1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kiedy przedstawić partnera bliskim?

Kiedy przedstawić partnera bliskim?

123rf.com
123rf.com
Jedni całymi miesiącami nie ujawniają się z nową znajomością i dopiero po zaręczynach pokazują ukochanego światu. Inni przedstawiają co chwilę nowych narzeczonych. I jedna, i druga strategia nie jest najlepszym rozwiązaniem. Kiedy więc jest ten właściwy moment, by przedstawić rodzicom naszego partnera?

Rok zaczął się dla Moniki znajomością z Markiem. Poznali się w czasie zabawy sylwestrowej i szybko zadeklarowali, że chcą być razem. Po dwóch miesiącach spotykania się jej ukochany wrócił jednak do swojej byłej dziewczyny. Monika pocieszenia szukała u boku Adama, z którym wiele lat pracowała w tej samej firmie. Wyjechał za granicę, a związki na odległość Moniki nie interesowały. Wtedy pojawił się Rafał, z którym rozstała się po trzech miesiącach.

Wszyscy przewinęli się przez towarzystwo Moniki w niecały rok - wszyscy w roli jej nowych partnerów. Deklaruje, że wcale nie jest zawodową flirciarą - jak mówią o niej niektórzy znajomi. Wręcz przeciwnie: marzy o wielkiej miłości. A że jest atrakcyjną kobietą, to poznaje wielu potencjalnych kandydatów na partnerów. Problem jednak w tym, że w dzisiejszych czasach trudno jest zbudować trwały związek.

- Dwa lata temu rozstałam się z mężczyzną, z którym byłam osiem lat – mówi Monika. - Wypaliło się, kłóciliśmy się, nie było sensu tego ciągnąć. Nie chcę jednak być sama do końca życia. Nie widzę niczego nadzwyczajnego w tym, że szukam kogoś, z kim mogę stworzyć rodzinę.

Policz do dziesięciu

Za nadzwyczajną sytuację przyjaciele Moniki uznali częstotliwość, z jaką przedstawiała nowych partnerów. Marka potraktowali poważnie, niektórzy do dziś utrzymują z nim przyjacielskie relacje. Polubili Adama, ale kiedy Monika przyszła na urodziny przyjaciółki z Rafałem, pojawiły się pobłażliwe uśmiechy. Koleżanka powiedziała wprost, że nie ma się co przywiązywać, bo za miesiąc pojawi się ktoś inny. Poradziła Monice, że skoro ma takie powodzenie, to może powinna być bardziej dyskretna. Rafał wyszedł z przyjęcia zdegustowany, stwierdzając, że jej przyjaciele są niemili. Monika poczuła się zawiedziona ich zachowaniem.

- Mój błąd polegał nie tylko na tym, że za szybko przedstawiałam swoich nowych facetów, ale też sama sobie za mało czasu dawałam na spokojne poznawanie się. Chciałam mieć poważny związek od razu - wspomina Monika. - Dziś wiem, że nie warto iść na skróty i należy dobrze się zastanowić, zanim uznamy kogoś za życiowego partnera i wprowadzimy w towarzystwo. Doszłam do wniosku, że muszę pobyć sama, zamiast pocieszać się po kolejnych rozstaniach, lądując w ramionach coraz to nowych mężczyzn.

Z pewnością zaprezentowanie przyjaciołom swojego partnera, świadczy o wkroczeniu w dojrzały etap związku. Nie powinniśmy obawiać się podjęcia tej decyzji, jeśli czujemy, że nadszedł odpowiedni moment. Niesie to ze sobą wiele korzyści, zbliża partnerów do siebie i sprawia, że łącząca ich więź staje się mocniejsza. Tym samym mówimy bowiem: traktuję poważnie nasze relacje. Ale równie poważnie należy traktować emocje znajomych i rodziny. Oni również przywiązują się do poznawanych osób, szczególnie, jeśli są przedstawiani przez przyjaciół. W momencie, w którym zechcemy usunąć ich ze swojego życia - wspólni już wtedy - przyjaciele zostaną postawieni w trudnej sytuacji.

- Najpierw przygotujmy naszych bliskich na przedstawienie nowego partnera - radzi Anna Mochnaczewska, psycholog z Centrum Psychologii Integralnej InTeGral w Warszawie. - Opowiedzmy o nim coś pozytywnego. Kiedy uznamy, że nadszedł właściwy dzień, uprzedźmy o spotkaniu obie strony. W grono znajomych można wprowadzać partnera stopniowo i mniej zobowiązująco, np. zapraszając na koncert albo przyjęcie. Wspólna wyprawa do klubu będzie przy tym stanowiła dla wszystkich okazję miłego spędzania czasu, lepszego poznania się w wesołej atmosferze, bez zbędnego skrępowania.

Czekanie do ostatniej chwili

Marta spotykała się z Karolem prawie dwa lata, zanim powiedziała znajomym, że są parą. Oboje należeli do paczki znajomych. Zaiskrzyło podczas wspólnego wyjazdu w góry. Postanowili przez jakiś czas nie wywoływać niepotrzebnej sensacji w towarzystwie i nie mówić, że są razem. Z imprezy najpierw wychodził, np. Karol, chwilę czekał na Martę, która chyłkiem wymykała się za nim. Trudniej było udawać obojętność na dłuższych wypadach w większym gronie.

- Chciałem przytulić się do Marty, ale musiałem grać jej kolegę – mówi Karol. - Pierwsze pół roku godziłem się na to. Dałem czas, żeby związek okrzepł. Potem przestałem rozumieć, dlaczego nie możemy ujawnić swoich uczuć. Marta się uparła, ciągle czuła się niepewnie, nie miałem na to wpływu. Zależało mi na niej, więc czekałem, aż pójdzie po rozum do głowy. Ona pytała, co będzie, jak nie wyjdzie, lepiej zachować dyskrecję, zamiast potem tłumaczyć się z porażki. Karol przyznaje, że po jakimś roku przyzwyczaił się do tej konspiracji. To znajomi poczuli się oszukiwani. Kumpel zapytał, czy długo jeszcze zamierzają uprawiać jakiś dziwny teatrzyk, bo i tak wszyscy widzą, że są parą.

Karol wyznaje, że było mu głupio. - Nie mieliśmy powodów, żeby nie ufać naszym przyjaciołom. Rodzinie przedstawiła mnie już po zaręczynach i trzech latach wspólnego mieszkania. Byłem bliski zerwania, bo jak być w związku, w którym partnerka ciągle asekuruje się przed rozstaniem. Przełomem był nasz ślub. Chyba wtedy Marta poczuła się w końcu pewnie.

Czas na prezentację

Poznanie rodziców z drugą połówką to jedno z najbardziej stresujących wydarzeń. Pojawiają się pytania: czy oni zobaczą wszystko to, co ty w nim widzisz? Czy uda mu się sprostać ich wysokim zwykle oczekiwaniom? Czy partner poczuje się dobrze w waszej rodzinie? Wszystkie strony są świadome, jak ważne to wydarzenie, co dodatkowo stresuje i wcale nie ułatwia zadania.

- Nie ma sensu zwlekać z przedstawieniem partnera rodzicom - mówi Anna Mochnaczewska. - Pojawia się bowiem pytanie, dlaczego nie decydujemy się na ten krok. Może do końca nie wierzymy w siłę uczucia, a więc nie traktujemy poważnie partnera. Może wstydzimy się wprowadzić go do rodziny z obawy, że któraś ze stron nie sprosta oczekiwaniom. Najlepiej zrobić to w momencie, kiedy partnerzy zdecydują się na wspólne życie, sami czują się w związku bezpiecznie.

Pierwsze spotkanie z rodzicami z pewnością będzie mniej stresujące, jeśli się do niego przygotujemy. Najczęściej partner słyszał już wiele o rodzicach, zanim ich poznał. Warto też opowiedzieć im o nim lub o niej, o związku, o planach na przyszłość. Ale też o zainteresowaniach obu stron, co będzie dobrych gruntem do rozmowy z rodzicami. Może się bowiem okazać, że ojciec i partner są zagorzałymi kibicami tej samej drużyny, a z mamą chętnie porozmawiają o kinie hiszpańskim. I absolutnie w ten dzień należy trzymać się z dala od kontrowersyjnych tematów, takich jak polityka, religia i pieniądze. Trudno bowiem naprawić pierwsze złe wrażenie.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Córka i syn - jak na wychowanie wpływa płeć?

Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Mama dzwoni do córki, by poskarżyć się na syna, a o jej sprawy nie pyta. Wiadomo, dziewczyna sobie poradzi. Czy starsza siostra zawsze pozostaje na smyczy potrzeb rodziców i… młodszego brata? – psychoterapeutę dr Tomasza Srebnickiego pyta Beata Pawłowicz.

Rodzi się dziewczynka, a kilka lat później chłopiec… Rodzice zaczynają go faworyzować. Ta niesprawiedliwość nie kończy się z chwilą opuszczenia domu. Siostra ma zajmować się bratem nawet, gdy oboje są dorośli. Czy to echo patriarchalnego myślenia, że chłopcy są ważniejsi, uprzywilejowani?
To nie jest ani uprzywilejowanie, ani ważność. Głównym powodem różnic w stosunku rodziców do dzieci jest kulturowa tendencja: dośrodkowa – wobec dziewczynek, i odśrodkowa – wobec chłopców. Dziewczynki mają z rodziną pozostać. Są przygotowywane do pełnienia typowo kobiecych ról. Chłopcy mają być mężczyznami, czyli kimś, kto opuści dom, będzie odnosił sukcesy, zdobywał świat... Mają więc być twardzi, radzić sobie sami. I tu zaczynają się schody – bo jak uczy się samodzielności? Rodzice myślą, że dając ją od razu i to w dużej ilości. Dlatego chłopcy są wypychani w samodzielność za wcześnie. Na wiele rzeczy się im pozwala, nawet na agresję czy wracanie po nocy. Z punktu widzenia dziewczynki, chłopiec ma lepiej. Bo to ona jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. Uzna, że inni są ważniejsi…

Właśnie, dorosłe starsze siostry skarżą się, że wciąż zajmują się bratem, troszczą o rodziców...
W dzieciństwie jesteśmy wtłaczani w określone role, specjalnie mówię „wtłaczani”, bo dziecko – wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec – nie ma wpływu na to, jaka to będzie rola. O tym decyduje charakter rodziców, ich historia i kultura. Jeśli dziewczyna ma na przykład ochotę łazić po drzewach, rodzice jej zabronią, bo to zagraża roli kobiety, matki i opiekunki. Rodzina wkłada więcej czasu i energii w wychowanie córki. Sprawuje nad nią większą kontrolę, nie szanując jej granic, potrzeb i tego, że jest jeszcze dzieckiem, bo oczekuje, by opiekowała się bratem. Bywa, że rodzice mają do niej pretensje, gdy brat narozrabia.

W ten sposób całkowicie zrzekają się na jej rzecz roli rodzica, a to już patologia. Postępują tak, bo często po prostu nie potrafią sobie z rodzicielstwem poradzić.

Pamiętam taką scenę: moja 11-letnia koleżanka podgrzewa obiad dla siebie i brata. Jej mama leży na kanapie – zmęczona. Myślę, że ta matka była po prostu leniwa...
Matki, którymi nikt się w dzieciństwie nie zajmował i które nie potrafią dobrze zająć się dziećmi, wychowują najstarsze córki tak, by to one zajęły się rodzeństwem i… nimi. Łatwo kształtować postawy, które rodzą się z nadmiernej kontroli i krytyki, czyli perfekcjonizm, sztywność reakcji itd. Rodzina ma też znakomite narzędzie do wtłaczania dziewczynek w rolę opiekunek – jest nim poczucie winy.

Psycholog, gospodarz telewizyjnego show „Dr Phil” mówi, że chłopców wychowuje się łatwo, wystarczy w garażu na podłodze postawić miskę z jedzeniem i parę nowych trampek.
To oczywiście stereotyp. Dodam, że jeśli tak wychowywany chłopiec będzie refleksyjny, to jako dorosły trafi na terapię z depresją. Powie, że był zaniedbywany i dlatego czuje się nieważny. Będzie miał problemy w związkach, w pracy, z braniem na siebie odpowiedzialności. Będzie mu brak poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zakorzenienie w rodzinie, i umiejętności unikania problemów – no bo jak nie wyrzucił śmieci, to siostra wyrzuciła. A jak mama powiedziała, że mu nie wolno iść na imprezę, to i tak się nie gniewała, jak poszedł.

Dlatego syn potrafi powiedzieć rodzicom: „nie obchodzi mnie, że się martwicie, robię swoje!”?
Dziewczynka została wtłoczona w rolę kogoś odpowiedzialnego, jak więc ma wyjść z domu, kiedy mamę boli głowa? Nie może, choć bardzo chce. Bo ją nauczono, że jej wartość zależy od zadowolenia mamy. (Potem od zadowolenia innych ważnych dla niej osób). Ale jej brat pójdzie, bo skutkiem takiego antywychowania, równie często jak depresyjne obniżenie wiary w siebie, o którym już mówiłem, bywa jego przeciwieństwo, czyli narcyzm. Łatwo poczuć się lepszym, uznać, że potrzeby innych są nieważne, gdy nie ponosiło się konsekwencji swojego zachowania. A to siostrze się dostawało, gdy brat nie wyniósł śmieci. Kiedy więc matka powie, żeby syn nie szedł, on wzruszy tylko ramionami. Matki to też nie zdziwi: „no tak, chłopak, wiadomo…”. Ale to nie jest sprawa płci, tylko wychowania.

Jak więc sprawiedliwie wychowywać?
Najlepiej, gdy każdy rodzic napisze sobie na koszulce: „Zapomnę, że chciałem, żeby moje dzieci były jakieś”. Każda ideologia szkodzi. Chcesz, żeby twoja córka była świetną gospodynią i dlatego każesz jej zmywać? Ona zinterpretuje to tak: „Jestem nieważna. Mój brat jest ważniejszy, bo nie musi zmywać”. Lepiej daj jej dobry przykład – sama dbaj o dom z radością, nauczy się tego od ciebie, a nie straci poczucia bycia istotną.

No ale mleko się wylało, wtłoczona w rolę starsza siostra nie może pojechać do narzeczonego do Londynu, bo jak tu zostawić rodziców?
Także jedynakom zdarza się takie uwikłanie w patologiczną odpowiedzialność za rodziców. Mówię „patologiczną”, bo ona taka jest zawsze, kiedy filtrujemy swoje działania i decyzje przez sito dobrego samopoczucia rodziców. Jeśli czujemy się za nich odpowiedzialni, zmuszani do dbania o ich nastrój czy relacje – żyjemy w pomieszaniu ról. To przecież dorośli. Mają swoje życie, a my go nie będziemy mieć, jeśli zrezygnujemy z wyjazdu do narzeczonego. Jedź do niego, starsza siostro, bo to twoje życie....

I ono bywa smutne, bo mama nie zapyta: co u ciebie, córeczko? Tylko poskarży się na syna. Nawet gdy córka straci pracę, mama tylko ją zbeszta: „weź się w garść” i dalej mówi o synu…
Bo to nie matka dzwoni do córki, tylko matka dzwoni do matki. I one się mają wspólnie zastanowić, co zrobić z tym chłopakiem. Jeśli matka matce powie, że straciła pracę, to też usłyszy: „musisz się wziąć w garść”, bo rolą matki jest brać się w garść. Dlaczego rodzice wciąż i wciąż wtłaczają córkę w rolę zastępczej matki? Bo dzięki temu, że martwi się, pomaga – trzymają ją przy sobie...

Jak się bronić, gdy matka mówi o bracie i domaga się, by córka na przykład znalazła mu pracę?
Powiedzieć: „Mamo, nie chcę wciąż słuchać o nim. Nie zajmę się też szukaniem mu pracy... ”. Tylko tyle. Ale to trudne, bo podważa sens jej istnienia – pomaganie. Pewnie też usłyszy od matki: „nie na taką egoistkę cię wychowałam…”.  Niech się jednak nie da tej grze na poczuciu winy. Jest takie ćwiczenie, a jednocześnie sposób na proste wyznaczanie granic: na kartce papieru narysować koło i wpisać w nie to, na co się zgadzam w relacjach z rodzicami, np.: „Będę im składać życzenia, co jakiś czas odwiedzać. Gdy będą w trudnej sytuacji finansowej, to im pomogę, zadbam o to, żeby mieli opiekę na starość”. Napisać, zapamiętać i stosować.

Moja znajoma czuje się niekochana, bo rodzice powiedzieli, że to brat ma dostać cały majątek. Ona już się urządziła, a on nie ma pracy, mieszkania... Co powinna zrobić?
Rodzice ładują pieniądze w syna, by nie zadać sobie pytania, dlaczego on sobie nie radzi? Odpowiedź może być bolesna. Dlatego swojego postępowania nie zmienią. I tylko jeśli córka wyjdzie z roli ofiarnicy, mówiąc: „ja się na taki testament nie zgadzam” – w tej rodzinie może się coś zmienić. To, czego się naprawdę najbardziej boimy, to utrata miłości rodziców. Ale to prawie niemożliwe. Oni będą mówić, że jest złą córką i tyle. Niemiło będzie tylko do czasu, aż powstanie nowy układ rodzinny, w którym córka nie będzie już matkować bratu i wreszcie zajmie się sobą. Starsze siostry często pozostają singielkami, bo czują się tak, jakby już były w związku, a nawet miały dziecko – brata. Jeśli nie wyjdą z roli opiekunki, założenie własnej rodziny będzie dla nich dowodem na to, że są złe, że porzucają brata i rodziców.

Co się stanie w rodzinie, kiedy siostra przestanie grać rolę pseudomamy?
 Jeśli zdobędzie się na odwagę i nie powie „nie”, w jej rodzinie zostaną wreszcie wyznaczone granice, które już dawno powinny być. Rodzice będą musieli sami zająć się synem. To nie będzie dla nich lekki czas. Przekonają się, że ile by mu nie dali, ile by nie pomagali, to wciąż za mało. Może dopiero właśnie wtedy zadadzą sobie pytanie, czy to, co robią, jest dobre dla ich syna i dla nich? Może powiedzą mu: „miarka się przebrała”. A to jedyna szansa, żeby on mógł się uwolnić z roli kogoś, kto stwarzając problemy scala rodzinę.

Jak siostra ma się zachować wobec brata?
Czuje gniew, bo musiała się nim zajmować. I miłość, ale nie siostrzaną – tej musi się dopiero nauczyć, zbudować zdrową relację siostra–brat. Ale najpierw przeciąć pępowinę, powiedzieć: „Kocham cię, ale nie pożyczę ci pieniędzy", "Jesteś pijany? Z pijanymi nie rozmawiam, pogadamy jak będziesz trzeźwy”. Mądrzy ludzie szukają podpowiedzi w książkach czy czasopismach. Warto więc zadać sobie pytanie: „Po co mam zmieniać swoje życie, relacje?”. I jeśli uznamy, że warto – zrobić to.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Psychologia

Klucz do zdrowych relacji? Rozpoznaj swój schemat

Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Dom rodzinny to prawdziwa szkoła życia. Jednak nie wszystko, czego się w nim nauczyliśmy, pomaga. Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić.

Każdy z nas ma jakąś sztandarową reakcję na stresujące zdarzenia relacyjne. Ktoś atakuje, obwinia, ktoś inny się wycofuje albo czepia się kurczowo drugiej osoby, "na wszelki wypadek" przeprasza. Tak czy inaczej, poruszamy się utartym szlakiem, zakładając, że jakaś reakcja pomoże nam wyjść z opresji. Nie trzeba chyba dodawać, że te wzorce powstają zwykle w dzieciństwie - w odpowiedzi na trudne doświadczenia albo powtarzające się, toksyczne komunikaty sugerujące, że coś z nami jest "nie tak".

Są niczym okulary, przez które patrzymy na świat i na innych - nierzadko sprawiają, że interpretujemy ich zachowania na swoją niekorzyść, tworzymy teorie spiskowe. Załóżmy, że ktoś źle znosi krytykę - prawdopodobnie sam zbyt wysoko siebie nie ceni. Kiedy słyszy uwagi pod swoim adresem, wycofuje się, zamyka się w sobie. Dostaje etykietkę obrażalskiego, odludka. I czuje się jeszcze bardziej "wadliwy"... Jak wyjść z tego błędnego koła?

Rozpoznaj wzór

Choć wyczuwamy, że nasz strategie są nieproduktywne, że może kiedyś coś nam "załatwiały", ale z czasem stały się sztywnymi, mało przydatnymi formami - to jednak nie potrafimy ich porzucić. Dlaczego? Ani dlatego, że poprzez wielokrotne powtarzanie utrwaliły się w nas jako nawyk. "Strategie te powstają na głębszym poziomie, mają swoje źródło w niemal podświadomych przekonaniach zwanych schematami" - piszą Matthew McKay, Patrick Fanning, Avigail Lev, Michelle Skeen w książce "Relacje na huśtawce".

Jaki jest twój schemat, twoje przekonanie? Może "ludzie zawsze mnie opuszczają?" Albo: "niebezpiecznie jest ufać innym", "mój los nikogo nie obchodzi"? A może: "nie uda mi się" i "błędy są niedopuszczalne"? Autorzy "Relacji..." podpowiadają, jak rozpoznać i zmienić te wzorce. Czerpią z terapii schematów, ale też z technik ACT (terapia akceptacji i zaangażowania). Wyróżniają 10 nieadaptacyjnych schematów (według twórcy teorii Jeffreya Younga, jest ich 18). W ich rozpoznaniu pomoże zawarty w książce tekst. Ale możesz też zapoznać się z poniższymi opisami i ocenić, na ile są obecne w twoim życiu.

  • Opuszczenie/niestabilność więzi - sprawdź, w jakim stopniu zgadzasz się z następującym stwierdzeniem: "Znaczące osoby w moim życiu cechują się niestabilnością albo nie mogę na nich polegać".
  • Nieufność/skrzywdzenie: "Doznam krzywdy z powodu wykorzystania lub zaniedbania ze strony innych ludzi".
  • Deprywacja emocjonalna: "Moja potrzeba wsparcia emocjonalnego nie zostanie zaspokojona".
  • Wadliwość/wstyd: "Jestem wybrakowany, gorszy, niewzbudzający miłości".
  • Izolacja społeczna: "Nie przynależę do grupy, jestem wyobcowany albo inny".
  • Zależność/niekompetencja: "Jestem niekompetentny albo nieporadny, nie potrafię przetrwać bez innych".
  • Porażka: "Jestem nieudolny, na pewno poniosę porażkę".
  • Roszczeniowość/wielkościowość: "Jestem lepszy od innych, zasługuję na specjalne przywileje".
  • Samopoświęcenie/podporządkowanie: "Przedkładam potrzeby innych na własne".
  • Nadmierne wymagania/nadmierny krytycyzm: "Muszę spełniać wyśrubowane standardy, żeby uniknąć krytyki".

Agresja, bierność lub unikanie

Jeśli znasz już swoje schematy relacyjne, możesz przyjrzeć się bolesnym emocjom, które się z nimi wiążą. Strach, złość, żal, tęsknota, smutek, wstyd, niepokój, poczucie winy... Na pewno coś, czego nie chcesz czuć, czego wolałbyś uniknąć. Pojawia się więc impuls do ucieczki, sięgasz po strategię. Rzecz w tym, że to właśnie unikanie bólu wywołanego schematem prowadzi do trudności w relacjach. Weźmy przytoczony przez autorów przykład mężczyzny, który chciał dowiedzieć się w urzędzie, jak wymienić tablicę rejestracyjną.

Oczekiwał prostej instrukcji "od ręki", ale urzędnik polecił mu pobrać numerek i uzbroić się w cierpliwość. To aktywowało jego schemat dotyczący zasługiwania na lepsze traktowanie. Zalała go fala złości. Był tak wściekły, że wypadł z budynku, niczego nie uzyskując. "Emocje powiązane z uaktywnieniem schematu - strach, wstyd, złość czy rozpacz - są tak silne, że natychmiast usiłujesz je stłumić. Strategie radzenia sobie ze schematami przynoszą chwilową ulgę, jednak na dłuższą metę nie tylko nasilają ból wywołany prze schemat, ale również niszczą relacje z ludźmi" - utrzymują cytowani autorzy.

W zasadzie wszystkie strategie radzenia sobie w trudnych sytuacjach związanych z innymi ludźmi można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to atak/nadmierna kompensacja, czyli wszelkiego rodzaju reakcje agresywne: obwinianie, prowokowanie, bunt, dominacja, nadmierna asertywność, manipulacja. Ale też poszukiwanie uznania, wywyższanie się. Drugi styl radzenia sobie to podporządkowanie, czyli bierność i uległość - poddajesz się i starasz się zadowolić innych. I wreszcie trzeci styl - unikanie. To próba ucieczki, wycofanie się, nadmierna autonomia. Ale też poszukiwanie stymulacji w różnych zajęciach czy używkach, fantazjowanie i zaprzeczanie...

Dobrze jest poobserwować, jakie czynniki, wydarzenia prowadzą do wyzwolenia się "ulubionych" schematów i jak na nie reagujemy. Ale dobrze jest też pójść dalej. Sprawdzić, czy możesz powoli rezygnować z zachowań, które zawodzą. Tym bardziej, że często nie do końca są twoje, zwykle przejmujemy je od starszych (od ojca, który - urażony - atakował, czy od matki wycofującej się w obliczu własnej bezsilności). Wszystkie strategie łączy jedno: mają na celu zdystansowanie się do bólu spowodowanego działaniem schematu. Sęk w tym, że to się nie uda! - twierdzą McKay, Fanning, Lev i Skeen. Coś się wydarzyło, pojawiły się określone myśli, emocje. Jedyne, co możesz zrobić, to przestać grać w starą grę.

Jazda z potworami

Zgódź się na ból, który się pojawia. Obserwuj go - jak obserwuje się żeglujące po niebie chmury. Możesz zauważać uczucia wywołane schematem - to, jak narastają i słabną, a czasem przeradzają się w inne. Możesz zauważać swoje myśli, doznania fizyczne, impulsy. Wreszcie to, że masz wybór... Że możesz zareagować inaczej. Zamiast wybuchać - zacisnąć zęby. Z czasem coś się rozluźni, pojawi się większa przestrzeń, nowe możliwości. Twoje relacje na pewno na tym zyskają.

W terapii ACT kluczowym motywatorem są wyznawane przez nas wartości. To one sprawiają, że podejmujemy wysiłek by coś zmienić. Dlatego oceń, które relacja przedstawiają dla ciebie największą wartość: partnerskie, rodzinne, zawodowe? A może przyjaźnie? Czy jesteś gotów zaakceptować ból, który czasem się w nich pojawia, i zrezygnować ze strategii, które próbują go zneutralizować? Co cenisz najwyżej w pierwszoplanowych relacjach? Twórca ACT Steven C. Hayes chętnie odwołuje się do metafory autobusu obrazującej, jak możesz trzymać się wytyczonego przez twoje wartości kursu, nie zważając na trudności. Wyobraź sobie, że prowadzisz autobus - to twoje życie. Za przednią szybą znajduje się tabliczka wskazująca kierunek jazdy - to wartość, którą chcesz się kierować (np. "bycie kochającą osobą"). Nagle na twojej drodze pojawiają się przeszkody - bolesne emocje, myśli. Może masz ochotę zatrzymać autobus i poczekać, aż znikną (czyli powstrzymać się od działań podyktowanych wartościami). Tylko że to nie działa: autobus stoi, a potwory wciąż w nim siedzą. Uciekanie przed nimi w boczne uliczki też nie pomoże, oddali cię tylko od twoich wartości.

Co zatem robić? Jechać dalej, z niewygodnymi pasażerami. Być może będą ci grozić, wyśmiewać cię, straszyć. Pokrzykiwać, że jesteś na złej drodze, że to niebezpieczne... Cóż, potwory tak już mają, taka ich uroda. Twoim zadaniem jest podążać wytyczoną trasą. Skupić się na celu podróży. Przecież twoje wartości są ważniejsze od twojego lęku. Twoje życie nie możesz zbaczać z kursu z powodu kilku skołowanych krzykaczy na tylnych siedzeniach, prawda?

  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.