1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Budowanie bliskości w związku

Budowanie bliskości w związku

By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem. A przecież ma znacznie szerszy wymiar. Często niedoceniana. Albo demonizowana. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem, a przecież ma znacznie szerszy wymiar. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

O co właściwie chodzi w pragnieniu bliskości? Dlaczego do niej dążymy, po co nam ona? Przecież można być zdystansowanym, chronić dostępu do siebie, nie narażać się na różne nieprzyjemności, zranienia, z odrzuceniem na czele... Owszem, można, tylko że oznacza to życie na pół gwizdka - z zamkniętym sercem, w ciasnym pancerzu. Bez możliwości korzystania ze wszystkich odcieni emocji.

Ziyad Marar, autor książki „Bliskość”, mówi, że dążenie do tytułowej wartości bierze się z głębokiej potrzeby, by ktoś nas znał i byśmy my też znali tego kogoś. Twierdzi nawet, że chodzi tu o pragnienie odkrycia „prawdziwego ciebie” i „prawdziwego mnie” – po to, by je ze sobą połączyć. Z kolei Hinduski mędrzec Osho zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt: wchodzenie w intymny kontakt pozwala nam zbliżyć się do nieznanego, oswoić, zaakceptować i przyjąć jako własne.

Cztery składniki bliskości

Zdaniem Ziyada Marara, by mogła zaistnieć bliskość, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. Wzajemność – bo nie możesz być blisko z partnerem, jeśli nie ma w nim gotowości, by się otworzyć. Sekretność – bo wchodzicie w obszary niedostępne dla innych, poznajecie swoje pragnienia i pobudki, jakimi się kierujecie, wiecie, co was martwi i porusza. Temperatura emocji jest wyższa niż przy innych kontaktach, a nastawienie z założenia życzliwe.

Mimo to bliskość wywołuje lęk, bo zmusza do odsłonięcia się, ujawnienia pewnych, czasem bolesnych, prawd. Do rezygnacji z mechanizmów obronnych i porzucenia kontroli. To wszystko kojarzy się z zagrożeniem. Sprawia, że bliskość może być pełna napięcia, niestabilna. Chyba nie ma osoby, która nie nosi w sobie ran czy nie poczuła się kiedyś odtrącona. Sęk w tym, że czasem, opierając się na pojedynczych doświadczeniach, spodziewamy się ciosu od wszystkich, którzy się do nas zbliżają. Nakładamy kalki z przeszłości na obecne sytuacje. Gotowi jesteśmy zrobić wszystko, by uniknąć rozczarowań. Chronimy się, dumni z tego, że teraz już potrafimy o siebie zadbać. Tymczasem właśnie dlatego, że jesteśmy dojrzalsi, mocniejsi, lepiej znamy siebie i świat – najlepsze, co możemy zrobić, to zaryzykować! Jeśli czujesz ból z powodu wewnętrznych ran, pamiętaj, że nie zabliźnią się one, jeśli nie zostaną odsłonięte. Potrzebujesz je otworzyć, to jedyna szansa na uzdrowienie.

Z czego bierze się lęk przed bliskością?

Lęk przed bliskością związany jest ze wstydem. Każdy ma takie elementy w sobie, które chciałby ukryć przed innymi. Każdy został kiedyś wyśmiany, umniejszony. Otworzyć się przed partnerem to trochę jak stanąć przed nim nago - bez makijażu, zasłon dymnych, masek. W bliskości chodzi przede wszystkim o prawdę. O to, by ją uznać, ujawnić. Najpierw przed sobą. Osho utrzymuje, że nie ma nic piękniejszego od bycia sobą. Zresztą, jak miałbyś przeżyć coś prawdziwego, jeśli nie jesteś prawdziwy? Z prawdą nie opłaca się chodzić na kompromisy – ostrzega Hindus. Dla prawdy zaryzykuj wszystko; inaczej pozostaniesz w stanie odłączenia. Będziesz robił wiele rzeczy, ale żadna z nich nie przydarzy ci się naprawdę. Będziesz zmieniał miejsca, ale nigdy nigdzie nie dotrzesz. Wszystko stanie się absurdalne. To tak, jakbyś był głodny i wciąż marzył o jedzeniu.

Pierwszy krok to akceptacja samego siebie – nie ma sensu szukać jej u innych. Przyjmij całą prawdę o sobie – o swojej wartości, ale też niedoskonałości. Tylko wtedy możesz zbliżyć się do drugiego człowieka i zbudować intymną relację z samym sobą. Zdaniem Osho, żeby być prawdziwym wobec siebie, należy spełnić trzy warunki:

1. słuchać się w wewnętrzny głos – nie dać się zwieść tym, którzy mówią, jaki masz być, 2. zrezygnować z maski, 3. żyć w teraźniejszości – każde zakłamanie przychodzi z przeszłości albo przyszłości.

Ukrywanie prawdy – pod maską sukcesów czy obojętności – to ogromny wysiłek i strata energii. Osho opowiada, że Aleksander Wielki, po tym, jak podbił świat, zamknął się w swoim pokoju i zapłakał. Wcześniej zdarzało mu się być w poważnych tarapatach, stawał twarzą w twarz ze śmiercią, ale nigdy nie uronił łzy. Dlaczego więc rozkleił się wtedy, kiedy świat leżał u jego stóp? Oto jego odpowiedź: Teraz, gdy odniosłem sukces, wiem, że poniosłem klęskę. Wiem, że stoję w tym samym miejscu, w którym byłem, kiedy zaczął się ten cały nonsens związany z podbijaniem świata. Zdałem sobie z tego sprawę, ponieważ nie ma już innego świata do podbicia; inaczej mógłbym kontynuować podróż, mógłbym podbijać kolejny świat. Teraz nie ma drugiego świata do zdobycia, teraz nie ma nic do zrobienia – i nagle zostałem sam ze sobą.

Nadmiar i niedomiar

Otworzyć serce – czasem wymaga to nie mniejszej odwagi niż podbicie świata. Każde zbliżenie się do drugiej osoby wiąże się z ryzykiem. Ale też esencją życia jest brak bezpieczeństwa, doświadczanie, eksperymentowanie. Próbując się ochronić, niszczysz swoje życie. Pełne zabezpieczenie to śmierć - mówi Osho. Nikt nie obieca ci, że relacja, w którą wchodzisz, będzie w stanie unieść prawdę. Nie przekonasz się, co może ci dać, dopóki tego nie sprawdzisz.

Na pewno warto zadbać o granice. Kiedy potrafisz zachować własną odrębność, łatwiej ci pozwolić sobie na bliskość. Ziyad Marar ostrzega, że brak barier, zbytnia poufałość i otwartość odstraszają bliskość – kiedy całkowicie rezygnujesz z własnej prywatności, paradoksalnie wprowadzasz dystans. Podstawowym warunkiem wpuszczenia kogoś do środka jest absolutna pewność, że można go nie wpuścić albo wyrzucić. 

Bliskość wiąże się z odkrywaniem – pary, które nie mają już przed sobą żadnych tajemnic, mogą stracić dar jej odczuwania. Marar mówi, że w relacjach tańczymy wokół nadmiaru i niedomiaru ujawniania się: Zbyt mało ujawniania – mijamy się okryci pancerzem, zbyt dużo – stajemy się dla drugiej osoby przezroczyści jak powietrze.

Zwykle jednak cierpimy z powodu braku bliskości – ściśnięci lękiem, że drugi człowiek wchłonie nas, odbierze nam wolność, przytłoczy oczekiwaniami. A przecież pozwolenie sobie na bliskość nie oznacza wejścia w stan permanentnego kontaktu z partnerem. Czasami pojawi się potrzeba oddalenia, bycia sam na sam ze sobą - to normalne i zdrowe. Ważne, żebyś pozostawać wtedy blisko siebie. Zadbać o swoje samopoczucie, o dobry kontakt ze sobą. W końcu to najważniejsza relacja w twoim życiu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy? To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi? Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna? Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład? Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów? Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości? Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie? Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi? I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie? Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania? Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać. Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością? Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością? Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok. Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.

  1. Psychologia

Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Kinga, 35-letnia menedżerka w gigancie IT, uśmiecha się na zdjęciach z rajskiej wyspy. W tle lazurowe niebo, plaża, bujna roślinność. Wszędzie sama. Wyjechała tam dokładnie rok temu, ten jeden jedyny raz z chłopakiem, bo zawsze wyjeżdżała w pojedynkę. Kiedy wybuchła pandemia, on wrócił LOT-em do domu, ona postanowiła zostać. Wzięła zaległy urlop, potem bezpłatny, w międzyczasie odkryła nową pasję – fotografowanie i kręcenie filmików, które wrzuca do sieci, a na nich robi za przewodniczkę oprowadzającą wirtualnie po wyspie. Oferuje także organizację pobytów i pisanie reportaży. Tak ją poznaję. Reklamuje mi swoje usługi, ale opowiada także – najpierw między wierszami, potem wprost – o sobie. Wyłania się z tych opowieści portret młodej, atrakcyjnej kobiety, która nie może znaleźć miłości, ale tak naprawdę, nie wiedzieć czemu, przed nią ucieka. Inspiruje mnie do zajęcia się na naszych łamach ludźmi, którzy boją się bliskości. Okazuje się modelowym przykładem. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, a na dłużej nie ma nikogo. Miss klasy, obozów, roku. Wokół niej zawsze kręciło się wielu adoratorów. Każdego jednak bardzo szybko odstawiała na boczny tor. Opowiada z detalami, co było z nimi nie tak: – Jeden chłopak miał za duże dłonie, inny za głośno mówił, pamiętam takiego, którego zdyskwalifikowały zbyt wydatne usta. To dziwne, że to, co na początku mi nie przeszkadzało, a nawet mnie intrygowało, potem zaczynało wkurzać. Teraz, jak patrzę na tamtą siebie, to widzę, że interesowali mnie tylko faceci niedostępni, o których musiałam powalczyć. Ale jak tylko dali się zdobyć, od razu coś zaczynało mnie w nich drażnić. Więc mówiłam „do widzenia”. Chłopak, z którym wyjechała, naciskał, żeby zamieszkali razem, a ona oczami wyobraźni widziała wspólne życie jako więzienie, z którego nie ma ucieczki. – W sumie bardzo dobrze się stało, że tu zostałam – mówi. Bo ten czas okazał się dla mnie ratunkiem. Ale nie dlatego, że mogę być sama, tego nigdy tak naprawdę nie pragnęłam, tylko dlatego, że mam dużo czasu na przemyślenie swojego życia. Dzięki temu odkryłam, że wciąż uciekam. Jeszcze do końca nie wiem, co się za tym kryje, ale dzięki terapii powoli to odkrywam.

Jak najdalej

Lęk przed bliskością ma różne oblicza, różnie zresztą opisywane przez psychologów. Warto je poznać, bo wielu ludzi ich u siebie nie widzi. Psycholożka, psychoterapeutka i autorka książki „Jak nie bać się bliskości?” Stefanie Stahl opisuje je metaforycznie. Pierwszy typ ludzi z tym syndromem nazywa „myśliwymi”, bo są zainteresowani przede wszystkim uwodzeniem. Ale, jak pokazuje przykład Kingi, taka cecha nie jest tylko domeną mężczyzn. Myśliwi z jednej strony polują, więc ich życie naznaczone jest licznymi flirtami, romansami, nawet wieloma małżeństwami, z drugiej jednak – unikają trwałych związków. Potrafią być uroczy, pełni wdzięku, otwarci, ale także zimni i bezwzględni. Oczarowują, gdy tylko jednak „ofiara” wpadnie w ich sieć, wycofują się. Taka gra może się toczyć latami, zwłaszcza gdy „ofiara” też cierpi na lęk przed bliskością.

Drugi typ zyskał przydomek „księżniczka lub książę”. Ludzie ci mają bowiem silnie narcystyczne cechy charakteru. Zakochują się, i to często od pierwszego wejrzenia, jednak nie umieją dzielić codziennego życia z partnerem, akceptować jego słabości. Relacja według księżniczki i księcia musi być ekscytująca, dynamiczna, natomiast stabilizacja związku, a już nie daj Boże jakieś w nim problemy, to dla takich ludzi zagrożenie. Podobnie jak trwałe związki. Uciekają więc od nich jak najdalej. Za każdym razem rozglądają się za kimś, kto zapewni im ciekawe życie, kto podniesie ich poczucie wartości. Tak się jednak składa, że zawsze znajdują kogoś – ich zdaniem – niewłaściwego. Więc szukają od nowa.

Kolejny typ człowieka lękającego się związków, „murarz”, swoim zachowaniem mówi partnerowi: to ja dyktuję warunki. I odgradza się od niego murem. Stosuje w tym celu różne, czasem wyrafinowane strategie: oddaje się bez reszty pracy, pasjom, działalności społecznej. Romansuje, wybiera związki na odległość, manipuluje seksem: bywa powściągliwy, dawkuje zbliżenia, unika pójścia do łóżka. Nie lubi się do niczego zobowiązywać, zawsze pod ręką ma jakieś wymówki. Budując wokół siebie mury, utwierdza się w przekonaniu, że nikt go nie zrani. Nie dotknie. Nie złamie. A z tego przekonania płynie poczucie władzy. Bo to on ustala, kiedy chce być blisko, a kiedy nie. W relacji z takim człowiekiem nie ma miejsca na kompromisy, dogadywanie się. On podejmuje ostateczne decyzje, kropka.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. Tacy ludzie chcą pociągać za sznurki, decydować o tym, kiedy porozmawiają, kiedy dopuszczą partnera do siebie. Inną ich cechą wspólną jest unikanie trwałych związków. „Jeszcze nie jestem gotowy” – mówią. Autorka książki zauważa, że to zdanie wypowiadają wszystkie osoby z lękiem przed bliskością we wszystkich językach na całym świecie. W ten sposób pozostawiają sobie możliwość wyboru, jednocześnie zwodząc partnerów. Bo co oznacza to stwierdzenie? Tak naprawdę to dwa stwierdzenia w jednym: „teraz jeszcze nie jestem gotowy” oraz „ale, być może, kiedyś będę”. I to adresat tych słów ma zgadnąć, co autor chciał powiedzieć: „nie chcę trwałego związku” czy „może coś z tego jeszcze będzie”? Takich ludzi łączy jeszcze jedno – rozdarcie wewnętrzne, miotanie się, strach przed bliskością, bycie między „chcę i nie chcę”.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma) Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma)

W trybie offline

Inny znak rozpoznawczy silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Gdy zaczyna być pięknie, a relacja staje się naprawdę bliska. Zachowujemy się wtedy tak, jakby coś szeptało nam do ucha: „Uważaj, to wszystko się rozleci. Nie zobowiązuj się do niczego, nie bierz odpowiedzialności, bo a nuż za rogiem czeka ktoś lepszy. Jak się zwiążesz, stracisz wolność”. Albo: „Nie dorastasz partnerowi do pięt, więc twój związek nie ma szans”. Co to za głos? – To demony z dzieciństwa – odpowiada psycholog Jarosław Przybylski. Lęk przed bliskimi relacjami zależy w dużej mierze od tak zwanych bazowych relacji, czyli doświadczeń, jakie zdobyliśmy w pierwszych latach życia w kontakcie z matką, ojcem czy innym opiekunem. Wpływają one na to, czy nasz mózg kojarzy bliską więź z pewnością, bezpieczeństwem, miłością czy osamotnieniem, opuszczeniem, zagrożeniem. Najprościej rzecz ujmując, miłość, uwaga, troska i empatia budują nasze pierwotne zaufanie do ludzi. Brak miłości i uwagi wyposaża nas w poczucie, że świata i ludzi należy się bać. Ma to związek z tak zwanymi neuronami lustrzanymi, które wykształcają się w mózgu w pierwszych trzech latach życia i które pomagają odzwierciedlać zachowania tego, w kim się dziecko „przegląda” podczas wspólnie spędzanego czasu.

Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe style więzi tworzących się we wczesnym dzieciństwie. Pierwszy: bezpieczny, oparty na miłości, trosce, uwadze. Dorosła osoba z takim stylem przywiązania ufa partnerowi i sama czuje się z nim bezpiecznie. Drugi styl: lękowo-ambiwalentny ma swoje korzenie w niewystarczającej dawce uwagi i empatii, jaką dostaliśmy od rodziców. Partner z takim stylem przywiązania szuka miłości, ale nieustannie boi się jej utraty. I trzeci styl: unikający, wykształcony w odpowiedzi na zupełny brak troski w niemowlęctwie. W dorosłości przejawia się tym, że nie zależy nam na tworzeniu jakichkolwiek związków z ludźmi. Jarosław Przybylski: – Warto zauważyć, że doświadczeń z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. To dlatego nie wiążemy ich z naszymi obecnymi problemami. Ich źródeł szukamy gdzie indziej. Najczęściej jesteśmy przekonani, że winę za trudności ponosi partner, który nas tłamsi, zniewala. Tymczasem wczesne doświadczenia więzi zostały zapisane w naszej podświadomości i stamtąd sterują naszym zachowaniem. Psychologowie wiążą lęk przed bliskością z niskim poczuciem własnej wartości. Według Stefanie Stahl niska samoocena plasuje się w samym epicentrum tego lęku. Tacy ludzie boją się związków, bo boją się odrzucenia. Dla nich jako partnerów istnieją właściwie tylko dwie możliwe decyzje: zrobię wszystko, by nie zostać odrzuconym, albo od razu zrezygnuję z relacji. A wszystko po to, aby chronić swoje niestabilne poczucie własnej wartości. Osoby cierpiące na lęk przed więzią widzą w partnerze wroga, siebie natomiast postrzegają jako twierdzę, której trzeba bronić. I bronią. Poprzez ucieczkę, atak albo… udawanie martwego. Stefanie Stahl wyjaśnia, że „udawanie martwego”, przez psychologię nazywane dysocjacją, to dość powszechny, choć zakamuflowany odruch. Coś w rodzaju trybu offline. Taki jakby komunikat: „abonent chwilowo niedostępny”. Partner sprawia wrażenie nieobecnego, nawet kiedy siedzi obok. Co kryje się za takim zachowaniem? Próba obrony przed zagrożeniem, tu – przed bliskością. W chwili, gdy to zagrożenie jest zbyt duże, człowiek się wyłącza tak, jak przegrzane urządzenie elektryczne.

Jestem dorosła

Pokonanie lęku przed bliskością nie jest zadaniem łatwym. Wymaga głębokiej pracy nad sobą, najlepiej pod okiem psychoterapeuty. Dotarcia do źródła, czyli bazowych relacji. Szczerości z sobą samym. Cierpliwości i konsekwencji, bo demony z przeszłości mogą wracać. Psycholog Andrzej Gryżewski w książce „Niekochalni” pisze, że aby pozbyć się lęku przed bliskim związkiem, trzeba się ponownie urodzić. Według Stefanie Stahl zacząć trzeba od rozpoznania tego, co się ze mną dzieje. Dostrzec, że w ogóle odczuwam lęk przed relacją, i dlatego na wszelkie sposoby ją udaremniam. Już samo odkrycie tego, że boję się związków, może okazać się dla mnie uzdrawiające. Może też uzdrowić relację, bo kiedy zrozumiem, że mam problem, przestanę go szukać w partnerze. – W tym obszarze nie ma cudownych rozwiązań – mówi Jarosław Przybylski. – Praca nad lękiem przed bliskością to tak naprawdę praca nad wieloma lękami: przed odrzuceniem, zranieniem, zależnością, zaangażowaniem, otwarciem się na drugiego człowieka. A przede wszystkim to praca nad lękiem przed byciem sobą. Bo ludzie bojący się bliskiej relacji z innymi boją się też prawdziwego siebie. Zacząć trzeba więc od zbudowania dobrej relacji z sobą samym. Stefanie Stahl proponuje: porozmawiaj ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wytłumacz mu, że jest sprawcze, że może negocjować, ma wpływ na relację, może osiągać kompromisy. I że nie musi uparcie siadać w kącie i się dąsać. Wewnętrzne dziecko ma usłyszeć, że między naginaniem się do innych i całkowitą rezygnacją z siebie a radykalną bezkompromisowością istnieje spore pole do innych reakcji. Kinga: – Dla mnie przełomowe okazało się ćwiczenie, jakie zadała mi moja psychoterapeutka. Miałam usiąść przed lustrem, poprzyglądać się sobie, pouśmiechać, pogadać. Głupie to, pomyślałam. Ale dobra, usiadłam. Stroję miny, marszczę czoło, zamykam jedno oko, cmokam, podśpiewuję. I dalej nie wiem, co ma z tego wynikać. „A kogo zobaczyłaś?” – pyta mnie potem psychoterapeutka. „Dziewczynę z pierwszymi zmarszczkami” – odpowiadam. „No właśnie, jesteś dorosła” – ona na to. Czyli nie bezsilna ani nie bezwolna. To ty decydujesz o sobie. Możesz więc zadecydować, że przestajesz uciekać. Od roku siedzę w miejscu, na pewno nie uciekam przed sobą. Na początek dobre i to.

  1. Psychologia

Empatia - ważny element skutecznej komunikacji

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Dąsy i obrażanie się to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Empatia zamiast wymuszania na rozmówcy tego, na czym ci zależy, to ważny element skutecznej komunikacji.

Lena czuła znajomy ścisk w gardle. Znowu ma być tak, jak jemu pasuje. – Oczywiście, że możemy nie jechać na te tratwy. Bo mamusia nie przeżyje jednego tygodnia bez obiadu z syneczkiem. Tylko mi nie mów potem, że jesteś przemęczony i nigdy nie możesz odpocząć – powiedziała. Wspólny wyjazd ze znajomymi, który zapowiadał się interesująco, przegrał w konkurencji z proszonym obiadem u teściowej. Lena nie miała ochoty na dalszą dyskusję, bo nie bardzo wierzyła, że jest w stanie wpłynąć na postawę męża. Nie miała też ochoty być miła i udawać, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że w ich domu zaczynają się kolejne „ciche dni”. Chyba, że Piotr zmieni swoją decyzję...

Komunikaty manipulacyjne

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale w głębi ducha nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy komunikaty manipulacyjne: żądamy, formułując komunikat oparty na schemacie: „albo to zrobisz, albo będzie źle” (motywujemy strachem), albo uwodzimy w ten czy inny sposób rozmówcę poprzez stosowanie komunikatów opartych na mglistych obietnicach – wtedy schemat komunikatu sprowadza się do formy: „jeśli to zrobisz, będzie ci dobrze”.

Takich wypowiedzi Lena używa zazwyczaj wtedy, kiedy czuje, że Piotr jest w dobrym humorze i pozytywnie zareaguje na jej przymilenie się. Dziś też próbowała od tego zacząć. – Piotrusiu – powiedziała, kiedy wrócił z pracy – ostatnio mówiłeś, że przydałby się nam wyjazd na łono natury, a Kasia z Bartkiem wybierają się na spływ tratwami i byłoby też dla nas miejsce. Odpoczęlibyśmy sobie i na pewno byłoby miło… I wtedy Piotr wyskoczył z rodzinnym obiadem, że obiecał mamie i nie chce wszystkiego odkręcać, bo rodzicom będzie przykro. Rodzicom oczywiście nie powinno być przykro, a jej może? I wtedy właśnie poczuła ten znajomy ścisk w gardle i nie mogła się już powstrzymać, żeby mu nie wygarnąć „z grubej rury”.

Manipulacyjne wypowiedzi grożące lub oparte na przymilaniu się niosą ze sobą informację, że ten, kto je wypowiada, nie czuje w danym momencie zaufania do losu, świata i innych ludzi. Raczej połączony jest ze swoją frustracją, która każe mu skupiać się przede wszystkim na własnych problemach i nie daje przestrzeni na zadbanie także o komfort rozmówcy. Jednym z rodzajów komunikatów opartych na niejawnej groźbie jest „strzelanie focha”. Obrażamy się na rozmówcę, przestajemy z nim rozmawiać, „wypisujemy się” ze wspólnoty, do której obydwoje należymy. Dajemy wtedy do zrozumienia, że jeśli nie zrobi tego, czego sobie życzymy, to zerwiemy z nim kontakt. Niewiele osób jest w stanie ze spokojem znosić taką groźbę, bo dotyka ona najgłębszych, nieuświadamianych zazwyczaj ludzkich potrzeb – niosąc groźbę wykluczenia, zaburza poczucie bezpieczeństwa, oparte na przynależności do grupy.

Pokonać focha

Dąsy i obrażanie się, kiedy jest się niezadowolonym albo gdy coś pokrzyżuje nasze plany, to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Jest to forma zemsty, mająca dać do zrozumienia że odbieramy komuś naszą miłość i akceptację na tak długo, aż się opamięta, zmieni swoje zachowanie i tym samym uzna naszą rację. Za taką postawą kryje się brak pewności siebie, poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa. Stosując taki manipulacyjny rodzaj komunikacji, zapraszamy rozmówcę do rzeczywistości, w której sposobem na życie jest walka, a partner staje się sparring partnerem. W ostatecznym rozrachunku zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego trzeba nauczyć się rozpoznawać, jakie reakcje wzmacniają toksyczny model komunikacji, a jakie go „rozbrajają”.  Tym, co powoduje, że swoim zachowaniem wzmacniamy „fochowy” sposób komunikowania się partnera, jest: ignorowanie rozmówcy, próby udobruchania go, wszczynanie kłótni w nadziei na jakąkolwiek formę komunikacji, tłumaczenie się i przepraszanie, że nie spełniło się oczekiwań rozmówcy, odpłacanie pięknym za nadobne czy też obrażanie się. W przypadku Leny i Piotra jest bardzo prawdopodobne, że kiedy stosują swoje nawykowe zachowania w problemowych sytuacjach, zapędzają się w kozi róg wzajemnego obrażania się na siebie. Dlatego „ciche dni” w ich domu zdarzają się coraz częściej i nie przynoszą rozwiązania problemów, które tylko się nawarstwiają.

Co robić?

Nina Brown w swojej książce „Kocham narcyza” radzi, by w sytuacjach, kiedy nasz partner dąsa się i obraża, zastosować strategie, które powstrzymają rozwój toksycznej komunikacji
  • Zaprzestać wypytywania partnera o przyczynę jego dąsów (bo drążąc temat, dowiesz się najprawdopodobniej, że źródłem niezadowolenia partnera jest jakieś twoje niedopatrzenie lub zachowanie i tym samym zgłosisz się na ochotnika do roli chłopca do bicia);
  • Powstrzymać swoją ciekawość na temat źródła niezadowolenia rozmówcy, kiedy bowiem czujemy się źle, nie wiedząc, o co partner się dąsa, jest bardzo prawdopodobne, że poczujemy się znacznie gorzej, gdy wyjawi nam prawdę o naszym własnym udziale w powstaniu tego niezadowolenia;
  • Sztuką jest zachowywać się tak, jakby rozmówca nie był nadąsany czy obrażony; postępować tak, jakby miało się do czynienia z osobą, która zachowuje się w sposób dojrzały: ignorować dąsy, ale nie traktować partnera jak powietrza.
Takie strategie pomagają wprowadzić styl rozmowy oparty na wzajemnym szacunku i poszukiwaniu rozwiązań, które służą wszystkim. Pomagają zatrzymać się i wykroczyć poza zaklęty krąg wzajemnego obwiniania się i walki o to, kto ma rację. A wtedy łatwiej odzyskać zaufanie do tego, że jesteśmy akceptowani i cały świat nie sprzymierzył się przeciwko nam.

Gdyby udało się cofnąć sytuację do momentu, gdy Lena czuje ścisk w gardle, dać jej czas na zatrzymanie się, wzięcie kilku oddechów i rozluźnienie gardła, zanim wygłosi swoją kwestię na temat mamusi i syneczka, a Piotrowi pozwolić dostrzec troskę w tym, co Lena robi – może okazałaby się możliwa rozmowa z poziomu empatii, np. taka:

- Nie wiedziałam, że umówiłeś się z rodzicami. Chciałbyś dotrzymać słowa, żeby rodzice czuli, że się z nimi liczysz? Może zadzwonię do mamy i porozmawiam o planie porwania ciebie na przymusowy wypoczynek i o tym, że przyszlibyśmy do nich na przykład we wtorek?

- Normalnie nie lubię, jak się robi za mnie to, co mogę zrobić sam, ale takie bycie w roli faceta rozrywanego przez najważniejsze kobiety mego życia jest całkiem pociągające... To zadzwoń, jeśli możesz, i będziemy myśleć, jak się dalej organizować.

  1. Psychologia

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć

Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.

  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”