fbpx

Zdrowe ego – niezbędne każdemu z nas

Zdrowe ego
Zdrowe i dobrze ukształtowane ego jest niezbędne człowiekowi żyjącemu w naszej cywilizacji. (Fot. Getty Images)

Gdy uda nam się zejść w siebie głębiej, widzimy, że nasze „ja”, do którego jesteśmy tak przywiązani, to tylko powierzchnia, tylko część nas samych, a my jesteśmy czymś dużo większym, jakby rozpuszczonym w jedności ze wszystkim. Ludzie tęsknią za tym uczuciem – mówi coach Maciej Bennewicz.

To ma być rozmowa wokół ego: temat wielki jak często ono samo. Kusi mnie, żeby spróbować zobaczyć w nim również zasób. Da się?
Zdrowe i dobrze ukształtowane ego jest niezbędne człowiekowi żyjącemu w naszej cywilizacji. Dzięki niemu chodzimy po zakupy, pracujemy, działamy, stawiamy granice, poruszamy się w świecie. Jedyne, czego nam potrzeba, to sprawne zarządzanie. Chodzi o to, by to nie ono rządziło nami, tylko żebyśmy my posługiwali się nim. Na przykład w klasztorach himalajskich, gdzie bywałem, zupełnie naturalną sprawą może być „rozpuszczanie” ego. Powietrze przerzedzone, mało tlenu, proste życie. Jest za to dużo skupienia, modlitw, medytacji, a wokół boskie widoki. Dzięki rytuałom rzeczywistość zewnętrzna zostaje uporządkowana, a rzeczywistość wewnętrzna, czyli duchowa, zyskuje przestrzeń i pewną łagodność.

Łatwiej wejść w taki stan, gdy wokół jest mniej bodźców, gdy nie trzeba się martwić o codzienność. Wnętrze, które jest przecież odbiciem zewnętrzności, czyści się, zaczynam widzieć to, co się we mnie dzieje, rzeczy pozornie ważne przestają mieć tak duże znaczenie.
Europejczykowi trudno to zrozumieć, bo w naszych rytuałach, modlitwach wzywamy do siebie bóstwo czy pomoc z zewnątrz. Natomiast na Wschodzie wchodzimy w głąb siebie i tam szukamy wsparcia. A gdy uda nam się zejść w siebie głębiej, widzimy, że to nasze „ja”, do którego jesteśmy tak przywiązani, to tylko powierzchnia. I że to tylko część nas samych, a my jesteśmy czymś dużo większym, jakby rozpuszczonym w jedności ze wszystkim. Ludzie tęsknią za tym uczuciem. Stąd rosnące lawinowo zainteresowanie technikami medytacyjnymi niezależnie od buddyzmu czy jakiejkolwiek formy religii. Jednak mnie jako coacha bardziej interesuje co innego. A mianowicie to, że na Zachodzie żyjemy w świecie inżyniera. Konkretnie – inżyniera budownictwa.

Co to znaczy?
Pod koniec XVII wieku znaleźliśmy sobie nowego boga, boga nauki. W skrócie to oznacza, że wierzymy we wszystko, co ma naukowy kontekst. I tylko w to. Tworzymy świat linearny, logiczny, zafascynowany liczbami, statystyką, dowodami naukowymi i prostymi związkami przyczynowo-skutkowymi. Upraszczamy rzeczywistość: póki coś nie jest udowodnione, nie istnieje. W związku z tym każdy z nas ma wbudowanego takiego inżyniera w sobie. I zwykle to on kieruje naszym życiem, pilnując, byśmy czasem nie wyszli poza linię.

Świat inżyniera jest bezpieczny, kontrolowalny, przewidywalny.
Oczywiście. Niestety – tylko pozornie i tylko do czasu. Problem polega na tym, że ten opis świata jest niepełny, a więc niewystarczający. I w każdej chwili dzieją się rzeczy, które to pokazują. Np. inżynier wybuduje wspaniały most, który pewnego dnia się wali, mimo że wszystko było dobrze wyliczone, co sprawdza powołana komisja. Dlaczego? Bo nie przewidział czegoś, co przewidzi pies, który jest co prawda głupszy i liczyć nie umie, ale czuje drgania ziemi. Pies bądź przysłowiowy szczur uciekający z okrętu, który ma zatonąć. Są całe połacie rzeczywistości i nas samych, do których inżynier ani logiczny umysł nie mają dostępu. Dlatego w coachingu tak konstruuję sesje i tak buduję narzędzia, żeby ten fakt uwzględnić, czyli okiełznać inżyniera i pozwolić innym obszarom nas samych się objawić. Bo nie on jeden liczy się w tej układance, jaką jesteśmy.

Jak okiełznać inżyniera?
W coachingu? Na początek czymś go zajmuję. Proponuję narzędzie, które wymaga myślenia, pilnowania kolejnych kroków. Kiedy inżynier w głowie klienta jest zajęty, może się przejawić jakakolwiek inna jego „część”– szczególnie twórca, architekt. Tak go nazywam. A więc robi się przestrzeń na intuicję, emocje, kreację.

To brzmi tak, jakby inżynier był… niepełnosprawny.
Obaj są niepełnosprawni w tym sensie, że są potrzebni sobie nawzajem. Sztuka polega na optymalnym wykorzystaniu obu. Niestety, architekt jest w nas często uśpiony. Wówczas żyjemy tylko z inżynierem: wykonałem, zjadłem, włączyłem telewizor. On ma w naszym świecie zewnętrznym i wewnętrznym pozycję dominującą, a jest konserwatywny, oceniający, jakościowy. Czyli ma wszystkie walory współczesnej kultury: dobrze, źle, głupio, powinnaś, nie powinnaś, pasuje, nie pasuje itp. Zrób tak albo nie tak. To dlatego ludzie mówią, że życie jest szare, ciężkie i nudne. Bo inżynier go nie widzi. Nowe rozwiązania to domena architekta. On ma pomysły i dostęp do potrzeb, głębszych motywacji czy wizji, ukrytych talentów. Za to nie ma kompetencji organizacyjnych, wykonawczych. Może coś wymyślić, ale nie umie tego wprowadzić w życie. Dlatego właśnie inżyniera trzeba czymś zająć, by nie skontrolował procesu, nie przejął go, nie zablokował. Ale pod koniec sesji, kiedy architekt ujawni, co trzeba, możemy znowu zaprosić inżyniera i powiedzieć mu: „Zrób coś z tym”. Wówczas padają pytania: Co możesz zrobić? Od czego zaczniesz? Jak to przełożysz na działanie? To właśnie zadania dla inżyniera. Żeby coś zdziałać, sensownie rozwiązać, potrzebne nam obie te struktury oraz taki dialog wewnętrzny. To, oczywiście, jedynie pewien uproszczony model tego, jak wygląda nasza świadomość i jak możemy najskuteczniej z niej korzystać.

Jednak inżynier to nie ego?
W koncepcji freudowskiej mógłby w dużej mierze nim być, a wtedy id, czyli instynkty, pragnienia pierwotne itp., byłoby pewnie architektem. Jednak to zbytnie uproszczenie. Jest wiele koncepcji ego. Jedne mówią, że to nasza świadomość, inne, że osobowość, jeszcze inne, że tożsamość. Ja uważam, że te pojęcia są bardzo szerokie, trudne do precyzyjnego zdefiniowania, a psychologia jest troszkę młodszą siostrą filozofii, która próbuje uwieść inżyniera, czyli obrabiać naukowo, definiować, udowadniać i odpowiadać jednoznacznie na pytania, które w gruncie rzeczy są filozoficznymi pytaniami. Dlatego nie przywiązywałbym się do definicji. Wolę szukać modeli, bo one pomagają lepiej i pełniej funkcjonować. Inny taki model, jaki mnie interesuje w kontekście ego, czyli tego, „kto tu rządzi”, „kto tu jest”, to podział na nieświadomość i świadomość, a raczej samoświadomość. Zrobiono prosty eksperyment: podłączono człowieka do skomplikowanego rezonansu, który pokazuje, jakie reakcje zachodzą w mózgu – rozjaśniają się obszary aktywne. Posadzili tego człowieka przed ekranem i pokazywali mu plansze z prostymi wyborami: Kawa czy herbata? Jabłko czy gruszka? Miał klikać myszą, co wybiera. Co się okazało? Odpowiedni obszar mózgu rozświetlał się dużo wcześniej, niż badany świadomie „podjął” decyzję. To stawia kwestię tego, kto decyduje, w ciekawym świetle. Nie wiemy kto. Ten ktoś, z kim się zwyczajowo identyfikujemy, czeka na impuls z wewnątrz, żeby zadziałać. Mózg wie, co wybiera, zanim my to sobie uświadomimy. A więc żyjemy w iluzji, w świecie postracjonalizacji. Wtórnie nadajemy rzeczom sens.

A więc mamy naukowy dowód, że jest w nas coś jeszcze poza świadomością.
Chciałbym jeszcze powiedzieć kilka słów o postaci czy raczej pozycji obserwatora, która łączy się z tym, o czym tu mówimy. Coraz lepiej potrafimy się z nią skontaktować za pomocą prostych „inżynierskich” narzędzi, które są znane choćby w podejściu behawioralno-poznawczym w psychologii czy coachingu. Obserwator to nasza struktura samopoznawcza. Mogę w każdej chwili uruchomić w sobie „kogoś”, kto obserwuje Maćka, który właśnie teraz mówi to, co mówi. Ale mogę się cofnąć o krok dalej i zobaczyć: jest jakiś obserwator, który się przygląda temu, jak Maciek mówi itp. Ponoć mistrzowie umieją się cofnąć nawet kilkanaście razy. Pozycję obserwatora wykorzystujemy w coachingu, prosząc klienta: „Oddziel się, popatrz na to z boku, spójrz chłodnym okiem”. To niesamowita funkcja mózgu, która zawiesza stare koncepcje freudowskie.

To dzięki obserwatorowi możliwe jest owo zarządzanie sobą.
Między innymi dzięki niemu możliwe jest też owo „rozpuszczanie” ego. Obserwując siebie, przestajemy się identyfikować do końca z którąkolwiek z postaci w sobie. Zaczynamy widzieć, że jesteśmy nimi wszystkimi, ale do końca żadną z nich. Nawet tym obserwatorem. Nie ma co się więc tak emocjonalnie przywiązywać do jakiegoś zdania czy przekonania. Jest w nas wiele postaci i rzeczy, które nami próbują rządzić. Na przykład instynktowne zachowania, stadne, atawistyczne. Dziś wiemy, że w mózgu istnieją neurony lustrzane, i to one sprawiają, że w pewnych sytuacjach u jednej osoby odpalają się te same struktury w mózgu co u drugiej. W ten sposób „zarażamy się” ziewaniem, ochotą na jedzenie itp. Na zasadzie: wszyscy biegną – ja też biegnę. Uruchamiając obserwatora, możemy w ten proces zaingerować. Wszyscy biegną w prawo? I ja też mam taki odruch? Dlaczego? Co mój inżynier na to? Świadomy człowiek wie, co nim kieruje. Lęk? A skąd się ten lęk wziął? Jak chcę zareagować? Czy to jest słuszna droga? Jest więc coraz bliżej kontaktu ze sobą prawdziwym.

Cokolwiek to oznacza…
Osoby, które potrafią wejść w miejsce obserwatora, mają szansę skontaktować się w sobie ze sferą, którą Arnold Mindell nazywa quantum. Czyli tam, gdzie rodzą się połączenia neuronalne, nasze chęci, marzenia. Ich realizacja to proces wielostopniowy. Najpierw jest potrzeba, potem intencja, która tej potrzebie nadaje kierunek, a potem owa potrzeba stanie się myślą, przekonaniem, a na końcu dopiero trafia do architekta, który wymyśla, co trzeba, i inżyniera, który wprowadza to w życie. Wiele zależy od tego, jak głęboko jesteśmy w stanie wejść świadomością. Wtedy rozumiemy swoje potrzeby i mamy większą szansę na ich realizację.

Dla mnie większa samoświadomość to większa wolność. Mam wybór, przestaję być niewolnikiem dowolnej części siebie.
W szczególności inżyniera, który jest często dość ponurym osobnikiem, połączeniem nadzorcy fabryki i księgowego, który mówi: „Niepotrzebne nam żadne wynalazki, mamy opracowaną technologię, więc róbmy swoje”. Inżynier jest tak ważny również dlatego, że działa na usługach jajeczka i plemnika, jak powiedzieliby biolodzy. Interesuje go, by przedłużyć gatunek, przekazać geny. Wybiera to, co z tego punktu widzenia najbardziej energetycznie opłacalne i skuteczne. Dlatego zmiany często są pozorne, a coaching budzi tyle oporu. Człowiek odbywa dziesięć sesji i wszystko idzie cudownie. Nagle budzi się inżynier i mówi: „Nie pozwalam. To zbyt ryzykowne, mam za mało kontroli”. Będzie robił wszystko, żebyśmy pozostali w strefie komfortu, bo w ten sposób wytracamy najmniej energii.

Można się pozbyć inżyniera? Albo go nie mieć?
Współcześni neurologowie mówią, że istnieją dwa systemy poznawcze: szukanie, któremu towarzyszy przyjemność, oraz lęk, który prowadzi do znieruchomienia, ucieczki, agresji. Oba systemy są nam potrzebne. Szukanie, eksperymentowanie, odkrywanie rozszerza świadomość, daje wiedzę, otwiera na świat, jest podstawą twórczości. Lęk uczy granic. Inżynier ich pilnuje. Gdy nie ma inżyniera – mamy psychopatę, jak mówi jedna z koncepcji psychologicznych. Kiedy czuję lęk, czuję granice. Ktoś, kto nie ma granic, nie potrafi być empatyczny. Na głębokim poziomie neurologicznym te same struktury pozwalają czuć i rozumieć cudze zachowania. Jeśli ktoś nie czuje lęku, nie wie, że może się sparzyć, spaść itp. Bardzo trudno mu też zrozumieć, że ktoś inny w wyniku wypadku może czuć ból, cierpi. Gdy taka osoba uruchamia strukturę szukania, doświadczania, może naruszać granice innych ludzi. W ekstremalnym przypadku – nie ma różnicy, czy otwiera brzuch zabawce, czy człowiekowi. Dlatego wychowanie polega m.in. na zdrowym stawianiu granic. Pojemnych na tyle, by nie zabić w dziecku naturalnej zdolności i skłonności do zabawy, szukania. W takim procesie wyodrębnia się osobowość, wykształcają odruchy społeczne, normy, zasady. I rodzi się inżynier. Natomiast dorosłym, którzy mają już dobrze wykształconą strukturę inżyniera, niezbędna jest zabawa, by nieco te granice rozluźnić, uczyć się wolności. Zabawa wysadza nas ze strefy komfortu przyjemnie i bez bólu. Umożliwia „obejście” inżyniera.

Czyli najpierw sporym nakładem energii tworzymy inżyniera, by go potem sporym nakładem energii „obchodzić”?
Tworzymy strukturę i uczymy się jej używać tak, by nam służyła. Wtedy mamy szansę na świadome udane życie.

Maciej Bennewicz coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik, przyjaciel zwierząt, zwłaszcza kotów.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze