fbpx

Święta i rodzina. Co zrobić z toksycznymi relacjami? – pytamy Kasię Miller

Święta i rodzina. Co zrobić z toksycznymi relacjami? - pytamy Kasię Miller
Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)

Jaka jest właściwie rola rodziny w naszym życiu? Co zrobić, jeśli przestaje ją odgrywać? A członkowie rodziny – czy można zaliczyć do nich przyjaciół, znajomych i psa? Albo nigdy niewidzianą praprababkę? I czy rodzinne święta to święta najlepsze? O to wszystko psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Często powtarzasz, że rodzina tak jak jest opoką, tak też bywa siedliskiem toksyn i problemów. Ale czy można i czy warto się całkowicie od niej odciąć?
Całkowite odcięcie jest właściwe wtedy, gdy rodzina jest totalnie toksyczna. Natomiast większość rodzin jest trochę toksyczna, a trochę nie. I wtedy warto poszukać takiego sposobu, żeby jako dorosłe osoby mieć z rodziną sporadyczne kontakty, które będą uprzejme, miłe i eleganckie – i nic więcej. Pokażmy, że pamiętamy, iż dobrze życzymy, pomóżmy, gdy potrzebuje naszej pomocy, ale tylko wtedy, gdy o nią poprosi i za nią podziękuje. Tylko wtedy! Nie dalej jak dziś miałam sesję z kolejną dziewczyną, która, odkąd pamięta, wszystko robiła dla tatusia i mamusi – pilnowała młodszej siostry i tego, żeby tata nie pił, a do tego świetnie się uczyła. Do dziś ciągle czegoś od niej chcą, a ona dalej na nich zasuwa. To jest tak niesprawiedliwe i niedobre, że aż mnie skręca.

Oczywiście jest też wielu rodziców, którzy bardzo się starali, ale niespecjalnie wiedzieli, co i jak trzeba robić – więc zrobili sporo fajnych rzeczy i trochę tych niefajnych. I takim rodzicom trzeba powiedzieć: „Halo, tu mówi wasze dziecko. Jestem w świetnym momencie mojego życia, wspaniale sobie radzę, i to dzięki wam, bo mnie dobrze wychowaliście i nauczyliście. Bądźcie dumni”. Czyli: „Dziękuję, teraz możecie odpocząć”. Po pierwsze, mówmy tak dlatego, by rzeczywiście byli dumni, a po drugie, by już się więcej nie wtranżalali (śmiech). Ale też my jako dzieci przestańmy od nich brać bez przerwy. Bo karygodne jest nie tylko to, jak rodzice się wtrącają do życia dzieci, ale też to, co dorosłe dzieci wyprawiają z rodzicami.

Oj, koniecznie o tym powiedzmy…
Na przykład dzieci ustalają, jak mamusia ma teraz żyć. Bo nie życzą sobie nowego pana u jej boku lub nowej pani u boku taty. „To świństwo, żeby w tym wieku mieć romanse”. A co im do tego? Nic! Albo takie gadanie: „Może byście gdzieś wyjechali, coś zrobili? Nie można tak ciągle w domu siedzieć!”. A może oni nigdzie nie chcą jechać i niczego nie chcą robić. Odczepcie się od nich!

Ale powiem ci też, Kasiu, z własnego doświadczenia, że bardzo miłe jest dla dziecka, kiedy widzi rodziców pochłoniętych jakąś pasją czy codziennymi przyjemnościami.
Mama uczy się włoskiego, a tata chodzi z kolegami na szachy, tak? Spokojni, że dziecko się ustatkowało, zaczynają robić to, co powinni już dawno zacząć. Pewnie, że to jest niesamowicie miłe i urocze. Bo to oznacza, że się miało i ma fajnych rodziców. Gdyby wszyscy takich mieli, świat byłby inny.

Powiedzmy, że do takiej sytuacji dążymy, ale na razie jeszcze trochę nam brakuje. Czyli jesteśmy dorośli, ale rodzice ciągle czegoś od nas oczekują – musimy przyjechać na święta, dzwonić do nich dwa razy w tygodniu, ale też musimy wyjść za mąż, mieć dzieci… Jak zacząć wprowadzać trochę luzu do tej relacji?
Przede wszystkim na spokojnie i ze świadomością, że nie da się uniknąć sytuacji, w której rodzicom będzie przykro lub w której się zezłoszczą. No bo na pewno się zezłoszczą albo zrobi im się przykro, jeśli dziecię im powie: „Mamo, tato, ja już nic nie muszę. Kiedyś musiałam, ale teraz już nie. Kiedy więc będę miała chęć, to do was zadzwonię. I przecież czasem będę miała chęć. Ale jeśli będziesz mi, mamo, mówiła, że muszę, to taką ochotę będę miała rzadziej, i będę rzadziej dzwonić”. Można też dodać: „Wy też do mnie dzwońcie, kiedy macie ochotę. Ja też lubię usłyszeć, że jesteście ciekawi, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuję. A poza tym nie życzę sobie słyszeć, że ty się, mamo, o mnie martwisz. Nie jestem kimś, o kogo trzeba się martwić. Ty we mnie wierz. I proszę mnie tym martwieniem nie straszyć”. Albo: „Będę odkładała słuchawkę, jeśli mi będziesz ciągle powtarzała, że powinnam mieć dziecko, męża, że powinnam schudnąć czy chodzić w tym płaszczyku od ciebie, bo ja nie chcę”. Trzeba zawsze powiedzieć, co drugi człowiek straci, gdy będzie wywierał presję.

Ale żeby takie coś powiedzieć, musimy być już na pewnym poziomie odwagi na swój temat. Przerażone ofiary rodziny raczej się nie buntują, tylko dzwonią i przychodzą. Wściekają się do środka siebie, a potem chorują. Strasznie dużo jest takich dorosłych, a wciąż małych dzieci. Ale też mogę zaświadczyć, że im częściej dziewczyny, które znam, jasno określają swoje granice, tym bardziej rodzice je szanują. Znam też kilka małżeństw, gdzie mąż czasem powie teściowej: „Nie mów tak do niej, bo to jest niemiłe, a jej jest przykro. Ja to widzę, a ty nie widzisz?”. Takie wsparcie też pomaga wyrwać się spod ciasnego uścisku rodzicielki.

Wielu rodziców, by w tym uścisku dzieci utrzymać, powtarza, że tylko na rodzinę można w życiu liczyć.
To jest tekst wielkiego kołtuna polskiego, którego szczerze nie lubię i się z nim nie zadaję. W związku z tym mam przyjaciół i znajomych, na których mogę liczyć. Zawsze było dla mnie jasne, że wybieram bliskich mi ludzi i ludzie, którzy chcą być ze mną blisko, mnie wybierają – i to jest moja rodzina.

Przyjaciele mogą być naszą rodziną?
No pewnie, że tak. Jeśli jest między ludźmi prawdziwa bliskość, to są dla siebie rodziną. Gdy mówimy „bliscy”, to wielu ludzi myśli, że chodzi o krewnych. Ale przecież rodzina pochodzenia często nie jest bliska, tylko najdalsza. Jeśli kogoś nie obchodziłam, tak jak kolejna moja klientka, którą rodzice porzucili, gdy miała 13 lat, i wyjechali – to o jakiej bliskości mowa?! Przecież oni powinni za to pójść do więzienia. Samą ją w domu zostawili, a że jeszcze dobrze się uczyła i nie poszła w żadne bandy uliczne, to nie widzieli problemu. Mamusia raz na miesiąc przyjeżdżała i narzekała, że źle posprzątane i że liczyć na nią nie można! Wyobrażasz sobie?!

Często w SENSie piszemy o rodzinach, które za bardzo chcą uczestniczyć w życiu swoich dzieci, ale trzeba podkreślić, że są i takie, które pamiętają o dzieciach tylko wtedy, kiedy jest im wygodnie.
Kiedy trzeba ich gdzieś zawieźć, coś załatwić, dać pieniądze. Jeśli ktoś ma takich rodziców, to wtedy bliskie relacje przyjacielskie z tymi tzw. obcymi są wręcz podstawą emocjonalnego zadbania o siebie. W przyjacielskim kręgu możemy się pobawić, posiedzieć przy kawie, ale też pomóc sobie, kiedy tego potrzebujemy.

Bo to nie więzy krwi łączą na wieki?
One oczywiście w jakiś sposób łączą, ale trzeba powiedzieć jasno: najwięcej oszustw, wypadków, morderstw, krzywd i kłótni o pieniądze spotyka nas od tych, z którymi jesteśmy spokrewnieni albo z którymi łączą nas więzy małżeńskie. Policjanci i prawnicy znają te statystyki. Rodzinie też trzeba wyznaczać granice, a może nawet przede wszystkim rodzinie. Tylko aby to robić, trzeba wiedzieć, że odtąd–dotąd jest w porządku, ale dalej już nie. A jeśli ktoś się wychował w chaosie, to nie wie.

Ale może się nauczyć wyznaczać granice.
Ależ oczywiście, tylko musi pamiętać, że rodzinie może się to nie spodobać. Niektórzy będą bardziej wredni z tego powodu, inni mniej, niektórzy się poobrażają – ale skoro ktoś się obraża za to, że dbasz o siebie, to co ci po nim?

Terapia systemowa mówi, że jeśli jakiś element systemu się zmienia, to zmienić się muszą wszystkie inne.
Oczywiście, tyle że niekoniecznie wiemy, w którą stronę pójdzie ta zmiana systemu.

Jakie zadanie ma w ogóle do spełnienia system, którym jest rodzina? Ma nam dać poczucie przynależności?
Dobrze funkcjonująca rodzina wyposaża dziecko we wszystko, co mu potrzebne: wiedzę, umiejętności, relacje, określony stosunek do siebie i świata, normy etyczne i społeczne, granice, poczucie wiary w siebie, zadowolenie z życia. Fajna rodzina to jest po prostu świetne życie.

Po drugie, przynależność. Już samo to, że nazywasz się Kowalska, oznacza, że jesteś z tych Kowalskich. To jest człowiekowi niezmiernie potrzebne. Pomyśl o dzieciach, które po wielu latach dowiadują się, że były adoptowane i które mimo czasami nawet cudownych relacji z rodzicami, którzy je wychowali, i tak chcą poznać, skąd są.

Mamy teraz trend poszukiwania swoich przodków – więcej w tym megalomanii czy właśnie potrzeby przynależności?
Ludźmi kierują różne pobudki. Istnieją pewnie tacy, co marzą, by okazało się, że są wcale nie z Kowalskich, tylko z Zamoyskich. Ale generalnie jeśli ludziom czegoś brakuje, to zwykle szukają podstaw, korzeni. Można to robić na zasadzie sztuki dla sztuki, bo takie drzewo genealogiczne to ciekawa przygoda i w sumie ładna rzecz, ale może to być dla kogoś ratunkiem. Bo wprawdzie jego rodzice nie byli najpewniejszą gałęzią, na jakiej można się oprzeć, ale za to pradziadkowie są opoką. Śledztwo genealogiczne jest zawsze szukaniem jakiejś siły poza sobą dla siebie, szukaniem psychicznego wsparcia. Daje poczucie ciągłości. Ale też przekonanie, że my wszyscy jesteśmy dziećmi tych samych ludzi. Bo gdzieś zawsze dokopiemy się wspólnych przodków.

Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock)


Ale ktoś wychowany w nieszczęśliwej rodzinie ma czasem obawy, czy jemu uda się stworzyć szczęśliwszą. To rzeczywiście ma duże przełożenie?
Ale o co ty mnie właściwie pytasz? O to, czy fakt, jak nas wychowano, ma wpływ na to, jaką rodzinę stworzymy? No pewnie, już dawno wiadomo, że ma – u jednych większy, u innych mniejszy. Są ludzie, którzy wychodzą z cieplarnianych warunków i łatwo im z innymi w życiu, są tacy, co mieli zawsze pod górkę i nadal mają. A są tacy, co się zawzięli i wywalczyli sobie lepsze jutro. Nie ma reguły. Na pewno oprócz tego, co wnosimy na świat z genami i co dostajemy z wychowania, jest coś, co wnosimy sami, co jest tylko nasze, własne. Dla mnie ciekawy jest taki temat: na ile przerosłeś swoją rodzinę? I uważam, że byłoby zdrowo, gdyby rodzice ku temu dążyli, a nie rywalizowali z dziećmi, żeby ich nie „przeskoczyły”. Powinniśmy się cieszyć, że dzieci nas przerastają, ale do tego trzeba mieć klasę.

Mamy jakąś cząstkę odziedziczoną po rodzicach, ale mamy też cząstkę siebie. I o tę cząstkę nowe pokolenie jest lepsze, mądrzejsze. Potem swojemu dziecku dajesz cząstkę swoich rodziców i cząstkę siebie, a to wszystko dołącza do cząstki własnej, jaką ma już twoje dziecko…
I im więcej jej ma, tym lepiej. I tylko żeby ta cząstka nie została zduszona w zarodku. Rodzice powinni serdecznie i z zainteresowaniem przyglądać się swojemu dziecku, rozwijać jego talenty i pokazywać mu świat. Ludzie, którzy się kolegują z innymi ludźmi, właśnie to robią. Ci, którzy się zamykają w swoim domu i kręgu krewnych, zawężają dziecku punkt widzenia.

Bardzo lubię takie rodziny, które uważają za pełnoprawnych członków także przyjaciół, a nawet zwierzęta.
A to już w ogóle jest cudowne! Gdy babcia traktuje przyjaciółkę swojej wnuczki jak swoją wnuczkę. A jak fantastycznie jest, gdy ciebie tak ktoś traktuje! I ile dzieci uczą się od takich przyjaciół rodziny…

Oni też chyba dają im cząstkę siebie?
I to nieraz bardzo dużą. Ja miałam parę takich cudownych postaci, choćby przyjaciółek mamy.

Może więc na te święta zaprosić też przyjaciół?
Zaprosić i nawet z nimi gdzieś wyjechać. Albo pobyć samemu, jeśli lubimy. Bo przepis na święta, który jest przyjmowany przez nas tylko z obowiązku lub z niechęci, to nie są żadne święta. Tylko nieświęta i przymus.

I nawet spędzone w gronie rodziny nie będą rodzinne.
Będą odklepaniem formułki z zaciśniętymi zębami, a czasem z wielką awanturą czy podsrywaniem sobie.

Czyli jak życzymy czytelnikom rodzinnych świąt, to tak naprawdę jakich?
Ale ja im nie życzę rodzinnych świąt (śmiech). Ja im życzę świąt świątecznych. Spędzonych blisko natury, z zachwytem, przeżyciem i z bliskimi – czyli z tymi, których oni czują i traktują jako bliskich. Ale też spędzonych ze sobą.

No bo ty też jesteś swoją rodziną.
Każdy przynależy do siebie. Gdy mnie pytano jako małą dziewczynkę: „A czyja ty jesteś?”, mówiłam: „swoja”. I tak mi już zostało.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Instrukcja obsługi kobiety” i „Chcę być kochana tak jak chcę”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze