Życie na dwóch biegunach – o chorobie dwubiegunowej opowiada Piotr Bucki

Choroba afektywna dwubiegunowa dotyka coraz większą liczbę osób. (Fot. Getty Images)

ChAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa, dotyka coraz większą liczbę osób, a raczej coraz częściej jest właściwie diagnozowana. Piotr Bucki cierpi na nią od lat. W rozmowie z Martyną Harland wyjaśnia, co odróżnia ją od depresji. Co zabiera chorującym, ale też co im daje. Jak udaje mu się złapać równowagę pomiędzy zwyżkami nastroju a jego spadkami. I jak każdy z nas – chory czy zdrowy – może to zrobić.

Coraz więcej znanych osób mówi o tym, że latami leczyło się na depresję, a potem dopiero diagnozowano u nich ChAD. Dlaczego tak często myli się zaburzenie afektywne dwubiegunowe z depresją?
Dlatego, że chory najczęściej zgłasza się do lekarza, gdy jest w stanie depresji. Rzadko kiedy trafia tam, będąc w manii lub łagodniejszej hipomanii. Poza tym o depresji mówi się znacznie więcej. To sprawia, że więcej osób otwiera się na ten problem. U mnie wyglądało to podobnie. Przez wiele lat byłem nieskutecznie leczony na depresję. Przede wszystkim dlatego, że myślałem, że na nią choruję. Nawet sugerowałem to lekarzom, choroba występowała też wcześniej w rodzinie. Do tego szybko po włączeniu leków mijały mi wszelkie objawy. Okazało się, że to jest bardzo charakterystyczne dla dwubiegunówki, czyli choroby afektywnej dwubiegunowej. Wreszcie jedna psychiatra zadała mi kilka ważnych pytań – nie tylko o moje stany depresyjne, ale również o okresy euforyczne. Zrobiła też wiele testów. Zanim postawiła właściwą diagnozę, minęło trochę czasu. Naukowcy nie do końca znają źródło dwubiegunówki. Prawdopodobnie ma ona podłoże genetyczne, a do tego dochodzi interakcja środowiska.

Dwubiegunówka charakteryzuje się występowaniem nie tylko epizodów depresji, ale też manii lub hipomanii albo stanów mieszanych. Czym charakteryzuje się mania i hipomania?
Mania nie wynika z temperamentu ani naszego sposobu życia. To stan odmienny od zwykłego funkcjonowania danej osoby. Gdy jesteśmy w manii, mamy podwyższony nastrój, mniejszą potrzebę snu i łaknienia. Wydaje się nam, że jesteśmy mistrzami świata i nadludźmi. Hipomania to łagodniejsza forma manii.

Co w tym złego, że czujemy się mistrzami świata?
Oczywiście optymizm jest potrzebny w życiu. Lepiej jest myśleć, że coś nam się uda, niż uważać, że nic nam nie wyjdzie. Jednak istnieje różnica między skrajnym optymizmem a przecenianiem własnych możliwości, w tym fizycznych. W stanie manii człowiek ma gonitwę myśli, której nie jest w stanie zatrzymać. Nie może się skupić. Mówi i myśli bardzo szybko, a świat wydaje mu się spowolniony – znajomi za wolno rozumieją, za wolno chodzą, za wolno jedzą. Ludzie w hipomanii często czują się bardzo dobrze. Ten stan ich napędza i daje im energię. Szef może pomyśleć: „Mam świetnego pracownika”. Tylko że każdy, kto jest w stanie manii lub hipomanii, traci miliony neuronów każdego dnia. Po takim wysiłku organizm musi odpocząć. Biegun depresyjny służy właśnie regeneracji. To jedyny sposób na to, żeby wyhamować.

Im większa górka, tym większy dół i depresja?
U każdego choroba przebiega inaczej. W moim przypadku występowały dość silne stany depresyjne i hipomaniakalne. Ale też stany mieszane, czyli w ciągu jednego dnia miałem szybkie zmiany cyklu, pomiędzy depresją a hipomanią. Tak jak pisze w mojej książce „Złap równowagę” psychoterapeuta Wojciech Pączek, pacjenci, którzy chorują od dłuższego czasu, twierdzą, że liczba epizodów depresyjnych i maniakalnych jest mniej więcej równa. Tylko u około 10 proc. z nich występują wyłącznie epizody maniakalne. W większości przypadków, po pierwszym epizodzie choroby następuje kolejny. Z czego u blisko 50 proc. nawrót pojawia się już w pierwszych dwóch latach trwania choroby. W ciągu całego życia wyróżnia się średnio od 6 do 10 nawrotów. Tylko u niecałych 10 proc. chorych nie wystąpią one w ogóle. Średnia częstotliwość nawrotów mieści się w przedziale trzy–sześć miesięcy. Epizody depresyjne trwają zwykle dłużej niż epizody maniakalne.

A jednak, żyjąc z tą chorobą, trzeba uważać przede wszystkim na okresy, w których czujemy się świetnie.
Bo w tzw. górkach zdarzają się największe nieszczęścia, na przykład samobójstwa. Wtedy człowiek jest sprawczy, potrafi podjąć jakieś działanie. Potwierdzają to statystyki. Nieleczona ChAD, szczególnie w przypadku pacjentów, u których przeważają epizody depresyjne nad maniakalnymi, jest przyczyną 15–25 proc. samobójstw.
Przez kilka lat nie wiedziałem, że mam dwubiegunówkę i kiedy pojawiał się dół, biegłem do lekarza po leki i dość szybko wychodziłem z tego stanu. Ale potem wchodziłem w stan górki, kiedy wszystko było niby dobrze. Tyle że byłem drażliwy i agresywny dla otoczenia. Nie byłem sobą. Traciłem cenne relacje. Wtedy odrzucałem leki, nie chciałem ich brać. To była nieustanna huśtawka.

Co jest najtrudniejsze w życiu z tą chorobą, dla ciebie i twoich bliskich?
Chyba najgorsze jest przeskakiwanie z jednego bieguna na drugi. Poza tym w manii i hipomanii wzrastają wszelkie ryzykowne zachowania, również seksualne. Trudne może być to, że chorzy nagle znikają z domu i idą w imprezowe tango. Tak naprawdę najgorsza jest jednak samotność. Nawet jeśli bliscy dają nam wsparcie, to mimo najlepszych intencji często nie mają kompetencji do tego, żeby nam pomóc. Przecież jeśli komuś urwie nogę w wypadku, to bliscy jej nie przyszywają, robią to lekarze. Warto mieć tego świadomość.

Po czym poznać, że przeskakuje się z jednego bieguna na drugi?
Bardzo trudno to wyczuć. Człowiek musi nauczyć się obserwować siebie i rozpoznawać własne stany emocjonalne. A przede wszystkim przejść terapię. Teraz wiem, kiedy zaczynam mieć obniżony lub podwyższony nastrój. Gdy szybciej mówię, mam mniejszą potrzebę snu i łaknienia. Zaczynam to rozpoznawać i kontrolować. I mam świadomość, że jeśli przyjdzie trudniejszy moment, znowu wrócę na terapię.

Trudniej jest okiełznać manię czy depresję?
Kiedy człowiek zaczyna być w pierwszych fazach hipomanii, to wcale nie chce okiełznać tego stanu. Trzeba sobie wtedy uważnie odmówić pewnych rzeczy, które są dla nas pociągające. Bo jeśli poznało się piekło, to potem nie chce się do niego wracać. Nawet jeśli wrota do tego piekła wyglądają pięknie. U mnie największa walka jest o to, żeby wprowadzić do życia równowagę.

Stan równowagi, zwany eutymią, jest najważniejszy, bo wtedy jesteśmy sobą. Jakie sposoby radzenia sobie z chorobą wypracowałeś?
Trudno zachować w życiu równowagę, nie tylko choremu na dwubiegunówkę, także zdrowemu. Tyle że dla chorego to szczególnie ważne. Równowaga w życiu kosztuje nas kilka nawyków. Trzeba zmienić swoje życie, czasem nawet drastycznie. Za każdym razem, kiedy mówię o nawykowym, spokojnym i uważnym życiu, ludzie pytają mnie, gdzie tu miejsce na spontaniczność. Jak tak można żyć? To kwestia wyboru. Ja wybieram równowagę, kosztem imprez i zarywania nocy. Prawdziwe życie nie jest nudne.
Każdy z nas może zadecydować sam, czy trzyma się zaleceń sprzyjających jego zdrowiu. Książka „Złap równowagę” pokazuje zmagania z chorobą, ale też nawyki, które prowadzą do pełnego, dobrego życia. Przydadzą się każdej zdrowej osobie. Chodzi o regularność i powtarzalne rytuały. U mnie jest to wczesne wstawanie i wczesne chodzenie spać. Każdy powinien wyregulować swój sen. Co prawda nie ma diety właściwej dla manii, ale w depresji warto jeść rzeczy, które korzystnie wpływają na układ nerwowy i mózg: orzechy, oleje, łosoś, brokuły. Bardzo ważna jest regularność. Trzeba też uważać na cukier, żeby sztucznie się nie buzować. Najlepiej wyeliminować też alkohol. I być aktywnym fizycznie. Jakakolwiek forma aktywności, choćby spacer, dobrze robi naszej korze czołowej. Poza tym w większości przypadków stosuje się w tej chorobie leczenie farmakologiczne.

Czy z dwubiegunówką żyje się już do końca, czy są szanse na wyleczenie?
To ciężka choroba, ale ja na nią nie choruję, tylko z nią żyję. I mogę żyć dobrze lub źle. Zdaję sobie sprawę z tego, że na niektóre rzeczy muszę uważać. Tak jak każdy z nas. Kiedy mężczyzna skończy czterdzieści lat, powinien co jakiś czas zrobić profilaktyczne badania prostaty. Bo zdrowie to nie jest kwestia szczęścia czy nieszczęścia. To kwestia zdrowych nawyków. Warto postawić sobie pytanie: Czym jest dla nas proces leczenia? Tak naprawdę chodzi o dążenie do siebie. Do naszego naturalnego „ja”. Do tego, kim jesteśmy. W terapii próbujemy odzyskać naszą prawdziwą tożsamość. Taką tożsamość odkrywa się właśnie w stanie eutymii. Nie ma co się tego bać.

Trudno odnaleźć własną tożsamość, będąc zdrowym, a co dopiero jeśli chorujemy na dwubiegunówkę.
To prawda. Ja dopiero w wyniki terapii odkryłem, że nie jestem wcale dzikim ekstrawertykiem, łaknącym towarzystwa innych ludzi. Jestem raczej uspołecznionym introwertykiem.

Czasem mówi się, że choroba dwubiegunowa pchnęła kulturę do przodu. Że to choroba artystów i wrażliwców.
Nie ma co mylić manii ze spontanicznością, a kreatywności z hipomanią. Czasami ludzie przywołują przykłady znanych osób, które chorują na dwubiegunówkę, ale to nie znaczy, że jeżeli mamy tę chorobę, będziemy wybitnymi politykami jak Winston Churchill. Albo że zostaniemy artystami. Czasem istnieje korelacja między częstością posiadania tej choroby a byciem artystą, ale to nie znaczy, że jedno wynika z drugiego.

Psycholog John D. Gartner w książce „The Hypomanic Edge: The Link Between (A Little) Craziness and (A Lot of) Success in America” twierdzi, że źródłem osiągnięć Ameryki są predyspozycje do większej aktywności: manii i hipomanii, odziedziczonej po przodkach osadnikach.
Istnieje teoria ewolucyjna, która mówi, że choroba afektywna dwubiegunowa służyła temu, żeby posuwać ludzkość do przodu. Dzięki niej ludzie podejmowali ryzyko i osiągali więcej. Nie wiemy, jak wyglądałaby kultura, gdyby nie było osób chorujących na depresję dwubiegunową, ale to nie jest tak, że fajnie mieć dwubiegunówkę, bo będzie się tak kreatywnym jak Sting albo Catherine Zeta-Jones. Osobiście najbardziej wzruszył mnie głos amerykańskiego przedsiębiorcy Tima Ferrissa, który działa w tej samej branży co ja. Zajmuje się produktywnością i rozwojem. Na nowo wskrzesił filozofię stoicką. W jednym ze swoich wykładów powiedział, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. To było dla mnie bardzo ważne. Poczułem wtedy, że nie jestem samotny w swoim doświadczeniu.
Wiesz, to ciekawe, bo po lekturze mojej książki ludzie znajdują w sobie odwagę, żeby mówić o chorobach, nawet tych niezwiązanych ze zdrowiem psychicznym. Na przykład o tym, że ktoś choruje na hemofilię.

To chyba szczególnie ważne w środowisku, w którym pracujesz: marketingu i biznesu, nastawionych na sukces.
Trzeba wiedzieć, jak złapać oddech w tej napompowanej bańce sukcesu. W reakcji na książkę pisze do mnie wielu mężczyzn. Pewnie dlatego, że kulturowo przyjęło się, że facet nie może okazywać słabości. Tyle że tej choroby nie wolno postrzegać przez pryzmat słabości. Słabością jest to, że ktoś nic z tym nie robi. Nie leczy się. Mimo że czuje się źle. Emocje nie są oznaką tego, że ktoś jest słaby. Po to właśnie napisałem tę książkę, żeby dodać odwagi ludziom chorującym na dwubiegunówkę. Poza tym zacząłem ją pisać z samej potrzeby pisania, po zamkniętym procesie terapeutycznym. Istnieje fantastyczna technika Jamesa Pennebakera „expressive writing”, czyli ekspresywne pisanie. Przez kilka dni pod rząd siadałem na 20 minut i zapisywałem przeżycia związane z trudnymi emocjami. Opisywałem swoje doświadczenia, analizowałem emocje. To bardzo porządkuje pewne sprawy.

Co zabrała ci ta choroba? A co ci dała?
To, co straciłem, to przyjaźnie, które nie przetrwały próby dwubiegunówki. Część z nich z czasem wróciła. To, co zyskałem dzięki tej chorobie i pracy nad sobą, to umiejętność przyglądania się światu z wielu perspektyw. Mówi o tym Shawn Achor, badacz psychologii pozytywnej – patrzmy na trudną sytuację nie jak na koniec, ale jak na początek. Dostałem diagnozę choroby dwubiegunowej, ale spójrzmy na nią z innej strony. To jest właśnie początek procesu leczenia. Dzięki chorobie trafiłem też na technikę uważności mindfulness. Poszerzyła ona spektrum patrzenia na siebie. Na moją osobowość i tożsamość. Zmieniła mnie. Teraz jestem o wiele bardziej produktywny, niż byłem w swoim największym hipomaniakalnym pędzie, bo pracuję inaczej, lepiej. Skupienie przychodzi mi z większą łatwością. W manii czy hipomanii pojawia się wiele pomysłów, ale niewiele z nich się realizuje. Kiedyś byłem otwarty na wszystkie propozycje. Nie szkodzi, że dwa tygodnie pod rząd pracowałem po czternaście godzin. Dopiero teraz stawiam sobie zdrowe granice.

Na twojej skrzypce mailowej jest automatyczna odpowiedź: „Pocztę sprawdzam raz dziennie, przez godzinę. Na mail odpowiem, ale niekoniecznie od razu. Daj mi do trzech dni roboczych”.
Bo ten stan równowagi nie jest dany raz na zawsze. Czasami coś wybija mnie z tego zdrowego rytmu. To może być intensywny dzień, pełen stresu, zdenerwowania i braku snu. Wystarczy, żeby zburzyć równowagę. Wtedy włączam tryb dbania o siebie. Trochę jakbym był życiowym sportowcem, który wie, że nie może się przetrenować.

To ciekawe, że w chorobie dwubiegunowej pomogła ci psychologia pozytywna, zajmująca się podłożem dobrego samopoczucia i szczęścia – kojarzona raczej z rozwojem zasobów i zapobieganiem chorobom, niż z ich leczeniem.
W zachowaniu równowagi bardzo pomógł mi – i nadal pomaga – model PERMA Martina Seligmana, twórcy psychologii pozytywnej, który nawiązuje do obszaru związanego z szukaniem innej perspektywy w życiu. Ten model pracuje na naszych mocnych stronach. Jest rozwojowy także dla osób chorych na dwubiegunówkę. Chodzi o pozytywne emocje. Takie jak zaangażowanie w to, co się robi, czyli znajdowanie takiej pracy, w której widzimy sens. Relacje z drugim człowiekiem. Sens, cel i znaczenie. To brzmi patetycznie: „znaleźć swój cel w życiu”, ale właśnie wtedy człowiek odkrywa siebie. Ostatni element modelu to osiągnięcia. Ale nie mierzone tym, czy ktoś ma czegoś więcej, tylko wyznaczone walutami osobistymi. Czyli tym, co jest dla mnie w życiu istotne. To są nasze największe osiągnięcia.
Ważną rzeczą jest to, żeby dążyć w życiu do prawdy, nawet jeśli jest niewygodna. To dla mnie największa wartość. Nie tylko w życiu, także w biznesie. To oznacza, że nasze ego musi czasem ustąpić miejsca prawdzie. W życiu nie zawsze chodzi o to, żeby mieć rację. Chodzi o prawdę, a to skutek uboczny każdej terapii.