Niech popłynie rzeka obfitości

 

Odmieniany przez wszystkie przypadki, pożądany, wyniesiony na ołtarze. Utożsamia się go z pieniędzmi, wysoką pozycją w zawodzie, trofeami, popularnością. Przychodzi i co? Okazuje się, że nie jest tym, czego pragnęliśmy .

 

Jarek Wajk, lider zespołu Oddział Zamknięty w latach 1989–95, miał to, o czym marzy wielu ludzi: otwarte sceny muzyczne i salony, popularność i pieniądze. Duża scena to także władza. Przekonał się o tym niemal namacalnie w czasie jednego z koncertów. Po jednym z utworów opowiadał o „przygodach” z milicjantami z miasta, do którego Oddział wrócił właśnie ze swoją muzyką. Niewiele brakowało – wystarczyło jedno zdanie – aby wywołać wojnę tłumu z policjantami ochraniającymi koncert.

– Tamto doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć, jak wąska jest granica dzieląca niewinną rozmowę z publicznością od kierowania myśli słuchaczy w złe rejony. Mówiło mi się lekko, ale choć nie próbowałem manipulować ludźmi, moje słowa wywołały agresję tłumu. Przeraziłem się. Stało się to ważną lekcją odpowiedzialności za słowa, które kierujemy do drugiego człowieka. Zapamiętałem też na całe życie, że sukces źle wykorzystany może prowadzić do katastrofy.

Przez kilka lat w trasie. Obce miasta, nowi ludzie, imprezy, które niejednokrotnie hojną ręką sponsorował.

– Każda impreza ma swój koniec. Zostawałem sam. Bez Boga, domu, bez przyjaciół. Jedynym zmartwieniem ekipy, z którą przemierzałem setki kilometrów, było to, czy wrócę do hotelu i czy uda nam się dojechać na czas na kolejny koncert.

Najbardziej samotny czuł się w momencie największej popularności. Wielotysięczny tłum nakręcał emocje. A on potrzebował wyciszenia, pogadania o zwykłych i wielkich sprawach. Zamiast tego dostawał płytkie rozmowy o niczym. Chciał dotrzeć do serca, a ludzie bali się otwierać. On też budował mury. Cierpiał, bo nigdy nie potrafił i nie chciał postępować według zasady „nie wchodź w moje życie, a ja nie będę wchodził w twoje”. Ktoś podpowiedział mu, że dobrym sposobem na radzenie sobie z samotnością są używki. Więc w ruch szła, jak to określa, „cała apteka i wiele z natury”.

– W mojej samotności wszedłem w sztuczny raj. Nigdy nie znalazłem tam prawdziwego wytchnienia. Na moje szczęście wielka miłość zachęciła mnie do powrotu do trudniejszego, ale bez wątpienia prawdziwego życia. Teraz jest za mną 15 lat trzeźwości.

Moja praca, moja pasja

Socjologowie i psychologowie alarmują: Współczesny człowiek jest zakładnikiem sukcesu. Już małe dzieci wychowujemy w kulcie trofeów, a szkoła za najważniejszy cel stawia przed uczniem zdobywanie ocen, pasków, punktów, podsycając rywalizację i tłamsząc zwykłą radość z uczenia się. Arcybiskup Józef Życiński w jednym z wywiadów nazwał to dosadnie: „Śmiem twierdzić, że we współczesnej kulturze największym problemem jest obsesja sukcesu. Ludziom chodzi o złudzenie luksusu, komfortu, o potrzebę imponowania. Potrzeba sukcesu to klucz do naszego życia”.

Łukasz Borowicz, dyrygent, laureat wielu nagród, w tym Paszportu Polityki, w wieku 30 lat został dyrektorem Polskiej Orkiestry Radiowej. Twierdzi, że nigdy nie myśli o sobie w kategoriach sukcesu.

– Ludzie, których celem jest sukces, są w gruncie rzeczy nieszczęśliwi, bo to coś ulotnego. Im więcej osiągają, tym więcej chcą zdobyć, i ciągle gonią za kolejnym celem. Ja za sukces uznaję to, że pracuję i realizuję jednocześnie swoją pasję. Łukasz opowiada o tym z wypiekami na twarzy: – Nasz zespół jest wyjątkowy. Orkiestra to takie mikropaństwo, w którym czasem zdarzają się wielkie rzeczy i można razem dotknąć szczęścia. Praca dyrygenta wiąże się z wieloma sprawami organizacyjnymi, także z pracą biurową, ale gdzieś u podstaw zawsze jest to, co dla mnie najważniejsze, czyli muzyka.

Postawił przed Polską Orkiestrą Radiową zadanie odkrywania polskich kompozytorów. Właśnie nagrali płyty z muzyką Grażyny Bacewicz i Andrzeja Panufnika, w planach są Kurpiński i Moniuszko. Przed nimi ogromna praca popularyzatorska. Bo niby wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale większość ludzi woli słuchać popu.

– Sukces to dla mnie możliwość podzielenia się z ludźmi tym, co piękne. Choćby wczoraj – siedziałem do późna i analizowałem kołysankę Andrzeja Panufnika, utwór mało znany, ale misternie skonstruowany. Czułem się jak w laboratorium, gdzie pod mikroskopem ogląda się światy niewidoczne gołym okiem. Nuty wyglądały jak odbicia kryształów czy płatki śniegu w powiększeniu. Takie zjawiskowe „obrazy” tkwią w znakomitych utworach, o czym mało kto słyszał, bo tak niewiele wiedzy na ten temat się upowszechnia. Sens naszej pracy widzę w tym, że zostanie po nas parę nagrań.

Wielu ludziom nie mieści się w głowie, że można realizować się twórczo, zajmując się rozsławianiem dokonań innych twórców. Komponować samemu – to byłby dopiero sukces… – Broń Boże, ja doskonale spełniam się w odtwarzaniu – odpowiada Łukasz.

W Akademii Muzycznej poznał wiele genialnych utworów. Zadziwiło go, że można rozebrać je na czynniki pierwsze, stwierdzić, ile w nich tonacji, akordów, bemoli, krzyżyków, a mimo to nie da się zgłębić, co czyni je tak genialnymi. Jest w tym jakaś niepojęta tajemnica. Łukasz już w Akademii stwierdził, że skoro jej nie posiadł, to z komponowaniem powinien dać sobie spokój.

– To, co robię, również jest tworzeniem. Już Ingarden pytał, czym jest dzieło muzyczne. Książką, w której są zapisane nuty? Wykonaniem utworu w czasie? Obrazem, który koncert wywoła w świadomości słuchaczy? A ilu słuchaczy, tyle tych obrazów w świadomości. Uważam, że wykonanie utworu wskrzesza intencje kompozytora. Utwór powstaje na nowo w czasie realnym. I to mnie fascynuje. Nigdy nie będę miał dość kolekcjonowania płyt (a mam ich już tysiące), bo każde nagranie wnosi coś nowego. Orkiestra za każdym razem jest małym pomocnikiem wielkiego kompozytora. Bycie w jego służbie to dla mnie o wiele cenniejsze doświadczenie niż tworzenie kolejnych dzieł.

Pieniądze szcześcia nie dają

Z badań przeprowadzonych przez profesora Janusza Czapińskiego wynika, że Polacy są szczęśliwi, gdy osiągają wysoki status materialny, co można tłumaczyć chęcią odreagowania lat niedostatku. Ale co ciekawe, pieniądze czynią szczęśliwymi tylko biednych, bo po prostu umożliwiają im zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. Dalszy wzrost zamożności nie ma wpływu na poziom szczęścia. Tak więc potwierdza się to, co zawarte w znanym porzekadle, że pieniądze szczęścia nie dają. Profesor Władysław Tatarkiewicz pisał, że prawdziwe szczęście to stan satysfakcji z życia przeżywanego jako całość. To poczucie, że wszystko, co przeżyliśmy, miało sens.

Dzisiaj Jarka Wajka pamiętają tylko fani Oddziału Zamkniętego. Żyje skromnie, od 22 lat jest mężem Lidii, od 20 tatą Marty, od kilku – autorem i wykonawcą projektu edukacyjnego na temat profilaktyki uzależnień, który jest realizowany na terenie całej Polski. Programem są zainteresowani również przedstawiciele środowisk polonijnych m.in. na Litwie, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech i w Belgii.

Nowy Jarek Wajk jest spokojny, radosny, cierpliwy. Marzy mu się powrót do koncertowania z zespołem. Poczynił już pierwsze kroki w tym kierunku. Bazą ma być Śląsk, bo tam zostało w ludziach to, co on uznaje za święte – więcej spokoju, wrażliwości i głębi duchowej.

Zaprosił do współpracy gitarzystów: Andrzeja Urnego i Ryszarda Sygitowicza (współpracowali między innymi z Perfectem). To ludzie gwarantujący, jak mówi, dobre loty. Tęsknił za tym od dawna i dziś to ma. Cały czas „gra mu w sercu” muzyka Grupy Integracyjnej Bogu, złożonej z profesjonalnych muzyków i z osób niesłyszących, którą założył kilka lat temu. Czeka na właściwy moment powrotu grupy do grania. Bez ciśnienia, z ufnością. Ten moment może nadejść jutro albo za dwa lata. Nowy Jarek nic nie robi na siłę. Pojęcie sukcesu przeniósł w sferę ducha, do serca i do głowy.

– A może – mówi Jarek – trafniej będzie ująć to tak: Pojęcie sukcesu wróciło na właściwe miejsce. W moim odczuciu sukcesem jest zakończenie wewnętrznej wojny, jaką toczy każdy bez wyjątku człowiek. Wojny tego, co dobre, moralne, etyczne, z tym, z czym pcha się zagoniony świat – parciem po trupach do realizacji własnych celów. Dzisiaj ludzie pragną być i mieć, nie uczy się ich przegrywania. To ogromny problem. Przegrywający to ktoś gorszy. Ci, którzy czują się gorsi, szukają czegoś, co mogłoby znieczulić ich ból. To może być alkohol lub narkotyki, przemoc, hazard, gadżeciarstwo, cyberseks, prostytucja, ułuda władzy lub wiedzy, religia pełna pustych rytuałów, niezmieniająca serca. Prawdziwy sukces to osiągnięcie wewnętrznego pokoju. Człowiek nim przepełniony jest skarbem dla świata, nie myśli wyłącznie o tym, żeby być i mieć, ale czerpie radość z dawania – będzie potrafił dobrze wykorzystać ewentualny sukces materialny.


Angażujemy sie bez oczekiwań

Według amerykańskiego guru psychologii rozwojowej Deepaka Chopry prawdziwy sukces można osiągnąć, stosując siedem duchowych praw sukcesu:

  • Po pierwsze – prawo czystej możliwości. Aby móc w pełni z niego korzystać, trzeba dotrzeć do swojego wnętrza (jaźni, boskiej części), które jest doskonałe, mądre, dobre, szczęśliwe i wesołe. Staniemy się wtedy niewrażliwi na krytykę, pozbawieni lęków, niekonfliktowi, bo będziemy wiedzieć, że wszyscy są tym samym duchem w różnych przebraniach. Wejście w kontakt z jaźnią umożliwia czerpanie z pola czystej możliwości.
  • Po drugie – prawo dawania i brania. To dwa aspekty tej samej energii, jedno rodzi drugie: im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz. Ale dając, powinniśmy się z tego cieszyć, bo wtedy energia zostaje zwielokrotniona. Podobnie jak warto nauczyć się brać z wdzięcznością, ponieważ nasza wdzięczność zasila energetycznie dawcę.
  • Po trzecie – prawo karmy, które mówi, że aby zaznać szczęścia, należy siać jego ziarna. Dokonujemy w życiu niezliczonej liczby wyborów, które wytwarzają określoną energię. Ta energia powróci do nas w podobnej formie.
  • Po czwarte – prawo najmniejszego wysiłku odwołujące się do natury, w której wszystko płynie, poddaje się, po prostu jest. Należy nauczyć się akceptować to, co nam się przydarza, ponieważ wszystko jest takie, jakie być powinno. Cokolwiek się dzieje, po prostu się dzieje i nie należy szukać winnych ani w sobie, ani w innych ludziach. Wystarczy pamiętać, że w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji zawarte jest coś, co można twórczo wykorzystać. Każda osoba, która zadaje nam ból, może stać się naszym nauczycielem.
  • Po piąte – prawo intencji i pragnienia. Człowiek jest częścią energetycznego pola wszechświata, które można świadomie zmieniać dzięki uwadze i intencji. Uwaga niesie energię, a intencja przekształca. Intencja jest pragnieniem bez przywiązywania się do rezultatów, a uwaga skupia się na teraźniejszości.
  • Po szóste – prawo nieprzywiązywania się. Przywiązywanie się ma swoje źródło w strachu i braku poczucia bezpieczeństwa. Za-angażowanie się bez oczekiwań sprawia, że wszystko otrzymujemy spontanicznie.
  • Po siódme – prawo dharmy, czyli celu życia. Każdy z nas ma specjalny dar, talent, z którym przyszedł na świat i którym powinien dzielić się z innymi. Kiedy twórcze działanie jest zgodne z tym talentem, zaczyna płynąć rzeka bogactwa. Korzystanie z talentu tworzy nieograniczoną obfitość. Skupmy się na tym, co mamy światu do ofiarowania. Aby znaleźć ów talent, wystarczy zadać sobie pytanie: Co robiłbym, gdybym nie musiał martwić się o pieniądze i miał mnóstwo czasu? Jeśli nadal robiłbym to, co robię teraz, to znaczy, że wypełniam swoją karmę.

Życie prawdziwe

Jarek ubolewa nad tym, że kierunek myślenia we współczesnym świecie jest inny – najpierw człowiek zastanawia się, jak zdobyć pieniądze, co mu się opłaca.

– Za dużo we wszystkim kalkulacji, a za mało serca. Dlatego tak mało dzisiaj autentycznych filmów, piosenek, książek, wykładów i kazań. Dużo za to nauczycielskiej, dziennikarskiej, politycznej, aktorskiej, muzycznej… po prostu ludzkiej duchowej miernoty.

Jarek zauważa też, że wielkie znaczenie ma to, skąd się wychodzi na swoją drogę. On wyszedł z domu, w którym nauczono go pokory, szacunku do ludzi, niezależnie od ich pochodzenia i statusu. Podpisuje się pod zasłyszanym gdzieś zdaniem, że dom jest pierwszą szkołą i kościołem. Sukcesem jest dla niego to, że zrobił wewnętrzny rachunek sumienia z Bogiem, który – zaznacza – nie musi być Bogiem kogokolwiek poza nim. Że dokładnie zrozumiał, w której dziedzinie jest dobry, a w której do niczego.

– Szacunek dla mocarzy, ale nie wywyższanie ich, to także element życiowej filozofii mojej żony. Świadomość własnej niedoskonałości wielu ludziom łamie skrzydła. Nas uczy tego, że zawsze można spróbować grać zespołowo. Znalazło to odbicie w pewnym domowym zdarzeniu. Odreagowywałem jakąś „katastrofę”. Siedziałem i płakałem. Przytuliła mnie nasza córka i powiedziała coś, czego nie zapomnę: „Tatuś, kocham cię takiego słabego”. Bardzo dobrze mi to zrobiło.

Sukces według Jarka to także umiejętność wybaczania, bo bez tego nie jest możliwe osiągnięcie wewnętrznego pokoju, niezbędnego do budowania dobrego życia.– Nierozwiązane problemy, spory z ludźmi, pielęgnowane urazy zawleczesz ze sobą wszędzie, dokąd się udasz. To tragiczny bagaż. Przygniata, niszczy rozwój, zabija ruch. Łukasz: – Wróciliśmy niedawno z tournée po Korei. Koncertowaliśmy w Seulu w Art City Center, sali na dwa i pół tysiąca ludzi. Koncert pod batutą Krzysztofa Pendereckiego przyjęto z kosmicznym wręcz aplauzem. Siedząc na balkonie i oklaskując kolegów, byłem przepełniony szczęściem. Pomyślałem, że współpraca z mistrzem, ze wspaniałymi muzykami, w dodatku gdy kocha się pracę, a ona przynosi pożytek innym – to jest ten prawdziwy sukces.