1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje

Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje

Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Dziś udają orgazm lub zakładają pończochy tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera. (Fot. iStock)
Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Dziś udają orgazm lub zakładają pończochy tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera. (Fot. iStock)
„Nie, kochanie, nie dzisiaj! Boli mnie głowa, bo wciąż myślę o tym, że nie chcesz iść ze mną na urodziny tatusia”. Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Ale czy możliwy jest związek całkiem szczery? Dlaczego w czasach równouprawnienia kobiety udają orgazm lub opowiadają, że założyły pończochy i body tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera? Skąd się to bierze – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Znam zwolenniczki niemówienia wprost i mam wrażenie, że one więcej zyskują, niż tracą. Może więc manipulacja seksem to lepszy sposób na zadbanie o siebie i związek niż szczera rozmowa? Tym bardziej że mężczyźni za rozmowami nie przepadają.
Od zawsze część kobiet w niektórych sytuacjach, wobec niektórych facetów stosowała manipulację. Często były one od mężczyzn zależne, musiały więc grać. Takie zachowanie jest złe, gdy chcemy kogoś wykorzystać, okraść, zabrać dobra duchowe czy inne, nic mu w zamian nie dając. Ale nie zawsze tak jest. Weźmy choćby najbardziej popularny sposób manipulacji w seksie, czyli udawanie orgazmu. Z badań wynika, że to się często zdarza. Pewnie i ty, i ja słyszałyśmy od mnóstwa kobiet, że czasem to robią...

Która kobieta tego nie robiła? Facetom też się to zdarza, a potem twierdzą, że mieli orgazm bez ejakulacji.
Kiedyś udawanie orgazmu było tak powszechne, że koleżanka koleżance mówiła: „A co ty się przejmujesz? Poudawaj trochę, on będzie myślał, że jest cudowny. Będzie cię wielbił! A jak nie poudajesz, to pójdzie do takiej, co udaje”. Teraz kobiety nie tylko markują przyjemność, ale w ogóle są takie hej do przodu, wszystko zrobią, nawet zatańczą na rurze, chociaż wcale nie mają na to ochoty… Jakie założenie przyświeca tym zachowaniom? Po pierwsze, takie, że wszystkie kobiety udają. Po drugie, że facet jest dupkiem i nie potrafi dać kobiecie prawdziwego przeżycia. Po trzecie, zgodnie z powszechnym stereotypem, że seksu potrzebują faceci, a kobiety nie. No i po czwarte, że idziesz z nim do łóżka i go tym przy sobie zatrzymasz albo nie idziesz i wtedy on nie ma po co z tobą być.

Pod tymi niewinnymi „ach! och!” ukrywają się takie straszne przekonania?
Straszne, bo to tak, jakby kobieta zakładała, że nie jest towarzyszką życia, że nie wnosi do niego nic innego jak cztery litery. Mało tego, myśli, że facet jest pustym workiem zakończonym wypustką i niczego innego nie chce, jak tę wypustkę włożyć w dziurkę, prawdę mówiąc wszystko jedno jaką. Oczywiście, część mężczyzn potwierdza swoim zachowaniem i stylem kawiarnianego macho, że tak jest: tu zaliczyłem laskę, tam zaliczyłem, tu zmieniłem partnerkę na młodszą, tam zdobyłem kobietę do pokazywania... Ale jak się z takimi facetami pogada szczerze, to większość tych macho przyzna, że chce mieć przy sobie ciepłą kobietę. Przede wszystkim „swoją”, z którą spędzi życie, która na niego czeka, którą obchodzi, co się z nim dzieje. Która go kocha. Owszem, seks, czyli chemia, spaja związek, daje ogromnie dużo, bo sprawia przyjemność. Ale też pogłębia poczucie bliskości, a ono jest ludziom potrzebne do poczucia zakorzenienia w życiu, do poczucia posiadania swojego miejsca na ziemi.

Kobietom jest ta bliskość potrzebna, ale czy mężczyznom też?
Na grupach terapeutycznych, gdy mówię: „Dziewczyny, mężczyznom na nas strasznie zależy”, to one takie duże oczy robią. Nie wierzą, dziwią się, bo my jesteśmy nieustannie straszone: „Jeśli nie będziesz ładna, to cię nikt nie zechce”, „jeśli nie będziesz miła, to cię nikt nie zechce”, „jeśli się będziesz tak bezczelnie zachowywała i robiła co chcesz, to cię nikt nie zechce!”. Tak ci mówią i straszą, jakbyś ty sama była całkiem nieważna. To się, oczywiście, bardzo zmienia, ale nadal echa tego babciowego stylu nas prześladują i nie wierzymy w siebie.

A może za bardzo wierzymy, bo znam wiele kobiet, które w stosunku do mężczyzn mają taką postawę: „Wiem, że chodzi ci o seks, dlatego mam dekolt i mini, żebyś widział, co dostaniesz, jak będziesz posłuszny!”.
Kobiety, z którymi ja pracuję, takie nie są. Tak zachowują się osoby psychopatyczne i one na terapię czy grupę dla kobiet nie pójdą, bo nie mają w tym żadnego interesu. One chcą się ustawić, urządzić i mieć haka na chłopa. Myślą, że wiedzą, czego facet potrzebuje, a że mają to zawsze pod ręką, bo to jest ich ciało, sprawują nad facetem kontrolę. Ale to tylko pozory, bo jeśli manipulujesz, to jesteś też manipulowana przez siebie samą. No, bo zobacz, jeśli udajesz orgazm, to znaczy, że w trakcie stosunku nastawiasz się na zagranie czegoś, a nie na odbiór własnych przeżyć. Już w tym momencie odcinasz się od siebie, a gdybyś tego nie zrobiła, gdybyś się poddała własnym potrzebom, rytmowi własnego ciała, własnemu oddechowi, własnym fantazjom, to mogłabyś naprawdę mieć orgazm. Może byś go przeżyła, gdybyś poddała się temu, co facet ci robi? A on coś ci mruczy, o coś cię prosi, czymś się zachwyca… Gdybyś z nim współgrała, gdybyś współgrała ze sobą, może za jakiś czas mogłabyś mieć prawdziwą przyjemność z seksu. Wtedy też niczego nie musiałabyś udawać. A więc co jest lepsze? Do tego twój mężczyzna naprawdę cieszyłby się, że sprawił rozkosz swojej kobiecie. Dla normalnego faceta to szalenie ważne.

Ale czy dla wszystkich kobiet przeżywanie orgazmu jest przyjemniejsze niż władza nad mężczyzną, wycieczka do spa czy stanowisko w jego firmie?
Ja bym powiedziała, że jest. Władza pojawia się tam, gdzie nie ma prawdziwej radości, stosuje się ją jako afrodyzjak, gdy nie ma nic innego. Jeśli zależy ci na władzy, to nieważne, co robisz, jak robisz i dla kogo. Liczy się tylko, żeby coś znaczyć i mieć wpływ na innych. Ważne jest poczucie lęku, jakie budzisz w ludziach. Bo nie ma władzy, kiedy inni się ciebie nie boją. Władzy nie ma też wtedy, gdy ludzie mają to, czego chcą. Dlatego, żeby mieć władzę, trzeba innych pozbawić tego, czego pragną.

Nie wszyscy chyba tak myślimy...
Jasne, że nie. Jeśli jakaś kobieta sama została skrzywdzona tym, że jej powiedziano: „Będziesz coś znaczyć i mieć tylko wtedy, gdy owiniesz sobie wokół palca jakiegoś bogacza”, to ona nie stara się sama nic zrobić. Myśli, że musi być na tyle cwana, na tyle dobrze wyglądać, żeby ten bogacz ją chciał i nosił jak markowy breloczek na dowód swojej wspaniałości. Ale taka kobieta musi wtedy bardzo dbać o to, żeby nigdy nie wypaść z tej swojej breloczkowatej wspaniałości, wciąż się starać, żeby ów bogacz zawsze przy niej świetnie się czuł, żeby myślał, że ma dziewczynę, która wzmocni jego poczucie męskości w takim stopniu, żeby on potem mógł iść i zdobywać dalej to wszystko, co ona chce mieć...

Więc kobieta, żeby wyjąć kasztany z ognia rękami bogacza, dopasowuje się do jego zachcianek, czyli manipuluje sobą?
Jasne, że tak. Ona wręcz tworzy siebie: swój wygląd (ma na podorędziu przecież operacje plastyczne), wymyśla sposób poruszania się, mówienia, planuje swoje poglądy i upodobania seksualne. Wszystko pod tego faceta. W konsekwencji tych działań sama siebie nie poznaje, nie odkrywa, nie chce wiedzieć, kim jest. Bo kiedy wiesz, kim jesteś, pewnych rzeczy nie zrobisz, to przeszkadza manipulować. Na przykład jeśli kobieta ma rys psychopatyczny, a jej facet chce, żeby ona robiła mu fellatio, to ona się nie zastanawia, czy też tego pragnie, ale po prostu uczy się, jak to robić. Znajduje instrukcje w necie, idzie poćwiczyć na kolegach albo nawet do agencji towarzyskiej, by potem tej umiejętności używać. Jednak jeśli kobieta nie chce manipulować, chce żyć w zgodzie z tym, kim jest, to gdy nie ma na coś ochoty, mówi facetowi po prostu: „nie”.

I co on na to?
Właśnie, to zależy od tego, kim ten on jest. Jeśli fajnym facetem, to gdy dziewczyna się zawstydzi i powie „nie”, potraktuje sprawę poważnie. Może z nią o tym pogadać, może zaproponować (jeśli ona się zgodzi), że nauczy ją, jak „to” robić. I gdy kobieta przekona się, że ma z tego przyjemność, może to wręcz polubić. Jeśli jednak facetowi nie zależy na bliskości, tylko na splendorze, pożegna się z taką dziewczyną i wybierze jej koleżankę, która perfekcyjnie zrobi mu dobrze. Razem stworzą parę, która może żyć długo i w dobrobycie. Tych dwoje dogada się na takim poziomie, który wystarcza do bycia razem, i będą mieli prawo tak żyć. Kobieta, która manipuluje, nie dąży ani do tego, żeby siebie poznać, ani żeby poznać tego mężczyznę, dowiedzieć się, kim on jest. Ich związek nie będzie opierał się na budowaniu bliskości, tylko na stworzeniu ładnego wizerunku i życiu w dobrobycie. Ale prawda jest taka, że kobieta manipulatorka, budując ten dobrobyt, porzuca siebie coraz bardziej…

Spotkania ze sobą bywają „przereklamowane”. Płakałam jak bóbr, kiedy na psychoterapii mi się to przydarzyło.
Oczywiście, że spotkanie siebie bywa bardzo trudne, ale w ten sposób dotyka się prawdy i potem płynie z tego do nas prawdziwa życiowa siła, energia i wartość z najgłębszych źródeł. To jest coś, przed czym ludzie cofają się w terapii, bo żeby tej siły zaczerpnąć, trzeba zejść bardzo nisko i bardzo głęboko. To musi boleć. Ale jak poboli, potem jest cudownie.

Jednak manipulatorka myśli, że jest cudownie, bo pociąga za sznurki przyczepione do faceta, który sięga dla niej po awans i prestiż.
W pewnym momencie, już zapewne świadomie, manipulatorka stwarza siebie z dostępnych na rynku jakości. Ale też wie, że koniec urody jest końcem jej władzy. Pewna 40-latka powiedziała mi wprost, że zabije się, gdy zobaczy, że jest stara. Obśmiałam się z niej, mówiąc: „To chyba już, bo tu masz taką zmarszczkę, o tutaj…”. Straszne, prawda? Bo jest tyle innych cudnych rzeczy poza urodą, jakie mamy, żeby żyć i się cieszyć. Nie to co spektakularne, jest najważniejsze.

Ale żeby to mieć, możemy nawet….
Właśnie, teraz powiem o kolejnej nadal popularnej manipulacji. Otóż jest jeszcze sporo facetów, którzy uważają, że ciąża to powód do ożenku. I kobiety oszukują, że spodziewają się dziecka. Myślą tak: „Może uda się zajść w ciążę zaraz po ślubie? W razie czego powiem, że ciąża przenoszona. Albo trzeba będzie poudawać, że poroniłam. Facet się nie kapnie, bo przecież mężczyźni się na kobiecej fizjologii nie znają”. I dziewczyna, która chce małżeństwa, udaje, że zaszła. A potem, nawet jeżeli się nie wyda, że bujała, nie jest dobrze. Coś, co jest udawane i nieprawdziwe, źle wpływa na związek. Żeby temu zaradzić, trzeba się do kłamstwa przyznać, ale to jest już ryzykowne, bo facet raz oszukany traci zaufanie. Inną manipulacją jest pokazywanie siebie jako cudownej osoby, która się nie kłóci, nie ma wymagań, nie mówi, że jej się coś nie podoba. A potem buch – druga strona trze oczy ze zdziwienia i nic nie rozumie. Takie udawanie skazuje oboje na nieszczęście, jakby zaplanowali je z góry.

Możliwy jest w ogóle związek bez manipulacji?
Nie ma życia bez jednego kłamstwa, udawania, znoszenia czegoś, co nas uciska. Ale jeśli manipulujesz po to, żeby tobie i jemu było lepiej, to już nie jest czysta manipulacja. Wyobraź sobie na przykład taką sytuację: macie trudny okres, on stracił pracę, są długi i teraz jeszcze chcesz mu powiedzieć, że coś szwankuje w waszym seksie. Po co? Tylko po to, żeby się dotłuc pałką? Lepiej przeczekać, powiedzieć kilka przyjemnych rzeczy, przez jakiś czas dla waszego wspólnego dobra powstrzymać swoją złość, rozżalenie, niecierpliwość.

I zrobić piękną kolację...
Tak, jednak ważniejsze jest wysłanie sygnałów: „Wierzę w ciebie”. Warto to powiedzieć i się uśmiechnąć. Przypomnieć: „Ja o tobie dobrze myślę”. Wsunąć serduszko do kieszeni jego garnituru, napisać: „Jestem przy tobie”. Jeśli tak postąpisz choć raz i zobaczysz, jak dużo zyskujesz, będziesz to chciała powtórzyć. Nawet gdy jesteście skłóceni, ale wciąż macie się ku sobie, to idźcie do łóżka. Tak okazujecie sobie bliskość i to, że wam na sobie zależy. Warto to zrobić, choć z definicji to jednak manipulacja seksem. Ale też używacie go w tej sytuacji do pogodzenia się, do budowania czułości. Intencja jest dobra i służy wam obojgu. To się czuje, czy naprawdę pomagamy sobie i chcemy, żeby było miło. Czasami, kiedy mamy oboje duże przykrości, lepiej jest się razem popłakać, a nie uprawiać seks. Zwłaszcza wtedy, gdy oboje czujemy się jak rozżalone dzieci. No bo przecież dzieci seksu nie uprawiają. Ale gdy pozwolimy sobie na to, żeby się nawzajem ukoić, wtedy dopiero może wytworzyć się przestrzeń na świetny seks.

Może więc body i pończochy wieczorem, jeśli rano porysowało się bmw partnera, to dobry pomysł, skoro to pozwala uniknąć trudnej rozmowy?
Nie zawsze. Jeśli kobieta się wtedy z facetem kocha ze strachu, wbrew sobie, bo: „Co on zrobi, jak się dowie?!”, to nie jest fajnie. Ale jeśli ona lubi seks i ma ochotę na te pończochy, a do tego zna go i wie, że po takiej nocy, kiedy rano mu powie, że jego ukochany samochód podrapany stoi w garażu, to on parsknie śmiechem: „Ale mam sprytną babkę! Umiałaś przygotować mnie, żebym się nie wściekł. A co mi tam! Stać mnie, żeby wóz polakierować!”. Obie strony są wtedy zadowolone i wszystko gra. Skoro tak, to był dobry interes. Jednak mężczyzna może się też zachować inaczej: „To tyś mnie tak podeszła, żebym ja nie miał pretensji!?”, i się wściec. W związku ludzie się poznają i uczą, jak być ze sobą, żeby było miło.

A nie lepiej nauczyć się wprost mówić, że się porysowało auto albo że chce się dostać nową torebkę, a seks zostawić tylko dla seksu?
Jeśli kobieta manipuluje, to jakby mówiła: „Muszę grać w tę grę, bo w prawdę grać nie umiem, nie mogę lub mi nie wychodzi”. Jej mężczyzna może jej grę widzieć i powiedzieć: „Nie musisz udawać, ja i tak ci tę torebkę kupię, bo cię kocham”. Ale pojawia się pytanie: Czy ona potrafi przyjmować rzeczy dane z serca? Słysząc te szczere słowa, może cisnąć torebką o ziemię. Bo często gdy bardzo czegoś chcemy i to dostajemy, nie czujemy się godni tego daru i go odrzucamy. „Ty mnie chcesz poniżyć, chcesz mną rządzić” – może krzyknąć ona. A tak naprawdę nie umie przyjmować, bo pewnie nigdy w życiu nie dostała nic całkiem bezinteresownie, a może to, co dostawała – niby z miłości – było tylko sposobem, by zyskać nad nią władzę?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Problemy seksualne kobiet – skąd się biorą?

Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Seksualność jest na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. (Fot. iStock)
Do niedawna seksualność kobieca w społeczeństwie była tematem tabu. Kobietom nie przysługiwało prawo do czerpania radości i satysfakcji z seksu, do osiągania orgazmów czy zmiany partnerów seksualnych. Seks był tematem, o którym porządna, szanująca się kobieta nie powinna mówić. Dziś słowo seks pojawia się na większości okładek prasy dla kobiet. Wraz z wyzwoleniem kobiecej seksualności, zaczęto mówić o trudnościach, jakie w tej sferze się pojawiają. Trudnościach po części wynikających z wpływu przeszłości negatywnie traktującej seksualność kobiety, po części związanych z innymi czynnikami.

Wyzwolone kobiety pragną czerpać radość z seksu, okazuje się jednak, że przyzwolenie na przyjemność nie zawsze wystarcza do tego, by prowadzić satysfakcjonujące życie seksualne. Z tego powodu do gabinetu seksuologa zgłasza się wiele kobiet, cierpiących z powodu różnych dysfunkcji seksualnych, pragnących zmienić swoją sytuację.

Najczęstsza dysfunkcja seksualna, którą zgłaszają kobiety to brak lub utrata potrzeb seksualnych. Kobieta cierpiąca na to zaburzenie nie odczuwa chęci odbywania stosunków seksualnych, często pomimo tego, iż ma partnera, którego kocha i z którym chciałaby współżyć. Niektóre kobiety twierdzą, iż nigdy nie czuły potrzeb seksualnych. Są też takie, u których utrata libido pojawiła się nagle na pewnym etapie życia. Ta sytuacja często powoduje u nich cierpienie i obawy o to, że niezaspokojony seksualnie partner opuści je i znajdzie kobietę, która spełni jego oczekiwania.

Bolesność narządów płciowych podczas współżycia, zwana dyspareunią, to kolejna trudność, z którą borykają się kobiety. Ból bywa tak silny, że uniemożliwia odbycie stosunku, pomimo ochoty na seks i pojawiającego się podniecenia. Dyspareunii często towarzyszy pochwica, polegająca na silnym zaciśnięciu mięśni okołopochwowych, uniemożliwiającym wprowadzenie penisa, a czasem nawet palca do pochwy.

Problemy seksualne zgłaszają również kobiety, które mają ochotę na seks, czują podniecenie i nie odczuwają bólu podczas współżycia. Pomimo tego z jakichś przyczyn nie potrafią czerpać przyjemności z seksu oraz nie są wstanie osiągnąć orgazmu.

Skomplikowana i zawiła seksualność kobieca powoduje, iż odkrycie przyczyny ich trudności bywa bardzo trudne. Z tego też powodu seksuolog nierzadko musi przeprowadzić bardzo dogłębną analizę problemu. Wiele pacjentek, udających się do gabinetu seksuologa idzie tam z nadzieją, że dostanie cudowną pigułkę, która je wyleczy. Niestety nie jest to takie proste. Zaburzenia seksualne u kobiet zdecydowanie częściej pojawiają się na tle psychologicznym niż biologicznym. Te drugie mogą wiązać się z niektórymi chorobami, takimi, jak cukrzyca, nadciśnienie, zaburzenia hormonalne czy choroby neurologiczne oraz przyjmowaniem niektórych leków. Czynniki psychologiczne natomiast mogą dotyczyć bardzo wielu obszarów. Brak ochoty na seks często spowodowany jest problemami w relacji z partnerem. Na kłótnie i nieporozumienia z mężczyzną kobieta bardzo często reaguje utratą zainteresowań seksualnych. Jeżeli nieporozumienia są przejściowe, zostają w odpowiedni sposób rozwiązane i nie pozostawiają urazy, ochota na seks z partnerem powraca. Jeśli jednak partnerzy nie mogą się porozumieć i nie potrafią ze sobą rozmawiać, żal i pretensje do partnera mogą stale obniżać zainteresowanie seksem. Jeśli dodatkowo kobieta w takiej sytuacji będzie kochać się z mężczyzną „na siłę”, co nie przyniesie jej przyjemności, niechęć może się utrwalić.

Szalenie istotne jest również postrzeganie swojego ciała przez kobietę. Jeżeli ma niską samoocenę, nie akceptuje swojego wyglądu i nie lubi siebie, prawdopodobnie trudno będzie jej czerpać przyjemność z życia seksualnego. Seksualność jest natomiast na tyle ważną sferą naszego życia, że jej zaburzenia mogą wpływać na całokształt naszej osoby, na relację z partnerem a nawet z przyjaciółmi. Dlatego nie bójmy się mówić otwarcie o tak ważnym elemencie życia i w razie potrzeby prośmy o pomoc.

  1. Psychologia

Destrukcyjne związki – kiedy stajemy się zależni od partnera?

Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Uzależnienie w związku wiąże się zwykle z dominacją jednej ze stron. (fot. iStock)
Czasem mylimy zależność z miłością. W dojrzałym związku ludzie dają sobie wybór, nikt nikogo nie dominuje ani się nie podporządkowuje. Nie ma wymagań, żeby ktoś robił to, czego się od niego oczekuje. Uzależnienie jest jak wąż w raju, którym jest szczęśliwa relacja. Ostatecznie niszczy to, co może być dobre między ludźmi.

Dobrze mieć świadomość, że uzależnienie jest, jak wszystkie zachowania autodestrukcyjne, sprawą wyboru. Uczysz ludzi dominacji nad sobą i traktowania cię tak, jak zawsze byłeś traktowany. Istnieje wiele schematów utrzymujących proces dominacji, ale powtarzają się one tylko wtedy, gdy widać, że działają. Dr Wayne W. Dyer, który był jednym z czołowych amerykańskich psychologów, podał kilka sposobów utrzymywania dominacji i kontroli w związku:

1. Krzyki, wrzaski, używanie podniesionego głosu. To pozwala na kontrolowanie ciebie, jeśli jesteś osobą łagodną i chcesz, żeby układało się między wami przyjemnie i spokojnie.

2. Odgrażanie się w rodzaju: „Rzucę cię, rozwiodę się z tobą...”.

3. Wzbudzanie winy: „Jak mogłaś mi to zrobić”, „Nie miałeś prawa”. Jeśli masz skłonności do czucia się winnym, łatwo cię trzymać w posłuszeństwie za pomocą tego typu stwierdzeń.

4. Uzewnętrznianie złości i gwałtowne zachowania, jak na przykład rzucanie przedmiotami czy przeklinanie.

5. Gra w dolegliwości (ataki serca, bóle głowy, kręgosłupa), gdy partner nie postępuje tak, jakby drugi tego sobie życzył. Ulegasz takiej manipulacji, jeśli nauczyłeś partnera, że zachowujesz się grzecznie, kiedy on zachoruje.

6. Ciche dni. Nieodzywanie się i rozmyślne dąsanie w celu wywołania określonego zachowania.

7. Taktyka łez. Płacz skutecznie wywołuje poczucie winy.

8. Scena z wychodzeniem i czasem z trzaskaniem drzwiami.

9. Zarzuty: „Ty mnie nie kochasz, ty mnie nie rozumiesz” - częste zdanie, gdy komuś zależy na utrzymaniu zależności w związku.

10. Grożenie samobójstwem to naprawdę mocny oręż.

Powyższe metody pozwalają utrzymywać drugą osobę w żądanej roli. Stosuje się je, kiedy działają. Jeśli jeden partner nie pozwala na manipulowanie sobą, drugi przestaje tak postępować. Jedynie wtedy, gdy reagujemy w oczekiwany sposób na podstępy, druga strona przyzwyczaja się do używania ich. Jeśli zachowujesz się jak osoba uległa, uczysz drugą stronę jak ma z tobą postępować, by osiągnąć zamierzone cele. Widocznie przesyłasz sygnały: „Jestem uległa”. Możesz opanować jednak sztukę uczenia innych, aby traktowali ciebie tak, jak sobie tego życzysz. Zacznij od zadania sobie pytania: „Co robię, że uczę innych, żeby odnosili się do mnie w ten sposób?” Skoncentruj się na tym, żeby to sobie uświadamiać i zmieniać własne reakcje.

Warto też znać przykłady typowych uzależnień i związanych z nimi zachowań:

1. Uczucie konieczności odwiedzenia kogoś, zabawienia go, zatelefonowania.

2. Pytanie partnera o pozwolenie na cokolwiek, na przykład wydawanie pieniędzy, skorzystanie z samochodu.

3. Naruszanie prywatności: przeglądanie szuflad, e-maili, kieszeni.

4. Wypowiedzi rodzaju: „Nigdy mu tego nie powiem, bo byłby niezadowolony”.

5. Wpadanie w depresję i uczucie niemocy spowodowane czyimś zachowaniem.

6. Uczucie przywiązania do miejsca pracy czy mieszkania i brak odwagi na szukanie nowego.

7. Posiadanie gotowych wzorców zachowania dla małżonka, rodzica, dziecka.

8. Wstyd z powodu zachowania kogoś bliskiego związany z uczuciem, jakby ta osoba była częścią ciebie.

9. Ciągły brak zaufania do swoich umiejętności.

10. Uczucie, że jesteś dotknięty tym, co inni mówią, czują, myślą i robią.

11. Odczuwanie szczęścia czy radości wyłącznie wtedy, gdy twój partner je odczuwa.

12. Słuchanie czyichś rozkazów.

13. Pozwalanie komuś na podejmowanie za ciebie decyzji albo pytanie o radę zawsze przed jej podjęciem.

14. Wyrażenia w rodzaju: „Spójrz co dla ciebie zrobiłem”, których celem jest zobowiązanie kogoś do zależności.

15. Powstrzymywanie się od różnych zachowań czy słów z powodu podległej pozycji.

16. Konieczność zniekształcania prawdy, by ktoś nie rozzłościł się.

Dlaczego tkwimy w takich autodestrukcyjnych zachowaniach? To proste, wyjaśnia Dyer, dla „korzyści”. Chociaż z pozoru wyglądają na nieszkodliwe, są jednak zgubne, bo skutecznie przeszkadzają żyć pełnią swoich możliwości.

Oto najpowszechniejsze „korzyści” pozostawania w stanie zależności:

1. Żyjesz pod opieką innych, korzystając z przywilejów małego dziecka, nie podejmujesz życiowej odpowiedzialności.

2. Możesz za swoje braki obwiniać innych.

3. Nie musisz podejmować pracy i ryzyka, jakie pociąga za sobą zmiana. Stwarzasz poczucie bezpieczeństwa, polegając na innych.

4. Możesz czuć się zadowolony z siebie, bo zadowalasz innych.

5. Łatwiej zachowywać się grzecznie, niż poradzić sobie z poczuciem winy.

6. Nie musisz dokonywać wyborów ani podejmować decyzji za siebie. Wzorujesz się na kimś, od kogo jesteś uzależniony. Nie podejmujesz wysiłku w celu określenia własnych myśli i uczuć.

7. Łatwiej jest być naśladowcą niż przewodnikiem. Możesz robić to, co każą inni, by uniknąć kłopotów. Zawsze jest to łatwiejsze niż pełna kontrola nad sobą.

Pamiętaj: zależność jest przykra, ponieważ okalecza twoją osobowość. Z całą jednak pewnością jest wygodniejsza. Wybór należy do ciebie.

Na podstawie książki Wayne W. Dyera, „Pokochaj siebie”, wydawnictwo Czarna Owca

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Potrzeby seksualne kobiet i mężczyzn – dlaczego tak trudno je pogodzić?

Czego w seksie pragną kobiety, czego chcą mężczyźni? Czy mamy więcej podobieństw czy różnic? (fot. iStock)
Czego w seksie pragną kobiety, czego chcą mężczyźni? Czy mamy więcej podobieństw czy różnic? (fot. iStock)
W wielu sferach, a w seksualnej na pewno, różnice między kobietami i mężczyznami zawsze były wyolbrzymiane i wykorzystywane do umacniania istniejącego porządku. A to właśnie powoli się zmienia. Na podstawowym poziomie kobieca seksualność ma taką samą siłę jak męska, jest po prostu ludzka – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Porozmawiajmy o tym, co nas, kobiety i mężczyzn, w seksie różni, co najczęściej powoduje nieporozumienia i niepokój. Wylicz, proszę, szybko i spontanicznie podstawowe różnice.
On szybko się rozgrzewa, a ona powoli. Dla niego przytulanie się i czułość to dodatek, dla niej danie główne. On zawsze ma ochotę, ona potrzebuje specjalnych warunków i wstępu. On może bez miłości, ona nie. On musi się postarać, zabiegać, a ona łaskawie się godzi lub nie. On zawsze chce seksu, chce więcej i częściej. Ona za to chce więcej rozmawiać i się przytulać. Faceci uwielbiają seks oralny, a kobiety nie bardzo. Ona wstydzi się nagości bardziej niż on, więc woli w ciemności, a on – w świetle lampy. Ona chce rozmawiać, wiedzieć, co on myśli i czuje, on niekoniecznie. Jego niełatwo dotknąć, a ona jest wrażliwa i podatna na zranienie. Ona pragnie pocałunków i pieszczot od góry, a on pragnie bezpośrednich pieszczot od dołu. Ona wstydzi się swojego podniecenia, on bez wstydu je pokazuje. I w końcu mężczyźni często świntuszą i są gruboskórni, a kobiety – subtelne i romantyczne. On ma poczucie, że musi być aktywny, ona czuje, że nie powinna wykazywać inicjatywy, boi się wykorzystania, on twierdzi, że wręcz pragnie być wykorzystany.

Uff, sporo tego, a to przecież na pewno nie wszystko. Chyba się zgadzam, tylko jedna uwaga: jesteśmy w trakcie szybkich zmian obyczajowych, np. młode panienki potrafią już używać słów strasznych. I coś jeszcze dodam... Ona boi się ciąży, on ma to zwykle w nosie. Podczas kilkumiesięcznego rozstania ona bez trudu będzie mu wierna, on z wielkim trudem itd. To wyliczenie różnic może być spisem tematów na obszerną książkę, wybierzmy więc na użytek naszej rozmowy te odmienności, które powodują najwięcej nieporozumień.
Dla wielu kobiet bolesna jest odmienność w zapotrzebowaniu na bliskość. Przecież poszukujemy w seksie zaspokojenia także innych niż seksualne potrzeb, np. akceptacji, ciepła, opieki, miłości. Oczekujemy zainteresowania naszymi przeżyciami, rozmowy, przytulania i czułości, szczególnie po. Jeśli tego nie ma, boimy się, że mu nie zależy, że nie kocha, że chodziło mu tylko o seks. Dociekamy więc, pytamy, mamy pretensje i poczucie krzywdy. A tymczasem seks to seks, może spełniać różne funkcje – od prostego zaspokojenia fizycznej potrzeby do wyrażenia głębokiej miłości, a to, czym będzie, zależy od nas.

Mężczyzna na wzrastającej fali pożądania łatwo mówi czułe słówka, potem fala szybko opada. I często znika czułość. Te kobiece szczebioty po bywały dla mnie czasami nie do zniesienia (zdarza się to przede wszystkim wtedy, gdy jest mniej uczuć, a więcej fizycznej fascynacji).
No właśnie, kobieta po seksie pragnie jak najdłużej zachować poczucie jedności, zespolenia, które jest dla niej symbolem miłości – pragnie dzielić się przeżyciami, poznać partnera, przytulać. On, zaspokojony i szczęśliwy, pragnie szybko się z tej „unii” wycofać, wrócić do siebie.

Najbardziej oczywistą odmiennością dla mnie jest to, co też jest obecne w powszechnej opinii – facetom o wiele łatwiej uprawiać seks bez uczuć. Koronnym dowodem na to może być choćby prostytucja. Przecież ta dla kobiet nie rozwinęła się nawet w superliberalnej Holandii, a dla facetów wszędzie nadal kwitnie.
Słyszałam, że jednak się rozwija. A jeśli powoli, to czy nie dlatego, że przez tysiące lat ograniczano seksualność kobiet? Spadek po patriarchacie – przeciwstawne wyobrażenia na temat kobiety: madonny lub ladacznicy – ma się dobrze i funkcjonuje w naszych głowach i obyczajach, a to, co mówisz o prostytucji, jest jego ekstremalnym wyrazem. Powszechnie przyjmuje się, że żona, matka dzieciom musi się szanować (czytaj: ograniczać swoją seksualność) i wtedy zasługuje na szacunek, a kochanki – pociągającej, zmysłowej, lubiącej seks – się nie szanuje. I tu uwaga: nie szanują jej ani mężczyźni, ani kobiety! Aby się od tego uwolnić, musimy szukać naszej prawdziwej kobiecej tożsamości, także seksualnej, uczyć się niezależności i stawiania granic. Jeśli przestaniemy mylić seks z miłością, i my, i nasi mężczyźni będziemy szczęśliwsi.

Było dla mnie szokiem, gdy z ankiet, które kiedyś robiłem, wynikło czarno na białym, że kobiety bardzo interesują się męską pupą, że powinna być kształtna...
Jasne, że kobiety interesują się męskimi kształtami od zawsze! Obyczaje w tej dziedzinie się szybko zmieniają, więc wiele kobiet dopiero teraz odważniej o tym mówi. Myślę też, że wcale nie tak rzadko „rozbierają” mężczyzn w wyobraźni, tak jak mówi się, że mężczyźni to robią z kobietami. Nasze erotyczne fantazje, jeśli tylko sobie na nie pozwalamy, potrafią być bardzo śmiałe.

Przynajmniej o lustracji pupy... Mężczyźni nie mają o tym zielonego pojęcia.
Nie jestem pewna, czy nie mają. Jestem natomiast przekonana, że nawet jeśli kobiety są odważne w luźnych pogaduszkach i fantazjach, to w łóżku mniej mówią o tym, czego chcą. A jeśli już zaczynają mówić na fali poszukiwania orgazmu, to instruują i wymagają, co nie sprzyja bliskości, zabija spontaniczność. A na spontaniczność nadal trudno nam sobie pozwolić. Wam za to o wiele łatwiej robić to, czego chcecie, co nie zawsze nam odpowiada. Skąd macie to wiedzieć, jeśli jesteśmy bierne?

Za to mężczyźni nie potrafią się przyznać do swoich niepokojów i słabości. Dlatego kobiety zwykle nie wiedzą, jak męska seksualność bywa niepewna siebie. Ironiczny uśmiech kobiety może zrujnować cokół, na którym stoi pomnik męskości.
Kobiecie w dominującym facecie trudno dostrzec wrażliwość czy delikatność. Ta trudność wynikać może z tego, że kobiety startują często w życie z pozycji ofiary, więc nie chcą zobaczyć w mężczyźnie człowieka. A on bywa niepewny, jego męskość jest krucha, dlatego nadrabia miną, czasami brutalnością. Był przecież zawsze postrzegany jako ten, kto ma władzę... Przywołam tu wagę czułości, o czym często piszesz. Uważa się, że kobiety są czułe, a mężczyźni nie. Ale na głębokim poziomie moim zdaniem takiej różnicy nie ma. Popatrzmy na małe dzieci. Pierwotnie jesteśmy tacy sami, potem chłopcom grubieje skóra.

Poszukajmy jeszcze tych najbardziej ukrytych różnic.
Mam! Kiedy chłopak spotyka się z dziewczyną sam na sam, intymnie, po raz pierwszy. On zawsze widział swojego penisa, trzymał go w dłoniach, dotykał w stanie wzwodu i prawie zawsze masturbował się, odczuwał przyjemność, zna się od tej strony. A dziewczyna? Ona często nie widziała dokładnie swojej waginy, dotyka się tam, owszem, ale po to, żeby się umyć, może to miejsce oglądać i dotykać lekarz, a jeśli ona robi to sama, to na ogół ukradkiem, w poczuciu, że to coś złego, niestosownego. Kiedy się więc spotykają i czują podniecenie, on wie, skąd ono płynie, a ona nie. Myśli, że to musi być miłość. I zaczyna się ambaras.

Ale jeśli tak bardzo się różnimy, to aż dziw, że tak często udaje nam się jednak spotkać i nawet wejść sobie pod skórę.
Jestem pewna, że nie jesteśmy tacy sami. Myślę jednak, że w wielu sferach, a w seksualnej na pewno, te różnice były i są wyolbrzymiane i wykorzystywane do umacniania istniejącego porządku. A to właśnie powoli się zmienia. Sądzę, że na tym podstawowym poziomie kobieca seksualność ma taką samą siłę jak męska – jest po prostu ludzka. I ma ten sam cel. Na to nakładają się naturalne różnice w przejawach tejże seksualności – te związane z płcią i te wynikające z różnic indywidualnych, niezależnie od płci. Tak jak np. nasza ludzka zdolność chodzenia – wszyscy uczymy się chodzić, mamy tę możliwość, a jednak chód kobiet i mężczyzn różni się naturalnie, ze względu na budowę, fizyczność. Poza tym różni nas indywidualny styl. A na to z kolei nakłada się następna warstwa – społecznokulturowych wpływów. W chodzeniu też można by się jej dopatrzyć. Przez tę ostatnią warstwę trudno dojrzeć to, co podstawowe. Długo i mozolnie przedzierałam się w swoim życiu przez te warstwy. I dopiero kilka lat temu się przebiłam i te doświadczenia, naprawdę odkrywcze, ukierunkowały moje zainteresowania i działania zawodowe. Dlatego z takim entuzjazmem zajęłam się kobiecą seksualnością. Te odkrycia były bardzo poruszające i otwierające. „To, co najbardziej osobiste, jest zarazem najbardziej uniwersalne”, jak mówił Carl Rogers, ojciec psychologii humanistycznej. Potwierdza się to też w moich spotkaniach z kobietami. Tak więc sądzę, że jeśli nawet kobietom np. abstynencja i wierność przychodzą łatwiej, nie jest to kwestia ich naturalnych preferencji. „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, można by zamienić na: „Czego ciało nie czuje, tego serce nie żałuje”. A często nie mamy dobrego kontaktu z naszym ciałem, zwłaszcza z tą częścią „tam na dole”, czyli miednicą i kroczem.

Wróciłbym do problemu wierności.
Jeśli chodzi o tę kwestię, uważam, że trzeba odmitologizować różnice między płciami, wszyscy potrafimy wybierać, kierować swoim zachowaniem, powstrzymywać się i rozluźniać, to ludzka zdolność, którą zaczynamy rozwijać w drugim roku życia. Wierność to jednakowe wyzwanie dla obu płci. Ważne, abyśmy decydowali się na nią świadomie, mając kontakt z naszą seksualnością. Myślę, że mężczyznom łatwiej jest czuć swoje ciało jako własne, w konsekwencji łatwiej im korzystać z przyjemności kontaktu seksualnego. Kobiety raczej się oddają i pozwalają robić coś ze sobą, nie przejawiają inicjatywy, czasem nie wiedzą do końca, czego chcą. Albo odwrotnie: nie dają dostępu i odmawiają – myślą, że nie chcą, liczą się z zakazem, z opinią, co powiedzą mama lub tata. Kobiety w swoim rozwoju muszą odzyskać swoje ciało zawłaszczane przez rodziców, mężczyzn, społeczeństwo. A mężczyźni – otworzyć serce zatrzaśnięte często przed sobą i przed światem, aby lepiej wywiązać się z roli, która przypisana jest im w patriarchalnym porządku. Na szczęście wygląda na to, że kobietom i mężczyznom jest w nim coraz mniej wygodnie.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Kobieta wyzwolona - seksualność jest jej siłą

Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami. (fot. iStock)
Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami. (fot. iStock)
Wszyscy oczekują, że będziemy grzeczne. Matki, nauczyciele, krewni i przełożeni prawią nam komplementy, kiedy słuchamy poleceń, dobrze się dostosowujemy i sumiennie wykonujemy naszą pracę – pisze Marja Kihlström, seksterapeutka, autorka książki „Daj sobie prawo do przyjemności”. Czy stać nas na zaakceptowanie i docenienie wyzwolonej seksualności kobiet?

Podczas wizyty w Berlinie trafiłam kiedyś do lokalnego seksklubu. Moją uwagę zwróciła kobieta w średnim wieku, która tańczyła nago, zupełnie nie zważając na otoczenie. Zatraciła się całkowicie w swym niemal zwierzęcym tańcu, a ja wpatrywałam się w nią jak oczarowana. Zupełnie zburzyła mój obraz tego, kim może być kobieta i czym jest jej seksualność. Wszystkie powinnyśmy dążyć do podobnego poziomu wyzwolenia, ale w tym celu wcale nie trzeba wyjeżdżać do Berlina ani wyginać się przed innymi na golasa. Jak Paula McManus trafnie zauważyła w książce „Fittstim”: w oczekiwaniach, jakie stawiamy wobec tańczącej przedstawicielki płci żeńskiej, kumulują się nasze przeświadczenia, że kobieta powinna umieć robić wszystko odpowiednio, nie za dużo, nie za mało. To ważne, żebyśmy najpierw rozpoznały ten mechanizm, a potem rozniosły go w puch.

Chodzi o wyzwolenie naszej cielesności i zaakceptowanie jej na własnych warunkach. Nie jest niczym brudnym, brzydkim czy zabronionym, nie trzeba się jej wstydzić ani ukrywać. Seksualność to życiowa siła, której współczesna kobieta nie musi w sobie negować. Każda z nas jest pod tym względem wyjątkowa i nie warto, żebyśmy porównywały się z innymi. Erotyzm i cielesność dla każdego oznaczają coś innego. Bez względu na to, jak wygląda twój intymny świat, bądź jego częścią. Najważniejsze, byś nauczyła się rozumieć, czym jest twoja własna seksualność i jak możesz ją swobodnie wyrażać. Twoje erotyczne „ja” wciąż musi być obecne i widoczne – tylko wtedy będziesz w stanie odpuścić i oddać się przyjemności wszystkimi zmysłami.

Odejście od przesadnego konformizmu jest często niewiarygodnie trudne, bo nas, kobiety, całe życie chwali się za grzeczność. Wszyscy oczekują, że będziemy grzeczne. Matki, nauczyciele, krewni i przełożeni prawią nam komplementy, kiedy słuchamy poleceń, dobrze się dostosowujemy i sumiennie wykonujemy naszą pracę. Jednocześnie z łatwością przypisuje się nam również odpowiedzialność za innych –  przede wszystkim za chłopców, którzy ze względu na swoją naturę nie są zdolni do podobnego posłuszeństwa. Tak zawsze powtarzano mi w szkole. W najgorszym wypadku grzeczność całkowicie tłumi osobisty głos kobiety i zastępuje go innym, wciąż przypominającym wyłącznie o potrzebach bliźnich. Nie zawsze jednak musimy być dla innych dostępne, zagłuszając własne potrzeby. Kobieta ma prawo mówić głośno, wyrażać swoją opinię i prosić partnera o zaspokojenie jej potrzeb w łóżku. Może się zdarzyć, że ktoś nazwie ją trudną – mimo że nikt nie określiłby tak zachowującego się podobnie mężczyzny. Ten byłby „w pozytywnym znaczeniu wymagający”, „pewny siebie”, „wiedziałby, czego chce”. Kobiety też mają prawo stać twardo na własnych nogach i upewniać się, że ich głos jest przez innych słyszany. Wszyscy na tym skorzystają.

Od przedstawicielek płci pięknej wymaga się również podporządkowania pewnym normom. Zakładamy, że każda z nas marzy o związku i dzieciach. Nawet lider pewnej fińskiej partii politycznej publicznie zwoływał kobiety na „kółko porodowe”. Z tego samego powodu często litujemy się nad singielkami. Zakładamy, że są wyalienowane i straszymy je samotną starością. Często nie jest to jednak kwestia samotności, a autonomii. Nawet bezdzietność – ta, która jest czyimś życiowym wyborem – może wywoływać zdumienie i potępienie. A przecież kobieta ma pełne prawo zadecydować, że chce żyć samotnie, na własnych warunkach i według własnych zasad. Może uprawiać seks z partnerem, z którym nie tworzy związku, chodzić na imprezy swingersów, spotykać się z wieloma mężczyznami bez większych zobowiązań. Nie wszyscy chcą czy potrzebują stałej, bliskiej relacji. Również rodzinę można w dzisiejszych czasach zakładać na wiele sposobów. (…)

Jedna z klientek powiedziała mi kiedyś, że łatwiej udawać „normalną” niż nieustannie bronić przed innymi swoich wyborów. Seksualność to mocno naładowana emocjonalnie intymna sfera życia. To, jaki rodzaj relacji wybierzesz – jeśli w ogóle jakiejkolwiek pragniesz – jest twoim własnym wyborem, a własnych wyborów warto strzec.

Jakie doświadczenia mają kobiety?

Mam dużą rodzinę. Choć prowadzę zabiegane życie, zawsze trzymałam się mocno mojej kobiecości. Uważam, że to jedyna część mnie, która naprawdę odzwierciedla to, kim jestem.

Kobieta, 37 lat

Orgazm to teraz jedna z najważniejszych spraw w moim prywatnym życiu. Chcę go zatrzymywać, chronić, rozwijać, uważać za coś mojego, dzielić się nim tylko z tymi nielicznymi, którzy potrafią go docenić. To coś bardzo cennego – i jestem dumna, że to w sobie odnalazłam.

Kobieta, 35 lat

Nigdy nie byłam w stanie wyzwolić się do tego stopnia, żeby móc choćby tylko wyobrazić sobie, że przeżywam orgazm. Satysfakcja partnera zawsze była dla mnie ważniejsza. Problemy z samooceną odbijały się na moim życiu seksualnym, a nikt nigdy nie był w stanie sprawić, żebym poczuła się na tyle bezpiecznie i pewnie, bym potrafiła być sobą i po prostu odpuścić.

Kobieta, 21 lat

Każda z nas, dzięki swoim działaniom, może przyczyniać się do poszerzenia ogólnego rozumienia tego, czym jest kobiecość i co oznaczają życiowe wybory. Każda z nas rodzi się jako zmysłowa i erotyczna istota, ale ten potencjał musimy ponownie odnaleźć w sobie i wykorzystać już jako dorosłe osoby. Czasami bardzo pomocny okazuje się dobry partner, który jednym spojrzeniem jest w stanie sprawić, że nasza zmysłowość zalśni najjaśniejszym blaskiem. Jednak ostatecznie to my same musimy rozpoznać swoje ograniczenia – i wynieść się ponad nie. Kiedy tego dokonamy, ostrożność, której się nauczyłyśmy, dorastając, może zacząć ustępować przyjemności, a u samego szczytu - całkowitej wolności.

Kobiety twojego życia – jaki miały wpływ na twoją seksualność?

Matka, ciotka, siostra, nauczycielka, przyjaciółka. Wszystkie kobiety, z których na przestrzeni lat bierzemy przykład, od których uczymy się, czym jest kobiecość, jak funkcjonuje nasze ciało. Niektóre mogą być zawsze obok, z innymi łączą nas krótkie spotkania, które na zawsze pozostawiają ślad.

Część z nas bardzo wcześnie zdaje sobie sprawę, że kobietą można być na wiele różnych sposobów. Dla mnie na przykład ważnym doświadczeniem był miesiąc, który spędziłam swego czasu we Włoszech. Miejscowe damy z dumą obnosiły się ze swoją kobiecością, podkreślały ją, emanowały seksualnością w zupełnie inny sposób niż ten, do którego się przyzwyczaiłam, żyjąc w Finlandii.

Kobiety, które otaczają nas, gdy dorastamy, dają nam również wzorce dotyczące cielesności. To, jak wyrażają się poprzez ubiór, makijaż, mowę czy gesty, rzutuje na obraz kobiecości, który kształtuje się w naszych głowach.

Czy twoją mamę zawsze irytowały pomalowane kobiety? Czy głową rodziny był mężczyzna, który w każdej kwestii miał ostatnie słowo? Czy musiałaś zapinać koszule do ostatniego guzika; upewniać się, że każda spódnica ma odpowiednią długość? Czy w twoim środowisku kobieta mogła swobodnie tańczyć, cieszyć się życiem?

Dobrze jest poznać swoje korzenie. Nie zawsze największy wpływ ma na nas matka – czasem może to być starsza siostra, chrzestna, nauczycielka w szkole czy trenerka na zajęciach sportowych. Nawet dzisiaj kobiety często wychowuje się w nastawieniu, że mają zaspokajać potrzeby mężczyzn. Bardzo mało uwagi poświęca się ich własnym potrzebom czy aspiracjom. Jeśli same nie nauczyłyśmy się dopominać o równe traktowanie, nic dziwnego, że mamy z tym problemy w łóżku.

Warto przystanąć na chwilę i zastanowić się nad środowiskiem, w którym dorastałyśmy, i nad panującym w nim rozkładem władzy. Również nasze przyjaciółki (lub przyjaciele) mogą – szczególnie w dzieciństwie – mieć ogromny wpływ na to, jak postrzegamy własną kobiecość i seksualność. Z przyjaciółmi dzielimy się dużą częścią naszego życia, ważnymi momentami i różnymi stanami emocjonalnymi. Między bliskimi znajomymi często panuje też wyzwolony sposób mówienia, co pozwala na swobodne rozmowy o seksualności. Trudności w tej sferze są jednak tak intymne i prywatne, że często podlegają niewypowiedzianej zmowie milczenia. Wiele kobiet, które dzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami, zwróciło uwagę na to, jak samotna jest osoba musząca mierzyć się z problemami natury seksualnej – nawet jeśli sama bardzo chce z kimś o nich porozmawiać.

Pomocne ćwiczenie

Zadaj sobie kilka pytań:
  • W jakim otoczeniu dorastałaś jako kobieta?
  • Jaka mogłaś, a jaka powinnaś była być?
  • Czy prowadziłaś z przyjaciółkami głębokie rozmowy na temat seksualności?
  • Jaką byłabyś kobietą, gdybyś potrafiła całkowicie wyzwolić swoją seksualność?
  • Jak wyglądałby twój taniec?
  • Co możesz zrobić, żeby poczuć się wolną?
Spróbuj potańczyć nago w rytm ulubionej muzyki, kiedy będziesz sama w domu. Myśl tylko o tym, co całkowita wolność oznacza dla ciebie, nie zastanawiaj się nad cudzymi uczuciami czy opiniami na ten temat.

Fragmenty pochodzą z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”, w której Marja Kihlström, fińska seksterapeutka i edukatorka zachęca kobiety do odkrywania i poznawania własnej seksualności.