Czy przyjaciele mogą zastąpić rodzinę?

Flash Press Media

Żyjemy z dala od rodzinnych domów. Bo studia, praca, smak wolności… Tworzymy nowe kręgi – przyjacielskie. Wśród przyjaciół coraz częściej spędzamy święta. Bez złośliwego wujka Leona, bez przymusu. A jednak czegoś brak!

Coraz częściej słyszę, że przyjaciele to zastępcza rodzina. Może więc ktoś, kogo poznaliśmy na przykład na obozie jogi, kto nas ceni, rozumie, jest w stanie zastąpić braci, którzy zawsze dokuczali…

Nie jest. Rodzina zaspokaja potrzebę przynależności i bezpieczeństwa, dając poczucie, że jesteśmy członkiem stada. Zwierzamy się dziadkowi i mamy do niego zaufanie. Opiekujemy się babcią i od razu stajemy się kimś ważnym. Powymądrzamy się przed młodszym bratem i spełniamy potrzebę bycia autorytetem, co jest istotne zwłaszcza dla mężczyzn.

A jeśli to samo zdarzy się w przyjaźni, to jest ona zagrożona, bo przyjaciele są sobie równi. To w rodzinie możemy być mądrzejsi, a jednocześnie potrzebujący i gdy mamy problem ze spłatą rat, poprosić o pomoc stryja. Rodzina nas spaja, bo narzuca wspólną konwencję, scenariusze zachowań, idące przez pokolenia przekazy. Takim może być to, że kobiety są walczące, a mężczyźni słabi, że świat nam zagraża… Rodzina narzuca nam sposoby radzenia sobie z emocjami. Kiedy na przykład ojciec kogoś krytykuje, my zamieniamy to w żart, podczas gdy w innej rodzinie wywołałoby to kłótnię. A nasi sąsiedzi, Kowalscy, przyznają ojcu rację, dla świętego spokoju.

Właśnie, rodzina narzuca nam wiele rzeczy. Dlatego chcemy zastąpić ją przyjaciółmi.

Ale to się nam nie uda, bo w przyjaźni mamy być sobą i to na równych prawach. Zadaniem przyjaciół jest potwierdzać, że sami decydujemy o tym, co jest ważne. W rodzinie to już nie przejdzie. Tu panuje hierarchia i zawsze znajduje się ktoś, kto podejmuje decyzje, ktoś, komu się podlega. Czasem rodzi to patologie, ale głównie łączy. Zresztą w rodzinie zawsze jest ktoś, kto pełni rolę łącznika. Może to być babcia Stasia, wujek Jarek czy pamięć o cioci Zosi, dla której bliscy byli najważniejsi i której przekaz nadal w tej rodzinie trwa. Rodzina ma swoje rytuały i jeśli ktoś chce do niej wejść, musi się przystosować.

W przyjaźni tego nie ma i to jest najlepsze!

Ale od przyjaciół oczekujemy: odzwierciedlania naszych emocji, sposobu myślenia, podobnego poczucia humoru, systemu wartości, doświadczenia. A przede wszystkim potwierdzania tego, kim jesteśmy: artystą buntownikiem, miłośnikiem czeskiego kina czy kimś, kto lubi psy i nie przywiązuje wagi do pieniędzy. No i w tym właśnie tkwi ryzyko, bo kiedy nasi przyjaciele lub my nagle się wzbogacimy, może nastąpić kryzys – zmiana statusu wpływa często na zmianę sposobu patrzenia na świat. Zdarza się też, że tracimy przyjaciół, bo oni nagle przestają jeść mięso i bronią Matkę Ziemię przed takimi jak my, którzy nie są weganami ani nie segregują śmieci. Do tej pory oni też tak żyli, ale im się odmieniło. No i w takiej sytuacji trzeba szukać nowej płaszczyzny porozumienia albo – nowych przyjaciół. Tymczasem złośliwy stryj Leon zawsze będzie naszą rodziną, nawet jak nagle się zmieni i zacznie być miłym starszym panem.

Przyjaciół również ma się raz na całe życie.

To mit. Przyjaźń jak każdy związek wciąż ewoluuje – są chwile, w których bardzo dobrze się ze sobą czujemy, dajemy sobie akceptację i empatię. Ale kiedy na przykład przyjaciel założy własną rodzinę, wiele rzeczy się przewartościuje i możemy stracić wspólny język. Podobnie gdy awansuje lub zacznie produkować etykiety na butelki, bo przecież połączyła nas wspólna praca w mediach.

Rodzina jest nam dana raz na zawsze, a przyjaźnie tworzymy przez całe życie. I to na różnych zasadach. Dla kilkuletniego dziecka przyjacielem jest ten, kto mieszka obok, kto się z nim bawi. Pięcio-, sześciolatki budują przyjaźń na wymianie dóbr. To wtedy dziecko przynosi z przedszkola gumę do żucia, na którą zamieniło swoje play station. Ale kiedy skończy 8 lat, jego przyjaciółmi staną się ci, którzy potrafią dochować tajemnicy, z którymi ma wspólne sekrety. Dopiero potem zaczynamy tworzyć przyjaźnie, które będą opierały się na tym, co nazywamy porozumieniem dusz. A to już skomplikowana gra. Poznajemy się na przykład na imprezie i od razu łapiemy wspólny język. Proces budowania przyjaźni rozpoczyna się od ujawniania siebie. Mówimy: „Mam kiepską pracę. Pies mi zdechł…” i patrzymy, jak ktoś zareaguje. Czy emocjonalnie? Czy odpowie na nasze sygnały właściwie, czyli także się otworzy, mówiąc np.: „Ojej, to smutne! Ja miałem podobną sytuację…”. Jeżeli do tego poczujemy się razem dobrze, to zaczynamy tworzy relację przyjacielską.

 

No i czemu z fajnych przyjaciół nie zrobić sobie fajnej, nawet jeśli tylko niby-rodziny?

Ale po co? Jeśli zaczniemy z przyjaciółmi tworzyć pseudorodzinę, uaktywnią się w nas i w nich wzorce, które wynieśliśmy z naszych rodzin, często te, przed którymi uciekaliśmy: skrypty zachowań w sytuacjach konfliktowych, przekonania dotyczące roli kobiet i mężczyzn, co wolno mówić, a czego nie… – i to one zaburzą nasze przyjacielskie relacje. Przecież łatwiej powiedzieć przyjacielowi: „wkurza mnie, że dajesz klapsa swojemu dziecku”, niż wujkowi. Bo przyjaźń daje prawo do szczerości, którego w rodzinie możemy nie mieć, a wtedy groziłoby nam stanie się czarną owcą. W rodzinie trzeba trochę grać, udawać. Więc gdy z przyjaciółmi zaczynamy naśladować rodzinę, tracimy to, co najcenniejsze – prawo do bycia sobą i dawanie sobie nawzajem wsparcia. Więc po co to robić?

Podam przykład z mojego życia: gdy przyjaciele zaczęli traktować nas jak krewnych i radzić się w sprawie wychowania dzieci, zaczęliśmy widzieć ich problemy z innej perspektywy i mówić rzeczy niezgodne z naszymi przekonaniami. Dodam, że ich dzieci mówiły do nas: ciociu i wujku.

Bo zaczęliście podlegać ich systemowi rodzinnemu. Nieświadomie przejęliście reguły obowiązujące w ich rodzinie. Inaczej nie stworzyłby się podsystem oparty na pewnej zabawie w rodzinę. Mówisz: „mówiły do nas”, a więc rozumiem, że ta „przyjaźń rodzinna” skończyła się? Nie ma w tym nic dziwnego. Te dwa systemy kolidują ze sobą. Przyjaźń unika manipulacyjnych gier, zezwala na czystą komunikację,
a nawet jej wymaga. Przyjaciel z reguły jest zwierciadłem mnie samego, moich przekonań. A nie mojego sytemu rodzinnego.

Ale czasem jest odzwierciedleniem kogoś z rodziny. Ja na przykład przez lata wybierałam na przyjaciół osoby krytyczne i cyniczne. Myślę, że podobne do kobiet w mojej rodzinie.

Jeśli w dzieciństwie nie dostaliśmy miłości, uwagi, troski, to szukamy ich przez całe życie, także w przyjaźni. Oczekujemy wtedy od przyjaciół, że będą o nas dbać, troszczyć się, kochać. A to nonsens. Tak naprawdę nie szukamy bowiem przyjaźni, ale zależności podobnej do tej, jaka istnieje w rodzinie. Jest nam to potrzebne, żeby dostać to, czego nie otrzymaliśmy na przykład od matki. A więc naszym prawdziwym celem nie jest przyjaźń, tylko pragnienie wypełnienie przez te osoby naszych deficytów z dzieciństwa. I dopóki nie zaspokoimy tego głodu, dopóty nie nauczymy się przyjaźnić. To wprawdzie trudne, ale konieczne.

Po kilku latach psychoterapii unikam cyników i mam wreszcie przyjaciół. 

Właśnie. Nie oczekujmy od przyjaciół, żeby nam matkowali czy ojcowali – i sami też nie postępujmy tak wobec nich. Przyjaźń to po prostu fajne bycie z drugą osobą. Relacja oparta na bezwarunkowej akceptacji, związek, w którym nie musimy się starać, po prostu jesteśmy. Nie da się określić, jak ma wyglądać przyjaźń, bo to związek, w którym się nie myśli w kategoriach, co i jak powinno być. Dobrze się razem czujemy, rozumiemy, możemy coś wspólnie zjeść, pogadać i tyle.

Ale czy można być szczęśliwym bez rodziny, mając tylko przyjaciół?

Wszystko można… Jeśli popatrzymy na potrzeby, jakie ma człowiek: uznania, wspólnoty, przynależności, prokreacji, tworzenia… – to przyjaciele mogą je zaspokajać, ale tylko krótkoterminowo. Pomogą nam zagłuszyć poczucie samotności, ale go nie zabiorą. Chociaż wielu myśli, że jest inaczej, bo ma setkę przyjaciół na Facebooku. Ale to tylko ich sposób radzenia sobie z tym, że z różnych względów nie są gotowi do tego, by założyć własną rodzinę albo być w rodzinie. Przyjaciele dają nam jednak coś innego – prawo do bycia sobą, nawet jeśli oznacza to samotność. I to trzeba docenić. Nie można mieć w życiu wszystkiego. Kiedy się z tym pogodzimy, będziemy czerpać więcej radości z tego, co mamy. Także z Wigilii w gronie przyjaciół, którzy nie udają, że są naszą rodziną.