1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Wzwód - zawód

Wzwód - zawód

Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. (Ilustracja Getty Images)
Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Także tę związaną z seksualną potencją. Paradoksalnie jeśli masz dostęp nie tylko do własnej siły, ale i słabości, twoje możliwości wzrastają! - mówi terapeutka Olga Haller.

U źródeł impotencji mogą leżeć zarówno urazy, lęk, zmęczenie, jak i choroby, np. miażdżyca czy cukrzyca, albo substancje obniżające sprawność seksualną, np. alkohol, leki antydepresyjne.
Większość mężczyzn doświadcza niemocy seksualnej na chwilę lub na jakiś czas – z przyczyn psychologicznych lub innych. Potencja seksualna, jak wszystko w życiu, może być zmienna. A impotencja – to słowo ma swój ciężar, jest w nim jakaś ostateczność, żadnej nadziei. Czy też tak to słyszysz?

O tak. I od razu czuję jakąś wielką grozę. To nawet jest w języku: coś zrobić po męsku, czyli twardo. A miękko to po kobiecemu. Potencja to męska twardość, siła, twórczość, władza, zaś impotencja – tego przeciwieństwo i śmieszność. Nic dziwnego, że mężczyźni boją się impotencji jak diabła, a jak jest problem, to wolą go wstydliwie ukrywać.
Wzorzec mężczyzny silnego, twardego w działaniu, zawsze mogącego jest nadal powszechny. I samotnego wilka, który leczy rany w odosobnieniu. Mężczyzna w przypadku jakiejś słabości, np. choroby, bagatelizuje ją, nie bada się. Więc jak ma problem z potencją, to tym bardziej woli milczeć. A partnerka boi się pytać – by nie urazić, nie zawstydzić.

Krucha jest męska potęga, byle uśmiech, złe słowo, myśl czarna może ją obalić. Czy kobiety o tym wiedzą?
Chyba nie do końca... Mężczyźni bardzo to ukrywają, zachowują się tak, żeby nie przyszło nam do głowy, że łatwo ich zranić, że nie zawsze są pewni siebie. Czasem sami tego o sobie nie wiedzą. Jeśli więc nagle pojawia się problem ze wzwodem, to pierwszą reakcją jest niemiłe zaskoczenie, lęk i dezorientacja. To z kolei rodzi pełne napięcia oczekiwanie i w następnej sytuacji seksualnego zbliżenia reakcja może się utrwalić – typowy mechanizm, kiedy lęk i napięcie wzmacnia powtarzanie objawu.

Niemoc płciowa łatwo przekuwana jest w agresję. Sądzi się, że problemy z potencją mieli różni tyrani, że część ich agresji wobec świata to zemsta za kompromitację męskości. Miałaś takie doświadczenia z facetami? – nie myślę o agresji, ale o gwałtownym spadku możliwości. To jest reakcja łańcuchowa nieszczęść, jakby było się na szczycie wieży, co się wali... Mało jest oszczędzone kobietom, ale to jednak tak.
Tak, mam w pamięci takie sytuacje – w latach młodości, w początkach związku – paradoksalnie może właśnie z powodu jego wielkiego zapału i chęci męskość zawiodła. Ku wielkiemu zaskoczeniu nas obojga! Miałam na szczęście dosyć wyrozumiałości, że to minie, ale też intuicji: trzeba odpuścić i spokojnie zacząć od nowa.

Szczęśliwe ofiary chwilowej słabości, jeśli trafią na taką partnerkę. Nie miałem takiego szczęścia, będąc pewnie w wieku twego partnera. I było poczucie końca świata. Wszystko przez te nerwy...  A „to” – jak pytam teraz obie płcie – zaskakująco często się zdarza.
Mężczyzna jest tak zbudowany, że od razu widać, jeśli coś idzie nie tak. W jego przypadku nie da się udawać. Kobieta może wiele ukryć. Tym bardziej ważne, by istniało przyzwolenie na chwile słabości. Przede wszystkim od innych mężczyzn. A ze strony kobiet też, w ramach pomocy doraźnej.

Ale faceci rywalizują w seksie. Siła grozy impotencji tkwi także w tym, że stoi w sprzeczności z pierwotnym nakazem reprodukcji. Osobnik, co już nie może, odpada z gry.
Ale właśnie próbujemy różnić się od zwierząt. Instynkty, popędy to część naszej natury, jest jeszcze świadomość i wola, możemy więc nie tylko reagować i podlegać, ale i wpływać, zmieniać, kształtować. To nasz ludzki potencjał.

Mężczyźni, jak już mówią o seksie, to się przechwalają lub świntuszą. Niedawno kolega w moim wieku nagle zwierzył mi się, że coś ma z „tym” słabiutko. Byłem zdumiony i poruszony jego szczerością.
O tak, fala przemian coraz śmielej ogarnia i kobiety, i mężczyzn, to dotyczy ról, potrzeb. Fascynujące, jak różnice płci przestają nas dzielić, a niosą możliwość dopełnienia! Tak jak kobiety potrzebują innych kobiet do potwierdzenia swojej siły, tak mężczyźni potrzebują przyzwolenia innych mężczyzn na słabość. Paradoks – jeśli masz dostęp do własnej siły i słabości, twoje możliwości wzrastają!

Boimy się pokazać miękki brzuch. A kobiety nie zawsze to ułatwiają.
Tak, w grupach treningowych, które prowadzę, jest zwykle mało mężczyzn, czasem tylko jeden. Widzę zachwyt kobiet nad widoczną z bliska jego „miękkością” i ulgę: „on coś przeżywa, jest wrażliwy”. Jednak idzie za tym próba zawładnięcia, chęć zaopiekowania się jego słabością. Matkowanie to najlepiej znany sposób na bliskość z czującym mężczyzną. A oni boją się tego i słusznie. W grupie rozwojowej jest możliwość twórczego przekroczenia stereotypów, znalezienia własnej wolności w prawdziwym spotkaniu kobiet i mężczyzn. Ale w życiu? Emocjonalne ryzyko bywa zbyt duże, przepisy na mężczyznę gotowe, baby czyhają, a wsparcia facetów brak.

 
Na dodatek w tym dramacie impotencji jest element humorystyczny... Ileż kpin prowokuje ten problem. No cóż, trudne sprawy najłatwiej obśmiać. Zdaje mi się, że ojcowie często traktują z przymrużeniem oka problemy swoich nastoletnich synów. Czy wprowadzają ich w świat seksu, a jeśli tak, to czy mówią o tej delikatnej stronie ich seksualnej natury? Że mają prawo mieć kłopoty z potencją – podczas inicjacji czy kiedykolwiek. Jakie są twoje doświadczenia?

Ojcowie raczej nie uświadamiają, a jeśli już, to ten temat pomijają. Wiadomo, że potencję się ma, i już. W podtekście tego milczenia jest ukryta intencja – nie skompromitujesz ojca, nie przyniesiesz mu wstydu.
Mężczyźni uczą się więc od ojców nie przyznawać do słabości. Na drugim biegunie kobiety uczą się od matek, że wszelkie doznania genitalne to wstyd i odcinają się od swojej mocy. A przecież wszystkie te stany są ludzkie – właściwe dla obu płci. Z perspektywy humanistycznej nie ma żadnego powodu, aby reglamentować prawa do mocy lub niemocy.

Ale powiedzmy też prawdę: jego problemy z potencją to zawsze ważny znak dla partnerki. Jest wiele przyczyn, które mogą je wywołać, więc łatwo się pomylić w odnalezieniu tej właściwej. A sam bohater często nie chce mówić.
I co ona ma z tym zrobić? Może go jedynie wspierać. Ale tylko dotknięty problemem niemocy może znaleźć rozwiązanie. To dla niego znak, że za dużo pracuje, przeżywa stres albo doświadcza konfliktu uczuć. Że powinien się zatrzymać i poddać refleksji swój sposób bycia w związku.

Wyczuwam w kobietach myśl, że to męski problem, którego lepiej nie dotykać. Tymczasem rozmowa bywa tu najlepszym lekarstwem.
Tak, ale po pierwsze, ma to szansę w związku, w którym partnerom na sobie zależy. Tam, gdzie liczy się tylko seks, można się spodziewać, że on czym prędzej ucieknie, a ona odetchnie z ulgą. Po drugie, to naprawdę sprawa mężczyzny – ona tego problemu nie rozwiąże, może wspierać partnera. Rozmawiać – tak, ale nachalność i matkowanie są wykluczone. Najlepiej spytać go, czego potrzebuje. Najlepsza jest wyrozumiała obecność i spokojne powroty do seksu. To jak z upadkiem z konia, każdy jeździec musi to przejść, potem odleżeć, ile trzeba, i wsiadać znowu na konia. Nie pielęgnować lęku w odosobnieniu. A jak trudność jest nie do przejścia, sięgnąć po pomoc medyczną lub terapeutyczną.

Część kobiet wpada w panikę, na ogół uważają, że ich partner ma kochankę, że przestały być atrakcyjne albo nie są już kochane.
Mówiliśmy nieraz o tym, że łóżko to teren nie tylko do seksu, a seks nie zawsze służy jedynie naszej seksualności. Jeśli seks ma być sposobem na niezaspokojone inne potrzeby, to niesprawność seksualna jest tym większą katastrofą. Tracimy wtedy środek na uśmierzanie nieuświadomionego cierpienia! Jeśli mamy ze sobą słaby kontakt, łatwo wpaść w panikę, samooskarżanie lub oskarżanie innych. Albo sięgasz po rozmaite „dopalacze” czy „rozluźniacze”, które nawet jak pomogą, to na chwilę, po czym problem wraca ze wzmożoną siłą. W sytuacji choroby i lęków najlepsza jest otwarta rozmowa z lekarzem, poznanie różnych opcji, możliwych konsekwencji i świadomy wybór sposobu postępowania.

Seks nie musi być twardością i mocą, może być czułością i wyrafinowaniem. Pianista zwykle nie wali w klawisze. Erekcja jest tylko częścią seksu, mamy poza tym palce, język, nawet słowa. I czułość. Intuicja i wiedza mówią, że dla kobiet czułość jest najważniejsza. A mężczyzna nowej epoki też potrafi dać i przyjąć czułość.
W życiu na ogół jest więcej możliwości, niż nam się zdaje. Erekcja jest ważna, ale to niejedyna droga do spełnienia. Dostałam niedawno list od 60-letniej kobiety po przejściach. Jej sparaliżowany partner nie może tradycyjnie uprawiać seksu. A robią to z radością i sukcesem po swojemu. I ona pisze, że dopiero teraz odkryła radość seksu. Seksualność to dar na całe życie, a sposoby jej wyrażenia są nieograniczone.

U faceta nieuchronnie z wiekiem maleje potencja. Wiotczeją mięśnie, coraz mniej sił, a tu jeszcze taki wstydliwy kłopot. Ale wymyślono viagrę! To rozwiązuje wiele problemów mężczyzn, ale czy nie stwarza nowych?
Owszem, stwarza – nie ma cudów! Jak z każdym lekiem trzeba zachować dużą ostrożność. A starzenie się to osobny temat – jak wchodzić w starszy wiek ze zgodą na to, co przynosi, i z odwagą żegnania się z tym, co przemija. Ilu dorosłych synów patrzy na starych ojców z czułością i dumą? Ilu ojców starzeje się z poczuciem, że nie zdradzili siebie? Oby było ich coraz więcej – a odnalezienie w sobie zgody na moc i niemoc uwolni energię do pełni życia.

Olga Haller psycholożka, terapeutka Gestalt, prowadzi wraz z mężem Adamem Centrum Counsellingu Gestalt www.gestalt.haller.krakow.pl w Krakowie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Przekonania o „brudnej” fizjologii blokują nasze ciało i seksualność

Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Doświadczmy uwalniającej siły „brudnej zabawy”. Aby poczuć w seksie przypływ radości i swobody, musimy na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów – zachęca Olga Haller, psychoterapeutka.

Składamy się nie tylko z czystej duszy, ale też z wydzielin i zapachów nie zawsze miłych, dlatego na wszelki wypadek wszystko maskujemy. I okropnie się boimy, że coś się ujawni i nas skompromituje. Łatwo o to przy seksie, kiedy obnażamy się i tracimy kontrolę. No tak, seks to nieuchronnie też fizjologia: rumieńce, poty, wydzieliny z genitaliów i charakterystyczne zapachy, odgłosy. Jak tu się cieszyć ciałem swoim i partnera, gdy te zwykłe przejawy cielesności budzą w nas wielki wstyd? Swoją drogą ciekawe, czy nawet jeśli odczuwamy podniecenie, smakując i wąchając, to na ile pozostajemy wolni od poczucia niestosowności czy grzechu. Na dodatek w naszej kulturze wszyscy potrzebujemy być bez względu na sytuację czyści i pachnący – coraz bardziej i bardziej! Wymóg ten dotyczy zwłaszcza kobiet. Czasami kiedy oglądam skierowane do kobiet reklamy środków czystości, zbiera mi się na wymioty. Czyste białe ubranka, różowe ciałka, zero naturalnych zapachów – trzeba je zlikwidować, zastąpić aromatem kwiatu albo lasu. Albo obraz miesiączki – w „zawsze bezpieczną i suchą” podpaskę wsiąka neutralny błękitny płyn… Nie wydalać, nie wydzielać – to jakiś terror sterylności. Unikać brudu, wyprać się ze wszystkiego, co żywe i ludzkie.

Pamiętam z lat szkolnych, kiedy na lekcji religii katechetka omawiała listę grzechów przeciwko czystości, powiedziała, że możemy grzeszyć wszystkimi zmysłami, także węchem. Gdy spytałam jak, usłyszałam, że dowiem się, jak będę starsza. To zafrapowało mnie, ale też poczułam niepokój, że wkraczam na jakiś grząski grunt, a mój zwykły, niewinny – jak mi się zdawało – nos może być grzesznym, paskudnym narzędziem.

Gdy coś, co jest bliskie i naturalne, zostaje objęte zakazami, zaczynają nami targać sprzeczne siły. I zakazany owoc kusi... To zawsze wstęp do kłopotów, jeśli jakaś bliska sfera pełna jest niedomówień, zakazów, nakazów i zaczyna nią rządzić lęk albo ignorancja. Wiele  razy doświadczyłam uwalniającej siły pozwolenia sobie na „brudną zabawę”. Grać w piłkę w deszczu, brodzić w błocie, taplać się w glinie, malować palcami, zakopać się w piasek po szyję, jeść makaron rękami, skoczyć w ciuchach do wody, iść spać bez mycia… W palcach czuć miękkie błotko, ciepły makaron, mieć sos na brodzie, zaschniętą farbę na skórze, mokre ciuchy, wodę w butach, śliskie od potu ciało. Kiedy angażujemy się w taką zabawę, przeszkadza myśl, że musimy być czyści. Nie odpędzimy myśli i nie pójdziemy na całość – nie poczujemy radości i swobody. I tak jest w dzieciństwie. Białe rajstopki mają być białe, sukienka cała, a ręce umyte, musimy się ciągle powstrzymywać. Czyli zdusić pęd do eksperymentowania, do zapomnienia się w zabawie. A dzieci to kochają.

Ile kobiet zna potem to uczucie ze swojej sypialni? Coś jest nie tak – pragniemy orgazmu, wypróbowujemy pilnie instrukcje poradników, bez powodzenia. To usztywnienie i zablokowanie ma źródła w zakazach dzieciństwa i staje się automatyczną reakcją ciała. Napięcia mięśni, kiedyś niezbędne, by powstrzymać „złe” impulsy i zyskać aprobatę rodziców, dziś stają się więzieniem dla energii seksualnej. Musimy więc na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów.

Szczególnie ważne jest dla kobiet odkrycie mięśni dna miednicy odpowiedzialnych za funkcje genitalne i wydalnicze. Trzy otwory ciała otoczone mięśniami tak blisko siebie: odbyt, cewka moczowa i pochwa, to części ciała tzw. wstydliwe, no i „brudne”. Czasami wolałybyśmy ich nie mieć, to dla wielu z nas symbol „kobiecego losu”: udręki miesiączki, bólu porodu, lęku przed ciążą. No i ten mocz i stolec, jakaś boska pomyłka. Znasz anegdotę o Petrarce, który zastał ukochaną Laurę w „przybytku” cierpiącą z powodu biegunki? Niepomiernie zdumiony zawołał: „To Laura też sra”?!

 
Znam wielki niepokój św. Augustyna, że poczynamy się między przewodem moczowym a odbytem. I jest jakaś przepaść między kreacją kobiet, przebraniami, perfumami a naszą fizjologią. Można nawet mówić o podwójności i zakłamaniu... Ta podwójność wyostrza się w okresie dojrzewania i tworzy dramat, który musi być jakoś zapisany w ciele. Zapisuje się w postaci zablokowania kontaktu psychofizycznego z tym podejrzanym obszarem, który ulega wykluczeniu. I tak jak w wykluczeniu społecznym traci swoje prawa, jest niesłuchany, ignorowany, a nawet prześladowany. Gromadzą się napięcia, mięśnie tracą elastyczność, narządy są gorzej ukrwione. Cała miednica, to centrum kobiecego ciała, czeka w każdej z nas na docenienie, rozluźnienie. Możemy w ten sposób zapobiec dolegliwościom, które trapią wiele kobiet i wydają się normą: zaparcia, wzdęcia, bolesne miesiączki, nietrzymanie moczu itp. I znowu farmaceuci obiecują nam superśrodki, które to zlikwidują. A przecież to wołanie naszych ciał! Wołanie o zmianę w traktowaniu naszej cielesności. Stan mięśni dna miednicy wpływa również na stawy biodrowe i kręgosłup – stamtąd też mogą pochodzić częste u kobiet chroniczne bóle głowy. Zauważ, kobieta wymawiająca się od seksu bólem głowy to odwieczny motyw dowcipów i domorosłego psychologizowania, w domyśle: winna jest ta oziębła żona, „one po prostu takie są”. A tymczasem w ten sposób działa także terror czystości – one takie są, skoro od wieków próbują sprostać sprzecznym oczekiwaniom.

Różnice między kobietami a mężczyznami w sferze przyzwolenia na fizjologię wydalania są widoczne gołym okiem, nawet przy drogach. Chłopaki mają swoje „świńskie zabawy” – zawody w sikaniu do celu, głośnym puszczaniu gazów czy bekaniu. Uważamy to za wulgarne, uczymy opanowania i słusznie, ale rozwojowo to ważny etap oswajania fizjologii naszych ciał i to w szerszym społecznym kontekście. Bo chłopcy z tym wszystkim są w gronie kumpli, a czyściutkie dziewczynki – same. Mężczyznom raczej nie zdarza się marzyć, by oddawanie moczu w toalecie odbywało się bezgłośnie, prawda? Mogę cię zapewnić, że kobietom, owszem; nie mówiąc już o innych odgłosach. A przy drogach?… Zwyczaj nieskrępowanego zatrzymywania się za potrzebą przy drodze powszechny wśród mężczyzn, choć może się nie podobać, jest dla wszystkich oczywisty. Wściekła kiedyś na tę nierówność, sama zmuszona do wytrzymania w podróży autem, zamarzyłam o przydrożnej manifie równościowej, w której co pół kilometra po obu stronach drogi kucałyby siusiające kobiety. Ciekawe, kiedy zjawiłaby się policja?

Nie chcę kucających kobiet przy drogach, jednak nie. Ale to niesprawiedliwe, że słynny posążek Siusiającego Chłopca w Brukseli musiał poczekać prawie pół wieku na siostrę – Siusiającą Dziewczynkę. Z ulgą przywitałam ten przejaw zmiany obyczajów. Chcę zachęcić kobiety do refleksji. Jak traktujesz swój brzuch, miednicę i wszystko, co tam się dzieje? Czy bardzo się wstydzisz potrzeb fizjologicznych? Jak zwykłaś o tym myśleć, mówić? Czy powstrzymujesz się w jakiś sposób, który przysparza ci cierpienia lub niewygody? Czy potrafisz odczuć, rozluźnić i napiąć mięśnie wokół zwieracza cewki moczowej, odbytu i pochwy, każdy oddzielnie? Czy lubisz swoje ciało razem z układem wydalniczym? Czy pozwalasz sobie na przyjemność poddania się procesowi wydalania, na odczucie ulgi? Czy znasz zapachy swojego ciała? Jak je traktujesz?

Pozwólmy sobie zobaczyć u siebie przejawy fizyczności i cieszyć się nią. Wyobraźmy sobie, że każda Laura – dziewczynka i kobieta – ma prawo puszczać bąki, robić kupę i siusiać, i co więcej, może to być słychać, widać i czuć. Coś mi się zdaje, że brzmi to jak herezja, i to w tekście do eleganckiego kobiecego czasopisma, a jednak jestem pewna, że to ważne, by naruszyć to tabu.

Pewnie już naruszyliśmy... Kultura to jednak też granice, przesunęły się bardzo ostatnio, ale muszą gdzieś być i warto o nie walczyć. Miłosna fascynacja to jakby wchodzenie sobie pod skórę. Niektórzy wchodzą tu i tam, choćby seks analny, który już nie jest uważany za perwersję, jeśli odbywa się za zgodą obu stron. A co z miesiączką? Niektórym facetom ona nie przeszkadza, innych przeraża i paraliżuje... Granice tego, co dopuszczalne w seksie, są coraz szersze i do nas należy decyzja, jak daleko pójdziemy. Nikt nikomu nie może tego dyktować ani oceniać, właściwe to czy nie. Jak wiadomo, od strony medycznej miesiączka nie jest przeciwwskazaniem do współżycia – wszystko zależy od chęci partnerów. A zakres możliwości jest szeroki – od całkowitej abstynencji erotycznej w tym czasie do szalonego seksu, gdzie krew miesięczna jest afrodyzjakiem. W prozie Eriki Jong odnajdziemy cudownie obrazoburcze opisy seksualnych doświadczeń wyzwolonej Isadory. Niejedną z nas może zawstydzić czy zniesmaczyć ich bezpośredniość. Nie szkodzi. Jeśli chcemy wyjść poza własne ograniczenia, to musimy spotkać się z tym, co jest. A potem podważmy zasadność tego wstydu, zbadajmy skąd ten niesmak, kiedy i jak nauczyłyśmy się brzydzić naszej cielesności.

Olga Haller: psycholożka, trenerka, terapeutka Gestalt, superwizorka. Zajmuje się wsparciem kobiet w rozwijaniu kontaktu z własnym ciałem i seksualnością.

  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne.
Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców.
To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności?
To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu.
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata.
Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone?
Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna?
Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje.
To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali?
Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz?
Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu…
…no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę.
Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło…
Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy?
Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Seks

Czy mężczyźni myślą tylko o seksie?

Ukuło się takie przekonanie, że mężczyźni myślą tylko o „tym”. A przecież myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. (Fot. iStock)
Ukuło się takie przekonanie, że mężczyźni myślą tylko o „tym”. A przecież myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. (Fot. iStock)
Czy facetom zawsze chodzi o jedno? Czym różnią się od nas w postrzeganiu seksu? O czym fantazjują? Jak odnajdują się u boku dzisiejszych świadomych swoich potrzeb i wyzwolonych kobiet? Czy naprawdę nie przeszkadza im nasz cellulit? Portret współczesnego mężczyzny staramy się stworzyć wraz z psychoterapeutą Michałem Pozdałem.

Mówi się, że mężczyznom jedno w głowie. Czy to prawda, że myślą tylko o seksie?
Nie! Myślą o pracy, o swojej partnerce, relacji, rodzinie, o swoim życiu… i o seksie. Ale wcale nie tak często. Ukuło się takie przekonanie, że myślimy tylko o „tym”. A wszystko, co jest odpowiednio długo powtarzane, wydaje się prawdziwe. Z badań przeprowadzonych w Ohio wynika, że mężczyzna myśli o seksie 19 razy dziennie, ale nie można tych wyników traktować poważnie. My chyba cały czas nie dopuszczamy do siebie prawdy, że mężczyzna to też człowiek, z własną emocjonalnością. Jako społeczeństwo redukujemy mężczyzn do automatu, oni zresztą sami też to robią. „Jestem facetem i wielu rzeczy nie muszę, bo jestem mało skomplikowany” – takie spojrzenie jest wygodniejsze. Poza tym w rodzinach działają transgeneracyjne przekazy, które też wdrukowują nam, że facet to automat.

Czym jest seks dla takich odciętych od własnej emocjonalności automatów?
Dla większości mężczyzn to strefa zupełnie nieodkryta. To znaczy znają doskonale automatykę seksu, ale nie mają dostępu do jego przeżywania. Czyli nie wiedzą, czym jest seks. Sprowadzają go do erekcji – za przeproszeniem wsadzić do pochwy, ejakulować i wyjąć. Gdy przychodzi do mnie para z problemami z erekcją i pytam, jak wygląda ich życie seksualne, mężczyzna mówi: „Nie uprawiamy seksu”. Dopytuję: „W ogóle się nie dotykacie? Nie pieścicie?”. On odpowiada: „Dotykamy się, pieścimy, ale seksu nie mamy”. Bo seks to stosunek. A gdy pytam mężczyzn w wieku 40–50 lat, jakie miejsce w ich ciele jest najbardziej erogenne, najczęściej nie wiedzą. Zalecam więc w ramach ćwiczeń dla par całowanie po szyi, po uszach czy po sutkach i wtedy odkrywają, że ich to tak stymuluje, że widzą gwiazdy…

A jak to jest z młodszym pokoleniem mężczyzn – są bardziej świadomi siebie i swoich potrzeb?
Jest spora grupa mężczyzn naszpikowanych pornografią, którzy traktują przez to seks instrumentalnie. Ale jest też wielu młodych mężczyzn, którzy zostali już inaczej wychowani, inaczej postrzegają siebie, a przez to inaczej patrzą na swoje relacje seksualne. Są bardziej otwarci na swoją cielesność. A na problemy z erekcją reagują – albo „miałem zły dzień, jestem przemęczony”, albo „nie kocham jej, nie mogę”. Natomiast mężczyźni 40-letni traktują erekcję jak automat. I mają przekonanie, że muszą. I to jest okropne i okrutne. W ten sposób redukują męskość i męską seksualność do penisa. Myślę, że to niesprawiedliwe, gdy media czy reklamy powtarzają, że mężczyzna musi, bo mamy wielu wspaniałych mężczyzn po urazach kręgosłupa, którzy nigdy nie będą mieli erekcji, a są cudownymi kochankami. I żywym dowodem na to, że seks to nie tylko penetracja.

Zubożona jest ta męska seksualność…
Żeby się otworzyć na swoje przeżycia seksualne, musimy rozumieć, co się z nami dzieje, i umieć komunikować swój stan emocjonalny. A wielu mężczyzn nie ma takiej uważności na siebie i to się przekłada na problemy w seksie. Nie wiedzą, dlaczego mają ochotę lub dlaczego jej nie mają. I nadużywają pornografii, która wywołuje hiperstymulację mózgu – po pewnym czasie potrzebują więcej i więcej. Moi pacjenci często opowiadają, że podczas kontaktu seksualnego z partnerką odłączają się od tego, co się dzieje, i przypominają sobie sceny porno, żeby się dostymulować. Nie potrafią się skupić na tym, co jest tu i teraz. Partnerka to wyczuwa i seks zaczyna być co najmniej nieudany.

A jak dla odmiany swoją seksualność postrzegają kobiety?
Dużo lepiej rozpoznają swoje potrzeby i pragnienia seksualne, lepiej też komunikują się w kontekście swojej seksualności. Media zrobiły tu dobrą robotę – wyedukowały was w kwestii rodzajów orgazmów, sposobów zaspokojenia, dbania o swoje potrzeby, upominania się o rozkosz. Nadal w niektórych związkach to mężczyzna warunkuje długość aktu seksualnego. Gdy on ejakuluje, oznacza to koniec seksu. Ale kobiety teraz mówią: „Postaraj się o moją przyjemność”. Kobietom jest łatwiej rozmawiać o seksie, bo dla nich to jest opowieść o emocjach i potrzebach. Chociażby przez sposób wychowania przychodzi im to łatwiej. Zwłaszcza że w seksie czasami trzeba poprosić, trzeba być bezradnym i trzeba się poddać. Mężczyznom przychodzi to z trudem…

Chcąc zgłębić męski punkt widzenia, muszę spytać o jedną rzecz, która spędza sen z powiek wielu kobietom – czy mężczyznom przeszkadza nasz cellulit?
Mężczyźni nie wiedzą, co to jest, dopóki partnerka im tego nie pokaże. I są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że kobiety to maskują. Ale wy, drogie panie, jesteście nauczone, żeby się pilnować – golić, depilować, podcinać, wysysać… Mężczyźni nie mają tego obciążenia. To, że mu urósł brzuch, w ogóle nie warunkuje jego wartości seksualnej. Za to często trudno im się skoncentrować na seksie, bo myślami są ciągle w pracy. I z tego powodu pojawia się często problem z erekcją. Jeżeli kobieta się obrazi albo przestraszy, że już go nie podnieca, problem urośnie. A jeżeli przytuli się i powie: „Jak się czujesz? Co się dzieje?”, to w tej atmosferze bliskości i zrozumienia może narodzić się wspaniały seks. On potem mówi, że ona go podnieciła. Ale to była bliskość. Bo żeby uprawiać seks, trzeba podejść do siebie blisko.

No dobrze, a kiedy już mężczyzna zostawi tę pracę, to na czym się skupia w seksie?
Najlepiej, gdyby skupiał się na tym, co się właśnie dzieje. Niestety, mężczyźni, z którymi pracuję, często skupiają się na tym, żeby dobrze wypadli i zaspokoili partnerkę. Wtedy właśnie zaczynają się problemy z erekcją. Żeby uprawiać dobry seks, trzeba się otworzyć i poddać temu, co się dzieje. A jeżeli staramy się coś osiągnąć, pojawia się lęk: „nie dam rady”, i to blokuje wzwód. A kult erekcji jest ogromny…

Czy to jest największy problem współczesnego mężczyzny?
Nie, ten problem był od zawsze. Dzisiaj po prostu mężczyźni zaczynają o tym mówić. Z pewnością na problemy w łóżku przekłada się wysoki poziom stresu. Szczególnie gdy mężczyzna, który ma dużo napięć, redukuje je przez masturbację. Jeśli przed wyjściem z biura masturbuje się w toalecie, oglądając film pornograficzny w telefonie – niwelując napięcie z całego dnia, ale też obniżając libido – to kiedy wraca do domu, nie ma już naturalnej potrzeby zabiegać o względy seksualne swojej partnerki. To jest współcześnie najpoważniejszy problem – uzależnienie od pornografii i masturbacji. Bo po kilku latach relacji, żeby mieć kontakt seksualny, trzeba podjąć pewien wysiłek – coś zorganizować, coś wybaczyć, coś zaproponować. Do seksu trzeba się rozebrać – dosłownie i w przenośni – i powiedzieć: „Potrzebuję cię do zaspokojenia mojej bardzo ważnej potrzeby”.

A o czym mężczyźni najczęściej fantazjują?
Te fantazje są bardzo zubożone przez pornografię. Zamiast uczestniczyć w akcie, który się właśnie dzieje, przypominają sobie obrazy z filmów, którymi są naszpikowani. Oczywiście nie wszyscy. Mężczyźni są bardzo różnorodni, nie chciałbym spłycić męskich fantazji do tego, że wszyscy marzą o seksie ze starszą kobietą, z kobietą o wielkich piersiach czy z nastolatką. Jedno jest pewne – o seksie fantazjują. Ale fantazjują też o bliskości. Bo mężczyźni zaspokajają w łóżku nie tylko potrzebę redukcji napięcia seksualnego, ale również potrzebę miłości, bycia akceptowanym, pożądanym... Ale jak pytam: „Dlaczego pan jej o tym nie powie?”, to słyszę „Ja mam powiedzieć, że ona ma mnie przytulać?”.

W sumie cieszę się, że nie udało nam się tu stworzyć prostej instrukcji obsługi mężczyzny.
Ale to by było niemożliwe i niesprawiedliwe! Nie da się stworzyć instrukcji obsługi mężczyzny, podobnie jak nie da się stworzyć instrukcji obsługi kobiety. To my przywykliśmy do myśli, że mężczyzna jest łatwy w obsłudze. Dziś mężczyźni już wiedzą, że nie muszą być napakowanymi twardzielami. Że mogą być „mięczakami”, mogą płakać, mieć różne uczucia, po prostu być różni. Na szczęście coraz lepiej odnajdują się w tej nowej rzeczywistości.

Dwie proste rady dla par:

  • Zacznijcie uprawiać seks bez penetracji. Poznaj, co w twoim ciele sprawia ci największą przyjemność. Potraktuj ciało partnera jak nieodkrytą wyspę i zacznij po nim podróżować! Takie podejście pozwala cieszyć się seksem przez całe lata, bo największym organem seksualnym człowieka jest skóra, a nie penis!
  • Przytulajcie się nago. Nie musicie każdych pieszczot kończyć seksem. Dzięki temu zaczniecie wydzielać neuroprzekaźniki odpowiedzialne za przyjemność i pojawi się poczucie dobrostanu. Poza tym oksytocyna przywiąże was do siebie, a to strasznie miłe uczucie.
Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Założyciel i kierujący pracą Instytutu Psychoterapii i Seksuologii. Absolwent studiów magisterskich w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego. Stypendysta na Wydziale Dramy Stosowanej Uniwersytetu Exeter w Wielkiej Brytanii. Ukończył z wyróżnieniem podyplomowe studia Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie SWPS w Warszawie. Pracuje w podejściu psychodynamicznym oraz systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych oraz par i rodzin.

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.