1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Budowanie bliskości w związku

Budowanie bliskości w związku

By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
By mogła zaistnieć bliskość w związku, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. (Fot. iStock)
Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem. A przecież ma znacznie szerszy wymiar. Często niedoceniana. Albo demonizowana. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

Wszyscy jej pragniemy i wszyscy się jej boimy. Czasem mylona jest z seksem, a przecież ma znacznie szerszy wymiar. Jak stworzyć prawdziwą bliskość w związku?

O co właściwie chodzi w pragnieniu bliskości? Dlaczego do niej dążymy, po co nam ona? Przecież można być zdystansowanym, chronić dostępu do siebie, nie narażać się na różne nieprzyjemności, zranienia, z odrzuceniem na czele... Owszem, można, tylko że oznacza to życie na pół gwizdka - z zamkniętym sercem, w ciasnym pancerzu. Bez możliwości korzystania ze wszystkich odcieni emocji.

Ziyad Marar, autor książki „Bliskość”, mówi, że dążenie do tytułowej wartości bierze się z głębokiej potrzeby, by ktoś nas znał i byśmy my też znali tego kogoś. Twierdzi nawet, że chodzi tu o pragnienie odkrycia „prawdziwego ciebie” i „prawdziwego mnie” – po to, by je ze sobą połączyć. Z kolei Hinduski mędrzec Osho zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt: wchodzenie w intymny kontakt pozwala nam zbliżyć się do nieznanego, oswoić, zaakceptować i przyjąć jako własne.

Cztery składniki bliskości

Zdaniem Ziyada Marara, by mogła zaistnieć bliskość, niezbędne są: wzajemność, sekretność, emocje i życzliwość. Wzajemność – bo nie możesz być blisko z partnerem, jeśli nie ma w nim gotowości, by się otworzyć. Sekretność – bo wchodzicie w obszary niedostępne dla innych, poznajecie swoje pragnienia i pobudki, jakimi się kierujecie, wiecie, co was martwi i porusza. Temperatura emocji jest wyższa niż przy innych kontaktach, a nastawienie z założenia życzliwe.

Mimo to bliskość wywołuje lęk, bo zmusza do odsłonięcia się, ujawnienia pewnych, czasem bolesnych, prawd. Do rezygnacji z mechanizmów obronnych i porzucenia kontroli. To wszystko kojarzy się z zagrożeniem. Sprawia, że bliskość może być pełna napięcia, niestabilna. Chyba nie ma osoby, która nie nosi w sobie ran czy nie poczuła się kiedyś odtrącona. Sęk w tym, że czasem, opierając się na pojedynczych doświadczeniach, spodziewamy się ciosu od wszystkich, którzy się do nas zbliżają. Nakładamy kalki z przeszłości na obecne sytuacje. Gotowi jesteśmy zrobić wszystko, by uniknąć rozczarowań. Chronimy się, dumni z tego, że teraz już potrafimy o siebie zadbać. Tymczasem właśnie dlatego, że jesteśmy dojrzalsi, mocniejsi, lepiej znamy siebie i świat – najlepsze, co możemy zrobić, to zaryzykować! Jeśli czujesz ból z powodu wewnętrznych ran, pamiętaj, że nie zabliźnią się one, jeśli nie zostaną odsłonięte. Potrzebujesz je otworzyć, to jedyna szansa na uzdrowienie.

Z czego bierze się lęk przed bliskością?

Lęk przed bliskością związany jest ze wstydem. Każdy ma takie elementy w sobie, które chciałby ukryć przed innymi. Każdy został kiedyś wyśmiany, umniejszony. Otworzyć się przed partnerem to trochę jak stanąć przed nim nago - bez makijażu, zasłon dymnych, masek. W bliskości chodzi przede wszystkim o prawdę. O to, by ją uznać, ujawnić. Najpierw przed sobą. Osho utrzymuje, że nie ma nic piękniejszego od bycia sobą. Zresztą, jak miałbyś przeżyć coś prawdziwego, jeśli nie jesteś prawdziwy? Z prawdą nie opłaca się chodzić na kompromisy – ostrzega Hindus. Dla prawdy zaryzykuj wszystko; inaczej pozostaniesz w stanie odłączenia. Będziesz robił wiele rzeczy, ale żadna z nich nie przydarzy ci się naprawdę. Będziesz zmieniał miejsca, ale nigdy nigdzie nie dotrzesz. Wszystko stanie się absurdalne. To tak, jakbyś był głodny i wciąż marzył o jedzeniu.

Pierwszy krok to akceptacja samego siebie – nie ma sensu szukać jej u innych. Przyjmij całą prawdę o sobie – o swojej wartości, ale też niedoskonałości. Tylko wtedy możesz zbliżyć się do drugiego człowieka i zbudować intymną relację z samym sobą. Zdaniem Osho, żeby być prawdziwym wobec siebie, należy spełnić trzy warunki:

1. słuchać się w wewnętrzny głos – nie dać się zwieść tym, którzy mówią, jaki masz być, 2. zrezygnować z maski, 3. żyć w teraźniejszości – każde zakłamanie przychodzi z przeszłości albo przyszłości.

Ukrywanie prawdy – pod maską sukcesów czy obojętności – to ogromny wysiłek i strata energii. Osho opowiada, że Aleksander Wielki, po tym, jak podbił świat, zamknął się w swoim pokoju i zapłakał. Wcześniej zdarzało mu się być w poważnych tarapatach, stawał twarzą w twarz ze śmiercią, ale nigdy nie uronił łzy. Dlaczego więc rozkleił się wtedy, kiedy świat leżał u jego stóp? Oto jego odpowiedź: Teraz, gdy odniosłem sukces, wiem, że poniosłem klęskę. Wiem, że stoję w tym samym miejscu, w którym byłem, kiedy zaczął się ten cały nonsens związany z podbijaniem świata. Zdałem sobie z tego sprawę, ponieważ nie ma już innego świata do podbicia; inaczej mógłbym kontynuować podróż, mógłbym podbijać kolejny świat. Teraz nie ma drugiego świata do zdobycia, teraz nie ma nic do zrobienia – i nagle zostałem sam ze sobą.

Nadmiar i niedomiar

Otworzyć serce – czasem wymaga to nie mniejszej odwagi niż podbicie świata. Każde zbliżenie się do drugiej osoby wiąże się z ryzykiem. Ale też esencją życia jest brak bezpieczeństwa, doświadczanie, eksperymentowanie. Próbując się ochronić, niszczysz swoje życie. Pełne zabezpieczenie to śmierć - mówi Osho. Nikt nie obieca ci, że relacja, w którą wchodzisz, będzie w stanie unieść prawdę. Nie przekonasz się, co może ci dać, dopóki tego nie sprawdzisz.

Na pewno warto zadbać o granice. Kiedy potrafisz zachować własną odrębność, łatwiej ci pozwolić sobie na bliskość. Ziyad Marar ostrzega, że brak barier, zbytnia poufałość i otwartość odstraszają bliskość – kiedy całkowicie rezygnujesz z własnej prywatności, paradoksalnie wprowadzasz dystans. Podstawowym warunkiem wpuszczenia kogoś do środka jest absolutna pewność, że można go nie wpuścić albo wyrzucić. 

Bliskość wiąże się z odkrywaniem – pary, które nie mają już przed sobą żadnych tajemnic, mogą stracić dar jej odczuwania. Marar mówi, że w relacjach tańczymy wokół nadmiaru i niedomiaru ujawniania się: Zbyt mało ujawniania – mijamy się okryci pancerzem, zbyt dużo – stajemy się dla drugiej osoby przezroczyści jak powietrze.

Zwykle jednak cierpimy z powodu braku bliskości – ściśnięci lękiem, że drugi człowiek wchłonie nas, odbierze nam wolność, przytłoczy oczekiwaniami. A przecież pozwolenie sobie na bliskość nie oznacza wejścia w stan permanentnego kontaktu z partnerem. Czasami pojawi się potrzeba oddalenia, bycia sam na sam ze sobą - to normalne i zdrowe. Ważne, żebyś pozostawać wtedy blisko siebie. Zadbać o swoje samopoczucie, o dobry kontakt ze sobą. W końcu to najważniejsza relacja w twoim życiu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Seks

W seksie trzeba dać sobie przestrzeń

Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Partnerzy znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko – twierdzi szwedzka seksuolog dr Dagmar O’Connor.

Nawiązując do tytułu pani najsłynniejszej książki: naprawdę można kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić?
Jak najbardziej. Choć trzeba przyznać, że obecnie żyjemy o wiele dłużej niż nasi przodkowie – oni dożywali ledwie 30 lat, wcześnie zakładali rodziny, mieli dzieci i wcześnie umierali. Dziś zdarza się, że wiążemy się z kimś, mając powiedzmy dwadzieścia kilka lat, i stajemy przed perspektywą co najmniej kilkudziesięciu lat wspólnego życia. To prawdziwe wyzwanie dla związku. Bo jak tu fascynować się sobą i seksem przez tak długi czas? Z mojego doświadczenia, a zajmuję się terapią par od 40 lat, wynika, że małżonkowie znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko.

O, to ciekawe!
Jest oczywiście różnica między jednym romansem w życiu a notorycznymi zdradami. Jeśli zawsze wikłasz się w trójkąty, to znaczy, że wiecznie jesteś niezadowolona z tego, co masz.

Najważniejszą rzeczą w związku jest przestrzeń. Jeżeli jedna osoba zbytnio zbliża się do drugiej, tamta odsuwa się od niej, i na odwrót. Są osoby, które nie potrafią inaczej wywalczyć dla siebie przestrzeni niż poprzez sprowokowanie konfliktu. Uczę ich tego, by komunikowali się ze sobą na temat swoich potrzeb, żeby mogli rozpoznawać, kiedy zaczynają się dusić w parze, i wtedy na przykład szli na samotny spacer, poczytali sobie książkę, pobyli choć przez chwilę „poza związkiem”.

Ludzie, którzy nie są w kontakcie ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, czyli nie zdają sobie sprawy ze swoich uczuć, mówią zwykle: „Kłótnia wybuchła nagle, po prostu się zdarzyła”. Mówię im wtedy: „Nie, to nieprawda, to się nie dzieje ot, tak. Co się wydarzyło przed kłótnią?”. I wtedy słyszę: „To był taki piękny dzień, byliśmy sobie tacy bliscy, trzymaliśmy się za ręce”. I już wiem, że byli ze sobą za blisko, więc żeby się od siebie odseparować, musieli doprowadzić do kłótni.

Znam jedną parę, która za każdym razem, gdy miała bardzo bliski, zmysłowy seks, rozkręcała kłótnię. W końcu umówili się, że kiedy zrobi się między nimi naprawdę błogo i intymnie, jedno z nich pójdzie na przechadzkę wokół bloku.

Inna kobieta kończyła każdy związek, gdy czuła, że wchodzi w zaawansowaną fazę. Wspólnie odbyłyśmy podróż do jej przeszłości. Okazało się, że kiedy była dorastającą dziewczynką, lubiła siadać ojcu na kolanach – nie było w tym nic zdrożnego – czysta miłość córki do ojca. Jednak wtrąciła się matka. Zaczęła krzyczeć na ojca: „Koniec z tym, ona już dojrzewa!”. I zepchnęła ją z kolan taty. Wytworzył się w niej taki schemat: kiedy będziesz z kimś za blisko, on cię odepchnie. Dlatego porzucała mężczyzn, żeby nie być porzuconą.

Czy każdy ma problem ze zbyt dużą bliskością w związku?
Tak, jeśli nie zna siebie dobrze. Intymność z drugą osobą można nawiązać dopiero wtedy, gdy nawiąże się ją ze sobą samym. Nie wiem, czy uda się to przetłumaczyć na polski, ale słowo „intimacy” (z ang. „intymność”) dla mnie znaczy tak naprawdę „into me see” (z ang. „zajrzeć w głąb siebie”). To prawdziwe znaczenie tego słowa.

W niektórych związkach mąż kupuje żonie podpaski, a ona chodzi po domu w maseczce upiększającej. Czy takie zachowania nie zabijają namiętności?
Wszystko zależy od tego, co kogo podnieca. Niektórych mężczyzn podnieca na przykład, kiedy kobieta paraduje w maseczce albo załatwia przy nich czynności fizjologiczne, inni przerażeni wykrzykną: „nie, nie, błagam o więcej prywatności”.

Granice intymności to indywidualna sprawa. Może ona wyrastała w rodzinie, gdzie drzwi były zawsze otwarte, a on musi mieć swoją strefę intymną, swoją prywatność nawet podczas porannego golenia. Trzeba się nawzajem poznać. Wiele osób nie robi tego przed ślubem. Nie pyta swojego partnera o jego upodobania. Bo najważniejsze, że jest porządnym człowiekiem. Ale co to w ogóle znaczy „porządny człowiek”? Może ona wcale nie chce „porządnego człowieka”, tylko „człowieka, który przejmie kontrolę”.

Inni po latach wspólnego życia nie czują się już jak mąż i żona, ale bardziej jak brat i siostra lub matka i ojciec. Pisze pani o tym także w swojej książce…
Myślę, że jeśli małżeństwo czuje się niczym brat i siostra, to musiało być to w ich związku już od początku. Badania pokazały, że wieloletni partnerzy nie widzą siebie nawzajem takimi, jacy są obecnie, ale mają przed oczami obraz drugiej osoby z czasów, kiedy się w niej zakochały. Ta pamięć tkwi w ich głowach. Seksualna atrakcyjność nie jest bowiem związana z wiekiem.

Pracowałam z parami, u których zanikła namiętność. Zaczynałam od informacji o tym, że sam fakt, że ona kiedyś była, oznacza, że może powrócić. Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Zwykle uniemożliwiają to ukryte urazy, a pod złością i agresją bardzo często kryje się zranienie lub strach, a te z kolei w większym stopniu wiążą się z tym, co wydarzyło się w dzieciństwie, niż z tym, co stało się w związku. Jeśli człowiek je zrozumie, zaakceptuje i wybaczy, złość i agresja znikną i namiętność będzie mogła powrócić.

A co z parami, którym sen z oczu spędza strach przed niewiernością partnera?
Mówiłyśmy wiele o potrzebie przestrzeni. Niektóre osoby realizują ją poprzez odsuwanie od siebie partnera na zasadzie: „on mnie już nie kocha, na pewno mnie zdradzi”. Trafiła do mnie kiedyś kobieta, która była przekonana, że mąż jej nie kocha. Tak naprawdę to on wręcz zaciągnął ją na terapię. Kochał ją bowiem ponad życie. I robił wszystko, żeby jej to okazać. A ona go wiecznie odsuwała.

Większość par, które do mnie przychodzą, ma taki problem: on obawia się, że jej nie zaspokoi, ona, że on ją zawiedzie. Co zrobić z takim połączeniem? On musi przyjrzeć się jej problemowi, ona – jego. Jeden trop jest taki: on lub ona w ten sposób budują dystans, drugi: on lub ona nie jest tą właściwą osobą. Ale skoro żyjesz z kimś przez 20 lat, naprawdę sądzisz, że to nie jest dla ciebie właściwa osoba? A może problem tkwi w tobie? Czy to samo myślisz o swoich dzieciach: „to nie jest odpowiednie dziecko dla mnie”? Po prostu je akceptujesz takim, jakie jest.

Wiele par przychodzi do mnie, bo staje przed decyzją: rozwieść się czy nie? Mówię im wtedy: „Tak naprawdę nie interesuje mnie, czy się rozwiedziecie, czy nie. Chcę tylko, żebyście zrozumieli, dlaczego kiedyś wybraliście tego mężczyznę i tę kobietę. A potem możecie podjąć dowolną decyzję”. Zaznaczam, że mam dość wysoki wskaźnik osób, które jednak pozostają razem.

W książce radzi pani, by małżeństwa, które ze sobą prawie nie sypiają, zaczęły od sesji wzajemnego dotykania. Sam dotyk i długo, długo nic więcej.
Tak…, jak się potem okazuje, wiele z nich podczas takich sesji płacze, bo dawno ich nikt tak nie dotykał, trudno też im skupić się na własnych odczuciach, boją się, że w ten sposób okazują się egoistami. A przecież żeby czerpać satysfakcję z seksu, trzeba być egoistą! Jeśli nie wiesz, co sprawia ci przyjemność, jak możesz dać ją drugiej osobie?!

Podobno bardziej obawiamy się bycia dotykanym niż dotykania innych?
To, co najczęściej obserwuję, to jednak strach przed dotykaniem samych siebie. A dotyk potrafi być bardzo relaksujący, dawać spokój, poczucie bezpieczeństwa, pocieszenie. Nie musisz czekać, aż ktoś ciebie dotknie, możesz objąć sama siebie. Jeśli nie znasz mocy swojego dotyku, co wniesiesz do związku?

Dagmar O’Connor, szwedzka seksuolog z tytułem doktora, członkini Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkoliła się u Mastersa i Johnson, pionierów badań nad naturą ludzkiej reakcji seksualnej. Zajmuje się psychoterapią indywidualną i terapią małżeństw. Jej książka „Jak się kochać z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić” ukazała się po raz pierwszy w 1985 roku i stała się światowym bestsellerem.

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Seks

Rozbudź swoją energię seksualną

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości, gdy wracamy po całym dniu spięci i usztywnieni? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? I jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? Jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. Jest to o tyle ważne, że jeśli wyrobimy w sobie takie nawyki, będą nam służyły przez całe życie. Bo po latach bycia razem ze sobą zaczynają się pojawiać problemy w sferze seksualnej. Rozbudowana gra wstępna jest w stanie doprowadzić do orgazmu, ale nie skupia się na imperatywie odbycia stosunku.

Tradycja seksualna Dalekiego Wschodu uczy nas tego, że długie pieszczoty potęgują napięcie i powodują zwiększone wydzielanie endorfin, fenyloetyloaminy oraz oksytocyny, które odpowiednio wywołują poczucie szczęścia, przywiązania i błogostanu. Kamasutra oferuje nam mnóstwo propozycji, wyróżniając osiem rodzajów objęć, dotyków, pocałunków, ukąszeń, zadrapań, siedzeń, ułożeń, kontaktów oralno-genitalnych. W następstwie ośmiu rodzajów kombinacji różnorodnych pieszczot powstają 64 możliwości erotycznej gry wstępnej. W Kamasutrze nazwane to zostało nauką „sześćdziesiąt cztery”. Jest to doskonałe źródło wiedzy o tym, gdzie pieścić, jak pieścić i jak zmieniać natężenie pieszczot.

Poznajemy nie tylko różne rodzaje dotyku, którymi można wyrażać swoje pragnienia erotyczne, lub pocałunków, ale także typologię kobiet – gazela, kobyła, słonica, i mężczyzn – zając, byk, ogier. Przy połączeniu różnych typów mężczyzn i kobiet powstają różne typy rozkoszy. Każdemu typowi kochanki czy kochanka przypisane są określone formy pieszczot i rodzaje pozycji seksualnych w zależności od ich budowy anatomicznej, a zwłaszcza wielkości narządów płciowych. Jeżeli partnerzy dobiorą się według przypisanej im typologii (zając i gazela, byk i kobyła oraz ogier i słonica), powstają trzy rodzaje rozkoszy.

Ugryzienia i głaski

Aby gra wstępna stała się drogą do rozkoszy, powinna prowadzić od bodźców łagodnych do coraz silniejszych. Na początku ugryzienie, wbicie paznokci czy pociągnięcie za włosy będzie bolało. Ale jeżeli nastąpi to po godzinnych pieszczotach, ilość wydzielonych endorfin spowoduje, że będzie to źródłem dodatkowej rozkoszy. Musimy być uważni i patrzeć, jak druga osoba reaguje. Dla kogoś głaskanie może nie mieć erotycznego charakteru, raczej da uczucie relaksu. Wtedy należy wzmocnić bodźce. A jeżeli głaskanie intensyfikuje czyjeś doznania erotyczne, utrzymać je. Obserwując reakcje ciała partnera, będziemy mogli dostosować się do jego oczekiwań.

W czasie gry wstępnej próbujmy różnych bodźców, gwarantuje to różnorodność doznań. Na przykład po zasłonięciu oczu możemy w stymulowane wcześniej palcami czy językiem miejsce położyć kostkę lodu albo przyjemnie ciepłą łyżkę. Pamiętajmy, że całe nasze ciała usłane są receptorami zarówno dotykowymi, jak i bólu i temperatury. W związku z tym skupienie się tylko na genitaliach powoduje zubożenie pożycia. Idea udanego seksu to idea intensywnych poszukiwań. Bo po pierwsze, możemy nie wiedzieć, w jakich miejscach na co jesteśmy wrażliwi. Po drugie, pewne pieszczoty mogą z czasem przestać działać, a nowe miejsca się uruchomić w wyniku naszych wzajemnych interakcji.

Sztuka czułości

Seks to szansa na stymulację wszystkich naszych zmysłów. Na jakie sposoby będziemy to robili, zależy od naszej wyobraźni. A jeżeli nam jej brakuje, szukajmy inspiracji w filmach, książkach, poradnikach. Największy problem, z którym się mierzymy, to czas. Bo na misteria seksualne potrzebujemy przynajmniej 2–3 godzin. Gdy w domu są dzieci, jest to bardzo trudne. Ale nawet to nie zwalnia nas ze starań. I pamiętajmy, że seks to jest też czułość, którą sobie okazujemy. Czasami możemy po prostu leżeć i się gładzić. Stymulujemy wtedy okolice erogenne i szukamy nowych źródeł przyjemności.

Poprzez seksualność budujemy też bliskość. Specyficzna budowa układu nerwowego pozwala organizmowi na stałą kontrolę tego, co się dzieje w jego wnętrzu oraz kontaktowanie się ze światem zewnętrznym, czyli też z najbliższą osobą. Liczba bodźców, którą sobie nawzajem dostarczamy, może zintensyfikować nasze przywiązanie do siebie poprzez wydzielanie oksytocyny, nazywanej hormonem przywiązania, i endorfin odpowiadających za błogostan czy fenyloetyloaminy odpowiadającej za intensywność przeżyć. Jeżeli często fundujemy sobie przyjemność, wówczas wzrasta czułość we wzajemnych kontaktach i pogłębiają się uczucia. Ale działa to również w drugą stronę – układ nerwowy zbiera też informacje negatywne. Jeżeli nie umiemy dotykać i zadajemy ból, to za trzecim razem partner lub partnerka nie będą już chcieli takiej bliskości i obniży to mocno ich motywację do kolejnych kontaktów seksualnych.