1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak męskie ciało działa na kobiety? - wyjaśnia Katarzyna Miller

Jak męskie ciało działa na kobiety? - wyjaśnia Katarzyna Miller

Męskie ciało działa na kobiece zmysły bardziej niż się facetom wydaje. (fot. iStock)
Męskie ciało działa na kobiece zmysły bardziej niż się facetom wydaje. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Męska cielesność jest dla kobiet ważna, działa na nie w tajemniczy i niezrozumiały dla mężczyzn sposób. Stąd ich przekonanie, że istotniejszy jest dla kobiet męski intelekt lub dowcip. Tymczasem męska fizyczność jest nawet kluczem do odczuwania erotyzmu świata przez kobiety. Gdy mężczyzna mówi, że to, czego kobieta pragnie, jest nielogiczne – dowodzi, że nie wie nic o kobiecej zmysłowości. Świat wokół kobiety musi być ekspresją jej zmysłowości, jeśli ona ma pragnąć się kochać – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Twoje opowiadania ze zbioru „Słone ciasteczka” to dowód, że kobiety przeżywają cielesność mężczyzn w niezwykły sposób. Bohaterka „Adonisa” wpatruje się w pięknego, śpiącego mężczyznę, z którym podróżuje w tym samym przedziale, i kiedy wysiada z pociągu, mówi: „Dziękuję”, bo go zmysłowo, choć bez dotykania spenetrowała...
On został przez nią pokochany, zauważony, w sposób pełen zachwytu i wdzięczności za to, że  ktoś tak piękny istnieje. Myślę, że gdyby było odwrotnie, gdyby to mężczyzna zobaczył piękną śpiącą kobietę, przeżywałby to inaczej. Chciałby ją posiąść – w wyobraźni natychmiast by ją rozebrał i spenetrował. Zastanawiałby się nad tym, jak ona wygląda nago, jaka byłaby dla niego w łóżku, jaką ma minę, gdy przeżywa orgazm. Reakcja kobiety na pięknego i seksownego mężczyznę jest o niebo bogatsza! On nie jest dla niej tylko obiektem do seksu, ale częścią niezwykłego zmysłowego świata.

Piękno i zmysłowość męskiego ciała są punktem wyjścia do doświadczenia erotyzmu świata?
Jasne, bo kobieta dostrzega i odczuwa erotyzm ogórka czy pomidora, które, jeśli się weźmie do ręki, trudno nawet naciąć, tak są piękne. A jak bez żalu pokroić nożem bakłażan? Zawsze robiąc to czy patrząc, jak ktoś kroi bakłażan, myślę, że niszczyć takie piękno natury to grzech. Ale ważne jest, że bohaterka opowiadania ma 40 lat i jest mądra, bo gdyby miała 20 lat, inaczej to spotkanie by przeżywała. Może zazdrościłaby kobietom, które z tym adonisem są. Uważałaby, że on, tak piękny, nie może się nią zainteresować. A gdyby się zainteresował, drżałaby ze strachu, że ją zaraz zostawi. Kobieta dojrzała nie ma już takich neurotycznych obaw, po prostu patrzy i myśli, ile ma wdzięczności dla Stwórcy, że takie dzieło stworzył, że on istnieje, żyje i jest tak blisko. Nie jest ani wyrzeźbiony, ani namalowany, ale żywy, oddycha, śpi...

Patrząc na adonisa, kobieta zaczyna wspominać.
On przypomina jej innych mężczyzn, których znała, na przykład tego, który w szkole był malutki, a na studiach się rozrósł i nabrał siły. Przypomina jej też mężczyzn, którzy zostawili w jej życiu ważny ślad. On śpi, ale ona dzięki swojemu otwartemu, pozbawionemu skrępowania patrzeniu na niego budzi się do życia, do erotyzmu i za to właśnie, wysiadając z pociągu, mu dziękuje.

Czym jest ten obudzony kobiecy erotyzm?
Gdy kobieta urządza dom, jest w nim wszystko, co ona lubi, czyli dużo rzeczy: kwiaty, bibeloty, dywany, lustro, ładne meble. Gdy dom urządza mężczyzna, ma najnowszy sprzęt techniczny, czasem jakiś obraz. Ja często słyszę o moim domu: „Widać, że to twój dom”. A kiedy wchodzę do mieszkania innych kobiet, wiem, że urządzały je same. Ich mężczyźni mogli się na coś zgodzić lub nie. Są oczywiście faceci, którzy kupują tapety czy farbę, ale koloryt domowi nadaje kobieta. Kobieta chce, żeby to, co jest jej harmonią wewnętrzną, było wokół niej, a ona świat słyszy, czuje, widzi, dotyka, wącha, stąd waga, jaką przywiązuje do każdej rzeczy. I podobnie jak swój dom – całą sobą, wszystkimi zmysłami, wyobrażeniami i marzeniami – przeżywa męską fizyczność.

W powieści „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal bohaterka zachwyca się silnymi udami mężczyzny i zaczyna myśleć o tym, że od czasu pewnego tragicznego wypadku nie kochała się z nikim.
W kobiecej wyobraźni rysuje się jednocześnie obraz pięknego mężczyzny z tymi wspaniałymi udami jako kogoś, kto może wozić ją w łódce po jeziorze bez wysiłku cały dzień, a ona tylko siedzi i nóżką macha. Tak działa kobieca wyobraźnia erotyczna, poruszona męską fizycznością. Te silne uda całą ją poruszają, jej marzenia i fantazje, i budzą głębokie potrzeby – opieki, bezpieczeństwa, seksu – i dają im głos. On nie jest dla niej tylko kimś, kto może okazać się supersprawnym kochankiem, ale tym, kto w niej dotyka jej gamy zmysłowości. Pobudza ją całą, otwiera drzwi do wewnętrznego świata. I taka właśnie gra między wyobraźnią, pamięcią, zmysłowością najbardziej kobietę rozpala i podnieca. Mężczyzna ma inaczej i gdy to on myśli o kobiecych udach, ma w wyobraźni obraz, jak one się napinają, podczas gdy on w nią wchodzi...

Skoro tak nas porusza męska cielesność, to dlaczego zgadzamy się na byle jakich facetów? Pozbawiamy się tak części naszej zmysłowości.
W „Kocha, lubi, szanuje” narzeczona korporacyjnego sztywniaka poznaje uroczego playboya (Ryan Gosling) i gdy jej narzeczony okazuje się dupkiem, pędzi do tamtego, bo chce mieć natychmiast dowód, że ktoś jej pragnie. Gosling zabiera ją do siebie, rozbiera się, a wtedy ona krzyczy: „Ja się przy tobie nie rozbiorę, ty jesteś taki piękny jak z Photoshopu”. A więc lubimy pięknych mężczyzn, tyle że widząc ich, wstydzimy się, że same jesteśmy za mało ładne. Nie aspirujemy więc do tego, co najlepsze, najbardziej zmysłowe i poruszające, póki mamy kompleksy. Ale jest też tak, że facet w dresie z brzuchem dobiera się z kobitką w sweterku obciśniętym na licznych wałeczkach. Pary dobierają się według podobieństwa i tu mezalianse zdarzają się rzadko. No i czy my sobie facetów wybieramy? W dużym stopniu godzimy się na nich, wychodzimy za tych, którzy wystarczająco długo za nami chodzą, wyjmują z rodzinnego domu. No i jeszcze to: jeśli kochasz książki, nie będziesz z facetem, który nie znosi czytać – niezależnie od jego urody. Możesz mieć romans z nim, ale nie życie. Bo o czym z nim rozmawiać? A my musimy rozmawiać i to też nas różni od mężczyzn. Oni mówią: „Ja z moją nie muszę gadać, ona ma być ładna, miła i wyglądać”.

Bohaterem innego opowiadania jest ociupinkę zapuszczona para, która ogląda TV. Jej jest najpierw przykro, że on zasnął, że już na niego nie działa, ale potem cieszy się z tego, bo aktorka na ekranie jest od niej chudsza.
Ważne jest, że dzięki zazdrości o seks bohaterów filmu ona się ocknęła, zdała sobie sprawę, że już się nie adorują, że coś wygasło między nimi. I wtedy zaczyna płakać, a on pięknie na to reaguje – mówi, że lubi, gdy ona płacze na filmach, i ostatnio mu tego brakowało. Można powiedzieć, że brakowało mu jej okazywania uczuć. Bo ona uczuciowo się przed nim zamknęła, co jest częste – kobieta chce, żeby mężczyzna okazywał jej uczucia. A mężczyzna, by ona jemu. I mamy pat: „Ty mi nie okazujesz czułości, to ja tobie też!”. Odwetowy model jest szalenie popularny, a prowadzi do zaognienia konfliktów, zobojętnienia. „Nie mówisz mi, że mnie kochasz, ja tobie też nie powiem! Nie dotykasz mnie, to ja ciebie też nie będę! A jeśli przyjdziesz mnie przytulić, długo będziesz musiał to robić, żebym się upewniła, że chcesz mnie przytulać!”. No i zazwyczaj ona tak długo go sprawdza, aż jemu się odechciewa być czułym. A wtedy ona już na pewno go nie dotknie.

Kobiecy erotyzm bywa dla mężczyzn niezrozumiały... (fot. iStock) Kobiecy erotyzm bywa dla mężczyzn niezrozumiały... (fot. iStock)

Czemu tylko chcemy brać czułość, a nie dawać?
Jesteśmy pełni uraz, przekonani, że nam się bardziej należy, że nam jest gorzej. Bohaterka tej historii ma piękny dom, bo dbała o jego urodę, ale o urodę związku już nie. Jej facet też tego nie robił, bo wydawało mu się, że to zadanie kobiety, że to my stawiamy kwiatki na stole, doprawiamy zupę i doprawiamy małżeństwo. To kobieta ma być powabna, podniecać, a jeśli bardziej zajmie się dziećmi czy sprzątaniem i przestanie wysyłać erotyczne i czułe sygnały, to on też żadnego nie nada. Ona pragnie, żeby on jej mówił, że jest piękna i że mu się podoba, żeby ją dotykał w sposób podniecający nie tyko jego, lecz także ją. Ale gdyby on to od niej usłyszał, toby powiedział: „O Jezu, jeszcze i to mam robić?!”, bo jest przekonany, że kobieta ma być po prostu pod ręką, żeby wystarczyło tę rękę wyciągnąć o dowolnej porze dnia i nocy, kiedy mu akurat stanie, i po prostu na tę kobietę wleźć.

Ale znam mężczyznę, który, gdy jego żona chce, by zawiesił w ogrodzie na gałęziach niebieskie wstążki, nie pyta po co, po prostu to robi, nie krzywi się i nie mówi: „To głupie!”.
Poprosimy adres tego pana, bo to prawdziwy rarytas! Pamiętam, jak byłam na treningu dla terapeutów i pracowałam w parze z facetem psychologiem. Dostaliśmy takie zadanie: powiedz partnerowi, jak chcesz być dotknięta. Pokazałam mu więc, żeby mnie delikatnie pogłaskał po głowie. A ten złapał mnie za szyję i przyciągnął. Powiedziałam: „Przecież pokazałam ci, jak chcę, żebyś mnie dotykał!”. A on: „Nie ma dla mnie wartości, co ty chcesz, ja chcę robić to tak, jak ja chcę!”. Ja mu na to: „A dla mnie to nie ma wartości, bo nie chcesz usłyszeć, czego ja chcę”. Na co on: „Nie będziesz mi mówiła, co mam robić!”. I to straszliwy problem, który psuje zmysłowość: „Nie będziesz mi mówiła, co mam robić!”. Kobieta by chciała i mówi o tym, ale mężczyzna słyszy: „Masz robić to i to!”, bo zawsze czuł się rządzony przez mamusię, przedszkolankę, nauczycielkę, dyrektorkę. Ale jeśli ona nie powie mu, czego chce, to on sam się nie domyśli, więc ona nie dostanie tego, czego potrzebuje. Ale jeśli powie, nawet słodko: „Misiaczku, zrób mi to”, on i tak usłyszy, że ona mu każe.

Naprawdę nie ma sposobu, by mężczyzna usłyszał, czego kobieta chce i nie uznał tego za rozkaz?! Żona tego znajomego od wstążek jest szczęśliwa, oni się lubią i kochają, co widać choćby po tym, jak na siebie patrzą.
Kobieta może próbować mówić do partnera w warunkującej formie: „Jaki ty będziesz wspaniały, jeśli tak mnie pocałujesz”, „Jak ja się będę tobą zachwycała, jeśli ty to zrobisz”. Ale żeby to miało sens, ona musi mówić szczerze, z sympatią, a więc wtedy tylko kiedy jest w dobrym nastroju. Bo inaczej mu wygarnie: „ Już tysiąc razy ci mówiłam, czego chcę!”.

Po latach pracy mam minimalne wymagania wobec ludzi i powiem tak: gdybyśmy choć mogli wobec siebie zachować podstawową uprzejmość, to już by było nieźle. Łatwiej nam, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że uprzejmość się opłaca, opłaca się być miłą i słuchającą, bo to budzi wdzięczność. Każdy myśli o sobie i z tym się trzeba pogodzić. Wystarczy, żebyśmy myśląc o sobie, nie zapominali, że inni też myślą o sobie. To już wystarczająca empatia.

Czasem jednak nic się nie da zrobić, bo mężczyzna nie chce usłyszeć kobiety, bo chce się na niej odegrać za matkę, za pierwszą żonę i na wszystkie jej marzenia się wykrzywia: „Przestań wymyślać te idiotyzmy”. Tak zabija jej zmysłowość, jej potrzeby erotyczne, których po prostu nie rozumie. Wtedy kobieta powinna się ratować i dać sobie przyzwolenie na bycie istotą zmysłową.

Jak to zrobić, jak dać sobie przyzwolenie na prawdziwą, erotyczną naturę?
Bohaterka innego z moich opowiadań jedzie na wakacje, żeby odetchnąć od złego związku. I tam ma romans, który ją ratuje. Spotyka ciepłego, serdecznego mężczyznę, który daje jej to, czego partner nie dawał. Kiedy mąż odkrywa romans, krzyczy: „Zniszczyłaś nasz związek!”. A ona: „Nie zrobiłam nic złego, ja to zrobiłam dla siebie”. „Byłaś nielojalna wobec mnie”. „Nie, byłam lojalna wobec siebie”. Wiele razy mówiła mu, że jest jej źle. Ale słyszała: „Co ty wymyślasz, wszystko jest w porządku”. I my mówimy naszym mężczyznom: „Kochanie, chciałabym z tobą więcej rozmawiać”. I co słyszymy? „Ale po co?”. „Chciałabym chodzić z  tobą na kurs tańca”. „Ale po co?”. „Chciałabym zaprosić znajomych”. „Ale po co?”. „Chciałabym, żebyś mi kupił kwiaty!”. „Zwariowałaś? Po co ci kwiaty? Jesteśmy razem już dziesięć lat!”. No i w końcu ona mówi: „Jest mi źle!”. A on: „Nie żartuj! Przecież jest dobrze”. Nie, to jemu jest dobrze.

To nie znaczy, że mężczyźni to kretyni, są tylko na co innego nastawieni. A nie uczy się nas od dziecka, choć mamy koedukacyjne przedszkola i szkoły, czym jest chłopiec, a czym dziewczynka. Jak się ze sobą dogadywać, jak sobie nawzajem wyrażać uczucie i pożądanie. No i tego nie umiemy, zaczynamy się nie lubić. A wtedy ona jedzie na wakacje i na brzegu morza spotyka przystojnego i sympatycznego mężczyznę.

Mam nadzieję, że skok w bok nie jest warunkiem obudzenia w sobie zmysłowej kobiety.
Kobiety często myślą: „Jestem mężatką, nie wypada mi patrzeć na przystojnego faceta, którego spotykam w metrze, ani myśleć o nim. Bo jeśli zacznę mieć erotyczne myśli, to może mi się zechce mieć nie tylko mojego męża”. A przecież myślenie i fantazjowanie nie jest działaniem. Nie musi prowadzić do zdrady. Samo pożądanie jest piękne. Nie ma się co go bać. Nie trzeba od razu lecieć i ściągać majtek. Można się opanować i przynieść ten erotyczny apetyt do domu. Ogromnie chciałabym mieć basen, ale mnie nie stać. Czy to jednak znaczy, że mam nie chodzić pływać? Dzięki temu mam bogate życie. Podobnie bogatsze życie wewnętrzne daje fantazjowanie, wspominanie, przeżywanie pożądania, zachwytu. Jest bardziej bogato, ciekawie, kolorowo. Oczywiście przymusu nie ma, ale niech się potem ktoś nie dziwi, że mu we dwoje nudno. Zobacz: mamy uczą córki trzepać poduchy, ale nie powiedzą: „Zobacz, jakie ciacho” na widok przystojnego faceta, więc myślimy, że tak nie można. Można, a nawet trzeba!

Pomóc nam może w nauce takiego fantazjowania Katarzyna Miller jako autorka „Ody do penisa”?
Kobiety wstydzą się zachwytu penisem. Powiem ci, że ja sama kiedyś bym się wstydziła, ale też wielokrotnie w swoim życiu przekraczałam wstyd. Choćby po to, by móc iść z mężczyzną do łóżka i nie musieć się oszukiwać, że koniecznie mam się przedtem zakochać. Wiedziałam jednak, że warto się zachwycić. I kiedy spotykam faceta, który mnie porusza, inspiruje, pobudza, to mam wrażenie, że znalazłam bryłkę złota w potoku codzienności. Takim mężczyzną jest ten, który spełnia marzenia kobiet, nie starając się ich logicznie zrozumieć. Zawiesi wstążkę na drzewie. Może on wie, że całej tajemnicy kobiecej zmysłowości żaden mężczyzna nie pojmie, i jest wdzięczny, gdy kobieta uchyla przed nim choć jej część... On też nigdy się nie przekona, że nie spełniając zmysłowych oczekiwań, otwiera drzwi do piekła, do tego, że ona będzie dla niego okrutna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seks bez miłości? Nie myl zakochania z pożądaniem

Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Wiele kobiet pod grzecznym „zanim pójdę z nim do łóżka, najpierw muszę się zakochać”, ukrywa jakąś tajemnicę. Może po prostu nie mają odwagi przyznać, że lubią seks? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy naprawdę zawsze chodzi o miłość? A może pod tym grzecznym „ja – nim pójdę z kimś do łóżka – najpierw muszę się zakochać”, ukrywa się jakaś tajemnica? Może tak po prostu nie mamy odwagi przyznać, że lubimy seks? A jeśli tak jest, to co z tym zrobić – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Często słyszę od singielek, które narzekają na brak seksu: „muszę się zakochać, zanim pójdę z kimś do łóżka”.
Na początek podzielę się pewnym spostrzeżeniem z mojej praktyki, które dawniej mnie zdumiewało. Kiedy mówi się z kobietą, zazwyczaj jeszcze młodą, o szanowaniu siebie, to jej się to kojarzy wyłącznie z tym, żeby nie spać z byle kim. Czyli z porządnością seksualną, żeby być taką, jak mamusia sobie życzyła. Kobiety, zwłaszcza młode, myślą, że szanują siebie, gdy są grzecznymi dziewczynkami. Wiedzą, co jest właściwe. A że przy okazji są nieszczęśliwe, to zupełnie inna sprawa. Jakoś nie widzą związku między byciem nieszczęśliwą a tym, że się nie umieją „puścić”, a ja to słowo stosuję w szerokim kontekście. Opłaca się puścić wszystko, co ogranicza, co zabrania, co przeszkadza żyć w zgodzie ze sobą. Puścić się to przestać się bać, przestać się hamować w mówieniu „nie”, w okazywaniu złości, ale też w przeżywaniu radości, swobody. Puścić się to być sobą.

A w takim razie czym jest prawdziwy szacunek do siebie?
Jeśli myślimy, że szanowana kobieta to taka poza seksualna, to trudno nam zrozumieć, że szacunek do siebie jest szacunkiem do osoby, dla mojego bytu, dla mojej wartości, dla mojej całości. Szacunek dla siebie jest niezwykle ważną postawą wobec siebie. Umiejętnością, którą wiele kobiet zdobywa dopiero w trakcie świadomej pracy nad sobą. A mówiąc najkrócej, szanuję siebie, czyli robię to, co mi jest potrzebne.

I tak znów wracamy do seksu, jeśli to on jest nam potrzebny?
I do kolejnej rzeczy, która dziewczynkom przeszkadza robić to, czego pragną. Otóż nikt ich nie nauczył, że seks i miłość to co innego. I mamy dziewczynkę, która rozwija się i zaczyna mieć potrzeby, ale nie nazwie ich seksualnymi, chociaż je czuje. Ona pomyli pociąg fizyczny z miłością. No bo skoro myśli o kimś, chciałaby czuć go koło siebie, chciałaby, żeby ją dotykał, skoro nie chciałaby się z nim rozstawać, no to musi go kochać. A ona nawet jeszcze nie wie, co to znaczy kochać. To seksualność jest pierwsza. To chemia, feromony. Najpierw poznajemy swoje potrzeby fizyczne, które przecież także są ważne i także są duchowe, tyle że przeżywane na poziomie ciała. Ale żeby to wiedzieć, trzeba uznać, że poziom cielesny jest piekielnie ważny. Tak samo ważny jak psychiczny i społeczny. No bo jak tu żyć bez ciała? Wiemy już, że trzeba o ciało dbać, ale nadal nie szanujemy tej wiedzy, że trzeba o nie zadbać także seksualnie.

Czyli nasze zainteresowanie mężczyznami zaczyna się od pożądania? A my nazywamy je miłością, bo tak nas wychowano?
Zaczyna się od pożądania. Oczywiście, może być też tak, że dziewczyna  interesuje się chłopakiem, bo on jest mądrzejszy od innych, potrafi zrobić coś jak żaden inny. No i tu zaczyna się pojawiać traktowanie kogoś jako osoby. Ale zdecydowanie bazą pierwszych niby-miłości jest to, że on się jej podoba, działa na nią, sprawia, że w niej buzują hormony. Mądra matka powinna córce powiedzieć: „kochanie, wielu mężczyzn może ci się podobać, mogą w tobie wywoływać roznamiętnienie, drżączkę, ale to nie znaczy, że ich będziesz kochać”. Ale matka tego nie mówi i dziewczyna myśli, że kocha tego chłopaka. Kiedy więc on mówi: „to daj mi dowód miłości”, ona mu daje, bo ma wizję, że kocha. A tak naprawdę pragnie i chce się sprawdzić, chce poczuć, że już weszła w życie, że coś się dzieje nowego, dorosłego, ekscytującego. A tu ma dać dowód miłości, bo inaczej on ją rzuci albo pójdzie z inną, albo ona okaże się dziecinna lub nieseksowna. I to jest jeden z powodów, dla których dziewczyny za wcześnie zaczynają współżycie. Kolejny bywa taki, że jak się chłopak do dziewczyny dobiera, to jej się na początku to podoba, bo ona chce się poprzytulać, popieścić, pocałować, więc jest zachwycona, podniecona, ale potem przestaje. Tylko nie wie, co zrobić? Bo jak mówi: „nie dotykaj mnie tam, na dole”, „boję się”, „przestańmy już”, to on się obraża albo straszy, że odejdzie, albo gwałci. No to ona myśli: „jak to tak ma być, to ja zamknę oczy i jakoś to wytrzymam”. I dzieje się coś, na co ona wcale nie ma ochoty i co wcale nie sprawia jej satysfakcji. No a potem jeszcze się tego wstydzi. Bo przecież nasze katolickie wychowanie wbija nam do głowy same zakazy. My je oczywiście przełamujemy, ale im bardziej, tym większy odczuwamy wstyd. Matka, pamiętająca własne przeżycia, mogłaby powiedzieć: „masz prawo zawsze powiedzieć stop”. A ojciec pouczyć syna: „Prawdziwy kochanek nie zmusza i nie gwałci. Słuchaj, kiedy ona mówi stop”.

Po takiej typowej inicjacji można stracić ochotę i na seks, i na miłość.
Po takiej inicjacji można nie szanować seksu, ale też nie wiedzieć, gdzie jest ta miłość? Bo to wiedzieć mogę dopiero, kiedy popróbuję, czym jest jedno i drugie. Wszyscy ludzie są (mniej lub bardziej) wyposażeni w libido i pożądać można wielu, natomiast kocha się tylko poniektóre osoby.

No ale jak to rozpoznać? Miłość czy pożądanie?
Rozpoznawać to można w ciele. Ale zazwyczaj to się wyjaśnia dopiero w praniu. Mija seksualne zauroczenie i jakże często mija związek. Jeśli to przeżyjesz świadomie, to zaczniesz widzieć różnicę. Ja na przykład nauczyłam się rozpoznawać, wiesz po czym? Przez długie lata młodości, zmarnowanej w pewnej części (bo mamusi udało się wcisnąć mi kit, że wszystko dopiero po maturze), wmówiłam sobie, że mnie interesują wyłącznie mężczyźni intelektualnie rozwinięci. I taki był mój pierwszy chłopak. Lubiłam, żeby mężczyzna miał okulary, bardzo mi się też brody podobały. Najważniejsze było, żeby pogadać, ponazywać coś mądrze i twórczo. Ale (po maturze oczywiście) do mnie dotarło, że mnie kręci zupełnie inny typ mężczyzn, typ drwala, że on nijak się ma do tych książek i do tych intelektualnych lotów. Że mnie bierze szelmostwo w oku, ruch ciała, męska, fizyczna siła. I zaczęłam widzieć, że inne części mojego ciała reagują na tych panów, a inne na intelektualistów. I wtedy pomyślałam: „Kurde, to jednak chodzi o ciało! To cudne!”.

No i inne z nimi możemy potrzeby zaspokoić, bo jak chcemy pogadać…
Jak mi się zapala ochota na eksplorowanie przestrzeni artystyczno-duchowych, to wcale nie oznacza, że należy zejść także poniżej. A słowo „poniżej” wcale nie jest deprecjacją. Seks jest w środku naszego ciała. Tam w brzuchu jest też nasz mózg emocjonalny, o czym jestem przekonana, bo on się do mnie odzywa. I seksualność jest tam – więc mam słuchać, która część mojego ciała do mnie gada w sprawie tego pana. Kobiety mogą się tego nauczyć. Na taką naukę nigdy nie jest za późno.

Nie zawsze wymóg miłości działa jak ślub czystości. Znam kobietę, która co prawda mówi: „ja muszę się najpierw zakochać”, ale sądząc po ilości kochanków, zakochuje się co chwila.
Musi się bidula zakochiwać, bo inaczej nie da sobie przyzwolenia na seks. I to jest ogromny temat. Żyjemy w ciągłym kłamstwie. Wiele kobiet i część mężczyzn ustawicznie manipuluje własnymi uczuciami. Oczywiście nieświadomie. Żąda od siebie i od innych: więcej, wyżej, ambitniej. A to najczęściej niemożliwe i stąd psujące radość życia pretensje. No bo gdybyśmy nie mieli obsesji na punkcie pseudomiłości, tobyśmy się po prostu pociupciali i wtedy zobaczyli, czy się polubimy, czy się pokochamy? Powolutku, ale też nie za wolno, żeby narosło coś fajnego, żeby nie zrywać zielonego jabłka i nie zjadać czegoś, co nie jest słodkie. No ale jak się zmuszamy do  miłości, to tak naprawdę nie mamy szans nikogo pokochać. Odwrotnie: manipulacja emocjami daje uzależnienie. Skoro muszę kochać, by zrobić to, czego naprawdę potrzebuję, czyli uprawiać seks, to uzależniam się od tej rzekomej miłości i pewnie już jestem uzależniona od seksu. A w takiej sytuacji, aby przeżyć prawdziwą miłość, musiałabym sobie zrobić długą abstynencję, żeby dotrzeć z powrotem do samej siebie, do swoich prawdziwych uczuć.

A tak zupełnie po ludzku, kiedy sobie wmówię, że to miłość, to będę cierpieć, marzyć, latać za tym facetem, bo ten jedyny, tylko on…
A to był po prostu – świetna rzecz – udany seks. Ale my myślimy: „Ojejku, bzyk nam wyszedł! Jesteśmy dla siebie stworzeni!”. No, może, ale niekoniecznie. Mogę go kochać za to, że nam bzyk świetnie wyszedł, ale to wcale nie znaczy, że to miłość. Ja go tylko kocham za ten seks. I mogę siebie bardziej kochać za to, że potrafiłam znaleźć faceta, z którym tak fajnie się bzykać. Że się okazało, że moje ciało ma tyle cudnych możliwości, że się rozwija erotycznie. Że sama siebie nie zatrzymuję w pół kroku. Więc ten człowiek ma w moim sercu na całe życie wdzięczność. Ale to nie znaczy, że go kocham. Może, choć nie musi, okazać się, że i pod wieloma innymi względami pasujemy do siebie. Ale trzeba czasu na to, by sprawdzić, czy jesteśmy dla siebie stworzeni.

Można tak pięknie myśleć tylko dlatego, że jest nam superdobrze w seksie?
No pewnie: jestem ekstra, skoro przeżywam takie fajne rzeczy. A może spotkaliśmy się właśnie po to, żeby przeżyć super-seks? To jest naprawdę wystarczający powód: poprawić swoją seksualność, rozwinąć ją, dać jej wyższe loty. Oczywiście, po takim doświadczeniu rosną oczekiwania. Chcemy, żeby następnym razem było tak samo świetnie, a nawet lepiej. Ale ja bym powiedziała: im mniej oczekiwań, tym więcej udanych relacji. Nie wszystko nam wyjdzie. Na przykład są związki, które trwają jakiś czas, a potem się kończą. My wtedy lamentujemy: „na co mi to było, skoro się skończyło”. No ale czy to znaczy, że ważne jest tylko to, co trwa? No to ile musi trwać, żeby było warte przeżycia? Dziesięć lat, może 30? Przecież większość rzeczy w życiu się kończy. Znika siła, a pojawia się wrażliwość. Kończy się poszukiwanie nowości, a pojawia szacunek dla trwałości. Kiedyś wartością była zabawa, a dziś grzanie się w słońcu. Przecież dla staruszków to taka sama wartość jak dla młodych taniec.

Może jednak coś jest w tej miłości, bo z badań wynika, że seks przywiązuje kobiety do mężczyzn, z którymi sypiają.
Nie mamy wiarygodnych badań. Kobiety przez miliony lat były wyuczone, że mają chcieć mężczyzny na zawsze, bo inaczej brak im będzie szacunku społecznego, bezpieczeństwa, a ich dzieci nie będą się mieć tak dobrze, jak dzieci tych kobiet, które mają stałych partnerów. To wpłynęło na naszą mentalność. Przypomnijmy sobie jednak, jaką rewolucją dla świata były badania Kinseya, a potem Mastersa i Johnsona, które pokazały, że kobiety mają więcej potrzeb seksualnych, że są lepiej wyposażone erogennie, że przeżywają głębsze orgazmy niż mężczyźni. A więc może to przywiązywanie się jest też tylko mitem, tylko wyuczone?

Można się przed tym bronić. Znam kobietę, która miała zasadę: raz i do widzenia, po to, by się nie przywiązać.
To też jest manipulowanie swoimi namiętnościami. Robimy tak, bo nikt nam nie radzi, nie wspiera. Uczymy się więc sami metodą prób i błędów. Z drugiej strony to nasze przekleństwo, że mamy wizję romantyczną, według której miłość to taki słodki ulepek, który ma wiecznie trwać. No nie. Na początku jest chęć, żebyśmy się splątali, a potem trzeba wziąć się do roboty i zbudować relację. Samo pożądanie to za mało. Ale czuć się zakochaną – to nam się podoba, więc dawaj – jedno zakochanie po drugim. Ale ile razy tak można? Za którym razem przestaje nas to rajcować? Powiedzenie: jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni, jest prawdą – więc ciekaw się kobieto, co się dzieje między tobą a twoim partnerem. Możecie się pokłócić, możecie się przymilić, możecie się podroczyć, zrobić tysiące niezwykle ciekawych rzeczy, pod warunkiem że sobie na nie pozwolicie i naprawdę będziecie ciekawi, co się między wami dzieje, jacy jesteście, a nie jacy macie być.

Moja znajoma udawała, że jej nie zależy, że to tylko seks, żeby być blisko pewnego mężczyzny. Więc on czasem z nią sypiał, a czasem czytał maile od innych kochanek. Aż w końcu nie wytrzymała, powiedziała mu, że to jednak miłość. Wtedy okazało się, że dla niego ona też jest ważna…
„Musisz się szanować, nie wolno powiedzieć chłopu, że ci na nim zależy” – to mądrość naszych matek. I teraz powiem coś ważnego: my jesteśmy wyzwolone społecznie, ale niewyzwolone intymnie. I to się ludziom myli. To, że baba umie negocjować milionowe kontrakty, to nie  zawsze znaczy, że potrafi ze swoim facetem wynegocjować to, czego chce, a czego nie chce. Więc często woli być sama. I do mnie trafiają cudownie piękne kobiety, które nie wiedzieć czemu wciąż są same, które nie uprawiają seksu. Ja je uczę, że seks jest wszędzie. Jest w powietrzu, jest w trawie, jest w jabłku, które jedzą. Uczę je, że jeżeli jadą z taksówkarzem, który jest miły i atrakcyjny, to mogą z nim flirtować. Jeśli jedzą w restauracji, niech flirtują z kelnerem (jeśli jest fajny i seksowny).  Zacznijmy świat traktować zmysłowo. A znajdziemy i miłość, i seks, i radość spełnionego życia. I one znajdują!

  1. Seks

Seksualność powinna cię wzmacniać! Do jej odkrywania wcale nie potrzebujesz partnera

Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks to silna energia. Twórcza, żywa, wiecznie młoda. Mimo to większość z nas nie ma do niej dostępu, wciąż jesteśmy pod wpływem kastrujących mitów na jej temat. Czy są aktualne? Czy seksualność to to samo, co seks i co sprawia, że mężczyźni boją się rozbudzonych kobiet – tłumaczy seksuolog dr Alicja Długołęcka.

Temat seksualności nie jest łatwy. Z jednej strony, mamy oczekiwania i parcie na sukces, czyli posiadanie tak zwanego udanego życia seksualnego, które się określa w liczbach odbytych stosunków i osiągniętych orgazmów…
…a z drugiej – rzeczywistość, którą widać m.in. na warsztatach o seksualności i w indywidualnych rozmowach, gdzie okazuje się, że do sukcesu daleko, a jeszcze dalej do prawdziwej satysfakcji w tej dziedzinie.

Ja to widzę w osobistym wymiarze. Symbolicznie chciałabym przeciąć połączenie z interpretacją mitu o stworzeniu świata, do której szerzenia Kościół się przyczynił: kobieta jest winna grzechu, ciało to siedlisko żądz, a seksualność jest złem. Uważałam, że mnie to już nie dotyczy, bo mam inne poglądy. Jednak kilka wydarzeń uświadomiło mi, że emocjonalnie reaguję według starego wzoru.
Często w dzieciństwie dostajemy przekaz, że cielesność i seks to coś wstydliwego, o czym się nie rozmawia, trzeba się z tym chować. Seksualność łączy się wtedy w jedno z lękiem, wstydem, poczuciem winy i silną ambiwalencją. Z tą mieszanką mamy potem prowadzić owo „udane życie”, do którego zachęcają media, dla odmiany epatujące sterylnym i wysnobowanym seksem. W związku z tym sporo dorosłych ludzi się w tym gubi i w efekcie traktuje seks płytko, jak siłownię lub teatr, albo instrumentalnie, bo coś im tam załatwia. Taki seks może oczywiście spełniać ważne funkcje, ale nieseksualne, np. rozładowywać emocjonalne napięcie lub podnosić poczucie własnej wartości.

Jak sprawić, że seksualność stanie się naszym zasobem, a nie czymś, co nas dodatkowo obciąża?
Próbować żyć z tym bardziej świadomie. Zdobyć się na odwagę i porzucić grę pozorów. I skoncentrować się na ciele. Zwykle, kiedy się zabieramy do jakiegoś tematu, zaczynamy od pracy intelektualnej, by to jakoś ogarnąć poznawczo. Zmieniamy postawy, postawy wpływają na emocje, a my liczymy, że nas to jakoś wyprostuje. A tu okazuje się, że to nie wystarcza. O tym pani właśnie mówiła, że myślenie sobie, a ciało sobie – ono reaguje po staremu. Napina się, zamyka i cierpi albo emituje ciepło, miłość i pożądanie w niekontrolowany sposób, tak że nic z tego nie rozumiemy, więc boimy się tego i to odrzucamy. Dlatego na warsztatach z seksualności, które prowadzę, koncentruję się zwykle na czterech obszarach: cielesności, stereotypach kulturowych, duchowości i relacjach. Ciekawe, choć właśnie uwarunkowane kulturowo, że kobiety rozmowy o stereotypach uważają za najmniej interesujące.

Dlaczego?
Bo koncentrują się na relacjach.

Seksualność kojarzy się im niemal wyłącznie z byciem z drugą osobą. Mityczny „on” włada całą tą sferą.
Celowo takie rozmowy ucinam. Bo tak naprawdę pozostałe obszary są istotniejsze, jeśli patrzymy na seksualność jako zasób. Kobiety czują niechęć, może lęk, by rozmawiać o seksualności w kontekście kulturowym, bo musiałyby wówczas się zmierzyć z własnymi ograniczającymi przekonaniami na ten temat. W obszarze duchowym kojarzy im się to z sekciarstwem. Czują przecież, że to jest jakaś siła, której się poddają w sposób nieświadomy, więc pojawia się w nich lęk. Gdy nie ma się kontaktu z własną seksualnością, ta sfera może się wydawać przerażająca.

Bo bywa, że wymyka się nam spod kontroli.
Poza tym jeszcze niedawno nie wolno nam było czuć pożądania. Podział na „święte” i „dziwki” bardzo nam miesza obraz. Więc wygodniej jest myśleć, że możemy być seksualnie otwarte tylko wtedy, kiedy coś nas otworzy, niemal wbrew naszej woli, na przykład: alkohol, wyjazd służbowy albo tajemniczy brunet. Jesteśmy nauczone, że to jest jakaś rzecz od nas samych niezależna. A najlepiej, żeby przyszedł facet – Pigmalion, który nas stworzy od początku. Jeśli coś nie zadziała, można zwalić na niego winę. To bardzo silny wzór, który zwalnia od odpowiedzialności za siebie. Pora w pewnym momencie dojrzeć i tę odpowiedzialność przejąć. Jeśli chcemy oswoić tę energię, musimy ją chcieć poznać.

Nie mamy do tego dostępu?
Nam się wydaje, że mamy. Przecież seks jest w naszym życiu jakoś tam obecny. Ale na warsztatach widać, że nie znamy swoich ciał, nawet anatomicznie, swoich reakcji, sposobów sprawiania sobie przyjemności, osiągania orgazmu, nie mamy pozytywnych nazw na antyczną waginę lub zinfantylizowaną cipkę. To o czym my tu mówimy? Deklaracje jedno, a rzeczywistość drugie. Interesujące jest to, że w miarę upływu lat zaczynamy zauważać fakt, że z tym seksem to chyba chodzi o coś więcej. Bo uprawianie seksu nie musi mieć wiele wspólnego z dostępem do własnej seksualności. Mam na myśli stan seksualnego otwarcia. To się często wcale nie dzieje w relacji. Po prostu otwiera się w nas przestrzeń pożądania, energii, z którą chcemy płynąć. Co ciekawe, takie doświadczenie przytrafia się częściej kobietom dojrzałym, które uwolniły się od swoich Pigmalionów z wyobraźni.

Chodzi o sytuację, kiedy spotykamy mężczyznę i on nagle na nas tak silnie działa, że mamy ochotę się totalnie w tym zatracić?
To nie on działa, tym razem my się świadomie otwieramy na kogoś. Ważne rozróżnienie: to nie jest zakochanie, w którym koncentrujemy się na marzeniach o tej osobie i na wizji przyszłości, tylko głębokie doświadczenie seksualne. Ponieważ, jak mówiłam, nie wolno nam było czuć pożądania, więc nadal mylimy ten stan z zakochaniem.

Przytrafiło mi się takie otwarcie i wszystko we mnie chciało zaklasyfikować je jak coś więcej niż tylko pożądanie.
No właśnie: tylko czy aż? Wciąż deprecjonujemy tę naszą seksualność. Miłość – coś wielkiego, a pożądanie – zwierzęca żądza, marna fizyczność. Szkoda, bo zarówno próby klasyfikowania tego doznania, jak i to, że natychmiast próbujemy jakoś je uciszyć, zaspokoić, sprawiają, że odbieramy sobie szansę na odkrywanie prawdziwej natury tego, co czujemy. Nie mam nic przeciwko zaspokajaniu pożądania. Ale często spieszymy się za bardzo i nie dajemy sobie szansy, by nieco przedłużyć samo odkrywanie. Rozsmakować się, rozgościć w tym, co czujemy: że nam się gotuje w dole brzucha, mamy poruszony obszar serca. Jeżeli nie kombinujemy, co z tym uczuciem zrobić, nie projektujemy go na żadnego „mężczyznę przyszłości” – wtedy mamy dostęp do czystej energii.

Usłyszałam to na warsztacie tantrycznym: żeby uwolnić seksualność, nie potrzeba drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Prowadząca opowiedziała, że sama kiedyś świadomie postanowiła żyć w celibacie tak długo, aż poczuje, że już na tyle zna siebie  i umie się opiekować swoją energią seksualną, że może się nią dzielić z mężczyzną. A do tego czasu – zero seksu.
Brak stosunków seksualnych absolutnie nie oznacza, że w naszym życiu nie istnieje seks. A tym bardziej energia seksualna. Myślę, że aby naprawdę nauczyć się siebie w tej dziedzinie, potrzeba dłuższego czasu – nawet paru lat. To może być ten czas, kiedy akurat nie mamy partnera. Jednak trzeba się tym zająć, mówiąc krótko, poświęcić czas swojej seksualności, by nie usnęła, tylko wzrastała. A my marnujemy szansę, uważając, że jak jesteśmy bez partnera, to nic z tego. To właśnie dowód na splątanie, o którym mówiłam, że seksualność równa się relacja. Pewnego rodzaju osobność – zarówno w związku, jak i bez niego – to świetny moment, żeby się rozbudzić i poznać swoje reakcje. Nie szukać przypadkowych partnerów, byle się zaspokoić. Wprowadzę proste rozróżnienie, można – za przeproszeniem – rżnąć się, mieć seks i być w relacji. To zupełnie inne poziomy. Przypadkowe zaspokajanie seksualnego głodu to jest to pierwsze, czyli obniżanie poziomu lęku i zagłuszanie emocji w poczuciu bezsensu i desperacji. Zamiast tego warto uczyć się autoerotyzmu: przyjrzeć się sobie, swoim fantazjom, złapać jakiś kontakt z ciałem i mieć seks, czyli kontakt ze sobą. Żeby potem być w relacji. Wie pani, co jest sprawdzonym, świetnym wyzwalaczem energii seksualnej? Ćwiczenia fizyczne i kontakt z naturą. Ale również wszelkie warsztaty odkrywania swojej wewnętrznej mocy, warsztaty bębniarskie...

W moim przypadku to był taniec. Tańcząc, odkryłam, że nie musi być przy mnie nikogo, a moja seksualność aż kipi. Poczułam, że to mój zasób. I że mam do niej dostęp, jeśli chcę.
Dopiero w konsekwencji tego odkrycia przychodzą kolejne. Na przykład jak bardzo to obciąża mężczyzn, kiedy w ich ręce składamy odpowiedzialność za pobudzenie naszej energii seksualnej. Zrzucamy na nich odpowiedzialność za to, jak się czujemy i co czujemy. Bo najpierw jego zadaniem jest nas otworzyć, a następnie zaspokoić. Być mężczyzną w tej kulturze też nie jest łatwo. Nie jest to może poprawne politycznie, ale na pewnym poziomie świadomości seksualność jest po prostu darem. Możemy się nią cieszyć i nią kogoś obdarować. Każdy, kto miał choć przez chwilę dostęp do tej energii w jej czystej formie, czuje intuicyjnie jej potęgę i piękno. Dlatego sfera seksualności łączy się z sacrum. Bo to coś, czego nie ogarniamy, ale czujemy, że jest pełne i doskonałe.

To jest też niezwykły dar dla nas samych. Energia seksualna jest czymś więcej niż napędem do seksu. To napęd do życia.
Dlatego też orgazm tak nas przyciąga. Bo nie jest jedynie doznaniem fizycznym. Bywa przecież tak intensywny, że aż nieprzyjemny, trudny do zniesienia. Orgazm to przede wszystkim doznanie psychiczne, kontakt z czystą energią życiową, graniczne doświadczenie. Jest chwilą, w której nasz logiczny umysł traci kontrolę i doświadczamy życia bez poczucia tożsamości. Dlatego też jest kojarzony ze sferą duchową. W praktykach medytacyjnych chodzi przecież o osiągnięcie tego stanu – bez ego, rozpuszczenia się w czymś większym. Rzadko się o tym mówi, a przecież mamy to zawsze pod ręką. Możliwe, że jest to dostęp do miejsca, z którego przychodzimy jako noworodki i odchodzimy, umierając. W tym sensie obszar seksualności jest ekumeniczny. To samo duchowe doświadczenie niezależnie od wyznania, rasy czy kultury. Absolutnie uwalniające.

Na warsztacie tantry uczyliśmy się, jak samemu rozbudzać swoją energię seksualną. Ciekawe, że wcale nie było to związane z podnieceniem. Raczej z poczuciem ożywienia, otwarcia, ciepła. Robiliśmy ćwiczenia oddechowe, na przykład krążenie energią, podnoszenie jej do góry oddechem...
To ważne, bo często energia nie krąży w ogóle, tak jesteśmy spięte, sztywne ze zmęczenia. Cielesna zbroja nie jest najlepszym strojem do seksu. Trzeba się najpierw rozluźnić, pozwolić energii krążyć. Dopiero wtedy, jeśli zechcemy, eksperymentować ze światem erotyki. Cieszy mnie, że zaczęły się pojawiać sklepy z gadżetami dla kobiet. Wibrator to nie surogat męskiego członka, to narzędzie do poznawania swojego ciała i jego reakcji. Dodam, że penis to zupełnie coś innego, bo nie jest narzędziem do masturbacji, tylko ciałem osoby, z którą pragniemy być w relacji. Boleję nad tym, że wszystko, co się wiąże z autoerotyzmem, jest wciąż tak napiętnowane. Zwłaszcza w przypadku kobiet prawda wygląda tak, że ciało nie jest naszą własnością. Ciągle ktoś określa, co nam wolno czuć, co nie, gdzie się można dotykać i jak. Nasze ciało jest tylko nasze. Jakże ważne jest takie odkrycie dla kobiety! Spotkanie świadomych osób, które chcą razem być w relacji seksualnej, to wymiana darów kobiecości i męskości. Ale to rzadkość. Bo nie ma czegoś takiego jak seks tantryczny czy nawet dojrzały w weekend. Nie oszukujmy się.

Może więc nie warto się starać? Nie dam się wkręcić w odpowiedzi typu: warto, bo seksualność jest piękną dziedziną i ucząc się jej, odkryjemy swoją esencję, a nawet może zbliżymy się w ten sposób do Boga. Chociaż to wszystko może być prawdą. Ale ma swoją cenę. Każda zmiana jest ryzykiem. Może się zdarzyć, że gdy my zaczniemy się rozwijać seksualnie, partner się przestraszy i odejdzie. Albo nie będziemy mogły znaleźć partnera. Mężczyzna, który nie ma kontaktu z własną energią, nie będzie wiedział, co z taką kobietą robić. Dlatego kobiety, u których energia seksualna jest silna, często w naszej kulturze budzą lęk i bywają odrzucane. Porównuję te momenty, w których mamy lepszy dostęp do własnej seksualności, do rozpinania ciasnej koszuli z guzikami. To zapięcie nie zawsze jest złe – daje poczucie granic, trzymania się w ryzach, bezpieczeństwa. Kiedy jednak powoli rozpinamy tę koszulę, czujemy, że zaczynamy wreszcie oddychać pełną piersią. Ale to jest zawsze kwestia decyzji, czy możemy i chcemy sobie na to w danym momencie życia pozwolić.

dr Alicja Długołęcka:
edukatorka psychoseksualna, doradca  partnerski, propagatorka zdrowia seksualnego. Jest autorką i współautorką wielu książek z zakresu edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych, m.in. „Jak się kochać?” (razem ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem).

  1. Seks

Pożądanie na zawołanie

- Trzeba w seks – jak we wszystko w życiu – włożyć uwagę i intencję, żeby było dobrze - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
- Trzeba w seks – jak we wszystko w życiu – włożyć uwagę i intencję, żeby było dobrze - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Getty Images)
Bywa, że inaczej nie da rady. Ani spontanicznie, ani kiedy przyjdzie ochota – bo dzieci, bo praca, bo sprawy. Można tylko teraz. Bo dzieci, praca i sprawy są zajęte same sobą. Ale jak i czy można na zawołanie mieć ochotę na seks? Ba! I jeszcze mieć z tego seksu satysfakcję? – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Czy można nabrać ochoty na seks tylko dlatego, że okoliczności sprzyjają, bo dzieci właśnie wyszły na spacer z babcią, jest wolny dzień i nie mamy pilnej pracy na poniedziałek?
Można i wielu tak robi. Ludzie sobie radzą, np. oglądając firmy pornograficzne, żeby się w ekspresowym, pendolinowym!, tempie przestawić z życia sprawami domu na czerwone i gorące rytmy. Widzę, jak się krzywisz, że porno, to fu! Ale jeśli porno ogląda się razem i nie za każdym razem, gdy mamy iść do łóżka, to jest taki sam erotyczny gadżet, taki sam afrodyzjak, jak inne. Na przykład gry erotyczne. I nawet ci bogobojni i spokojni inscenizują sobie w zaciszu domu choćby takie scenki: ona ucieka, a on ją goni. To ich podnieca. I jak on ją dopadnie to mają szybki i udany numerek.

Nie jest to zabawa dla każdego i nie w każdym domu możliwa. Ta akustyka, te cienkie ściany i podłogi, które każde stąpnięcie wzmacniają, a co dopiero ucieczkę i pogoń...
Są też ciche sposoby! Najważniejsze i dobre dla wszystkich jest to, by myśleć o seksie, wyobrażać sobie go, nakręcać się, marzyć, że kiedy tylko będzie czas na miłość, to wtedy ho, ho! Seks trzeba mieć na uwadze, jak to, co kupić na kolacje czy jak się ubrać na drugi dzień do pracy. A jeśli wiemy, że jutro dzieci nie będzie, to trzeba wyobraźnię rozbuchać. Warto! Ciało zaczyna się wtedy do seksu przygotowywać. Rusza cała lawina chemii, hormonów itp., a wtedy szybkie spotkanie na drugi dzień może być bardzo smakowite. Gra wstępna trwa wtedy kilkanaście godzin, a nie te kilka minut, kiedy para dorywa się do siebie w łóżku czy na kuchennym stole.

Gra wstępną, o której mówisz, toczy się tylko w naszej głowie?
Czyli w najbardziej erotycznym miejscu człowieka. To wyobraźnia porusza ciało. Przygotowuje je. Jeśli więc wiemy, że dziecko pójdzie do kolegi na całą noc, to myślmy o seksie ze swoim mężczyzną już od rana, aż poczujemy, co się zacznie dziać z naszym ciałem. Rozluźnia się, rozgrzewa, w podbrzuszu zaczynają latać motyle. Od wyobraźni łatwiej nam też przejść – i to w sposób całkiem naturalny – do działań, bo kiedy się już nakręcimy w wyobraźni, możemy wysłać pikantnego SMS-a. Opiszemy, co chcemy robić, gdy się złapiemy w domu. A ta lektura skłoni partnera, by myślał o seksie między jedną a druga biznesową naradą albo i w jej trakcie. Jeśli wiemy, że nasze pociechy jadą następnego dnia do zielonej szkoły, uśmiechnijmy się znacząco – nawet przy dzieciach czy innych domownikach – i powiedzmy, wychodząc do pracy: „jutro”, z takim uśmiechem, że nasz partner będzie miał fantazje erotyczne, czego to jutro mu nie przyniesie.

Pewnie nic więcej mu to jutro nie przyniesie niż poprzednie...
Pewnie nie! Ale wcale nie wiadomo… to jest właśnie przewaga wyobraźni nad rzeczywistością i ją możemy wykorzystać w erotycznej grze. No bo jakie by te poprzednie razy nie były, on, czując jej entuzjazm erotyczny, jest pewien, że „jutro” właśnie wreszcie ją olśni jako superkochanek.

To tylko takie słowne zabawy...
Erotyczny tajny język ma znaczenie! Nie lekceważ zabawy. Podniecające jest już to, że inni nie wiedzą, że gdy para rozmawia o tym, że: „jutro ugotujemy zupę”, kiedy mówi: „będzie pikantna i łagodna”, rozwodzi się nad tym, że przyprawy mają różne smaki, że działają mocno na język, na kubki smakowe, że rozpalają żołądek i sprawiają, że czuje się wewnętrzy ogień – to mówi o kochaniu! To naprawdę sexy! Bo nowe, inne i podkreśla wyjątkowość ich relacji, jej intymność. Para może mówić o „naszej przygodzie” albo o „naszym teatrzyku”, na który chce iść jeszcze raz i czuć się jak na pornosie. Własny język, słowa klucze czy piosenki wystarczą by, kiedy ma być seks, przeżywać go jako coś niepowtarzalnego.

Trzeba więc wciąż myśleć i gadać o seksie, by – kiedy zdarzy się okazja – być gotowym?
Nie tyle wciąż, co często i chętnie. Warto też dawać ciału bezpośrednie sygnały; kiedy się mijamy przy ekspresie do kawy i lodówce, pogłaskać partnera po pupie. Otrzeć się o niego, przytulić, pocałować. Niech tamto ciało wie, że bliskość tego ciała jest sexy. To drugie ciało nie jest tylko po to, żeby zawieść dzieci do szkoły, a ciebie do pracy, czy wytrzepać dywan. Jest też dla rozkoszy. A te zaczepki trzeba uskuteczniać też dlatego, żeby i twoje ciało wiedziało, że jest nie tylko po to, żeby przyciągnąć do domu siatki z zakupami czy zrobić dzieciom kolację. Jest też po to, żeby mieć orgazm.

Gdyby ludzie mieli czas na takie wieczne zaloty, to by pewnie nie było problemu z pożądaniem na zawołanie. Ale codzienność skrzeczy bardzo głośno i to jest właśnie problem...
To nie ma nic wspólnego z ilością czasu, tylko z jego zagospodarowaniem. Czyli z nastawieniem. Czy od myślenia o kredycie on się szybciej spłaca? Nie. Ale od myślenia i wyobrażania sobie seksu podniecamy się. Róbmy swoje, czyli to, na co mamy wpływ. Nikt za nas tego nie zrobi, by nam się chciało chcieć. Trzeba w seks – jak we wszystko w życiu – włożyć uwagę i intencję, żeby było dobrze. Żeby nam się dalej chciało chcieć, trzeba seks doinwestować. Sam z siebie już po jakimś czasie nie wystarczy, zwłaszcza gdy ma być chęć i wzwód na zawołanie.

A jeśli myślimy: seks? To raczej nie w tym kwartale, bo dzieci za małe... Po co się więc nakręcać? Można zbzikować, jak człowiek ma ochotę, a tu nie ma jak... Lepiej myśleć o dentyście, kredycie czy teściowej. O wszystkim, co jak najdalsze do seksu, żeby sobie nie narobić apetytu i nie lizać ciastka przez szybkę. A tu nagle! Jest szansa na seks: u niego w pracy awaria systemu i ma wolne, a ty dziś właśnie na zwolnieniu!
Awaryjnie możemy wówczas wykorzystać to, że lęk i podniecenie dają podobne objawy w ciele. Pamiętam taki eksperyment, kiedy mężczyźni mieli ocenić atrakcyjność pewnej kobiety, którą spotykali w różnych warunkach. Ci, którzy widzieli ją po przejściu przez niebezpieczny most, uznali ją za osobę o wiele bardziej atrakcyjną niż ci, którzy spotkali ją w obojętnej sytuacji. Lęk sprawił, że ich serce szybciej biło i odczytali to jako sygnały podniecenia. Dlatego oceniali jej urodę jako bardziej sexy, niż gdyby spotkali ją w kuchni przy robieniu tostów. Ryzyko zawsze działa jak afrodyzjak, bo podnosi ciśnienie. Może to być też spotkanie z psem sąsiadów, który znów wszedł do naszego ogródka i jak zawsze jest w złym nastroju. Pamiętam amerykański film, w którym mężczyzna wchodził do sypialni przez okno, bo to był jego sposób na małżeńską rutynę. Pomysłów jest wiele, ale warto wiedzieć, że tylko nieduży lęk czy ryzyko podnieci parę z dużym stażem. Podobnie z niecodziennymi miejscami, które grożą nakryciem przez postronnych obserwatorów lub...

Mandat za nieobyczajność pójdzie ze wspólnej kasy i to trochę studzi przynajmniej moje pożądanie.
Straszenie siebie to dobry sposób, o ile para żyje ze sobą bez zobowiązań finansowych albo też staż ich miłości nie jest duży. Stare dobre małżeństwo nie podnieci się w sytuacji, która wyraźnie narusza poczucie bezpieczeństwa. To ich zaktywizuje do innych zachowań – ratowania dzieci, dobytku i siebie nawzajem. I to nie będzie sexy. Podobnie seks w niecodziennych warunkach – podnieca, ale w wypadku nieznajomych lub bycia razem nie za długo. Dzieje się tak, bo inaczej patrzymy na nieznajomego, kiedy ów rozpina spodnie w ciasnej toalecie samolotu, a inaczej na męża.

Co w takim razie może zrobić stare dobre małżeństwo, gdy okazja na seks spada na nich całkiem nieoczekiwanie? Może wykorzystać inny psychologiczny mechanizm. Godowy! Naturalny! Może więc zrobić coś, co będzie sygnałem – „teraz seks”! Na przykład ona wie, że dzieci dziś nie ma, więc wkręca w sypialni czerwoną żarówkę. On to widzi, kiedy już, wracając do domu, parkuje samochód. To jak sygnał godowy u ptaków: więc on zaczyna myśleć o seksie. Ważne, żeby oboje byli zaangażowani w to, by ten seks skonsumować, kiedy się da i jak najmilej. Więc on ją obłapia, kiedy ona wkręci tę żarówkę. Podobnie się zachowuje, jak widzi, że ona założyła czerwone stringi, a nie te majty z Hello Kitty.

Niespodzianka może pomóc? Fajna rzecz, niespodzianka. Ona tym razem wcale nie ma majtek i mówi mu to, kiedy on wchodzi do domu. Dodając, że są i będą sami. Męska wyobraźnia sprawi, że wiele więcej nie będzie musiała zrobić. Oczywiście niektórym się nie chce przebierać albo się wstydzą rozbierać… Mówią, że takie czerwone żarówki czy majtki to głupoty. Ale oni właśnie konsekwentnie dążą ku rutynie, nudzie i rozstaniu albo zupełnemu sflaczeniu. Bo to, że nam się nadal chce siebie, to też dowód, że wciąż jesteśmy dla siebie ważni. Czasem więc gdy brak pomysłu, warto po prostu swojemu facetowi ściągnąć spodnie i tak mu pokazać, że się go pragnie. Że on tobie jest naprawdę potrzebny właśnie do seksu.

A nie można jakoś romantyczniej?
Jasne! Fajnie jest, gdy on wysypie ci różami drogę do łóżka, a na poduszce usypie serce z ich czerwonych płatków. Ale zazwyczaj na to nie ma czasu. Jeśli wejdzie do sypialni z różą w zębach, którą zerwał w ogródku, i położy ją na poduszce, to już coś. A ty możesz mieć specjalną pościel na seks, taką z czarnego atłasu. Albo fioletowego. Możesz też mieć specjalny zapach, jaki roztoczysz w domu, gdy uda ci się dzieci upchnąć sąsiadce. On wchodzi, czuje ten zapach, i już ma ochotę!

Dzieci zasnęły i trzeba cicho, żeby ich nie zbudzić... Zamknąć drzwi na zamek. To właściwe. Dorośli mają prawo do intymności. Jeśli nawet dziecko zapłacze, to nic złego się nie stanie. Można iść sprawdzić, co się dzieje, ale nie dać się wybić z erotycznego stanu. Czyli nie dać dojść do głosu idiotycznemu poczuciu winy: „Zapomniałam o dzieciach! A mówiłam mu, żeby dał spokój! Tak mnie poniosło, tak nie może być! To niedopuszczalne, jestem złą matką”. To bzdury! Masz prawo bzykać się ze swoim mężem, partnerem, mężczyzną. To żadna krzywda dla twoich dzieci. To nawet dla nich lepiej! Bo rano będziesz milsza, mniej zestresowana, mniej napięta. Zadowolona ze swojej kobiecości. Bo seks daje szczęście, spełnienie. A taka matka to lepsza matka niż ta napędzana poczuciem winy. Dla dzieci najważniejsze to wiedzieć, że rodzice się kochają, lubią, szanują. To dla nich szczęście. Poczucie bezpieczeństwa. Jeśli rodzice są szczęśliwi, to i dzieci.

Pisze o tym Wojtek Eichelberger w „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, że warunek ich szczęścia to szczęście rodziców.
Właśnie. Dlatego kiedy drzwi są zamknięte i dzieci się dobijają, powiedzmy: „My się z tatusiem kochamy i proszę nam nie przeszkadzać”. Albo inaczej: „My się tu z tatusiem bawimy i proszę nam nie przeszkadzać, kiedy ty się bawisz, my ci też nie przeszkadzamy”. Zacznijmy traktować seks jako coś naturalnego. Nie nadawajmy mu żadnego złego znacznie. Jest elementem życia. Dzieci tak wychowane mają więcej szansy na szczęście, kiedy dorosną.

Ale drzwi mają być zamknięte?
Oczywiście dla dziecka, szczególnie małego, to, co robią dorośli, jest nie do ogarnięcia i nie powinno tego wiedzieć. Trzeba mówić o miłości, ale to ma być dopasowane do ich wieku. Kochamy się, bawimy, to wystarczy. Możemy za to przy dzieciach okazywać sobie czułość. To wskazane – niech się tego uczą. Można się całować, przytulać. „Kochanie, gdybyśmy tego nie robili, ciebie by na świcie nie było, bo dzieci rodzą się z miłości”. To jest wychowanie dzieci do miłości. Uczy je naturalnego podejścia do seksu. I dziś już jest coraz więcej takich małżeństw, które w naturalny sposób podchodzą do seksualności.

Nic złego dla dzieci nie ma w tych zamkniętych drzwiach do sypialni rodziców?
Nic. Gorzej, gdy dzieci widzą, że jedno z rodziców (niestety zazwyczaj matka) manipuluje seksem i te drzwi są zamknięte tylko wtedy, gdy zmusi ojca do tego, czego chce. Źle jest też kochać się zbyt głośno przy dzieciach, bo to może je przerazić.

A jak kobieta może swojemu mężczyźnie pomóc, jeśli chce seksu na zawołanie?
To też wymaga strategii długoterminowej. A więc zawsze przy innych go chwalić, mówić: „Jak on potrafi herbatę zaparzyć i samochód wyszykować na podróż! A jako mężczyzna!? No palce lizać!”.

A jak się zagapiło i nie chwaliło? A tu nagle możliwy jest seks? Zawołać sąsiadów i wychwalać partnera – jaki cudowny?!
Możesz spróbować, bo lepiej kiedyś zacząć. Ale warto robić to zawsze przy okazji, a wówczas, w chwili wolnej na seks, nasz pan stanie na wysokości zadania. Właśnie! Może nie stanąć, jeśli jest naprawdę zmęczony. Wraca z pracy, a tu ona czeka naga w łóżku bez żadnych ostrzeżeń i sprawdzenia, co on na to.

Przestraszy się?
Może nie przestraszy, ale powie: „Ooo, chora jesteś”. Nawet jeśli będzie bardzo chciał, może mu nie starczyć sił, by sprostać takiej seksprowokacji. No chyba że ma 25 lat. Wtedy trudno go aż tak czymkolwiek zmęczyć. Ale jeśli ukochany ma ponad czterdzieści, to zanim skoczy się na niego, trzeba sprawdzić, czy nie zmęczony. Czy nie dostał od szefa po uszach, czy nie stracił pieniędzy w jakiejś inwestycji. Bo jeśli tak – niczym go nie wzruszysz. I ważne! Jeśli ty go prowokujesz, dzieci nie ma, teściowa na Majorce, a w robocie laba, i mu nie staje – nie obrażaj się. To nie znaczy nic poza tym, że mu nie staje. Może cię pragnąć i kochać, ale coś go uwiera w duszę albo jego ciało zaczyna chorować i trzeba to sprawdzić, zanim oskarży się go o romans czy brak uczuć.

Nie ma niezawodnego sposobu? Czytam w poradniku Mastertona, że jeśli ona usiądzie na jego biurku i zademonstruje, iż nie ma bielizny, to żaden on nie będzie dalej klikał. Można spróbować, ale i tak radzę nie obrażać się, jak powie: „Nie teraz, kochanie”. Co prawda mężczyźni są wzrokowcami i zawsze jeśli kobieta pragnie seksu, to powinna odsłonić kawałek piersi, poruszać pupą czy zamachać mu nogami przed nosem. Warto poprzeciągać się jak lamparcica. Westchnąć, oblizać. No wszystko, co pokazuje, że jest miła, miękka i spragniona seksu. Ale mężczyzna też człowiek i mimo to może nie móc. Zwłaszcza gdy tego seksu długo nie było i on długo się hamował. To teraz od razu tego hamulca nie zwolni. Łatwiej o pożądanie na zawołanie, gdy seks jest częsty. Wtedy te neuronowe połączenia, te hormony i nasze ciało działają automatycznie i bez oporu. Mówiąc po ludzku, są przyzwyczajone do podniecenia i spełnienia. Gdy kochamy się od wielkiego dzwonu, trudniej i jemu, i jej.

Po pracy i wyprawieniu dzieci do kina mimo szczerych chęci może człowiek po prostu zasnąć.
I też nie szkodzi. Ważne, by miał ten człowiek w głowie, że jest coś wspaniałego, czyli seks ze śpiącym obok Tygrysem albo Tygrysicą. Bo wtedy kiedy się zbudzi...

  1. Psychologia

Zagadka miłości, czyli dopasowanie partnerskie. Czy istnieje test dopasowania par w związku?

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego jestem z nim? Dlaczego właśnie ona? Co tak naprawdę sprawia, że zakochujemy się w konkretnych osobach? „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna” – filozofował kiedyś Blaise Pascal. Współcześni badacze związków przyznają mu rację, a nawet idą dalej. Ich zdaniem partnerów szukamy zgodnie z pewnym kluczem, który otwiera drzwi do naszej przeszłości.

Według antropologów i ewolucjonistów kieruje nami instynkt przedłużenia gatunku. Zdaniem poetów i filozofów – kochając, chcemy dotrzeć do absolutu, dopełnić siebie. Psycholodzy sytuują się gdzieś pomiędzy tymi biegunami, stojąc na stanowisku, że choć nie do końca kontrolujemy potężną siłę, jaką jest pociąg fizyczny, to mamy jednak wpływ na to, z kim się wiążemy. Co więcej, to od nas zależy, kto wzbudza nasze zainteresowanie. Bo to my sami opowiadamy sobie o miłości.

W tym szaleństwie jest metoda

„Bezsenne noce i niespokojne dni. Fale ekstazy lub lęków, marzenia w trakcie lekcji lub pracy, zapominanie płaszcza, przegapianie skrętu, sprawdzanie telefonu czy rozmyślanie nad wypowiedzią – dręcząca tęsknota za następnym spotkaniem z nim lub z nią” – tak opisuje zakochanie lub inaczej miłość romantyczną antropolożka i badaczka relacji miłosnych Helen Fisher w swojej słynnej książce „Anatomia miłości”. Ten stan, dobrze znany większości z nas, przez wieki nie był traktowany poważnie. W najlepszym razie przyrównywano go do choroby, gorączki czy chwilowej utraty przytomności. W najgorszym – jak robił to Zygmunt Freud – był odrzucany i banalizowany (twórca psychoanalizy widział w zakochaniu zahamowany lub odwlekany popęd płciowy). Długo nie był także obiektem zainteresowania naukowców. Wszystko zmienił wiek XX. Można powiedzieć, że zaczęliśmy badać miłość na potęgę. Kiedy małżeństwa przestały być wyłącznie aranżowane, zawierane z rozsądku, przyczyn ekonomicznych czy dla aliansów rodowych – zaczęliśmy się zastanawiać, co tak naprawdę popycha nas w ramiona konkretnych osób.

Najpierw zwróciłam uwagę na jego akcent, cudowny irlandzki akcent. Z wyglądu też mi się spodobał, choć nie był raczej w moim typie. Ale ten akcent! Kiedy już razem zamieszkaliśmy, mogłam go słuchać godzinami, choćby nawet mówił głupoty czy recytował listę zakupów – opowiada Katarzyna, lat 45, swojego obecnego męża zna od 15 lat. Od razu między nami kliknęło. Pomyślałam, że to jest wymarzony facet dla mnie. Może to przez tę jego pewność siebie, a może zabawny błysk w oku… Pamiętam, miałam poczucie, że strasznie chciałabym z nim być, ciągnęło mnie do niego. Podobało mi się, że on ciągle myślał o tym, jak uatrakcyjnić nam wspólnie spędzany czas. Wcześniej w związkach tego nie miałam, czułam się jakby zostawiona sama sobie. A on od początku pielęgnował naszą relację, starał się, by była ekscytująca. I to się nie zmieniło do dziś. Podoba mi się też to, że dba o siebie. I że mnie rozśmiesza. Non stop. Nie mogłabym być z facetem, który nie potrafi mnie rozśmieszyć. Kiedy patrzę na moich poprzednich partnerów, to widzę, że każdy był zupełnie inny i ja się do nich dopasowywałam. Zwłaszcza w ostatnim związku miałam poczucie, że udaję kogoś innego, i strasznie źle się z tym czułam. On nigdy niczego ode mnie nie wymagał, zaakceptował mnie taką, jaką jestem, wariatkę.

Ilustracja Ada Dziewulska Ilustracja Ada Dziewulska

Jedną z pierwszych prac na temat zakochania było klasyczne dzieło Amerykanki Dorothy Tennov „Love and Limerence” [Miłość i limerencja]. Tennov przebadała 400 osób i na podstawie ich odpowiedzi, dzienników oraz osobistych zapisków wyodrębniła zestaw cech wspólnych dla zjawiska zakochania (które nazwała limerencją). Ustaliła, że pierwszym etapem zakochania jest moment, w którym dana osoba zaczyna nabierać dla nas wyjątkowego znaczenia, wyróżniać się spośród innych (naukowcy nazywają to wydatnością). Następnie umysł opanowują myśli związane z obiektem miłości. Zaczyna się etap fiksacji – trudno skupić się na czymkolwiek innym. Po nim następuje krystalizacja, czyli upiększanie obiektu naszych westchnień. Nie ma on nic wspólnego z idealizacją – osoba zakochana widzi wady drugiej osoby, ale uznaje je za urocze. I ten właśnie etap trwa najdłużej. Towarzyszą mu przeplatające się ze sobą uczucia: pragnienia, nadziei i niepewności. Wszelkie przeciwności losu jedynie wzmagają namiętność i żądzę, za to oddalenie od ukochanego lub ukochanej wywołuje lęk separacyjny. Wielu respondentów mówiło o nieśmiałości, niecierpliwości, strachu przed odrzuceniem, ale też zazdrości. Wszyscy doznawali przypływu energii albo chwilowej utraty podstawowych umiejętności (choćby mówienia pełnymi zdaniami). Najbardziej jednak podkreślali uczucie bezradności oraz wrażenie, że ich miłosna obsesja wymyka się ich woli, jest nieokiełznana. I właśnie za ten huragan emocji jest odpowiedzialna biologia.

Weźmy choćby naszą indywidualną woń. Każdy z nas ma swój zapachowy odcisk palca, który wzmacnia się w okresie dorastania – ten najbardziej uwodzący kryje się w dołach pachowych, wokół brodawek piersiowych i w okolicach krocza. Baudelaire twierdził, że w tym erotycznym pocie kryje się ludzka dusza. Helen Fisher mówi, że jeśli poznajemy nową osobę i uznajemy ją za atrakcyjną, to prawdopodobnie podoba nam się jej zapach. A to już wstęp do romansu. Według tych samych kryteriów znaczenie ma też wygląd, najlepiej ten znamionujący dobre zdrowie i silne geny. Gładka skóra, symetryczna twarz, grube włosy czy długie nogi – to one mają być gwarancją równie zdrowego i długo żyjącego potomstwa. Od lat dowodzi tego w swoich badaniach psycholog ewolucyjny David M. Buss, autor m.in. „Ewolucji pożądania” – i często bywa krytykowany za sprowadzanie nas do czystego popędu. Jego zdaniem człowiek, tak jak każdy ssak, po prostu szuka partnera, który jest najlepszym reproduktorem.

Inne badania oraz wiekowa już praktyka psychoterapeutyczna dowodzą jednak, że naszymi wyborami steruje coś o wiele większego i bardziej skomplikowanego. Nieuświadomiona lista cech, jakich poszukujemy u idealnego partnera – tak zwana mapa miłości. Zaczynamy ją tworzyć w naszych głowach już w okresie dzieciństwa – od piątego do ósmego roku życia – pod wpływem osób, które nas otaczają, doświadczeń i luźnych skojarzeń. W miarę naszego dorastania mapa ta nabiera swojego ostatecznego kształtu. I kiedy spotykamy kogoś, kto zdaje się odpowiadać wymaganiom z tej listy, zadurzamy się w nim, projektując na niego całą resztę punktów, których prawdopodobnie wcale nie spełnia.

Najbardziej pociągało mnie to, że ja byłam taka grzeczna i ułożona, a on był starszym – bo chodził wtedy już do czwartej klasy liceum – łobuzem. I jeszcze te jego niebieskie oczy. Na początku przynosił mi tyle kwiatów, ile miesięcy się znaliśmy – opowiada Justyna, 35 lat, która w mężu zakochała się już jako 16-latka.  Jak patrzę na romantyczne filmy, to wszystko mi się przypomina. Był moją pierwszą i naprawdę spełnioną miłością. Przez te wszystkie lata nigdy nie usłyszałam od niego, że czegoś nie mogę, że nie powinnam. Jak wpadałam na jakiś pomysł, to zawsze mówił: „rób to, działaj”. Zna mnie lepiej niż ja sama siebie. Też się go nauczyłam. Zaakceptowałam to, jaki jest: czasem gburowaty i oschły, nie przyjdzie i nie przytuli się, nie powie: „kocham”, ale za to umyje mi auto, no i co tydzień wita mnie bukiet w wazonie. Co buduje nasz związek? Chyba nasza codzienność. Ale lubię też, jak od tej codzienności uciekamy: wyjeżdżamy gdzieś tylko we dwoje. Pewnie, że można mieć wiele związków z różnymi osobami i przeżywać z nimi fantastyczne rzeczy, ale możesz to wszystko mieć też z tym jednym mężczyzną. Wystarczy stworzyć do tego odpowiednie warunki.

Czego jeszcze dowiedzieliśmy się od naukowców? Że pociągają nas tajemnica i łamanie tabu. Badania przeprowadzone w izraelskich kibucach dowiodły, że rzadko jest nas w stanie zachwycić ktoś, kogo doskonale znamy. Za to ktoś trudny do zdobycia  – od razu. „Nic dziwnego, że ludzie zakochują się w czyichś mężach lub żonach, cudzoziemcach czy osobach, od których oddziela ich bariera pozornie nie do pokonania” – konstatuje Helen Fisher. Nie bez znaczenia jest też właściwy moment. Jesteśmy bowiem bardziej podatni na zakochanie, gdy poszukujemy przygód, czujemy się samotni, trafiamy do obcego kraju czy właśnie wchodzimy na nowy etap życia. Antropolodzy wspominają też o „dodatnim kojarzeniu selektywnym”, co znaczy, że podobają nam się osoby o podobnym do nas pochodzeniu społecznym, etnicznym, wykształceniu, zewnętrznej atrakcyjności i inteligencji oraz podobnych wartościach. Fisher podkreśla różnice w temperamentach (czyli cechach dziedzicznych, względnie stałych i mających związek z określonymi genami i hormonami). W swoich badaniach ustaliła, że ludzie spontaniczni, pomysłowi, ciekawscy, szukający nowinek i przygód (czyli z cechami związanymi z układem dopaminowym) szukają osób takich samych jak oni. Podobnie mają osoby z cechami związanymi z układem serotoninowym – czyli spokojni, ostrożni tradycjonaliści. Też ciągną do swoich. Natomiast mężczyźni i kobiety, u których na pierwszy plan wysuwają się cechy związane z testosteronem i estrogenami, wykazują odmienne cechy – pociągają ich przeciwieństwa.

Opowiedz sobie o miłości

Przyciągnął mnie spojrzeniem – mówi Joanna, lat 40, z mężem mają trójkę dzieci. Wypatrzyliśmy siebie nawzajem w tłumie na imprezie. Ten pierwszy impuls był więc czysto fizyczny. Spodobało mi się, że on jest muzykiem, dodało mu to atrakcyjności, wyróżniło. Potem zafascynowaliśmy się sobą też intelektualnie. Okazało się, że mamy podobne poglądy na wiele spraw, że bardzo ważna jest dla nas rodzina. Na początku to była więc sielanka, błogostan. Aż pojawiły się pierwsze przeszkody. Najpierw nie spodobałam się jego mamie, co skomplikowało sprawy między nami. Mieliśmy krótką przerwę, i znów kolejną. Rozstawaliśmy się i ponownie schodziliśmy. Odkrywaliśmy, że bez siebie trudno nam żyć, po czym kiedy znów byliśmy razem, pojawiały się nowe problemy. Najtrudniej było, kiedy wyjechał za granicę na kontrakt, półtoraroczny. Myślałam, że nie uda nam się już tego posklejać. Ale po jego powrocie się zaręczyliśmy. Myślę, że w sumie całe życie zmierzałam do podobnego modelu związku, jaki obserwowałam jako dziecko. A teraz buntuję się przeciwko tym samym rzeczom, przeciwko którym buntowała się moja mama. Ale dajemy radę. Związek to nie jest bajka o rycerzu i księżniczce, tylko ciągła praca. Najbardziej chyba umocniły nas dzieci. Pewne rzeczy zeszły przy nich po prostu na dalszy plan. Nadal go kocham, ale teraz czuję większą motywację, by być razem.   

„Mamy skłonność do zakochiwania się w osobach, których opowieści są takie same lub podobne do naszych, ale których role w tych opowieściach są uzupełnieniem naszych ról” – czytamy w książce „Miłość jest opowieścią” amerykańskiego psychologa Roberta J. Sternberga. Jego koncepcja opowieści o miłości jest jedną z najciekawszych psychologicznych prób wyjaśnienia fenomenu zakochiwania się i łączenia w pary.

Sternberg w latach 80. XX wieku stworzył teorię, według której miłość składa się z trzech czynników: namiętności, intymności oraz zaangażowania – co potem rozwinął prof. Bogdan Wojciszke. Jakiś czas temu Sternberg wzbogacił ją o nowy element: podstawowe schematy narracyjne przeżywania miłości. Jego koncepcję z grubsza można porównać do wspomnianej mapy miłości, ale Sternbergowskie opowieści są znacznie bardziej złożone i głębsze. Chodzi w nich bowiem o naszą filozofię miłości, jej wizję, którą nosimy w sobie. Stworzyliśmy ją na podstawie własnych doświadczeń, braków i zasobów, ale też kulturowych tropów. Sternberg twierdzi, że konkretne opowieści są połączeniem cech tych osób z naszej przeszłości, które pragnęliśmy mieć, ale z jakichś powodów nie mogliśmy. Rodzica, który wyprowadził się z domu po rozwodzie, przyjaciela, który porzucił bez słowa, chłopaka, który złamał serce czy koleżanki, która nas wyśmiewała w szkole. To na bazie tych strat tworzymy, zazwyczaj nieświadomie, połączenie cech, których zostaliśmy pozbawieni w przeszłości. Przy czym zwykle mamy jedną dominującą opowieść i jedną wspierającą, towarzyszącą.

Ilustracja Ada Dziewulska Ilustracja Ada Dziewulska

Aby rozszyfrować swoją opowieść, wystarczy ją sobie… opowiedzieć. Ale tak naprawdę opowiedzieć. Nie skupiać się jedynie na powierzchownych informacjach w stylu: „Poznałam go na wakacjach, lubiliśmy spacerować przy zachodzie słońca”. „Musisz skoncentrować się na tym, co te zdarzenia dla ciebie oznaczały, a nie tylko na tym, czym obiektywnie były” – instruuje Sternberg. Warto też zastanowić się nad typami ludzi, którzy nas pociągają, oraz nad tym, jakie sytuacje zwykle przytrafiają nam się w związkach z nimi. Albo przypomnieć sobie historie o miłości, których lubimy słuchać, filmy, jakie najchętniej oglądamy czy powieści, które nas wzruszają. „Anna Karenina”, a może „Pożegnanie z Afryką”? „Millennium” czy „Pamiętnik”? To wszystko są cenne wskazówki. Można też oczywiście zapoznać się z definicjami podstawowych schematów narracyjnych. Sternberg w swojej książce opisuje ich 26, ale podobno już zidentyfikował ich 27 i, jak twierdzi, w rzeczywistości może ich być 50, 100, a może nawet 200. Wśród nich jest na przykład opowieść o nauczycielu i uczniu – gdy jedna osoba prowadzi drugą przez życie. Jeśli postrzegasz siebie jako nauczyciela, nieświadomie będziesz szukała ucznia. A z czasem może będziecie się tymi rolami wymieniali. Wśród innych opowieści tego typu znajdziesz tę o poświęceniu (jedna osoba idzie na ustępstwa, a druga z tego korzysta), o rządzeniu (jedna osoba ma władzę nad drugą), ale i o policjancie i podejrzanym (jedna osoba kontroluje drugą). Z kolei w opowieści science fiction ceni się dziwność lub niezwykłość partnera. W opowieści o dziele sztuki – jego wygląd. Opowieść o domu i ognisku domowym mówi o tym, że związek jest sposobem na stworzenie pięknego i przytulnego domu. W opowieści o rekonwalescencji związek służy do wyleczenia się z jakiegoś rodzaju traumy. W opowieści o grze – stanowi rozgrywkę, w której każde z partnerów chce zdobyć przewagę.

Są też narracje, które skupiają się na współpracy obojga partnerów: w opowieści o podróży miłość jest drogą, a partnerzy pracują wspólnie nad tym, by obrać właściwy cel i do niego dotrzeć. W opowieści o szyciu i dzierganiu związek „zszywa się” lub wspólnie „dzierga”. W opowieści o ogrodzie partnerzy pielęgnują swój związek tak, jak ogrodnik dba o swoje kwiaty. Ale jest też opowieść wojenna – gdzie jak kochasz, to się stale kłócisz. Czy baśniowa – jesteście jak książę i księżniczka albo królewna i rycerz. W opowieści teatralnej oboje chcecie ciągle odgrywać jakąś rolę, w opowieści tajemniczej pragniecie wciąż odkrywać się nawzajem, a w opowieści humorystycznej cenicie w sobie najbardziej to, że umiecie się rozśmieszyć.

A ty, co dziś opowiesz sobie na dobranoc?

  1. Seks

Dlaczego kobieta pożąda właśnie tego mężczyzny? Pożądanie a płeć

W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
Kobieca namiętność? To wielka tajemnica. Oczywiście, jest literatura, są badania – mówi seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Jednak to, dlaczego ta konkretna kobieta pożąda tego właśnie mężczyzny, a tamtego wcale, wymyka się kontroli badaczy. Może nie tylko badaczy? Przecież czasem ona sama nie wie, skąd ta namiętność albo jej brak.

Kobiece pożądanie jest jak szwajcarski zegarek. Wszystkie trybiki, ząbki i kółeczka muszą chodzić i tykać równo, uważa seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Ale i to za mało. Już w pismach indyjskich i egipskich przeczytamy, że kobiece pożądanie jest związane z Księżycem. Po miesiączce namiętność rośnie, a po owulacji maleje. Raz bardziej podniecający są mężczyźni w typie Rambo, a kiedy indziej ci jak św. Józef, opiekuńczy. Bo kobieta szuka najpierw najlepszego materiału genetycznego, a potem najlepszego ojca dla swoich dzieci. A wracając do trybików, ząbków i kółek – pierwsze i, wydawać by się mogło, najważniejsze z nich to miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę.

Żona mentora, czyli podziw to za mało

Piękna blondyna i wysoki brunet. Barbie i Ken. Była między nimi chemia. On jest spełnieniem jej marzeń: wysoki, wysportowany, znany erudyta. Ale co z tego, skoro ona teraz go już nie chce. Dlaczego? Sama nie wie.

– Psycholog ewolucyjny prof. David Buss wyliczył 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. Jak znaleźć te, które warunkują pożądanie tej właśnie kobiety? To wymaga czasu – mówi Gryżewski. – Większość pacjentów rezygnuje po pół roku, bo się nie udaje albo przeciwnie – udaje się, a to budzi lęk przed konfrontacją z jakimś trudnym czy bolesnym wydarzeniem. Idą więc do kolejnego specjalisty, bo: „ten za głupi”. A tam znów to samo. Ja byłem ich piątym seksuologiem. Po półtora roku ruszyliśmy z miejsca dzięki temu, co pacjentce się przyśniło.

Ten sen był o wujku, którego nie znosiła, tyranie, który mówił ludziom, jak mają żyć. Wyśniła, że na imprezie rodzinnej jej mąż siedzi na miejscu wujka. Po półtora roku terapii nagle się ocknęła, że tego, co w mężu podziwia (mówi innym, jak powinni postępować, dla wielu jest mentorem), nie znosiła u wujka. Był mężem siostry jej mamy, co też miało znaczenie, bo mama, mówiąc oględnie, była średnia. Tymczasem siostra: super! I ona chciała, żeby to ciocia była jej mamą! A ten wujek niszczył jej ciocię, jak teraz jej mąż ją!? – Ja jestem jak moja ciotka! – powiedziała. – Ty mnie wciąż krytykujesz!

Kiedyś machała na to ręką. Gdy jednak popsuły się jej relacje z matką i straciła pracę, nie miała już siły na odpieranie ataków męża. Zostało tylko jedno... jakoś go zmienić. „Sny to głupoty!” – powiedział jak typowy człowiek, odcięty od uczuć. Po kilku miesiącach zaczął jednak empatyzować z żoną, gdy zobaczył, jakie trudne doświadczenia ma za sobą. Przestał ją traktować jak wspólnika, a zaczął łagodnie, jak swoją kobietę. I nagle trybiki zaczęły się kręcić... Ona sama zainicjowała seks. Bo trybikiem, który nie działał jak należy, było zaangażowanie emocjonalne mężczyzny. Kochał, ale żył obok, nie dawał wsparcia tak na co dzień.

Żona bawidamka, czyli wierność nie wystarczy

Jej ojciec był seksoholikiem, więc nieświadomie szukając kogoś podobnego, doprowadziła do ołtarza znanego warszawskiego adwokata i bawidamka. Poczucie wartości dało jej to, że zrobiła coś, co nie udało się jej matce. Jej mąż sypia tylko ze swoją żoną. A jednak widzi, że ciągnie wilka do lasu. I w sklepie, i na siłowni, i w pracy lubi poflirtować. Cóż z tego, że zapewnia ją, że jest wierny jak pies. Ona mu już nie ufa i nocami, zamiast się z nim kochać, fantazjuje o seksie z nudnym bibliotekarzem. Fantazjuje, bo ma libido tak silne jak mąż. Przyszli do seksuologa, bo on miał dość. Sfrustrował się! Przed ślubem, kiedy tylko chciał, mógł kochać się z wieloma kobietami. Ale ona go kusiła, obiecywała, że to, czego do tej pory doświadczył, to nic przy tym, co z nią przeżyje po ślubie. Uwierzył, przestał zdradzać, a ona po jego „póki śmierć nas nie rozłączy” zablokowała się na seks! Dlaczego? Bo uważa, że on ją kiedyś zdradzi. Jego zapewnienia, że kocha i chce być wierny, spływają po niej jak woda po kaczce. „Jeśli to się nie zmieni, to spełnią się jej obawy i poszukam szczęścia poza domem”.

– No właśnie! Ona tego nieświadomie pragnie! – mówi Gryżewski. – Miłość do ojca każe jej prowokować partnera do zdrady, potwierdzić schemat, że mężczyzna nie może być wierny. Na ołtarzu uczucia do ojca, który zmarł przed kilkoma laty, złożyła swoją namiętną miłość do mężczyzny, który dla niej stał się monogamiczny i z którym była szczęśliwa w sypialni. Terapia w takim przypadku nie jest prosta, bo trzeba sięgnąć znacznie głębiej, niż pacjentka chce. Łatwiej powiedzieć, że jej mąż lada chwila skoczy w bok i dlatego ona mówi „nie” – podsumowuje Gryżewski. – Kobiety mają ogromną władzę nad swoim pożądaniem, choć uważają, że są wobec niego bezsilne. Mogą nie reagować na superpodniety i nawet na głos serca, jeśli uznają, że pożądanie jest złe. Jak je wtedy przekonać? To tak samo trudne jak odkrycie tajemnicy, która każe im mówić „nie”, choć chciały powiedzieć: „tak!”. A ta pacjentka nie chce tego wiedzieć. Gdybym jej to powiedział, więcej by na terapię nie przyszła. Albo sama odkryje tę prawdę, albo pozostawi swoją namiętność na zawsze w cieniu miłości do ojca.

Żona biznesmena, czyli matkowanie nie jest sexy

Firma początkowo szła mu świetnie, potem przyszedł krach i zbankrutował. A że łączył swoją tożsamość z firmą, pogubił się. Nie była to depresja, ale razem z firmą posypało się jego poczucie wartości. I nie mógł ogarnąć się z natłokiem myśli: co robić, gdzie zarobić? W niej to wyzwoliło uczucia matczyne: zatroszczyła się o niego. Znała rolę opiekunki z obserwacji matki i przez rok grała ją z powodzeniem. Mąż był zadowolony, bo całkiem zapomniał, kim jest.

Pojawił się jednak pewien minus – ona straciła ochotę na seks z nim. Po roku matkowania mężowi jej pożądanie wzbudził szef. Jak pisze psycholożka ewolucyjna Cindy Meston, autorytet w badaniach kobiecego pożądania, kobiety ciągnie do mężczyzn bogatych, sławnych, silnych. A szef to był samiec alfa. Czerpała od niego energię. Mówiła, na co ma ochotę, zarządzała sekscesy: w samochodzie w ślepej uliczce albo w centrum handlowym, a on to realizował. Seks z szefem nie był waniliowy jak ten z mężem, ale pełen namiętności i agresji. Przy szefie była jak ladacznica, przy mężu jak Madonna – ciepła i wyrozumiała, dużo dawała, ale niewiele dostawała w zamian. Po roku zobaczyła, że to do niczego nie prowadzi. Zerwała z kochankiem i poszła na psychoterapię, poznała wyniesione z domu mechanizmy i postawiła mężowi granice: „Już ci nie będę pomagała, oczekuję, że się pozbierasz”.

– Pułapką w okazywaniu troski jest to, że kiedy ją okazujemy, czujemy swoją ważność i wartość – mówi Andrzej Gryżewski. – Mąż tej pani zaczął pracować nad samooceną, żeby się wzmocnić, zautonomizować. Jeśli mu się uda, seks wróci, bo trybik, który musi pasować, by kobieta pragnęła mężczyzny, to jego autonomia. Tymczasem dziś coraz więcej mężczyzn ją traci i zdaje się na partnerki. Wielu mężczyzn strzela sobie w kolano, bo z jednej strony chcą seksu, a z drugiej – pokazują kobiecie, że jej potrzebują. Nie, że pragną, ale, że potrzebują, a to różnica. Sygnały, które mówią: „Ja ciebie pragnę”, są inne niż te znaczące: „Zaopiekuj się mną”. Te ostatnie wyzwalają w partnerce matczyne uczucia, a wtedy ona sięga do zupełnie innej szuflady niż ta, w której trzyma czerwoną bieliznę. Kiedy kobieta ma włączony tryb „opiekunka/matka”, jest odcięta od seksualności. Musi zobaczyć, że jej mężczyzna jest samodzielny, by pozwolić sobie na przejście w tryb „partnerstwo/współżycie”. Mężczyzna takiego problemu nie ma, on umie w sekundę przełączyć się z funkcji „opieka” na tryb „seks”. Kobiety są od tysięcy lat przygotowywane do roli kogoś, kto pomaga, dlatego tak łatwo je w tę rolę wepchnąć. Potem bojkotują próby męża chcącego stanąć na własnych nogach, żeby nie stracić źródła poczucia wartości – mówi Gryżewski. – Kobieta, zanim zechce oddać się mężowi, musi się nauczyć przyjmować od niego pomoc. Mężczyzna może ją w tym wesprzeć, stawiając granice jej nadopiekuńczości: „Dziękuję, ale już nie potrzebuję twojej pomocy, teraz to ja mogę pomóc tobie”.

Żona policjanta, czyli kochać to za mało

Był komandosem, a teraz pracuje w policji. Budzi respekt. Kiedy został szefem komisariatu, gdzie za biurkami siedziały same obiboki i awanturnicy, wystarczyły mu trzy miesiące, by wszystkich ustawić. Ona myślała, że to taki miś! Miły i dobry, który wszystko łagodnie potrafi ogarnąć. Kiedy poszła do niego do pracy i zobaczyła, jak wszyscy stają przed nim na baczność, pomyślała, że jeśli on jest miś, to grizzly. Silny i autonomiczny. I poczuła namiętność, co było do przewidzenia dla każdego seksuologa, bo to cechy mężczyzny, jakiego kobiety pragną. Ale i tak tego wieczoru usłyszał od niej: „nie”. Zazwyczaj mężczyźni przychodzą do seksuologa i walą pięścią w stół: „Chcę seksu!”. Kobieta mi odmawia! A on, słysząc: „Dziś nie”, mówi: „Nie ma sprawy, poczekam...”.

Ona go kocha, nie może też nic mu zarzucić. Spełnia jej zachcianki, adoruje ją. Żywe marzenie wszystkich kobiet, jeśli wierzyć teorii, bo to Rambo i św. Józef w jednej osobie. Dlaczego więc ona nie ma na niego ochoty?

Przyznała się, że jej rodzice pili, że w domu bywali obcy mężczyźni, zdarzało się, że przystawiali się do niej. Wykazał się empatią i w łóżku jest bardzo delikatny. Wie, co ona przeszła. Nie chce jej zranić. Ale to też za mało. Dlaczego?

– Z domu rodzinnego wyniosła wiele negatywnych uczuć: lęk, żal, poniżenie, chaos. Wybrała partnera, który daje jej  wszystko, czego nie dostała w rodzinie – mówi Gryżewski. – Ale seks łączy się z niepewnością, agresją seksualną, dominacją i podporządkowaniem: ktoś jest wyżej, ktoś niżej, a ona tych uczuć nie chce przeżywać. Zaznała ich aż nadto, gdy była dzieckiem. Dlatego, choć go kocha, nie może go pożądać. Musiałaby cofnąć się do dzieciństwa, przepracować stary lęk, że ktoś jej nadużyje, bezradność i poniżenie. Jeśli przedtem wzbudziłaby w sobie pożądanie, otworzyłaby puszkę Pandory. Przypomniała sobie, że dotykał jej tamten znajomy rodziców, i poczułaby się dziewczynką. Potrzebuje wzmocnić poczucie wartości, nim zmierzy się z traumami dzieciństwa, zobaczy, że już nie są dla niej groźne. Jeśli nie odważy się, nie pozwoli sobie na pożądanie. Nad tym pracuje na terapii. Ile to potrwa? Teraz, kiedy już wie, gdzie tkwi problem, zaczyna… rozrzedzać spotkania.

W lustrze jego oczu

Andrzej Gryżewski: – Kobiety uważają, że to nie od nich zależy, czy czują namiętność, ale kiedy pytam, dlaczego nie czują pożądania – zaczynają wymieniać rzeczy, które im zabierają libido: praca (konflikty z szefem i kolegami), drugi etat w domu – dzieci (czasem dają im tyle czułości, że część potrzeb seksualnych jest zagłuszona), a w weekendy – zajęcia związane z samorozwojem (dodatkowe szkolenia). Gospodarka rabunkowa zabiera pożądanie. A zwłaszcza te wszystkie „musisz” i „powinnaś”.

Seksualność kobieca jest narcystyczna i autoerotyczna, pisze dr Flávio Gikovate, brazylijski filozof i psychoterapeuta. Kobiety, a przynajmniej większość z nich, osiągają seksualną satysfakcję, gdy czują, że ich ciało jest obiektem pragnienia, gdy przeglądają się w męskich oczach i męskim pożądaniu. To syci ich narcyzm i namiętność ciała. Wyrozumiały i empatyczny policjant z ostatniej historii też musiał coś w sobie zmienić, by żona miała motywację, by spojrzeć w twarz swoim traumom. Zawalczyć o to, by go pragnąć. Musiał nauczyć się okazywać jej pożądanie. Bo kobieta chce być przedmiotem męskiego pożądania.

Andrzej Gryżewski: – Ale uwaga, gdy męskiego pożądania jest zbyt dużo, kobieta nie potrzebuje już seksu. Dlatego zalecam mężczyznom, którzy wciąż słyszą „nie”, by na jakiś czas przestali inicjować seks, bo to obudzi w ich partnerkach apetyt na seks. Kiedy jednak mężczyzna ma pragnąć jawnie, a kiedy zachować chłód, gdy kocha i pragnie kobiety? To kolejna wielka tajemnica kobiecego pożądania. Nie przypadkiem w kuluarach międzynarodowych konferencji seksuologicznych mówimy, że potrzeba nie lada geniuszu, by poznać i opisać sekret kobiecej seksualności.