fbpx

W teatrze codzienności

fot. Anna Ładecka

Gramy z otoczeniem w przeróżne gry. Jak aktorzy obsadzamy się w rozmaitych rolach wobec innych ludzi. Na przykład: „Gdyby nie on”, „Patrz, co przez ciebie zrobiłam”, „Prawda, kochanie?”, „Ja wam pokażę!”. Po co gramy? Żeby być w kontakcie z innymi i doświadczać zainteresowania. Jednak gry są substytutami
prawdziwego życia, odgradzają od bliskości i intymności. Dopiero nie grać to żyć. Którą z gier lubimy szczególnie, dlaczego właśnie tę i co prawdziwego w nas
zasłania? A może mamy już dosyć grania, zmęczeni nudą, monotonią i powtarzalnością kolejnych sekwencji? Jeśli tak, to znaczy, że stoimy na progu nowych, fascynujących możliwości.

Niemal na każdym spotkaniu kobiet w większym gronie można usłyszeć tę samą rozmowę o mężczyznach:
– On jest taki despotyczny! Gdyby nie on, zaraz po odchowaniu dzieci poszłabym do pracy, ale teraz? Kto zatrudni 40-latkę?
– Jest totalnym bałaganiarzem! Roznosi ubrania, książki i gazety po całym mieszkaniu, nie zje jak człowiek przy stole w kuchni, tylko łazi z herbatą i kanapkami po salonie, a potem nie mogę doczyścić podłogi. Jak ja mam was zaprosić do takiego bałaganu!?
– Siedzimy całe lato w domu. Bo mu się nie chce ruszyć tyłka! Gdyby nie on, zwiedziłabym cały świat albo chociaż pojechała nad polskie morze.
– Gdyby nie jeździł w delegację! Jak mam być spokojna, gdy nie ma go osiem, dziesięć dni w miesiącu w domu?
– To on chciał troje dzieci. A moje aspiracje, czas dla siebie, odpoczynek, zabawa?

Jesteśmy mistrzyniami w tej grze. Nazywa się: „Gdyby nie on”. Znakomicie opisał ją (oprócz wielu innych) Eric Berne w książce „W co grają ludzie”. Robiłybyśmy tyle fantastycznych, przyjemnych i pożytecznych rzeczy, gdyby nie on! Gdyby on nie pił, nie palił, nie jadł tyle, był zaradny, nie był taki podły, nie był taki słaby, częściej bywał w domu, nie zalegał na kanapie, pozwolił mi skończyć studia (zrobić doktorat), powstrzymał mnie, zatroszczył się, więcej zarabiał, bardziej się starał. Gdyby nie on, byłybyśmy szczęśliwe, piękne, spokojne, radosne i wolne! Ileż kobiecych spotkań, porannych kaw i popołudniowych lampek wina zaczyna się i kończy na „Gdyby nie on”. Godziny, tygodnie, miesiące i lata upływają na tych samych rozmowach. Kobiety, dlaczego my to sobie robimy?!

Prawda, kochanie?

Wszyscy znamy takie pary. Ubarwiają przyjęcia towarzyskie złośliwymi anegdotami ze swojego pożycia małżeńskiego. Ale kończą słodkim: „Prawda, kochanie?”. Brzmi to mniej więcej tak:
– Gdy tylko znaleźliśmy się na plaży, Piotruś zatopił wzrok w biuście blondynki opalającej się na sąsiednim leżaku. Ślina mu kapała na brzuch. Prawda, kochanie?
– Otworzyłem jej szafę! Wysypały się nowe kiecki, co najmniej setka. Czy rozumny człowiek tyle kupuje? Jej matka kolekcjonowała kapelusze. Zachodzę w głowę, jakim sposobem teść nie zwariował. Prawda, kochanie?
– W tym miesiącu wydał tysiąc złotych na swoje wiertarki, śrubokręciki, szlifierki i Bóg wie jeszcze co. Pytam – po co? Żeby chociaż jakąś zabawkę dziecku zrobił, no, cokolwiek, to byłby jakiś pożytek. Prawda, kochanie?
– Poznać jakąś gorącą kobietę! Żeby się nie trzęsła z zimna i żeby ją codziennie wieczorem głowa nie bolała. Prawda, kochanie? „Kochanie” uśmiecha się dzielnie. Jeśli jest kobietą, może nawet przytaknąć: „Tak, kotku”. Dlaczego uśmiecha się i przytakuje? Bo w opowieści partnera jest ziarno prawdy, no i w końcu trzeba mieć dystans do siebie i poczucie humoru. A niechęć, uraza i złość, którymi podszyte są anegdoty? Dla słuchaczy tak jasno czytelne, dla pary, która gra w „Prawda, kochanie?”, nie do końca uświadamiane. Przykro patrzeć. Przykro słuchać. Dlaczego oni w to grają? Dlaczego my patrzymy i słuchamy?

Udręczona żona

Na szczęście ta gra odchodzi już do przeszłości. Ponieważ jednak „Udręczoną żonę” grały nasze matki, babki, prababki i praprababki, mamy ją we krwi. Dlatego uwaga na ten udręczający ciąg sekwencji! Przypominamy je ze względu na przyszłe pokolenia. Udręczona żona wypełnia z wdziękiem ogromną liczbę różnych ról. Znana filozofka i feministka Magdalena Środa przypomniała mi w wywiadzie dla naszego pisma, że „bezustannie krzątająca się po domu kobieta wykonuje kilkadziesiąt zawodów, odgrywa wiele ról społecznych naraz: jest kucharzem, księgową, higienistką, sekretarką, negocjatorem, nauczycielką, szwaczką, praczką, krawcową, tragarzem, dietetykiem, kierowcą, zaopatrzeniowcem, salową, pielęgniarką, dekoratorką wnętrz, sprzątaczką, wychowawcą, kelnerką, konserwatorem, żywieniowcem, doradcą, terapeutką, ogrodnikiem, a bywa, że i prostytutką”.

„Ponieważ role te zazwyczaj są konfliktowe i nużące – pisze Berne – ich nałożenie się na siebie z biegiem lat doprowadza do stanu symbolicznie zwanego kolanem pani domu (ponieważ kolano używane jest do kołysania, szorowania, dźwigania, popychania itd.), którego objawy streszczają się w skardze »jestem zmęczona«. Po czym kobieta wpada w grę »Gdyby nie on«. Gdy ta gra przestaje wystarczać, zaczyna szukać innego wyjścia. I wtedy przychodzi wybawienie w postaci »Udręczonej«”. Założenie tej gry jest proste. Kobieta przyjmuje na siebie wszystkie obowiązki, a nawet prosi o więcej. Sytuację udręczonej żony przedstawiam za Berne’em, choć dobrze ją znamy – z autopsji, z widzenia i ze słyszenia. Udręczona żona zgadza się na wszystko, zgadza się z przytykami męża i akceptuje wszystkie żądania dzieci. Jeśli ma podjąć gości kolacją, czuje się w obowiązku funkcjonować jako nienaganna rozmówczyni, kasztelanka domu, dekoratorka wnętrz, aprowizatorka, czarująca dziewczyna, dziewicza królewna i dyplomatka; lecz to dla niej za mało – rano deklaruje upieczenie ciasta i pójście z dziećmi do dentysty. Jeśli czuje się zmęczona, postara się, by dzień był jeszcze bardziej uciążliwy. Potem w środku dnia opada z sił i cała robota leży. Zawodzi męża, dzieci i gości, a wyrzuty powiększają jej cierpienie. Jeśli taka sytuacja powtórzy się kilkakrotnie, zaczyna to zagrażać małżeństwu. Dzieci źle się czują w domu, a ona sama traci na wadze, przestaje dbać o fryzurę, makijaż i ubranie. Następnie pojawia się w gabinecie psychiatry gotowa iść do szpitala.

Ruch budzenia się świadomości kobiet – mamy nadzieję – coraz skuteczniej powstrzymuje kobiety przed graniem tej roli. Bardzo często jednak te najbardziej udręczone z nas budzą się z wielowiekowego, patriarchalnego snu tak wściekłe, że automatycznie podejmują grę „Ja wam pokażę!”. Całkiem niedawno znajoma terapeutka opowiadała mi o kobiecie, która całkowicie przestała zajmować się domem i rodziną (dzieci oddała teściowej), wyczyściła konto męża biznesmena (które oczywiście było ich wspólnym kontem, ale często podkreślała, że „to mąż zarabia”), kupiła sobie dobry samochód i jeździ po Polsce od spa do spa. Opala się, relaksuje i romansuje.

Tak, ale…Gra między partnerami:

– Kochanie, dokąd pojedziemy w tym roku na wakacje? Może nad morze? We wrześniu ma być nad morzem bardzo pięknie.
– Tak, ale przecież wiesz, że mam chore stawy i wilgoć mi nie służy!
– Więc może góry… W Sudetach nigdy nie byliśmy. Pamiętasz, trzy lata temu spędziliśmy urlop w Karkonoszach i było całkiem miło.
– Tak, ale mamy tylko tydzień. Odlicz dwa dni na podróż… Na pięć dni nie opłaca się jechać taki kawał! No i kleszcze.
– No to coś bliżej. Wiem! Kazimierz Dolny!
– Chyba żartujesz! Tłumy ludzi!
– Pojedźmy do Grecji.
– Za gorąco.
– No to wybierzmy się do Norwegii, znajomi zapraszali…
– Za zimno.
– No to zostańmy w domu.
– Przecież wiesz, że w domu nie odpoczywam!
W tę grę grają też przyjaciele, znajomi na przyjęciach, rodzice z dziećmi, szefowie z podwładnymi. Jej wdzięczną odmianę stanowi gra „Ja mam gorzej!”.

Ja mam gorzej!

Rozmawiają dwie znajome. Jedna zwierza się ze swoich kłopotów, mąż właśnie stracił pracę, a dorastający syn popadł w złe towarzystwo, popija i nie wraca na noc. Druga przerywa zirytowana:
– Najgorsza jest samotność. Nie mieć męża i dzieci – jak ja – to dopiero okropne. A w dodatku ostatnio nie mogę spać, kręgosłup…
– Mam świetną masażystkę. Zapisz telefon…
– A dziękuję ci, już byłam u jednej i jest jeszcze gorzej. Zresztą przecież wiesz, że nie mam pieniędzy.
– To może lekarz rodzinny da ci skierowanie na bezpłatne zabiegi…
– Bezpłatnie to można sobie zęba wyrwać.
– No to co zrobisz?
– Jak to co? Będę cierpiała!

Patrz, co się stało przez ciebie

Gry są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Eric Berne definiuje wychowanie jako proces edukacyjny, w którym dziecko uczy się, w jakie gry grać i jak w nie grać. Jeśli nie nastąpi skuteczna interwencja, nasze dzieci przekażą swoim dzieciom ulubione rodzinne gry. Ale w tym szaleństwie można się zatrzymać.
Opowiada Alicja, 35-latka, mama 10-letnich bliźniaczek Ani i Oli:
– Któregoś dnia zobaczyłam, że moje córeczki się mnie boją. Gdy pracuję w kuchni, uchylają nieśmiało drzwi i pytają, czy mogą wejść, czy „nie będą mamy denerwować”? W czasie ostatniej wizyty u babci powiedziały, że to przez nie mama jest smutna i zmęczona. „Przeze mnie stłukła ten starożytny wazon, który dostała od babci” – powiedziała Ania. „Przeze mnie spaliła ciasto” – dorzuciła Ola. Skąd one to wzięły? Ależ tak. Przypomniałam sobie. „Zobacz, co się stało przez ciebie” – to moja gra. Jeśli coś się nie udaje, muszę znaleźć winnego, ponieważ inaczej nie zniosłabym napięcia, że to ja coś zepsułam. A one są zawsze pod ręką, można odreagować. Sprzątałyśmy. Ania podała mi wazon, spadł na ziemię. „Zobacz, co się stało!” – syknęłam. Przygotowywałam obiad, Ola poprosiła o pomoc w lekcjach. Zagadałyśmy się, ciasto zmieniło się w czarny krążek. „Zobacz, co się stało!”. Skąd ja to znam! „Zobacz, co stało się ze mną przez ciebie!” – to jest przekaz mojej mamy. Nieraz opowiadała, jak cierpiała, gdy mnie rodziła. Oddała swoje zdrowie, żebym mogła przyjść na świat. Po ciężkim i długim porodzie już nigdy nie odzyskała pełni sił, choruje na astmę, niewydolność krążenia, ma osłabione serce i nerki. Przeze mnie. A teraz ja sprzedaję to samo swoim córkom.