawiesiliśmy komunikację na kołku, mamy tylko coraz więcej obowiązków, które nas męczą, a nie cieszą.

Czyli zdrada to postawienie na siebie…
Na siebie, swoje pragnienia, potrzeby, braki, deficyty… To czasem danie sobie nareszcie prawa do czegoś. Bardzo często ludzie w związku zachowują się zgodnie z tym okropnym stereotypem: „nigdzie nie pójdę i nic nie zrobię bez ciebie”. A potem są zdziwieni: gdzie ta nagroda? Nikt nie jest mi wdzięczny, nikt mnie nie szanuje, nie powie: „skoro ty mi dajesz to, to ja w zamian dam ci tamto“, tylko jeszcze im ciągle mało… No a ktoś inny uważa, że jestem cudna, a przynajmniej mu się podobam.

Niektórzy mówią, że zdradzili, by poczuć, że żyją.
Ludzie bardzo często docierają w życiu do momentu tytułem: „I to już wszystko?!” Już nic więcej mnie nie spotka? Będę tylko wte i wewte jeździł do pracy, gdyż trzeba spłacać kredyty i dzieciom nowe ubrania kupić, bo ze starych już dawno wyrosły, w dodatku nikt mi za to dobrego słowa nie powie, w pracy już wyżej nie podskoczę – tylko się pochlastać. I jeśli wtedy jakiś miły pan się uśmiecha – albo miła pani – i mówi: „Boże, jaka z pani kobieta! Dawno kogoś takiego nie spotkałem”, to przecież jest balsam na serce, miód po prostu.

Czasem wcale nie żałujemy, że zdradziliśmy. I wcale nie chcemy za to przepraszać, bo czujemy, że zrobiliśmy coś w zgodzie ze sobą. Nawet jeśli nazywane jest to zdradą.
Powiem tak: po moich grupach mogę stwierdzić, że to właśnie te ciekawsze kobitki sięgają po kochanków.

Ciekawsze siebie czy świata?
W ogóle ciekawsze od reszty. Bardziej niezależne, ceniące sobie doświadczenie, bardziej ufające samym sobie, dające sobie więcej praw i mające więcej radości z życia. Mają kochanków i czasami bardzo z tego korzystają. Ostatecznie zostają z kochankiem albo z mężem, albo z obydwoma, i też jest dobrze.

Nazywa się je wyzwolonymi. Albo puszczalskimi…
Stereotyp moralny, jeśli jest jak taka kłoda, z której nic nie wynika, a tylko cię przytrzaskuje – to nie jest żadne rozwiązanie na życie. Stereotyp głosi: nie wolno czegoś robić, bo to brzydko. Albo: bo jesteś wtedy złym człowiekiem. A cóż złego w tym, że potrzebuję miłości i jej szukam?! Oczywiście raczej potrzebuję miłości do samej siebie niż do kogoś innego, ale skoro nie znajduję jej w moim związku… Czasem to, że prosisz, nikogo nie rusza, dopiero zdrada coś zmienia.

Zdrada wyłamuje nas ze schematu, stereotypu?
Tak. Choć bywa też ugrzęźnięciem w stereotypie. Znam niejednego faceta, którego ojciec bez przerwy chodził na baby, a jego mama tu pochlipała, tu się obraziła, a tu machnęła ręką – ale nic z tym nie zrobiła. Więc on ma taki wzór i taki stereotyp. Przy czym jeszcze koledzy mówią: „A co ty się żoną przejmujesz, zobacz, ile towaru chodzi po ulicy”. Dla tego mężczyzny przekroczeniem stereotypu byłoby poczucie, że ktoś może mieć dla niego wartość. I że tym kimś może być jego żona na przykład. Polata za innymi kobietami i może spyta sam siebie: „Czego ja szukam? Przecież mam to wszystko w domu”.

Opowiem ci o mojej ulubionej parze, którą spotkałam kiedyś na terapii. Najpierw zaczął mąż. Mówi: „Nie chciałem jej zdradzać. Do niczego mi to nie było potrzebne. Tylko co miałem robić, skoro ona przestała chcieć ze mną wyjeżdżać, wychodzić, robić wspólnie ciekawe rzeczy? Leżała tylko i czytała. Więc kiedy jeżdżąc samotnie po świecie, spotkałem kobietę, która nie tylko była ciekawa świata, ale i mnie, to zacząłem się zastanawiać: a może powinienem z tą moją żoną się rozstać? Tylko że ją kocham…”. Wrócił któregoś razu do domu i powiedział żonie, że jest taka pani, z którą jest mu dobrze i że on chyba chce z nią być. Żona się wściekła, wygoniła go z sypialni, ale w nocy z tej złości nie mogła usnąć, przewracała się tylko z boku na bok, i nagle ją oświeciło: „Boże, co ja robię?! Czy mam zamiar go oddać? Przecież to jest mój facet, kocham go i chcę. Ma rację, byłam leniwa i na nic nie miałam ochoty. Odsunęłam się od niego”. Po czym poszła do jego pokoju i spędzili ze sobą cudowną noc. Od tej pory już nie chcieli się rozstawać. Następnego dnia on zadzwonił do kochanki, powiedział: „Bardzo ci dziękuję za wszystko, było mi z tobą cudownie, ale to ją kocham i z nią chcę być“.

Jak ona to przyjęła?
A kto ją tam wie! Pewnie zgrzytała zębami, że straciła takiego fajnego faceta. Zawsze mówię moim babeczkom: „żona ma dużo więcej możliwości, argumentów i atutów”, zwłaszcza jeśli to było małżeństwo z namiętności. Dom, często i dzieci, wspólne wspomnienia, szmat czasu wspólnie spędzonego. To ogromny kapitał. Poza tym to jest jego baba, a on jest jej chłopem. Po prostu. Ale nie, kobiety będą się upierać, że wszedł innej do łóżka, to już jest koniec. Ale czego koniec? Chyba ich złudzeń na temat tego, że można wszystko zaplanować i być kogoś w 100 procentach pewnym. Przecież my sami siebie nie możemy być pewni, co dopiero drugiego człowieka. Takie podejście świadczy o nieumiejętności wzniesienia się ponad błahostki i zobaczenia o wiele ważniejszych rzeczy.

Znam kilka osób, które nie tylko nigdy nie wybaczyły zdrady partnerowi, ale też nigdy się nie pogodziły z tym, że do tej zdrady w ogóle doszło. Tak jakby w ich świecie to się nie mieściło.
No bo się nie mieści! W ich świecie. Złożonym z czterech cegieł, ułożonych w kwadrat. Jak ktoś ma tak ułożony świat, to prędzej czy później z tej lub z tamtej strony coś mu grzmotnie.

Są zdrady, które mają na celu skrzywdzenie lub ukaranie drugiej osoby. Są też takie, którymi sabotujemy nasz związek, bo boimy się bliskości. Niekiedy zdrada jest świństwem, a innym razem – tak uważam – aktem odwagi albo rozpaczy.
Zgadzam się. Czasem zdradzamy, by wstrząsnąć naszym związkiem, by dać sobie prawo do innego życia. I może się okazać, że słusznie zrobiliśmy, bo nasz partner okazał się dupkiem, a partnerka ma nas w dupie, ale możemy też przekonać się, że to świetny facet czy genialna kobieta, a my ich w ten sposób bardzo zraniliśmy. Ale przecież możemy powiedzieć: „mój błąd, przepraszam”. Albo: „nie przepraszam i wcale nie żałuję, bo przynajmniej teraz wiem, że zależy mi na tym związku, że i tak ciebie wolę”. „A nie przeszło ci przez myśl, że w ten sposób mnie stracisz?”. „Ale ja czułam, że i tak ciebie tracę”.

Zdrada zdradzie nierówna. Ale na pewno nie powinna nas przerażać ani brzydzić, bo to rzecz ludzka.
Jedna rzecz brzydzi mnie niezmiernie. I jest niestety bardzo powszechna. Mówię tu o całych tabunach mężczyzn, którzy żenią się po to, by mieć w domu babę, wikt i opierunek, a poza domem chodzić na dziewczyny, ile będą chcieli i kiedy będą chcieli. To nie jest problem zdrady, tylko totalnej niedojrzałości i roszczeniowości, ale też przemocy męskiej wobec kobiet i patriarchatu. Bo jego żona jest tylko jego, a wszystkie inne są ogólnodostępne.

A przecież mówi się też, że jak w domu jest obiad i seks, to on nigdy nie zdradzi.
To są tak zwane mądrości narodu. Mądre i słuszne, jeśli dobrze je odczytujemy, a nie bezmyślnie traktujemy jak szablon, w który mamy się wpasować. Jeśli lubisz gotować, to mu gotuj. Robiąc to, co lubimy, stajemy się fascynującymi ludźmi. Jeśli lubisz seks, to znaczy, że lubisz siebie, nic dziwnego, że on z chęcią wraca do ciebie do domu. Nie lubisz? Można oczywiście spytać, czemu on cię nie obudził na tyle, byś spróbowała polubić? Ale – i tu kłania się inna mądrość narodu – po co ona ma być obudzona? Będzie szukała u innych.

Zdrada to jeden koniec. Drugi to wierność. Pytanie: czemu wierni chcemy pozostać?
Wierność na pewno nie powinna być ubezwłasnowolnieniem. Na przykład pojawia się nurt czekania z seksem do ślubu. Osobiście nie zazdroszczę, bo kiedy ludzie tłumią przez dłuższy czas libido, to mogą mieć potem problem z jego wznieceniem. Ale jeśli im taka abstynencja seksualna jest potrzebna i oboje się w tej kwestii dogadują, bo taka jest ich hierarchia wartości, to są szczęśliwi. Są wierni sobie i swojej idei czy też dogmatom. Ja akurat nigdy tego nie pragnęłam, bo uważam, że życie ma się nijak do dogmatów.

No dobrze, ale jeśli mówimy, że ona jest wierna jemu, to myślimy, że nie tylko uprawia seks z nim jednym, ale też staje w jego obronie, gdy ktoś go krytykuje.
A jeśli zgadza się z tym, kto go krytykuje?

To wyraża swoje zdanie.
I wtedy jest wierna komu?

Sobie. Ale jednocześnie nie występuje przeciwko partnerowi.
I dlatego w sądzie karnym małżonkowie mają prawo odmówić składania zeznań, jeżeli mogłoby to zaszkodzić drugiej stronie. Na zasadzie: „wiem, ale nic nie powiem”.

Czyli wierni powinniśmy być samym sobie, a wobec tych, których kochamy – lojalni. Będę go wspierała, będę o niego walczyła i stawała w jego obronie, jeśli… nie będzie krzywdził siebie, mnie lub innych.
I to sobie trzeba wyraźnie powiedzieć. Nie wolno stawać za kimś wbrew sobie i swoim wartościom. I czy to wtedy jest zdrada tego kogoś? Czy on ma prawo czuć się zdradzony?

Jeśli czuję się zdradzona i bardzo cierpię z tego powodu, to znaczy, że obudził się we mnie ból, który noszę w sobie od dawna?
Dokładnie to chcę powiedzieć. Boli nas tak bardzo nie dlatego, że ktoś nas tak zranił, tylko że już tyle razy wcześniej byliśmy zdradzeni. I że sami siebie też zdradziliśmy nieraz.

A może w życiu trzeba i zdradzić, i być zdradzonym?
W życiu wszystko trzeba. Oczywiście nie wszystko się przerobi, bo się nie zdąży, ale im więcej się zmieści, tym lepiej. Choć nie chodzi też o to, by upychać na siłę. Dobrze się nażyć, a potem sobie odpocząć, a potem znów się nażyć i znów sobie odpocząć… W tym nażyciu się jest bardzo dużo dobrego, zdarzają się tam łzy i rozczarowania, ale też olśnienia i przygody. No chyba że ktoś się bardzo stara, by nigdy nie zboczyć z tej samej drogi między domem i pracą. Może i czuje się wtedy bezpiecznie, ale czy jest szczęśliwy?

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Kup kochance męża kwiaty” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze