fbpx

O tym, że każda baba nosi w sobie chłopa, czyli jak się obchodzić z wewnętrzną siłą

O tym, że każda baba nosi w sobie chłopa, czyli jak się obchodzić z wewnętrzną siłą
123 RF

Moja kuzynka po kądzieli to dopiero była złota dziewczyna, wszyscy tak o niej mówili, najstarsi ludzie do dzisiaj wspominają, że potrafiła przełknąć najtwardsze słowo jak karmelek w czekoladzie. Do tego urodziwa, inteligentna i z majętnej familii. Wielką przyszłość cyganka jej przepowiadała, ale ona nic tylko do Józka wzdychała.

Cóż, garnitur na nim nie wisiał, postawny był jak żaden we wsi, tylko gorzałę żłopał i do roboty nijakiej nie był stworzony. Ale „nikt z nas nie jest bez winy” – mawiała już po ślubie, złego słowa nie dając na Józka powiedzieć. Raz w miesiącu jeździła do miasta, po książki, żeby ślubnego ratować, mądre rzeczy w nich stały napisane o takich niedomaganiach, jak Józkowe. I podobno już zbliżała się do rozgryzienia tych mężowskich przypadłości, bo przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. A umiała ona tych przyczyn szukać jak nikt inny i nad ciężkim losem męża się użalić. Właśnie przypomniała sobie, jak to ojciec Józka niesprawiedliwie manto mu spuścił, a ten, nie winien niczemu, bo to przecież brat zawinił, jakoś tak się w sobie zawziął, zaciął, zawinął, że już nigdy nie był sobą. I to jeszcze, gdy go ta Danka rzuciła, kiedy się bogatszy nawinął, i on, Józek, musiał światu pokazywać, że jest więcej wart od innych, taki miał w sobie przymus. I jeszcze nad tyloma innymi historyjami niechwalebnymi, po których pozostało jedynie morze goryczy, w którym Józek topił wszystko, nawet kożuszek żony, że nieboga ledwie ciepła wróciła z miasta. Już się nawet mężowi zdawało, że sam sobie będzie musiał obiad na piecu podgrzewać, jednak kobieta szczęśliwie do opamiętania wróciła, obiad na stół postawiła, i do studiowania przywiezionych przez siebie dzieł ochoczo się zabrała. Tym razem autor Jung się nazywał i wydawało się Anieli, że diabła za rogi trzyma, kiedy przebrnęła przez las zdań, wcale niełatwych, ale jakże krzepiących.

Opowiadała potem sąsiadkom, że każda baba nosi w sobie chłopa, a każdy chłop – babę, dodając, że to taka metafora i że ten chłop, który w nas siedzi jest podobny do naszego ojca, braci, wujów. I tak jak oni, albo się o nas troszczy, albo łaje. Ach, gdyby ona, Aniela umiała przemienić tego chłopa w środku na takiego, co by nie dał jej ukrzywdzić, złego słowa nie powiedział, nie pił, roboty się trzymał… – rozmarzyła się bidulka. I wtedy taki sam musiałby być jej Józek, albo w ogóle na Józka nie chciałaby spojrzeć. Co, rzecz jasna, Józkowi nie mogło się spodobać. Tym bardziej, że w nim siedziała kobita, która jak nikt inny na świecie rozumiała jego smutki wszelakie, podobnie jak jego świętej pamięci mamusia i babcia. Więc Józek wolał już swoje własne przywary od cudzych zalet. Dlatego, kiedy dotarły do niego wieści o chłopie, co w jego Anieli siedzi, na wszelaki wypadek wytłukł gałgana, żeby niezgody nijakiej nie wnosił w ich związek święty małżeński. Po czym udał się do gospody, bo i pora była odpowiednia. A pani Józefowa, bogatsza w doświadczenia wewnętrzne, zaczęła wyrzucać swojemu wewnętrznemu chłopu, biadolić, wyklinać, że w jej obronie nie stanął, że się przyglądał spokojnie, kiedy ona, słaba, krucha, cały gniew męża na swoich barkach unieść musiała. I tak to się droczyła z nim, to klęła siarczyście, to go łajała, że życie by jej najpewniej na gadaniu wewnętrznym upłynęło, gdyby nie jedno zdarzenie, które nie wiedzieć dlaczego przytrafiło się owej zacnej kobiecie.

Nikt dokładnie nie pamięta, kiedy to było, czy wiosną, gdy ptaszki gniazdka wiją, czy latem, kiedy spać nie dają, czy jesienią, gdy szykują się w podróże nieznane? Jedno jest pewne, wszyscy są zgodni, że nie zimą. A zima była długa i mroźna tego roku. Ale wracając do faktów, już nazajutrz, w ów zimowy poranek pani Aniela wdową została. Jej mąż był zszedł z tego świata, w kolejną bójkę się wdawszy. Kuzynka moja, choć jeszcze młoda, dostojnie swoje wdowieństwo nosiła. Ponieważ nie miała się już kim opiekować, kogo ratować, a wiedzy na temat męskich przypadłości posiadła tyle, że jej udźwignąć sama nie umiała, postanowiła charytatywną działalnością się zająć i tym przysłużyć się potomności. Tak więc kaganek wiedzy nie byle jakiej poczęła roznosić po miastach, wsiach i zagrodach, jakby gruszki z fartuszka wytrząsała, taką jej łatwość i lekkość ta nowa praca dawała. I wtedy stało się to, o czym nie jeden wolałby zapomnieć. Ona, ta niebożuchna posądzona została – aż mnie w gardle ściska – o niecne zamiary. O chęć molestowania fizycznego jednego ze swych podopiecznych, jeszcze nie tak chorobą przeżartych, jakby na to osąd powierzchowny wskazywał.

Gdy przed sądem stanęła, nie było nikogo, kto by się za nią wstawił, ujął, oburzył, jak człowieka przygarnął. Ludzie robotą zajęci, wszak to nie była zima. Początkowo sama się broniła nieśmiało, że najszczerszą pomoc niosła, niczego w zamian nie oczekiwała, jedynie słowa dobrego, ludzkiej życzliwości. Jednakże, na adwokatów nie mając, omal spalona ze wstydu nie została. I kiedy ostatnie życzenie wymówić miała, coś jej w gardle nagle stanęło, coś się zacięło, i tak ją dusić poczęło, że tylko cudem z życiem uszła. I po tych nadludzkich męczarniach, wylazło straszne, wielkie, silne i chropowate. Oj, nie zazdrościłabym nikomu, kto jej wcześniej za skórę zalazł. Sama nieboga nie wiedziała, że tyle tego było. Ale nie oszczędziła nikogo, nie pominęła najmniejszemu z najmniejszych, najlichszemu z lichych. Rzucała słowa, jakich sama nie znała, ba, jakich świat nie znał, po czym proch z trzewików strzepnęła i w świat ruszyła.

Teraz nikt jej złego słowa nie powie, bo z takim chłopem, co wewnątrz baby siedzi żaden żywy jeszcze nie wygrał. Książkę napisała, bestseller, który przełożono na wszystkie języki świata. Stoi tam między innymi napisane, że jak jakaś baba powie o sobie w myślach, np. „jaka ja głupia”, to wcale nie ona gada, tylko jej niedorobiony chłop, którego należy do porządku przywołać. A jak odmłodniała, podobno bierze lekcje tańca… Ostatnio, gdy wysiadała z samolotu, wiatr jej chustkę porwał, chyba ze dwudziestu chłopów na wyścigi z wiatrem po tę chustkę się rzuciło. A wszystko przez odpowiednie wyrobienie tego chłopa w środku. To się nazywa mieć szacun i wewnętrzne poważanie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze