Życie z ograniczoną odpowiedzialnością

Wyhodować to właśnie wiąć odpowiedzialność - doglądać, troszczyć się, pamiętać, chronić przed zimnem. (Fot. iStock)
Wyhodować to właśnie wiąć odpowiedzialność - doglądać, troszczyć się, pamiętać, chronić przed zimnem. (Fot. iStock)

Robimy wszystko, by jej uniknąć, wciąż szukamy sposobu, by jej nie poczuć.
Bo odpowiedzialność ma swój ciężar, ale… „Bycie odpowiedzialnym to tak naprawdę jedyna droga do szczęścia i spełnienia. Bo szczęśliwi jesteśmy tylko wtedy, kiedy mamy poczucie sprawstwa, a nie ma poczucia sprawstwa bez poczucia odpowiedzialności” – mówi psycholog dr Bartłomiej Dobroczyński.

Kobieta jest w pracy. Odbiera telefon od partnera. Ze słuchawki płynie litania, jak to nie układa mu się dzień, bo: pokłócił się ze współpracownikiem, w banku była kolejka, a teraz zobaczył blokadę na kole samochodu. Czy taki telefon to próba podzielenia się odpowiedzialnością, chęć zrzucenia jej z siebie?
Tu prawdopodobnie nakładają się na siebie przynajmniej dwie kwestie. Pierwsza z nich to być może problem w komunikacji, to znaczy między tymi dwiema osobami nigdy nie było jasno ustalone, kto za co odpowiada. Druga kwestia zahacza mocno o kulturę, która przyczyniła się do nierównego wyposażenia kobiety i mężczyzny w poczucie odpowiedzialności za sprawy, nazwijmy je, „przyziemne”, ale w gruncie rzeczy są to sprawy najbardziej „życiowe”. To znaczy w krajach patriarchalnych, katolickich, gdzie istnieje dość wyraźne zróżnicowanie ról i gdzie bardzo różna jest wyjściowa pozycja kobiety oraz mężczyzny, panowie miewają tendencję do pozostawania chłopcami. Czyli można powiedzieć, że opisany przez panią mężczyzna zachował się jak chłopczyk, który dzwoni do mamusi. Tak jak nastolatek dzwoni do mamy i krzyczy, że nie może znaleźć keczupu, a właśnie zasiada do jedzenia frytek. Dzwoni i krzyczy, bo jest przyzwyczajony do tego, że ktoś ogarnia jego świat.

Nie czuje się odpowiedzialny nawet za swoje sprawy…
W Polsce silnie ukształtował się pewien, w sensie psychologicznym trudny dla obu stron, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, mechanizm. On wynika z naszej historii. Nie wykształciła się obywatelskość i nie wykształciła się zdrowa macierz stosunków między kobietami a mężczyznami w związkach, ale też w kwestiach wychowywania dzieci. Bo to wszystko przez długi czas tworzyło się w nienormalnych warunkach, mam na myśli zabory, konflikty zbrojne, walkę o niepodległość, czyli ciągłą walkę o „cele wyższe”. Jestem zwolennikiem teorii, którą wciąż jeszcze niewielu podziela, że jeśli chce się zrozumieć sytuację współczesnego człowieka, należy spojrzeć głęboko wstecz, to jest taka francuska metodologia humanistyczna longue durée, czyli „długich trwań”. Czasem trzeba cofnąć się nie kilka, nie kilkadziesiąt, ale nawet kilkaset lat wstecz. Kobiety przez długi czas robiły wszystko, by temu walczącemu o zbawienie świata panu wszelkie przeszkody usuwać spod stóp.

Mężczyźni wyrastają w poczuciu, że im więcej się należy…
Jestem dość blisko z moimi studentami, przychodzą do mnie i radzą się w różnych sprawach, niekiedy też osobistych, i mam taką obserwację, takie moje prywatne „przeliczenie”, że studentowi trzeba odjąć mniej więcej siedem lat od jego wieku kalendarzowego i to będzie jego właściwy wiek psychologiczny. To znaczy, że jeśli jest para, w której kobieta ma 22 lata, a mężczyzna 23, to on naprawdę ma 16! Istnieją, oczywiście, rozmaite procedury wychowawcze, na przykład małżeństwo czy związek partnerski, rodzicielstwo, które mogą tę przepaść zniwelować. Bo ludzie są na szczęście plastyczni. Człowiek przypomina wodę, idzie w kierunku najmniejszego oporu, na tyle, na ile mu się pozwoli, na tyle działa. I nie mówię tego, by eksponować walkę płci, zwracam jedynie uwagę, że płeć jest tu wtórnym efektem edukacji, pewnego systemu. Maria Janion mówi o nim: „Militarno-myśliwsko-katolicki światopogląd”.

>> Czytaj także: Czy złość jest nam do czegoś potrzebna? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Rozumiem, że to ściśle wiąże się z poczuciem odpowiedzialności.
Jeśli ktoś codziennie dostaje do łóżka jajecznicę i kakao, to z pewnością będzie to korelowało z jego poczuciem odpowiedzialności w przyszłości… Odpowiedzialność to jest dojrzałość. Lubię językowe analizy, bo język może nas dużo nauczyć. W słowie „odpowiedzialność” jest zawarte słowo, które z jednej strony odsyła nas do sądu – ktoś jest za coś odpowiedzialny w sensie oceny prawnej, ale z drugiej – i to pokazuje najprostsza analiza – słowo to pochodzi od wyrazu „odpowiadać”. Czyli ktoś lub coś wysyła do mnie sygnał, a ja na niego reaguję bądź nie. Odpowiedzialność wiąże się z odczytaniem, czy ta sytuacja, dana sprawa leży w mojej gestii, czy nie. Czyli odpowiedzialność to zaangażowanie w świat. Jeżeli świat mnie zagaduje i wzywa, a ja na to odpowiadam, uznaję tym samym, że się z czymś utożsamiam czy coś traktuję jako „swoje”, jako dla mnie ważne.

Odchodząc już od płci, warto wspomnieć jeszcze o jednej istotnej sprawie. Otóż my, ludzie szeroko pojmowanego Zachodu, generalnie w wyniku luksusu, w którym żyjemy, wyzbywamy się poczucia odpowiedzialności. Dochodzi do czegoś, co nazywam „uzachodnieniem”. Pamiętam, jak Polacy wyjeżdżający za granicę w latach 70. nie mogli się nadziwić, że tambylcy niczego nie potrafią zrobić sami, od wszystkiego i do wszystkiego mają fachowców. Istotą kapitalizmu jest bowiem delegowanie odpowiedzialności. Specjalizujemy się w bardzo wąskich dziedzinach, a całą resztę powierzamy innym. Dlatego nasze babki nie umierają już dzisiaj w domach rodzinnych, ale w domach opieki, dlatego nie rozmawiamy o swoich problemach z przyjaciółmi, tylko idziemy do psychoterapeuty, dlatego nie naprawiamy kranu, z którego cieknie woda, tylko dzwonimy po hydraulika. Nie potępiam tego, ale trzeba zdawać sobie sprawę, że to ma jakąś cenę. To element większego procesu, który uruchamia człowiek po to, by nie dźwigać odpowiedzialności…

Bo ona, istotnie, jest ciężka.
Dorosłość jest bolesna, zwykle przykra, to prawda. Dorosłość, odpowiedzialność, polega na tym, że muszę powiedzieć: „Przepraszam, nawaliłem”, polega też na tym, że jeśli czegoś nie umiem, a jest to do życia potrzebne, muszę się tego nauczyć, nie ma bata! Muszę w pocie czoła działać, czytać setki instrukcji… Ponadto świat, w którym dzisiaj żyjemy, jest schizofreniczny.

Co to znaczy?
Kiedy włączy pani telewizor czy Internet, każą pani cały czas walczyć o to, by mieć jak najbardziej ekscytujące przeżycia i posiadać jak najwięcej dóbr, dzięki którym pani życie będzie jeszcze wspanialsze. Eva Illouz, izraelska socjolożka, mówi o romantyzacji towaru. Cały świat jest uromantyzowany, czy reklamują pralkę, czy gumę do żucia, czy wodę różaną, przekaz jest ten sam: kupisz – twoje życie osiągnie wyższy poziom, bo teraz jesteś na dnie. Wciąż mamy czuć się niedoskonali, cały czas mamy wzdychać, tęsknić do lepszego świata. Czyli? Nasze życie nie zależy od nas, nie my jesteśmy za jego jakość odpowiedzialni, bo za jego jakość odpowiadają te dobra, w które mamy się wyposażyć. Jakość naszego życia zależy zatem od oferty, jaką ma dla nas producent uromantyzowanego towaru. Nic nie leży w pani rękach. Poza portfelem, po który ma pani sięgnąć.

Myślę, że kolejnym elementem, który sprawia, że jesteśmy na bakier z odpowiedzialnością, jest takie powszechne przeświadczenie, że tu nic nie jest „moje”, „nasze”.
Pamiętam, jak w czasach komunizmu powtarzało się, że jest tak źle, tak byle jak, dlatego że to wszystko jest wspólne, czyli niczyje. Dlatego jest źle zbudowane, brudne itd. Gdyby ludzie mieli poczucie, że to ich, to dbaliby o to. Guzik prawda! To żaden komunizm, to niezdolność, niechęć człowieka do brania na siebie odpowiedzialności i widzimy to, kiedy wjeżdżamy do polskiego miasta, do polskiej wsi czy do lasu. Możemy spojrzeć szerzej – na świat. Ta masowa wycinka drzew, to pacyfikowanie rzek, to zatruwanie powietrza. Ilu jest ludzi, którzy czują się odpowiedzialni za to wszystko? W skali świata – naprawdę niewielu!

W jaki jeszcze sposób człowiek kombinuje, aby zdjąć z siebie odpowiedzialność, aby jej uniknąć?
Taki najbardziej popularny sposób, najprostszy, używany przez nas wszystkich na co dzień, to powiedzenie: „To nie ja, to ktoś inny”. Miałem w życiu taki indiański epizod, poznałem wtedy pewną kobietę, Metyskę. Ona mówiła, że gdy pokazujemy, że ktoś jest winny, to nasza dłoń układa się w charakterystyczny sposób, mianowicie: jeden palec wskazuje „winnego”, ale ułożenie pozostałych trzech wskazuje na nas samych! Zatem nawet w samym geście ukryty jest już mechanizm, którego dopuszcza się człowiek. W każdym przedszkolu, każdego dnia, dziesiątki razy da się usłyszeć: „To nie ja, to Krzyś”. To samo słychać w szkole, w pracy, w związku. To podstawowa ludzka metoda stosowana od zawsze: kozioł ofiarny. I znowu, kozła szukamy w mikroskali: winny jest mój szef, mój mąż, tylko nie ja, i w makroskali: winni są cykliści, Żydzi, uchodźcy, tylko nie my!

Kolejna metoda unikania wspomnianego ciężaru to nieprzyjmowanie do wiadomości, że coś wchodzi w zakres mojej odpowiedzialności, że coś jest moje, np. to nie mój las, ale też coś odrobinę bardziej złożonego: „Nie muszę się przykładać do tej roboty, bo to właściciel fabryki czerpie największe zyski, ja jestem tylko pionkiem”. Czy tzw. metoda św. Piotra: byłem tam, ale nie mam z tą sprawą żadnego związku…

Winne są też okoliczności…
O tak! I tu można długo wymieniać: „Źle się czuję, boli mnie brzuch, więc nie daję rady”; „Mam zbyt dużo rzeczy na głowie, tylu spraw nawet mistrz nie ogarnie”. Okoliczności są zbawienne i mają rzesze fanów, bo: but, który uwiera; ciśnienie, które spada; komputer, który się zawiesza. Pies na mnie źle popatrzył i od tamtej pory już mi nie szło… A skąd wziął się pech? Pecha wymyślił sobie człowiek także po to, by zdjąć z siebie odpowiedzialność właśnie, mówimy: „Pech chciał…”. Kiedyś magia zastępowała pecha. Buszmeni, kiedy szli na polowanie i nie mogli złapać zwierzyny, mówili: „Dziś magia impali była silniejsza”. Człowieka naprawdę stać na wiele, by tylko poczuć się lżej. W instrukcjach niektórych sprzętów elektronicznych jest napisane, że producent nie odpowiada za coś, co stało się z woli Boga!

>> Czytaj także: Altruiści – święci czy samolubni?

Zrobimy wszystko, by odpowiedzialności uniknąć, bo jest wyzwaniem, wiele od nas wymaga, ale jednocześnie może nam też coś dać, prawda?
„Coś” to mało powiedziane, bo bycie odpowiedzialnym to tak naprawdę jedyna droga do szczęścia i spełnienia. Badania dotyczące udanego życia dowodzą, że bycie beneficjentem zewnętrznych okoliczności, co na dzień dobry uważamy za bardzo pożądane, nie przynosi nam poczucia szczęścia nawet w minimalnym stopniu. Nie ma nic gorszego w skutkach niż niezasłużony prezent od losu, obrazują to doskonale badania dotyczące ludzi, którzy wygrali ogromne pieniądze – bardzo rzadko dobrze kończą… Natomiast wszystko, co zmusza nas do życiowej aktywności, daje nam poczucie spełnienia. Czyli rzecz rozbija się o poczucie sprawstwa. A nie ma poczucia sprawstwa bez wzięcia odpowiedzialności. Ludzie często mówią: „Nie mam żadnej kontroli nad swoim życiem”, czy „Wszystko jest poza moją kontrolą”. Mówimy to ze smutkiem, z goryczą, z bólem, bo im więcej w nas poczucia, że sprawy zależą od nas, tym więcej w nas spokoju i siły. Ale w pakiecie jest poczucie odpowiedzialności. Jeśli chcesz w życiu grać, brać w nim udział, musisz też za kolejne rozdania odpowiadać. I ta odpowiedzialność naprawdę dobrze smakuje. To można poczuć na prostym przykładzie, kiedy patrzy się na swój przydomowy ogródek czy wyhodowanego w donicy pomidora. Wyhodować to właśnie wziąć odpowiedzialność – doglądać, troszczyć się, pamiętać, chronić przed zimnem itd. I potem to uczucie… To mój pomidor! Błahy przykład, ale mechanizm można przełożyć na wszystko. Zapewniam.

Bartłomiej Dobroczyński, psycholog, doktor habilitowany Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ.