1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Całkiem zwyczajna miłość. Czy doceniamy udany seks?

Całkiem zwyczajna miłość. Czy doceniamy udany seks?

- Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Normalny, ludzki, niedoskonały i dzięki temu rozkoszny seks. Daje nam zwyczajne szczęście we dwoje. Nie ulegajmy więc modzie na poszukiwanie perwersji. Nie słuchajmy opinii tych, którzy twierdzą, że miło znaczy źle. Jeśli jest nam dobrze w łóżku, cieszmy się z tego – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Poradniki, powieści, filmy namawiają nas, żeby szukać w seksie czegoś ekstra. Szczypta sadomaso, designerskie gadżety, swingowanie albo choć ktoś trzeci. Modnie też jest, by seks sfilmować. No i jeśli do tej pory myśleliśmy, że dobrze nam razem, zaczynamy podejrzewać, że tylko tak się nam wydaje...
Wychodzi wiele powieści erotycznych dla kobiet, ale to, o czym tam piszą, to tylko marzenie, fantazja. Nie ma takiego seksu. Można, oczywiście, oszaleć na parę miesięcy, spotkać kogoś, kto nas tak nakręci, że z trudem dobiegamy do pierwszego wolnego łóżka. A tam w pięć sekund mamy taki orgazm, że tracimy przytomność. Każdemu choć raz życzę takiego doświadczenia, ale takie szaleństwo nie może trwać długo i wcale nie daje nam wszystkiego, co ważne i potrzebne w seksie.

Ale jednak jest wtedy jak w książce czy w filmie…
Często badam pary metodami porównawczymi pod kątem podobieństwa ich dyspozycji intelektualnych, fizycznych, psychicznych i wrażliwości. Zazwyczaj choć jedną z tych dyspozycji mają oboje tak samo wysoką. Czyli jeśli ona jest pełna energii i mówi: „Mam dziś chęć na górską wycieczkę”, to on na własnych plecach jej te góry przynosi i pod stopy rzuca, żeby sobie po nich razem pochodzili. Z kolei kiedy on ma dół intelektualny, to i ona będzie wolała pooglądać w łóżku serial komediowy, a nie iść na wykład o teorii strun. Do tej pory spotkałam tylko jedną parę, która we wszystkich wymienionych wyżej zakresach miała tak samo wysoki wynik. I jeśli ktoś mnie pyta, czy znam szczęśliwe małżeństwo, myślę o nich. Nie dlatego, że rzucają się na siebie jak króliki, tylko dlatego, że są zharmonizowani, czuli, kiedy oboje tego potrzebują, ale gdy jedno z nich budzi się w nocy i zaczepia drugie, to zaczynają się kochać, bo oboje mają na to ochotę.

To zwyczajne szczęście, o którym opowiadasz, jest zaskakujące.
Kiedy ludzie ze sobą żyją, chodzą do pracy, wychowują dzieci, wykonują różne zadania, to ta harmonia jest szczęściem. Zaczyna się różnie. Jedni, kiedy tylko się zobaczyli, to jakby piorun w nich strzelił. Drudzy najpierw się polubili, poczuli, że z tą osobą warto spędzić życie. A teraz sobie po prostu żyją i mają lepsze i gorsze dni. I to ich nie dziwi. Kiedy pojawi się ciąża, kobieta jest bardziej podkręcona i mają więcej seksu. Ale potem jak już jest duży brzuch, to nie szaleją w seksie. Robi się przerwa, po której czasem para zaczyna się traktować jak tatuś i mamusia. Mówią do swoich dzieci: „Idź z tym do matki”, „idź z tym do ojca”. Nie są już Krysią i Jurkiem. I ich seks wystyga, bo wstydzą się przed dziećmi, bo jak tatuś i mamusia mogą „to robić”? Warto o tym pamiętać. Ale bywa inaczej. Są dziewczyny, które po urodzeniu dzieci szybko chcą wrócić do figury i do partnera. I ci Krysia i Jurek znów mają dobre godziny w sypialni.

A ci, którzy weszli w rolę tatusia i mamusi, co mają robić?
Wysłać dzieci do babci na weekend i zrobić sobie czas na celebrowanie seksu. Mają mieć na to całą noc i dzień, a nie godzinę czy pół. I też nie muszą całą noc tego robić, ale spokojnie wejść w nastrój. Nie muszą się też natychmiast do siebie dobierać. Mogą sobie razem obejrzeć film. Niekoniecznie pornograficzny, ale taki ciepły, słodki.

Ma być tak zwyczajnie, swojsko, bez fajerwerków?
Jeśli jesteśmy sobie bliscy i się lubimy, to nasze ciała rozmawiają ze sobą same, wiedzą, jak się spleść. Jest tylko jeden drobiazg: czy on by nie chciał czasem czegoś innego niż stosunek waginalny? A ona? Może czasem wolałaby już nie w tej kolejności, nie zawsze o tej samej porze? Warto się dowiedzieć, bo w normalnych, ciepłych związkach niebezpieczeństwem jest rutyna. On zawsze, gdy chce się z nią kochać, głaszcze ją po plecach i całuje za uchem… A potem idą do łóżka i on trochę się pozajmuje jej piersiami... Ten rodzaj rutyny ma plusy, działa jak opanowanie nauki chodzenia. Seks staje się prosty i przyjemny, a to, że oni do tej rutyny razem doszli, też zbliża ich do siebie. Wiedzą, że jak się zacznie głaskanie po plecach, jak już weszli na tę ścieżkę, to na pewno dojdą do udanego końca, bo też już same ciała ich prowadzą. To plus. Ale po jakimś czasie, gdy seks staje się zbyt przewidywalny i powtarzalny, zamienia się to w minus.

Rozumiem, że ten moment, kiedy dobra rutyna staje się złą, możemy po prosu poczuć?
Właśnie. A wtedy warto wykonać kilka nieprzewidywalnych ruchów. Kochać się w kuchni, a nie w sypialni. Na kocach rozłożonych na podłodze, a nie w łóżku. Zacząć gasić światło albo zapalać, byle inaczej niż dotąd. Postawić przy łóżku różową lampkę albo zdjąć ją z szafki nocnej. Założyć satynową pościel, przynieść do łóżka pomarańcze i truskawki i wkładać je sobie w usta, przedtem się nimi pieszcząc…

Czyli jednak trochę perwersji…
Aj tam! To żadne perwersje. Chodzi o to, żeby zrobić rzeczy, które są nowe, ale nie ekstremalne. Piórko zamiast kajdanek. Truskawki zamiast pejcza czy opaska na oczy zamiast trzeciej osoby w łóżku. Zmysłowość, a nie poszukiwanie ekstremum. Najważniejsze jest to, by rozwijać w sobie ciekawość, co jemu, jej sprawia przyjemność. Może to, że ty leżysz jak królewna albo jak branka, taka cicha i nieruchoma, a on cię pobudza? Albo on chce leżeć i ty go masz pobudzać. Dobrze jest też znaleźć nieuznawane dotąd za erotyczne obszary ciała i uczynić je erotycznymi. Pieścić, całować, głaskać plecy, ramiona, przedramiona... Aż zaczną reagować dreszczem. Wtedy seks bez dopalaczy staje się ekscytujący, więcej daje. Pobudzać całe ciało to bardzo ważne. Dlatego warto pozwolić się wykąpać, umyć gąbką, a potem w łóżku dać się posmarować balsamem i nawet – zasnąć. Bez seksu. Bo tak jest miło. Ci, którzy żyją ze sobą w zwyczajny sposób, po prostu wiedzą, że raz seks jest, a raz tylko pieszczoty. I że to jest właśnie dobre. Wiedzą też, że raz orgazm jest mały, a raz ogromny. I że to też jest cudne. Jeszcze jedno – kiedy są wakacje, dzieci wyjechały, warto skorzystać ze stymulacji, jaką daje przyroda. Wiatr, woda, nagrzany piasek budzą zmysły. Unikniemy zdrady, dając sobie coś ekstra, ale w ramach naszego dobrego bycia razem. Nie napinajmy się jednak, że teraz będziemy wzbogacać nasz seks. Lepiej stworzyć warunki dla miłych chwil we dwoje i wtedy iść za impulsem z ciała.

Jednak świat lansuje perwersje! Zaczynamy więc mieć kompleksy, choć nam w łóżku dobrze.
Jeśli ktoś tak myśli, najwidoczniej sam sobie nie wierzy i potrzebuje potwierdzenia, że szalenie modne jest kochanie się zwyczajne, które daje radość. A ja jako psychoterapeutka mogę powiedzieć, że mieć fajnego człowieka, na którego masz ochotę i który ma ochotę na ciebie, z którym uprawiasz seks pomimo wspólnego długiego życia, to jedno z większych osiągnięć. Ten, kto ma dobry zwyczajny seks, doświadcza czegoś prawie idealnego. Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie. Perwersja jest eskalacją doznań, bo właśnie nie niesie spełnienia.

W modnych serialach możemy jednak usłyszeć: „Ten mój facet to chyba gej. Jeszcze nie nagrał naszego stosunku i nie chciał mnie związać”.
To tylko moda, a moda jest po to, żeby odciągnąć nas od nas samych w stronę: „Jaka, jaki powinienem być, żeby zyskać”, ale co zyskać? Sławę? Uznanie? Lepsze samopoczucie? Dobre samopoczucie daje nam właśnie zwykły, dobry związek. Każdej władzy zależy na tym, żeby ludzie nie rządzili się sami. Żeby im czegoś brakowało, żeby od nich nie zależało, czy to coś dostaną. Wtedy się nimi rządzi, obiecując im to coś, sprzedając namiastki tego czegoś. Jeśli ktoś jest szczęśliwy sam z siebie i daje sobie to zabrać, bo inni mu wmawiają, że będzie bardziej szczęśliwy, jeśli z tego, co ma, zrezygnuje, to on rezygnuje ze swojej wolności i niezależności. Warto popatrzeć, czy ci, którzy nas pouczają, jak żyć, sami są szczęśliwi. Z mojego doświadczenia wynika, że ulegać modzie, ulegać opiniom innych, to dawać się wpędzać w kompleksy i nałogi.

Trzeba być silnym, żeby zostać ze sobą.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy brakuje mu do szczęścia perwersji, niech obejrzy film „Wstyd”. Bohater jest seksoholikiem, który wciąż szuka ekstremalnych przeżyć. Musi chodzić do klubów, gdzie się przewalają nagie ciała, które nie są już ludźmi, tylko kadłubkami wystawiającymi się na jakiś rodzaj przeżyć. Tych każdy może im dostarczyć, bo chodzi tylko o mechaniczne pobudzenie i zaspokojenie. Te ciała, jak i nasz bohater, przekroczyły wstyd, przestrzeń intymną, ale w zamian doświadczają tylko zmiany świadomości, nieprzytomności – jak w każdym uzależnieniu. A seks domowy nie jest uzależniający. Jest seksem. To nasza wolność, bliskość i sympatia dla siebie i dla tej drugiej osoby. Nasza intymność jest naszą suwerennością. Człowiek, który nie jest wolny, nie ma intymności. Gra kogoś innego, pod jakiś lansowany wzór. A lansowane wzory są zawsze takie, że ich nie osiągniesz. Zobacz bohaterów ostatnio modnych powieści erotycznych dla kobiet – to faceci nieludzko piękni. Ale dla ciebie atrakcyjny facet to ten, który ma krzywy uśmiech i urwane ucho. I właśnie dlatego weźmie cię tak, że zapomnisz o całym świecie. Bo twoja historia życia zahaczała o podobnych facetów. Jest takie opowiadanie Głowackiego: chłopak mieszka koło lotniska, jego niania jest gruba i stara, ale to jedyna kobieta, którą może podglądać. Więc on ją podgląda, gdy ona się myje, przebiera, i ciągle słyszy te samoloty... Potem, kiedy był już dorosły, na ulicy zobaczył grubą, starą prostytutkę, a akurat nad miastem nisko leciał samolot. I to go tak wzięło, że musiał ją posiąść, nie mógł się opanować.

Źródła naszego erotycznego gustu mogą więc być zupełnie niezwykłe.
Dobór tego zwykłego partnera też jest spowodowany naszym życiem, a więc żadna moda czy doradca nie powie nam, kto nas doprowadzi do szaleństwa. Nikt poza nami nie będzie też wiedział, czy chcemy być do szaleństwa doprowadzeni. Bo może nie chcemy tego, kto spowoduje, że wciąż myślimy o tym, żeby się z nim splątać. Może chcemy na partnera kogoś, kto tak na nas nie działa, bo wolimy mieć bezpieczny związek i bezpieczny seks. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy ciałko dotyka do drugiego ciałka, jest ciepło i miło, a tylko czasem bywa podniecająco…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? Pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł?
Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!?
To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą?
Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła?
Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”.
Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość.
Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie.
Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji.
Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz.
Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą?
Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Psychologia

Szukamy prawdziwej miłości. Dlaczego trafiamy na niewłaściwych partnerów?

Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Jak to jest, że ciągle znajduję nieodpowiednich partnerów? Czemu uciekam, ranię, pozwalam się ranić? Przyczyn szuka małżeństwo terapeutów i coachów Eva-Maria i Wolfram Zurhors.

Znowu w życiu mi nie wyszło... i trzeba się  pozbierać po po kolejnym nieudanym związku. Miłość? Przynosi samo cierpienie… Eva-Maria Zurhors: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy – a to można zrobić tylko sercem – nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki czy związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

Wolfram Zurhors: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić… Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E-MZ: A to oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne dziś „bycie cool” oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze w końcu uciekają, odchodzą.

Budując związek, lepiej postawić na autentyzm? E-MZ: Tak, bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. To widać nawet przy problemach. Jeśli on mnie rani – to może dlatego, że ja nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, wybrałam kogoś, kto mi to da. Na przykład: tkwisz w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy tobie nie ma, który stale cię zawodzi. A może dobrałaś sobie partnera, który pasuje do twojego nieuświadomionego strachu przed tym, by być kochaną? I nad tym trzeba popracować.

Czy ten mężczyzna też czegoś się boi? E-MZ: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili wszyscy jej czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości nosili ją na rękach, ale prędzej czy później pojawiała się przemoc fizyczna i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: „miała pecha”. A tak naprawdę to ona nie miała za grosz poczucia własnej wartości. Zawsze w związkach rezygnowała z siebie, próbowała dopasować do partnera. Gdyby zaczęła nad tym pracować, zmieniła postrzeganie siebie samej, przyciągałaby zapewne innych mężczyzn, takich którzy by ją szanowali i nie stosowali przemocy.

Czyli jednak to podobieństwa się przyciągają? E-MZ: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez internet. Klapa za klapą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie udaje się jej z żadnym z mężczyzn. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Oniemiałam. Powiedziałam do niej: „Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który się z tobą umówi, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, bo ją wymyśliłaś. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował”. Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: „Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać odpowiedniego dla siebie mężczyznę, to pokaż mu, kim naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał chipsy, a ty będziesz je udawała. Jako czekolada jesteś najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako chipsy – najgorszymi z czipsów”. To proste.

Proste... To dlaczego dla wielu skomplikowane? E-MZ: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole mamy zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnych się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że na miłość trzeba sobie zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcić. A to nieprawda.

Nie mamy od kogo uczyć się miłości? E-MZ: Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia i ukazuje się przed moimi oczami prawda. O mnie, o nim, o naszym związku. Oczywiście pod warunkiem, że sobie na tę chwilę prawdy pozwolę i przyjmę ją z wdzięcznością. Jeśli nie – mogę pogrążyć się w rozpaczy, ale nie korzystam z szansy na rozwój. A to jest właśnie ten moment, w którym mogę nareszcie nauczyć się dbać o siebie...

Co to znaczy w praktyce? E-MZ: Gdy dzieje się źle, nie uciekać od zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Ale nie poprzez słuchanie przyjaciółek, które powiedzą: „Oj, ty jesteś biedna, a on podły”, lepiej zapytać siebie: „Czego się boję? Co mu tak naprawdę zarzucam?”. Z naszego doświadczenia wynika, że jest w tym pewna prawidłowość: zwykle jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś mu zarzucam. Na przykład mówię do niego: „Chcę ratować nasz związek”, a jednocześnie myślę: „On mnie nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, czemu jest taki?”. I on czuje, że wolałabym, żeby był inny, więc mnie zostawia. Jeżeli bym akceptowła go takim, jaki jest, wtedy pewnie by nie chciał odejść. To nie znaczy, że trzeba godzić się na wszystko, żeby tylko zatrzymać partnera – w sytuacji przymusu też odejdzie. Wyczuje strach. Chodzi o szczerość. O to, by zająć się sobą, nie naginać do związku. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, zamiast przyjąć postawę wciąż oczekującej westalki – wypełnić sobie ten czas: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek zyska szansę – partner zaakceptuje to, zauważy i może uszanuje, kontakt stanie się coraz bardziej szczery, a miłość głębsza.

A jeżeli to ja kogoś porzucam? Czy to też lekcja? E-MZ: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz zawsze w takim samym punkcie. Czy to twoja wewnętrzna prawda czy ucieczka. Przykład: pewien nasz przyjaciel ucieka wtedy, gdy relacja z kobietą staje się poważna. Jego partnerki nie wiedzą, że na takie zachowanie ma wpływ drastyczna historia z dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem, jak matka chciała odebrać sobie życie, żeby odejść od ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, dziś już dorosłego mężczyzny, związek zawsze oznacza dużą dawkę strachu. I dlatego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich starych historii. Zakodowane w nich strach i tęsknotę projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy miłością.

Mówimy też: „kocham, ale nie potrafię z tobą żyć”. E-MZ: My mamy na to określenie: „zderzenie dwóch gór lodowych”. Zaraz to wytłumaczę. Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 procent. To sam wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4 procenty mówią: „kocham cię”, a cała reszta, czyli 96 procent: „ale nie mogę z tobą żyć”. Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce.

Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i – dajmy na to  – uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, że stykają się swoimi podstawami, których nie są świadome.

I bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości, niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: „muszę zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonować”. Byli trzydzieści lat po ślubie i się nie znali – bo po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w głąb lodowej góry, a czasem nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było niby w porządku. Na szczęście każde zaczęło poznawać swoje wnętrze i bezwiednie znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno – wtedy na chwilę odskakują, i znowu się do siebie zbliżają.

Dwa kroki do przodu, jeden w tył… E-MZ: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym coraz więcej bolących miejsc.

Dobry związek musi czasem boleć? E-MZ: Jak nie boli, to nic się nie zmienia, nie rozwija. To jest jak trenowanie mięśni. Mój mąż jest moim hantlem i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. Im cięższy hantel, tym większy mięsień. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa poważne kryzysy, ale dzięki nim dziś jesteśmy ze sobą bliżej.

Jak długo są państwo razem? WZ: 16 lat i wierzymy, że jeszcze wiele lat przed nami. Wiele bólu i radości. Proces poznawania, schodzenia w głąb lodowej góry nigdy się nie kończy.

E-MZ: Bo góra jest nieskończona.

O Boże, to straszne! E-MZ: Skąd! To cudowne!

WZ: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E-MZ: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko część siebie. To dopiero nuda!

WZ: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest dojrzalsze, szczęśliwsze, a część wspólna, ta poznana, uświadomiona i zaakceptowana staje się coraz większa. Ale po drodze często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy, a to nas wzmocni. I na tym polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

Wywiad z archiwalnego numeru magazynu Sens

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.

  1. Seks

Wpływ gadżetów erotycznych na seks

Erotyczne gadżety mogą dostarczyć kochankom nowych, ekscytujących doznań. Wprowadzić trochę humoru, element celebracji i, co ważne, dać więcej satysfakcji z seksu. (Fot. iStock)
Erotyczne gadżety mogą dostarczyć kochankom nowych, ekscytujących doznań. Wprowadzić trochę humoru, element celebracji i, co ważne, dać więcej satysfakcji z seksu. (Fot. iStock)
Dlaczego kręcą, czy mogą zmienić jakość seksu i kiedy warto po nie sięgnąć? O wpływie erotycznych gadżetów na miłość opowiada sex coach Marta Niedźwiecka.

Od dłuższego czasu na świecie i od pewnego czasu w Polsce można kupić różnorodne zabawki erotyczne. Nie tylko wibratory, ale też pasy do krępowania, olejki, kostiumy. Co o nich myśleć? Estetyczne gadżety z pewnością nie spowodują odczucia niesmaku i mogą dostarczyć kochankom nowych, ekscytujących doznań. Wprowadzić trochę humoru, element celebracji i, co ważne, dać więcej satysfakcji z seksu. A jeśli nie jesteśmy przekonane do podobnych innowacji? Marta, młoda mężatka, architekt wnętrz, przybyła do sex coach z następującymi wątpliwościami:

Marta: Mój mąż naciska na kupienie wibratora, a ja uważam, że to nienormalne… Sex coach: A co jest normalne?

Jak kobieta kocha się z mężczyzną. Zwyczajnie, bez sztucznych dodatków… A kiedy uprawiają seks, ale nie chcą mieć dzieci i stosują antykoncepcję?

Też, bo przecież nie zawsze chcemy mieć dzieci. A jak uprawiają seks i nie kończy się to orgazmem?

Tak. A seks oralny jest normalny?

No… tak. A analny?

Raczej nie… A po co pani odczucie normalności?

Żebym była normalna, nie puszczalska… Żeby tak o mnie nie pomyślał… A mąż panią akceptuje w łóżku?

Chyba tak, nie rozmawiamy o tym. A na czym pani bardziej zależy: na akceptacji męża czy przyjemności w seksie?

Nie wiem… Chciałabym odczuwać większą przyjemność, ale jego akceptacja też jest dla mnie ważna. Myślała pani, żeby spytać męża o to, jaki jest jego poziom akceptacji wobec pani?

Do tej pory się wstydziłam o to zapytać. Ale może się odważę.

Kategorie normalności lub anormalności często są czynnikiem tłumiącym nasze autentyczne potrzeby. Trzeba do tych potrzeb dotrzeć i przyzwolić sobie na ich odczuwanie, wtedy można mówić o wejściu na drogę rozwoju seksualnego, można korzystać świadomie z tego, co dostarcza nam świat. Tą drogą możemy obudzić w sobie odwagę i ciekawość, żeby przymierzyć się do nowych technik seksualnych albo do wprowadzenia w życie seksualne na przykład zabawki erotycznej. Ale jeżeli niezaspokojona potrzeba akceptacji jest większa niż potrzeba przyjemności, to temat musi poczekać, ponieważ nie warto zmuszać się do innowacji w seksie, jeśli mamy zapłacić za to dyskomfortem.

Aby rozmontować mur przekonań, Marta powinna zacząć rozmawiać otwarcie o seksie, nie licząc na to, że nową zabawkę czy technikę da się skrycie przemycić do sypialni. Jeżeli obawia się gadżetów, ponieważ wierzy, że ich pojawienie się zwiastuje kryzys związku lub jest związane z postrzeganiem jej jako osoby rozwiązłej, lepiej zająć się przekonaniami na temat seksu, a nie forsować temat urozmaicenia za wszelką cenę. Ważne, aby nie zaskakiwać się nawzajem krępującym prezentem czy wibratorem schowanym pod poduszką.

Kiedy wiesz, że chcesz

Wyobraźmy sobie jednak, że Marta czuje w sobie gotowość do zabawy. Nadal warto zacząć od rozmowy, bo to podstawa wprowadzania zmian. Jej celem jest sprawdzenie, czy obydwoje są oswojeni z tą myślą, a także porównanie oczekiwań i ustalenie, że gdy jedno poczuje się niekomfortowo, zabawka wyląduje pod łóżkiem bez zbędnych dyskusji.

Rozpoczynając rozmowę, można uciec się do pretekstów. Na przykład pokazać artykuł znaleziony w prasie czy w Internecie i spontanicznie poruszyć temat zabawek erotycznych. Można potem wspólnie je wybierać. Ponieważ na rynku jest już wiele modeli nienaruszających kobiecego poczucia estetyki i męskiej samooceny, pozostaje skupić się na omówieniu potrzeb i pomysłów, które chcemy w ten sposób zaspokoić. Warto pamiętać, że dobra zabawa pojawia się tylko wtedy, gdy jesteśmy rozluźnieni i w dobrym nastroju.

Wszystko dla pań

Dlaczego warto przekonać się do seks-gadżetów? Bo mogą służyć celebracji seksu w parze, pomagają tworzyć nastrój, scenerię tego, co robimy w sypialni. Mogą też być elementem całych scenariuszy seksownych randek. Butiki erotyczne są pełne akcesoriów i kosmetyków, których można używać w parach. Pasy do wiązania, opaski na oczy, świece do masażu – to wszystko wpisuje się w dobry scenariusz gry erotycznej. Dopóki ich nie wypróbujemy, nie wiemy, na ile nas kręcą. I chociaż do krępowania na łóżku można użyć zwykłego krawata albo apaszki, to większość ludzi tego nie robi. A jeśli kupią szarfę, to raczej jej użyją i dowiedzą się, czy im się podoba. Taka szarfa to świetny początek eksperymentów, bo dla dużej części kobiet i mężczyzn chwilowa utrata kontroli jest niesamowitym bodźcem erotycznym.

Wiele gadżetów erotycznych jest przeznaczonych do używania w parze, ale projektowane są głównie z myślą o kobietach i dla ich przyjemności. Dlaczego? Ponieważ kobieca łechtaczka jest wyposażona w tzw. komórki tango, wrażliwe na wibracje o konkretnej częstotliwości oraz na nacisk. Wibratory, masażery wibrują dokładnie tak, jak lubi kobiece ciało. Można to rozkosznie wykorzystać, zwłaszcza że większość kobiet potrzebuje stymulacji łechtaczki, aby osiągnąć orgazm. Szacuje się, że zaledwie jedna czwarta żeńskiej populacji szczytuje poprzez penetrację waginalną, a i to może być związane ze stymulacją pozostałych obszarów łechtaczki (znajdujących się wokół wejścia do waginy). A skoro mamy zabawki, które służą dokładnie temu, by dopieszczać łechtaczkę, czemu by ich nie wypróbować?

Zabawki pośrednio i bezpośrednio służą także mężczyźnie. Nie tylko – dzięki „dopieszczeniu” kobiety – pomagają zmniejszyć dystans między tempem rozwoju kobiecego i męskiego podniecenia, ale też mogą być używane przez panów. Małe wibratory można wykorzystać do gry wstępnej, do stymulacji męskich genitaliów czy rozluźniającego masażu. Wachlarz zastosowań wyznacza tylko wyobraźnia.

Zabawa na całego

Korzystanie z gadżetów erotycznych powinno być opatrzone klauzulą „stosować tylko z poczuciem humoru”. Bo seks jest ostatnią czysto zabawową aktywnością, która pozostaje nam, dorosłym – niesie przyjemność, ma swoje ramy, ale jest spontaniczny. Jest jak najlepsza dziecięca zabawa – bardzo angażujący, zakotwiczony w „tu i teraz”, kontaktuje z ciałem i ze zmysłami. Jeśli potraktujemy go swobodnie, nie zadaniowo, przyniesie radość, rozkosz i zupełne oderwanie od codzienności. Takie podejście może się okazać dla pary prawdziwym wyzwoleniem: kobiecie dać upragnioną utratę kontroli, mężczyźnie przynieść zwolnienie od wewnętrznego przymusu bycia zawsze gotowym i sprawczym.

Ale uwaga: choć gadżety potrafią przegonić z sypialni nudę, nie mogą być odpowiedzią na kryzys w związku, brak uważności czy umiejętności sprawiania partnerce rozkoszy. Nie powinny też stać się fetyszem, elementem rutynowych działań. Mają zadanie podobne do przypraw – dodają pikanterii, ale przedawkowane powodują niestrawność. Stałe używanie wibratora do osiągnięcia orgazmu może skończyć się niewrażliwością na inne, delikatniejsze pieszczoty, inny rodzaj stymulacji. Ale potrzeba do tego długiego czasu i zupełnego braku świadomości w korzystaniu z gadżetu. Warto zmieniać rodzaj pieszczot i same zabawki. Dla urozmaicenia, ale także by nie popaść w przyzwyczajenie.

Różnorodność i bezpieczeństwo

Zanim oddamy się rozkoszy, zadbajmy jednak o bezpieczeństwo – profesjonalne zabawki są drogie i dlatego bezpieczne. Są wykonane ze specjalnego materiału – silikonu medycznego, który jako jedyny nie wchodzi w reakcje ze skórą i śluzówką. Dlatego jeżeli nie mamy pieniędzy na drogą zabawkę, lepiej poczekać i odłożyć potrzebną sumę, niż ryzykować swoje zdrowie.

Dobrej jakości zabawki produkuje się w Europie i w USA – w fabrykach, które przypominają laboratoria. Wykonane tam wibratory, stymulatory, kulki nie chłoną zapachów, nie tracą koloru. Łatwo je utrzymać w czystości. I pamiętajmy, że gadżety erotyczne zawsze należy stosować z lubrykantem na bazie wody, który jest bezpieczny zarówno dla zabawki, jak i dla naszych śluzówek.

Kiedy decydujemy się na zabawkę erotyczną, czerpmy z tego radość i jednocześnie dbajmy o spełnienie podstawowych warunków – świadomości, konsensualności i uważności. Pamiętajmy, aby świadomie korzystać z tego typu gadżetów. Uzgodnijmy z partnerem zarówno wybór zabawki, jak i warunki jej używania. Korzystając z niej, nie traćmy z oczu drugiej osoby, jej uczuć i potrzeb. Seks to nie teatr, tylko bliskość, zadowolenie i przyjemność obydwojga.

Jak wybrać zabawkę?

  • Pomyślcie, czego potrzebujecie na początek i do czego chcecie tego używać.
  • Zacznijcie od rzeczy prostych i przeznaczonych dla par.
  • Wybierajcie tylko zabawki z silikonu medycznego.
  • Wybierzcie zabawkę, która pozwoli wam skupić się na przyjemności, a nie na obsłudze gadżetu.
Marta Niedźwiecka, coach relacji intymnych, seksualności i związków.