fbpx

Mit rodzinny – jaki niesiesz wzorzec życia

W relacji z rodzicami i w wypływającym z niej poczuciu własnej tożsamości zawarta jest nasza życiowa mitologia, nasz potencjał. Każda rodzina ma swój mit, wielki wzorzec, który można porównać do niezwykle rozbudowanej układanki. Dlaczego często negujemy struktury rodzinne i nie chcemy żyć jak rodzice czy dziadkowie?

Odżegnujemy się od ich cech, talentów, wyborów, ale też od trudności i porażek. Ale to przed czym uciekamy, prędzej czy później nas dopadnie. Bo kiedy unikamy jakiegoś doświadczenia, paradoksalnie angażujemy w nie dużo energii, zachowując przy tym niewiele świadomości. Samokontroli bowiem nie należy mylić ze świadomością. I najczęściej, kiedy skupiamy się na tym, żeby coś się nie stało, zostajemy wrzuceni właśnie w to najbardziej niechciane doświadczenie. – Z punktu widzenia psychologii procesu jest ono informacją, która potrzebuje się jakoś wyrazić. Potencjalnie za tym, czego bardzo nie chcemy, boimy się i co wydaje się nam przeszkadzać, kryje się wolność, swoboda, twórczość i wszechstronny rozwój – mówi Olga Libich, psychoterapeutka.

W rodzinie pewnej kobiety od dwu pokoleń niedługo po przyjściu na świat drugiego dziecka następował rozpad małżeństwa, zmuszający kobiety do aktywności zawodowej. Dziadek – ojciec matki – pojechał za pracą do innego miasta i nie wrócił. Rodzice rozwiedli się rychło po narodzinach kobiety, będącej ich drugim dzieckiem. A teraz ona przeżywała poważny kryzys małżeński, kiedy właśnie po raz drugi została matką. Przeraziła ją powtarzalność tego wzorca. Kryzys w relacji z mężem uświadomił jej, że zawsze bała się rozpadu małżeństwa. Dlatego na życiowego partnera wybrała człowieka odpowiedzialnego i nade wszystko pragnącego założenia rodziny. Miało jej to zapewnić bezpieczeństwo, nie chciała, żeby spotkało ją to, przez co przechodzili rodzice czy dziadkowie. Kiedy wreszcie przestała uciekać przed ewentualnością rozstania, możliwe stało się odkrywanie znaczenia kryzysu relacji z mężem. Kobieta, która niemal od początku związku nie pracowała, zaczęła zauważać w tym możliwą przyczynę problemów. Jej potrzeba samorealizacji była w ich związku zbyt długo marginalizowana i dała o sobie znać w postaci wizji rozwodu – niezbędnej wymówki dla podjęcia zawodowej pracy. Ostatecznie jednak ich małżeństwo przetrwało. Sprawniej podzielili się opieką nad dziećmi, zatrudnili opiekunkę i zainwestowali część swojej uwagi, czasu i pieniędzy we własne pasje i rozwijanie zawodowej aktywności.

– W perspektywie mitu rodzinnego kobiecie udało się uniknąć nieświadomego powielenia wzorca rozstania – mówi Olga Libich. – W poprzednich pokoleniach wzorzec kobiety odnoszącej sukcesy w świecie, przydarzał się jako konieczność i był konsekwencją rozwodu. Jakość samorealizacji była jednak na tyle silna, że przezwyciężała moc więzów małżeńskich, nawet mimo niesprzyjających rozwódkom warunków społecznych. Z rodzinnego mitu pochodziła nieświadomie traktowana konieczność wyboru – sukces w świecie a rola żony i rodzinne ciepło. Matka i babka widywały swoje dzieci właściwie tylko w niedzielę. Dopiero uświadomienie sobie istnienia tego wzorca, a także alternatywy dla niego dało kobiecie poczucie prawdziwego wpływu na swoje życie i gotowość wzięcia za nie odpowiedzialności.

Często też zdarza się też odwrotnie – budujemy nasze życie na zasadzie opozycji do rodziców. Na przykład córka nadopiekuńczej matki sama staje się nadmiernie wyluzowaną mamą. –Prawdopodobnie od nikogo nie będzie przyjmowała opiekuńczości, ciepła, być może zamykając się na głębokie relacje w ogóle – mówi Olga Libich. – Dlatego najpierw warto powiedzieć zdecydowane „nie” temu, czego nie chcemy wziąć od rodziców. Niekoniecznie musi się to wydarzyć w relacji z rzeczywistą osobą, ale na poziomie psychologicznym, kiedy to „nie” jest adresowane do naszego wewnętrznego rodzica. Dopiero, gdy odmówimy – nazywając przy tym jakości, których nie chcemy – możemy się zastanawiać czy w tej, na przykład nadopiekuńczości nie ma jakiegoś elementu, z którego chcielibyśmy korzystać. Najprawdopodobniej uda się nam go odnaleźć. Wtedy zaczynamy dostrzegać ten aspekt rodzica, który z założenia odrzucaliśmy. Możemy się przekonać, że po pierwsze jest on nam potrzebny, a po drugie tak naprawdę my również go niesiemy. Jeśli zdecydujemy się go jedynie odrzucić, stanie się to z krzywdą dla nas samych. Córka nadopiekuńczej matki ma wybór między odrzucaniem wszelkiej czułości i troski wobec siebie, a świadomym przyjmowaniem miłości w takim wymiarze, w jakim tego potrzebuje. Biorąc troskę i dając ją innym, korzysta pełniej ze swojego potencjału.

Często mamy żal do rodziców, że czegoś od nich nie dostaliśmy. Tymczasem to też jest w nas. Wyobraźmy sobie, że komuś w dzieciństwie bardzo brakowało wyjazdów na wakacje, zabaw na łące, biegania po lesie, kąpieli w jeziorze. Rodzice uważali, że to niebezpieczne i zamykali usta argumentem o braku pieniędzy. – To jest istotna informacja o poszukiwanym doświadczeniu i wskazówkach do jego realizacji – mówi Olga Libich. – Można patrzeć na nie z perspektywy braku, albo dostrzegać w nim możliwość przekraczania swoich ograniczeń. Prawdopodobnie wspomniana osoba do tej pory nie w pełni tego doświadczała, ale kocha przygodę, naturę i mierzenie się z jej wyzwaniami, cokolwiek by to dla niej znaczyło. Niczego nie wniosłoby tu myślenie o wakacyjnych wyjazdach z punktu widzenia ofiary.

Łatwo jest czynić rodziców odpowiedzialnymi absolutnie za wszystko i stawiać się w roli kogoś, kto jest od początku do końca zdefiniowany.Choćby z punktu widzenia rozwoju osobistego wydaje się to jednak szkodliwe. Może być to, rzecz jasna, niezbędny etap w pracy nad sobą, jako reakcja na trudne doświadczenia z dzieciństwa, których wcześniej nie dopuszczaliśmy do głosu. Nie warto jednak się w tym miejscu zatrzymać, to nie jest rozwijające i nikomu nie służy. Wszyscy jesteśmy jakoś uwikłani. – Lepiej spojrzeć na rodziców jak na sprzymierzeńców, mierząc się z wyzwaniami, które przed nami stawiają, ale nie oceniając ich. Prawda, czegoś mi nie dali, ale pozwolili mi mocować się z trudnością, odkrywać mój potencjał – mówi Olga Libich. – Nie mam wpływu na to, co przede mną i co po mnie. Jedyne, na co mogę mieć wpływ to moje własne ogniwo.

konsultacja: Olga Libich – jestem psychoterapeutką z Ośrodka Psychoterapeutyczno-Szkoleniowego Poza Centrum (www.pozacentrum.pl), gdzie pracuję w prywatnej praktyce z osobami indywidualnymi, parami, rodzinami a także prowadzę warsztaty rozwojowe pod superwizją dyplomowanych nauczycieli. Asystuję także moim nauczycielom w zajęciach dwuletniego studium Instytutu Psychologii Procesu. Moją pasją są relacje, dlatego od roku prowadzę wraz z Grzegorzem Zielińskim trzyczęściowy cykl warsztatów rozwojowych „Przepływ w relacjach” poświęcony początkom, bliskości oraz kończeniu się relacji. Uwielbiam pracę z ludźmi i wspólne odkrywanie natury procesu. e-mail: olgalibich@o2.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze