fbpx

Zabójcza lista

Zabójcza lista

Równie zgubny jak pracoholizm bywa zadanioholizm. Rozlewa się po wszystkich sferach życia, nawet przyjemność zmieniając w zadanie.

Edyta, energiczna brunetka, dzwoni jak zwykle tuż przed spotkaniem. – Przepraszam, spóźnię się kilka minut, bo straszne korki, ale jestem już blisko, zaraz będę.

Po kwadransie wpada zdyszana i opada na fotel. Sprawia wrażenie osoby, która właśnie uszła z życiem z katastrofy. Elegancka, zadbana, ale… włosy w nieładzie, lewe oko trochę rozmazane. Jest chirurgiem naczyniowym. Podobno świetna w swoim zawodzie, choć ja nie chciałabym być jej pacjentką.

– Poproszę szklankę wody. Nie miałam chwili, by się napić. Zabieg się przedłużał, myślałam, że zwariuję, bo już powinnam była jechać po Tomka. Byłam tak napięta, że wszystko leciało mi z rąk, bo trener nie pozwolił Tomkowi się spóźniać. Powiedział, że nie wpuści go na trening. To byłaby dla niego tragedia. I spóźniliśmy się, dosłownie kilka minut, przez te korki, w tym mieście nie da się jeździć. Tomek w ryk, jak zobaczył, że już ćwiczą. Mówię, żeby wchodził, bo ja już muszę lecieć po Joasię, ją też mam zawieźć na zajęcia. A Tomek, że on nie wejdzie. Więc wpadłam do tej sali i mówię trenerowi, że musi go wpuścić, bo to nie jego wina, tylko moja. Ale jaka to moja wina, że zabieg trwał dłużej, nie mam na to wpływu. I go wpuścił, ale że prosi o punktualność. Ale co ja mogę? Więc popędziłam po Joasię i zawiozłam ją na zajęcia. Jeszcze musiałam zrobić zakupy, wpaść na manicure, potem spotkanie z adwokatką… ledwie zdążyłam po syna. Muszę wyjść od pani trochę wcześniej, bo Tomek ma jakieś zadanie z matematyki na jutro, którego nie umie zrobić. Boże, już prawie dziewiąta! Że ten czas tak pędzi! Wieczorem to już padam ze zmęczenia, ale i tak nie mogę zasnąć, a jak zasnę, to budzę się nad ranem i koniec. Rano jest najgorzej, bo dzieciaki się grzebią. Kiedyś organizowałam im konkursy: kto pierwszy się ubierze, kto pierwszy będzie gotowy do szkoły. Już nie działa.

– Miała pani znaleźć kogoś, kto odbierałby dzieci ze szkoły i odwoził na zajęcia – z trudem wbijam się w ten monolog. Edyta wzrusza ramionami.

– Nie miałam czasu się tym zająć. Robię trzy rzeczy naraz, ledwie zdążam. Proszę spojrzeć na mój kalendarz – podtyka mi pod nos zapisane maczkiem strony. – Ale daję radę – uśmiecha się z satysfakcją. – Co wieczór sprawdzam, czy zrobiłam wszystko i odhaczam. Czasem muszę coś przepisać na jutro, ale rzadko.

Ludzi, którzy mają tysiące spraw na głowie i o ich załatwienie walczą z narażeniem życia, wciąż przybywa. Na ich codziennych listach zadań praca jest tylko jednym z punktów. Trzeba jeszcze zająć się dziećmi, zrobić zakupy, wpaść na siłownię lub do fryzjera, nawet spotkanie towarzyskie czasem da się upchnąć, należy tylko pilnować, żeby się nie przeciągnęło. Zdążę czy nie zdążę? Uda się czy nie? Poziom adrenaliny rośnie, jakby to była kwestia życia i śmierci. Wszystko równie ważne, a właściwie nieważne, bo na niczym nie ma czasu się skupić, istotne jest tylko to, żeby wszystko dało się zrobić.

Gdy Edyta rozstała się z mężem, była przerażona: „jak ja sobie z tym wszystkim poradzę?”. Teraz z radzenia sobie czerpie taką satysfakcję, że nic więcej się dla niej nie liczy. Długie listy spraw do załatwienia, przerażające rano i mobilizujące jej organizm do walki wieczorem, świadczą o jej sile, zaradności, samodzielności. Wszystko odhaczone. Można by iść spokojnie spać, gdyby nie to, że trudno jest zasnąć. Jej i tysiącom innych zadanioholiczek.

Na całym świecie rośnie tempo życia, a choroba pośpiechu rozkwita. Jak rozpoznać, że już cię dopadła? Taki test ukazał się niedawno w „Wysokich Obcasach”. Wskazane w teście objawy brzmią zabawnie, lecz jakże znajomo. „W supermarkecie – mnożysz liczbę osób w poszczególnych kolejkach przez liczbę towarów, które mają w koszyku, żeby ocenić, gdzie stanąć. Popadasz w skrajną frustrację, jeśli kolejka, w której ostatecznie nie stoisz, posuwa się szybciej”. Ufff! Jeśli o mnie chodzi, nie dokonuję aż tak precyzyjnych obliczeń, ale dobrze znam smak frustracji, gdy dokonam złego wyboru. Albo to: „Starasz się być zawsze przed innymi, nawet kiedy nie ma to najmniejszego sensu”. Na przykład wysiadając z samolotu. I tak przecież będziesz stać z innymi przy taśmie, na której przyjedzie twój bagaż. Fakt. Ale wielu z nas zrywa się z fotela natychmiast po wylądowaniu. Nie mówiąc już o tak oczywistym i powszechnym objawie pośpiechu, jak przerywanie innym w pół zdania. Edyta doszła już w tej sprawie do perfekcji. Na wszelki wypadek w ogóle nie dopuszcza mnie do głosu.

– Jak w końcu wychodzimy z domu, zwykle kilka minut za późno, to jestem tak napięta, jakbym wyruszała na front. Wszyscy inni kierowcy to moi wrogowie. A najgorsi są ci, którzy stoją przede mną na czerwonym świetle i nie ruszają od razu, gdy się zmienia! Albo ci, co hamują, gdy robi się żółte, jakby nie mogli przyspieszyć.

Tak, tak. Edyta to przypadek ekstremalny. Cierpi na chorobę pośpiechu i jest nałogową zadanioholiczką. Spotkanie ze mną to tylko jeszcze jedno zadanie na jej liście spraw do załatwienia. Była, wyrzuciła z siebie, wyszła. Odhaczone, zaliczone. Edyta może wreszcie wrócić do domu, zrobić kolację i zadanie z matematyki, zagonić dzieci do łóżek i bezskutecznie próbować zasnąć. Wielogodzinne trwanie w stanie najwyższej mobilizacji nie pozwala jej przejść gładko w stan regeneracji. Noc nie służy więc wypoczynkowi przed porannym wyruszeniem na front.

Karoshi to japońskie słowo, które oznacza śmierć z przepracowania, spowodowaną przez zawał lub wylew. Karo-jisatsu – samobójstwo z przepracowania. Zadanioholik może jeszcze zginąć za kierownicą albo przebiegając przez jezdnię, żeby zdążyć do autobusu. Jak nazwać śmierć zadanioholiczek, których życia nie wypełnia tylko praca? Tylko czy tu w ogóle można mówić o życiu?

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>