1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak czują się współcześni single?

Jak czują się współcześni single?

46675058 - smiling girl with cup of tea or coffee enjoying near park tree in morning sunlight
46675058 - smiling girl with cup of tea or coffee enjoying near park tree in morning sunlight
Hermann Hesse pisał: Samotność jest niezależnością, życzyłem jej sobie i zdobyłem ją po długich latach. Była ona zimna, o tak, ale była też cicha, prawdziwie cicha i wielka, podobnie jak zimne, ciche przestworza, po których wędrują gwiazdy. Czy zastanawiamy się co czują single, którzy – niezależnie od tego czy był to ich świadomy wybór, czy też zrządzenie losu – idą przez świat bez "drugiej połowy"? Czy faktycznie odczuwają same plusy: niezależność i radość z wolności? A może raczej smutek i tęsknotę za wymarzonym partnerem i rodzinnym szczęściem?

przebadał ponad 1000 odpowiedzi udzielonych w badaniu "Jak się czujesz jako singiel?". Zobacz, jak poszukujący partnera wypowiadają się w tym względzie.

Brak partnera i rodziny dokucza najbardziej

Okazuje się, że to, co najbardziej im doskwiera to brak partnera. 40% mężczyzn i 38% kobiet zdecydowanie nie pozostaje samymi z wyboru. Wydaje się, że stan ten zdecydowanie uważają za przejściowy, a poszukiwanie partnera determinuje ich życie. 21% pań i 15% panów zauważa, że samotność oczywiście im dokucza, ale na szczęście tylko czasami. 9% kobiet i 10% mężczyzn rekompensuje sobie brak związku w życiu zawodowym, ale przeszkadza im to, iż za dużo pracują i nie odpowiada fakt, iż powoduje to, że właściwie nie mają życia prywatnego. Ponad 2% respondentów cierpi z powodu konsekwencji życia w pojedynkę, jakim jest brak dzieci.

Samotność trudna do zniesienia

Niepokojące jest, że aż 6% zapytanych pań i 8% panów często czuje się tak źle, że odpowiednie wydaje im się porównanie ich do samotnego, zbitego psa, a aż 4% mężczyzn i 1% kobiet z powodu permanentnej samotności czuje się nikomu niepotrzebnymi i unika ludzi. Na szczęście jedynie 1% wszystkich zapytanych ma wyjątkowo skrajne emocje i czuje się bezwartościowymi w społeczeństwie i dyskryminowanymi z powodu samotności.

Wolność i niezależność rekompensują brak partnera

11% singli nie odczuwa smutku w związku z samotnością wcale. Deklarują oni, iż są szczęśliwi i uważają się za kogoś wartościowego, niezależnie od posiadania partnera. 6% respondentów zapewnia, że wystarcza im własne towarzystwo i zwykle lubią być sami ze sobą . Natomiast 4% kobiet i prawie 2% mężczyzn optymistycznie stwierdza, iż cieszy się z wolności, jaką ma i dużo wychodzi do ludzi, co daje im poczucie spełnienia.

Wykorzystaj czas w pojedynkę

Jak więc wykorzystać ten specyficzny czas, kiedy jeszcze jesteś singlem, by podnieść swoją wartość we własnych oczach? Jak właściwie zagospodarować szczególny okres życia, który możesz wykorzystać tylko dla siebie? Nie spędzaj go na rozmyślaniu, jak by było, gdyby... Wręcz przeciwnie: rób rzeczy, na które może zabraknąć Ci czasu, kiedy już będziesz w związku.

  • Rozwijaj pasje – uwielbiasz czytać, tańczyć, a może Twoje hobby to kino lub gotowanie? Masz szczęście! Wszędzie aż roi się od ofert, kursów i spotkań, na które nie musisz iść w parze. Wykorzystaj również to, że nikt nie narzeka, że Twoja pasja pochłania lwią część Twojego czasu.
  • Dbaj o siebie. Odwiedziny u fryzjera, kosmetyczki masażysty niech staną się twoimi rytuałami. Zapisz się na siłownię, zacznij biegać – to świetny sposób nie tylko na spędzenie czasu, ale pamiętaj też, że aktywni, zadbani single postrzegani są jako osoby atrakcyjne. A przecież na tym Ci właśnie zależy.
  • Postaw na samorozwój. Wieczory i weekendy w pojedynkę możesz przeznaczyć na kursy, szkolenia czy studia podyplomowe. To inwestycja w Twoją/Waszą przyszłość, która wkrótce zaprocentuje.
  • Skup się na karierze. Jako singiel, nie musisz wybierać pomiędzy pracą, a życiem osobistym. Wykorzystaj, że jesteś bardzo atrakcyjny dla pracodawcy: dyspozycyjny, skupiony i zaangażowany. Pamiętaj tylko, by kariera nie przesłoniła Ci sensu życia.
  • Baw się. Chodź na imprezy i wydarzenia kulturalne – poznasz tam wiele ciekawych osób.
  • Spotykaj się z przyjaciółmi – pielęgnuj przyjaźnie. Kiedy będziesz w związku, zwłaszcza na jego początku, będziesz miał na to mniej czasu. Wykorzystaj więc nadarzające się sposobności.
  • Poznawaj siebie. Wsłuchaj się we własne potrzeby i pragnienia. Zastanów się czego oczekujesz od związku, ludzi, życia. Nie spiesz się, pozwól sobie na chwile refleksji i zadumy. W ten sposób określisz swoje cele i być może uda Ci się zmierzyć z przyczynami Twojej samotności.
  • Snuj marzenia i pozwól im się spełniać. Nie przestawaj szukać partnera/partnerki. Wykaż się  aktywnością, bądź pełen nadziei. Pamiętaj, że odnaleźć wymarzonego partnera możesz na wiele sposobów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

O pierwszeństwie partnera przed dzieckiem

Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka zaburza naturalną kolejność „karmienia”. To, co najważniejsze, czyli nasz czas, uwagę, troskę, dostaje maluch, a nie partner. I związek zawisa na włosku. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, że dzieci są o wiele szczęśliwsze w domu, w którym rodzice skupiają się najpierw na sobie.

Co się dzieje ze związkiem mężczyzny i kobiety, gdy pojawia się dziecko?
Zacznijmy od tego, że najczęściej dzieje się to za szybko. Ile znasz par, które sobie założyły, że pożyją sobie jako młodzi, zakochani w sobie i nieobciążeni dodatkowymi obowiązkami, że będą sobie jeździć w podróże, balować, zostawać poza domem, na ile chcą? A ile par wiąże się ze sobą tylko dlatego, że pojawiła się ciąża? Wtedy w ogóle nie mają czasu na to, by nacieszyć się sobą. A ile małżeństw by ze sobą nie było, gdyby nie dziecko? Ja nie chcę powiedzieć, że życie ma być przyjemnością, ale ono ma być przyjemne. Obowiązki, zadania, praca – też mogą być przyjemne. Nie chodzi o to, żeby unikać wszelkiego wysiłku, tylko żeby podejmować się zadań, których wykonanie sprawia nam satysfakcję. Na początku małżeństwa gotowanie i pranie sprawiało mi przyjemność, więc to robiłam, a gdy przestało, skończyłam z tym. Jeżeli nie umiesz żyć i marzysz tylko o tym, żeby stworzyć z kimś dom, do którego on wniesie tę lekkość i pogodę ducha, to się możesz przeliczyć.

Chcesz powiedzieć, że nie dajemy sobie pożyć wspólnie w przyjemności, tylko od razu bierzemy na głowę obowiązki, czyli dziecko…
Dokładnie tak. I wiesz, co się dzieje…? Oczywiście są mądre dziewczyny, które chwalą swoich mężów za to, że od początku zajmują się dziećmi, ale zwykle jest tak, że facet, który się boi wziąć dziecko na ręce, zamiast być zachęcanym do tego, jest strofowany, że robi to nie tak. Więc natychmiast przestaje próbować. Nie chce być uważany za fajtłapę ani czuć się jak fajtłapa. A fajna żona zamienia się – nawet nie w matkę, ale w mateczkę.

I co on się do dziecka zbliży, to ona go ofukuje, że teraz dziecko musi pospać albo że źle je trzyma…
Ona, po pierwsze, robi tak, bo chce być królową na jakimś polu, po drugie, nie wierzy w siebie i w to, że na innych polach jest ważna i potrzebna, a po trzecie, nie zbudowała z ojcem dziecka silnej więzi. Bardzo często kobiety po to mają mężów, żeby mieć dzieci, żeby nad kimś górować. Bo dzieci są dla wielu osób po to, by mieć coś swojego. Znacznie trudniej, niż urodzić dziecko, jest dogadać się z facetem, szczególnie że ludzie są zwykle niedojrzali i bardzo często dobierają się na zasadzie: ktoś chciał, trafił się, wychodził mnie sobie, wyjął mnie z domu, rozwiódł mnie z mężem albo podobał mi się bardziej niż ktoś inny, co nie znaczy, że podobał mi się najbardziej ze wszystkich albo że się sprawdziliśmy i do siebie pasujemy. Sami siebie nie znamy i niezbyt dobrze czytamy innych, w związku z tym, jak się komuś uda trafić na kogoś dla siebie dobrego, to albo Bozia pomaga, albo intuicja. A to przecież jest najważniejsze, by najbliższą więź mieć ze swoim partnerem.

Bo on najpierw jest partnerem, a dopiero później ojcem twoich dzieci?
Właśnie. Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. Powinniście najpierw zbudować bazę, na której dopiero stanie wasz dom, czyli cała reszta, w której też mieszczą się dzieci. Wy jesteście tu dorośli, dzieci są dziećmi. One mają przyjść do domu, w którym jest dwoje kochających się, w miarę mądrych, w miarę zadowolonych i w miarę lubiących się ludzi. W dodatku takich, którzy uważają, że posiadanie dziecka nie jest udręką, nie jest poświęceniem ani hodowaniem sobie kogoś, kto mi będzie herbatę na starość podawał…

I nie jest jedynym szczęściem w życiu.
Tak jak nie jest jedynym szczęściem w życiu mieć udany związek. Jest wielkim szczęściem, ale nie jedynym.

Czyli komu należy się palma pierwszeństwa?
Kiedyś było tak, że pan domu dostawał przy stole najlepsze kąski, co nie do końca było sprawiedliwe, bo jak mordę pruł, to wszyscy siedzieli cicho. Zresztą dziś też tacy tyrani się zdarzają, tylko oni znęcają się z racji tego, że są tyranami, wtedy dodatkowy pretekst dawała im pozycja. Dziś to już, na szczęście, minęło, starszym odebrało się władzę, ale oddało się ją młodym, którzy są, niestety, durni. Młodość nie może, nie powinna rządzić!

Dziś najlepsze kąski dostają dzieci.
I nie wiedzą, co z nimi zrobić. Młodzi nie chcą mieć przyjemnego życia, tylko chcą samej przyjemności. I jeśli się uczą, że nie muszą na nią zapracować, tylko mogą ją dostać, to sobie roszczą do niej prawo. A już najlepsze kąski dostają chłopcy. I znów mamy to samo – kobiety wychowują synów w kulcie patriarchatu.

To jaki powinien być podział kąsków przy stole?
To nawet nie o kąski chodzi, tylko o kolejność. Powinno być tak, że my, jako para, zasiadamy do stołu z dziećmi. I gdybym to ja przy tym stole rozlewała rosół, tobym zaczynała od męża, a on powinien zaczynać ode mnie. Dopiero potem wlewamy rosół do talerzy dzieci. Uwaga, jaką się sobie poświęca, troska o siebie, jaką się przejawia na zewnątrz, powinna być skierowana na partnera, bo dzieci to widzą i w takim domu już jest dobrze. Jeżeli obserwują, że tata o nic nie dba, a mama dba o nich nadmiernie, to ich świat się wykrzywia. Rodzice mają wzajemnie o siebie dbać, mają być dla siebie uprzejmi i mili, co nie znaczy, że mają się nie kłócić, tylko nie wciągać w te kłótnie dzieci. Powiedzieć: „To nie wasze sprawy, mama i tata muszą sobie teraz coś wyjaśnić”.

W sumie, jakby to wziąć na logikę, mąż był pierwszy, bez niego nie byłoby dzieci. Dlaczego teraz miałby być nieważny lub mniej ważny?
To przecież z nim chcę porozmawiać o dzieciach, to z nim chcę się zastanowić, co robimy w ogóle w naszym życiu, to z nim chcę wypocząć, to z nim chcę się bawić. Owszem, z dziećmi też chcę wypocząć i się pobawić albo iść do filharmonii, ale to dlatego, że on nie lubi filharmonii. Jeśli podobał nam się ten okres zakochania, kiedy byliśmy dziewczyną i chłopakiem, to przedłużmy go, pokażmy drugiej osobie, że ją kochamy. Tymczasem dziewczyny odstawiają na bok swoją kobiecość, dziewczęcość i dziecko w sobie na rzecz bycia mamuśką. Kobieta powinna mieć czas dla siebie, bez dzieci i bez męża, ale też czas dla męża, bez dzieci. Dzieci nie czują się skrzywdzone, kiedy rodzice zamykają drzwi do swojego pokoju, tylko kiedy nie są zauważane i ważne. Każdy jest ważny, ale powinien być na swoim miejscu. Uważam, że rodzice nie zawsze powinni mieć takie samo zdanie, skoro mają inne. Wtedy mówią dzieciom: „Tata ma takie zdanie, ja takie, ale wspólnie postanowiliśmy, że…”. Czyli w skrócie: nie skłócicie nas.

Żeby wszystko stało na swoim miejscu, jaka powinna być kolejność? Najpierw…
…ja, potem mój partner, a potem dzieci. Jasne jest, że dzieci zostają na zawsze naszymi dziećmi, a partner nie zawsze musi być partnerem do końca życia. Jeśli rozstajemy się, bo było mi z nim niedobrze, to oczywiście z tego zaszczytnego miejsca go wystawiamy, ale nadal pozostaje ojcem mojego dziecka. Dopóki jednak on jest moim partnerem i nie zamierzam się z nim rozstawać, to wspólnie ten dom budujemy, jesteśmy tym fundamentem, mamy siebie wspierać i być sobie potrzebni. Pójdziesz na bal z partnerem, a nie z dzieckiem, do łóżka też. Poza tym dzieci dorastają, mają rówieśników, swoje sprawy, przestaniemy być dla nich tak ważne. Dzieci powinny wiedzieć, że są tylko dziećmi.

Wiesz, że wiele matek nie zgodzi się z tym, co mówisz? Żyjemy w czasach, kiedy to mężczyźni zawodzą, a dzieci są jedynym, co nam się udało.
Ale my nie mówimy tu o wyższości męża nad dzieckiem, tylko o jego pierwszeństwie. To jedno. Inna kwestia jest taka, że mamy teraz nadopiekuńcze mamusie. To oznacza tyle, że matki żyją życiem dzieci, a nie swoim. A dlatego to robią, bo nie mają mężów, z którymi jest im dobrze. A nie mają mężów, z którymi jest im dobrze, między innymi dlatego, że pozwalają mężczyznom na wszystko, a w zamian dostają od nich figę z makiem. I to jest taki zaplątany układ, w którym kobiety godzą się na bycie traktowanymi źle przez mężczyzn, bo oni są wartością wyższą według nich, niezależnie od tego, że mamy równouprawnienie i niezależnie od tego, ile kobiet powie: „Wolę być sama niż z kimkolwiek”.

Zauważ, co się dzieje, kiedy siedzi sześć panienek przy herbacie i wchodzi jeden facet. Przynajmniej połowa z nich poleci mu herbatę zrobić albo zapyta: „Jadłeś coś?”, „A może byś tu usiadł? Bo tu jest takie cudowne miejsce”. Nie będą dalej zajmowały się sobą, a niech on sobie sam radzi, tylko zaraz pojawi się słodka minka, zmieniony głosik, całym ciałem się zwrócą w jego kierunku… Dlatego jeżeli kobiety mówią, że dzieci są dla nich najważniejsze, to przepraszam bardzo, ale jest to po prostu zmyła.

Zmyła?
Nieprawda i rodzaj usprawiedliwienia. To bardzo pogmatwany temat. Wystarczająco długo pracuję z kobietami, mężczyznami również, ale nade wszystko z dziećmi tych kobiet i tych mężczyzn, żeby widzieć, co się dzieje. Jak bardzo nie sięgamy do rozwiązań, tylko przyklepujemy problemy. Jeśli kobietom jest nie najlepiej w związku, to – dziś coraz częściej niż ich matki – odchodzą. Tyle tylko, że one się rozwodzą dopiero wtedy, kiedy ledwo co żyją, natomiast bardzo długo wytrzymują stan swojego niespełnienia. I pozwalają na to, by było tak, jak jest, nie wymagając i nie domagając się, ale też nie biorąc, tylko oceniając, krytykując i wypłacając. Trzeba się nauczyć brać, a nie mordę drzeć, kiedy się nie dostało. Trzeba brać i nie mieć pretensji. Trzeba siebie kochać, trzeba być egoistką, ale ponieważ mamusie tak nas wychowują, żebyśmy nie były egoistkami, to dla kogo my tymi egoistkami nie będziemy? Dla faceta. Bo jemu trzeba usłużyć, jemu trzeba umilić, jego trzeba omamić, że jestem taka kochana. A przecież nie jestem aż taka kochana, jestem trochę fajna, trochę zołza, a trochę leniwa. Przynajmniej takie powinnyśmy być. Z zezwoleniem na swój egoizm, ale i na egoizm męża.

Mężczyźni to potrafią.
I tego się, moje drogie, od nich uczmy. Tymczasem kobiety prędzej dokładnie wyliczą, czego to nie robi ich mężczyzna, jak jest dla nich niemiły, nieadorujący czy nieczuły. Dobrze, kochanie, to powiedz, kiedy ostatnio powiedziałaś mu dobre słowo? Ale za co ja mam mu je mówić? No może za to, że jeszcze, kurde, z tobą jest? Że nie polazł na widok twojej niezadowolonej miny. Ja wiem, że jak ja mam niezadowoloną minę, to mój Edek mnie nie znosi, z tym że ja to robię świadomie, bo nie mam zamiaru się uśmiechać, kiedy nie mam humoru. A niech mnie wtedy nie znosi, ja też go czasem nie znoszę. Ale ja się tego nie boję, że on mnie nie znosi. A one nie są w stanie wytrzymać tego, że on ich nie lubi, bo za sobą nie stoją. W jego oczach szukają potwierdzenia tego, że są coś warte. A przecież ja, ty, my  jesteśmy warte same z siebie.

Ale kiedy związek się nie udaje i się rozstają, mówią: „przynajmniej mam dzieci”.
Dzieci nie są do posiadania. Poza tym te kobiety nadal nie mają tego, na czym najbardziej im zależało. Ale tego nas nauczyły mamy. Nie bierz, tylko dawaj. I jeszcze: jak będziesz miła, skromna i grzeczna, to ci dadzą. A nie dadzą. Mało tego, będziesz miła i grzeczna, ale z coraz bardziej zaciśniętymi ustami. Aż wreszcie walniesz pięścią w stół, a on zdziwiony: „Ale co się stało?”. A ty, że ci się uzbierało. „Ale przecież nic nie mówiłaś?”. No właśnie… Jeżeli mama nie pozwalała brać, bo to egoizm, to ty musisz sprytnie dawać po to, żeby dostać. Ale to jest strasznie zawiłe, bo ten, co dostał, nie wie, że ma oddać.

Czyli, po pierwsze, nie mówimy, czego chcemy, a po drugie, nie chwalimy partnerów i nie dziękujemy im, jak już to od nich dostaniemy. Bo się facet rozpuści. Najlepiej, jakby się sam wszystkiego domyślił. I tego też nauczyły nas mamy.

Wprawdzie kobiety decydują się dziś na rozwód, częściej niż ich matki, ale to, co robią przed rozwodem, robią tak samo. Nie mogą już wytrzymać w małżeństwie, ale albo nic o tym mu nie mówią…
…albo mówią o tym bez przerwy. I kto jest winny? No przecież on. Gdyby umiały sobie wytłumaczyć, że nie tyle są winne, co współodpowiedzialne za sytuację, do której doszło, byłoby im łatwiej to przepracować. Przecież zależy nam na tym, by mieć kogoś, kogo obchodzimy, a nie kogoś, kto jest winien tego, jak ci jest. No, chyba że odwrotnie

Katarzyna Miller 
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Czy w waszym związku rządzą stereotypy?

Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Jaki powinien być dobry związek? Na ten temat wciąż istnieje mnóstwo stereotypów. Rozmawiamy z psychoterapeutą Michałem Dudą. 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego chyba widać, że na temat relacji posiadamy pewną wiedzę, która nam szkodzi. Są to stereotypy.
Stereotypy należą do sfery mitu. To taki mit uproszczony, spłaszczony. Z pewnością nie należy brać stereotypów dosłownie, ale nie znaczy to, że nie ma w nich ziarna prawdy. Niestety, często stereotypy stają się narzędziem manipulacji. Wspierają uprzedzenia, interesy jednej ze stron. Pozwalają wymagać rozwoju lub zmiany od kogoś, unikając spojrzenia na siebie. Jest mnóstwo przekonań na temat relacji, według których ludzie żyją, uważają za normę i stosują wobec siebie, a częściej wobec innych. Myślę, że stereotypy są wygodne. Podtrzymują ten wzorzec relacji, którego chcemy i szukamy. Popierają naszą wizję relacji, związek ma przecież spełniać oczekiwania. Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.

Mamy na ten temat sztywne przekonania, utarte schematy.
Tak. Jest na przykład bardzo utarty schemat myślowy, że w związku mężczyzna nie może mieć zbyt silnej relacji z matką, tylko raczej z żoną. Świetny stereotyp. Zresztą moim zdaniem to całkiem mądry pomysł. Problem polega na tym, że w drugą stronę on już nie jest taki oczywisty – to znaczy, że kobieta nie powinna mieć zbyt silnej relacji z ojcem, tylko powinna być raczej z mężem.

Rzeczywiście, na to się mniej zwraca uwagę.
No właśnie. Dlatego mówię o wybiórczym stosowaniu, bo drugi pogląd jest równie słuszny. Przekonanie o złym wpływie zbyt bliskich relacji z rodzicem na związek z partnerem sprawdza się w obu przypadkach. Jednak najczęściej nie zajmujemy się stereotypem na własny temat. Zazwyczaj jest tak, że kobieta intensywnie reaguje i mocno pilnuje, żeby jej mężczyzna za blisko z mamusią nie był i jednocześnie chroni, pielęgnuje swój związek z ojcem lub matką.

I pojawiają się kłopoty, bo mężczyzna nagle znajduje się w trudnej sytuacji między dwiema ważnymi dla siebie kobietami.
Tak, są duże oczekiwania. Oczywiście, on ma tutaj swoje do zrobienia i to dla niego jest dobre, żeby się od tej mamusi jednak oderwać i zacząć tworzyć związek ze swoją żoną. Ciśnienie, jakie jest tworzone wokół tego przez żonę, może mieć dwa podłoża. Jedno takie – chcę mieć męża i z nim być, i razem tworzyć rodzinę. I drugie – chcę mojego męża dołączyć do rodziny mojego taty. Chcę go wcielić w szeregi rodziny, którą tata zarządza, ja jestem jego oczkiem w głowie, matka jest trochę na marginesie, a mój mąż ma się w tym wszystkim jakoś znaleźć. Ta motywacja, żeby wyrwać męża z rodziny pochodzenia, mniej służy relacji. Jeśli kobieta działa z tego miejsca, mąż temu jakoś mniej ufa.

Inaczej to wygląda, jeśli przyjęta zostaje postawa – ok, rozstałam się ze swoim gniazdem, chciałabym żebyś ty też się rozstał ze swoim i żebyśmy stworzyli razem nasze gniazdo. Wtedy nie mamy do czynienia z podstępem, żeby go wcielić do swojej rzeczywistości. Wtedy też mężczyzna inaczej to czuje i inaczej reaguje. Podobnie jest w drugą stronę, kiedy chłopak chce, żeby jego dziewczyna dołączyła do jego mamy. To są dosyć powszechne przekonania, zwłaszcza w początkowych fazach bycia w związku czy małżeństwa. Dochodzi wówczas do konfliktów wokół tego, u kogo spędzamy święta, dokąd jedziemy na wakacje. A jest to związane z nową tożsamością rodziny, która musi się określić.

Kiedy się rozwijamy i zmieniamy, zaczynają nas interesować inne relacje. Wiąże się to z tym, że często trzeba się rozstać. A rozstania są trudne, bo stereotypowo postrzegane są jako zło.
Jest sporo przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle łatwiej się rozstawać z tym, co było złe, trochę trudniej z tym, co było dobre. Łatwo jest powiedzieć – mam dosyć tego i tego, i z ulgą to złe pozostawić, wychodząc z relacji. Później okazuje się, że już nigdy nie pójdziemy nad morze na spacer, nie będziemy trzymać się za ręce albo już nigdy nikt nie będzie tak na mnie patrzył i że tego nam brakuje. Zwykle jak się ludzie rozstają, szybko przechodzą przez fazę numer jeden, a kiedy zaczyna się faza numer dwa, zaczynają się też problemy: wahania, tęsknoty, powroty, znowu rozstania… sprawa rozciąga się w czasie. Trudna jest też kwestia wzięcia odpowiedzialności za rozstanie. Chętnie delegujemy ją na drugą stronę. Możemy „z bólem” zaproponować rozstanie, ale zazwyczaj uważamy, że nie jest to z naszej winy. Są też ludzie, którzy biorą wszystko na siebie, zrzekają się wspólnych dóbr, bo chcą mieć kontrolę nad tym procesem i nie chcą być odrzuceni. Myślę jednak, że po wszystkim, jak się nad tym zastanawiają, czują, że zostali skrzywdzeni.

Po co jest nam ta wina przy rozstaniach?
Temat winy jest jakoś nieodłączny, gdy myślimy o rozstaniu. O ile lubimy, żeby związek powstał troszeczkę z woli bożej, o tyle rozstania zwykle same się nie stają. Ktoś coś musiał popsuć, żeby to przestało funkcjonować. Rzadko ludzie mówią – było, skończyło się i ja się z tym godzę. Częściej albo sami poczuwają się do winy, albo myślą, że ta druga osoba nie spełniła oczekiwań, albo robiła coś, co jest przeciwko tej relacji. Kwestia ta jest dokładnie „wałkowana” z przyjaciółmi, widać to także przy sprawach rozwodowych.

Wina jest nam potrzebna, żeby się rozstać.
Rozstawanie się nie ma dobrego public relations. Zawsze zakończenie związku jest dużym przeżyciem. Trzeba je jakoś uzasadnić, jakoś sobie wytłumaczyć. Stereotyp winy bardzo się tu przydaje, bo upraszcza sprawę i daje prostą, wygodną i wiarygodną odpowiedź – zamiast zrozumienia i świadomości co się właściwie stało.

Jak to wszystko uprościć? Z jednej strony nasz wewnętrzny rozwój popycha nas do innych relacji, a z drugiej – są przecież ludzie, którzy żyją w jednym związku przez dziesięciolecia. Czy oni są stworzeni do monogamii, czy oni tak żyją, bo rozstanie jest dla nich zbyt trudne?
Myślę, że ten temat wykracza poza psychologię, dotyczy pewnego rodzaju wzorców społecznych, kulturowych, religijnych. Rozstanie nie jest tylko indywidualną, osobistą decyzją, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwa. Zawiera się je publicznie, w kontekście społecznym i tak też się je kończy. W zależności, w jakim kręgu kulturowym żyjemy, rozstanie jest mniej lub bardziej możliwe. Małżeństwo związane jest z wizją rodziny, ze społeczną funkcją, jaką ona pełni. Z tego miejsca nie ma akceptacji dla łatwego zmieniania partnerów. Są uzasadnienia społeczne, ale są też i psychiczne. Jeśli na przykład w związek z mężczyzną kobieta ucieka przed dominującą matką, to od tego faceta łatwo nie odejdzie. Z takiego związku trudno wyjść, bo zanim to nastąpi coś innego musi przejąć funkcję buforu, ochrony przed matką albo musi zniknąć źródło dyskomfortu czy zagrożenia. Oczywiście można też rozwiązać realną relację z rodzicem, a to zwykle wydaje się wielu ludziom ponad ich siły, chociaż nie jest niemożliwe.

Dlaczego rozstania cały czas są „złe”?
Rozwód był „zły” do lat 60-tych, potem zaczęło się to chwiać, a teraz co druga para się rozwodzi, robi się to normalniejsze. Kultura rozwija się w taką stronę, że jest mniejsze ciśnienie społeczne dookoła rozwodów. Ich ilość wskazuje nie tylko na kondycję relacji i rodziny ale też na to, że ludzie czasem mają po prostu potrzebę, żeby się rozstać, nie przejmując się tak bardzo stereotypem. Często rozstanie jest ucieczką, szantażem, manipulacją, ale czasem jest to najlepsza rzecz jaka może spotkać związek i partnerów, którzy go tworzą.

Kolejnym stereotypem relacyjnym jest monogamia rozumiana jako jeden związek na całe życie. A przecież są ludzie, którzy potrzebują ich więcej.
Związki mają różne funkcje, stąd różne potrzeby, formy i preferencje. Współcześnie różnorodne rozwiązania są coraz bardziej akceptowane społecznie. Choć cały czas jest spora i bolesna przestrzeń braku akceptacji, opartego na stereotypach, dotyczących tego, jaki jest właściwy związek i kto z kim może go tworzyć – na przykład ze względu na orientację seksualną, różnice wieku, religijne, rasowe, klasowe. Mimo zmian społecznych, idea związku na całe życie dla bardzo wielu osób cały czas pozostaje aktualna. Wracając do wzorców, to po rozpadzie związku, który w założeniu miał być na całe życie, ktoś nadal może poszukiwać partnera, który będzie mu odpowiadał i nadal może mieć założenie, że z nim zostanie. Może też mieć pomysł, że nie zamierza w żadnym związku pozostać i uznać, że rozstanie jest normalną częścią życia. Są ludzie, dla których związki się zmieniają, są w ruchu. Relacja jest dla nich jak buddyjska mandala, czyli – „do rzeki z nią!”. Są również tacy, którzy w ogóle nie chcą być w związkach. Zapewniają sobie kontakty seksualne, jakoś dbają, żeby nie czuli się samotni, ale to nie znaczy, że chcą coś tworzyć razem. Mają inne priorytety.

Może warto rozpoznawać, co jest dla nas dobre?
Na pewno warto, ale trzeba pamiętać, że to jest podejście indywidualistyczne. Na związki można też patrzeć jako na całość. Istnieje przecież jakieś „my”, nie tylko „ja” i „ty”. To „my” ma historię i może się rozwijać. To jest inna filozofia patrzenia na te sprawy. Jestem w związku i zmieniam się razem z nim, ale to związek jest nadrzędną wartością. On jako całość może chcieć być inny niż indywidualne „ja” osób, które go tworzą. Czasem coś większego od nas woła, byśmy się połączyli. Ludzie wtedy idą bardziej za tym, czego potrzebuje związek. Niektórzy częściej mówią „my” niż „ja”. Czasem myślimy w ten sposób. My jesteśmy otwarci, a Kowalscy są inni, tacy sztywni. Albo czujemy, że jakiś dom, rodzina mają swój nastrój, ciepło albo chłód, swobodę albo reguły, wsparcie lub wymagania. Te wyczuwane jakości, to jest właśnie duch całości, wspólnoty. Wypadkowa cech, osób, które tworzą ten dom.

Panuje przekonanie, że jeżeli ja się zmienię, ta druga osoba i związek także przejdą metamorfozę. Jest taka możliwość, że partner powie „veto” na mój rozwój i chęć zmiany?
To nie jest tak, że jak ja się bardzo postaram, to zmienię całość i uzyskam to, czego chcę. To by było całkiem sprytne. Można byłoby trochę manipulować tą sytuacją. Tymczasem druga osoba wcale nie musi reagować na nasze zmiany. Co więcej, może reagować inaczej niż byśmy chcieli. Oczywiście, jeśli rzeczywiście się zmieniamy, prędzej czy później zostanie to zauważone przez drugą stronę. Partner może to polubić, ale może zacząć się trochę tego bać. Na ogół musi się do tego odnieść, bo nie jest już tak samo, jak było. Chyba, że nie zauważy zmiany. Część osób zamiast docenić rozwój partnera, oskarża go – nie tak miało być. Dla mnie ważniejsze jest, żeby relacja spełniała istotne dla mnie funkcje. Jeśli chcesz się zmieniać, to trudno, poszukam sobie kogoś innego, kogoś kto te funkcje wypełni.

Mam wrażenie, że w bliskich relacjach stereotypowo wiele oczekujemy. On ma zarabiać na dom, a ona gotować. Od innych osób tego jakoś nie wymagamy.
Wiele osób myli związek z opieką, zapewnianiem potrzeb, spełnianiem oczekiwań. To się wiąże z poczuciem bezpieczeństwa i kontroli. Z jednej strony mamy, oczywiście, różne preferencje – po prostu mam prawo czegoś chcieć lub nie, coś lubić, a czegoś nie. Z drugiej – jeśli aż tak bardzo czegoś chcę, że tak być musi, a jak nie, to jestem nieszczęśliwy, wpadam w złość, siada mi nastrój i łapię depresję… wtedy najczęściej nie chodzi tu o konkretne zachowania partnera. Bardziej o naszą interpretację tych zachowań, o nasz lęk oraz pragnienia, które są w tle. Powołując się na podany przykład – jeśli on pozwala mi rozmawiać godzinami przez telefon, to znaczy że mnie kocha i rozumie. Takiego męża chcę mieć, ponieważ do tej pory nikt mnie nie kochał i nie rozumiał albo przeciwnie – wszyscy mnie kochali i rozumieli, więc nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby mi na coś nie pozwalano. Mogło mi czegoś brakować w domu rodzinnym i teraz pilnuję, by ten brak zniwelować w moim związku lub pewne zachowania kojarzę z domem i dzięki nim czuję się jak w domu, czuję że mam dom. Kiedy ich brakuje, to wydaję mi się, że ten dom tracę, a wraz z nim tracę jakąś część siebie i czuję lęk oraz samotność. W tym kontekście oczekiwania czasem robią się nieco obsesyjne. Jak się nad tym zastanowić obiektywnie, z dorosłego punktu widzenia, to sama sprawa zwykle nie jest warta tych emocji i energii, którą się w nią wkłada. Stoją za nią inne powody. Jakie? To dobre pytanie, które warto sobie zadać. Czemu właściwie tak bardzo mi na tym zależy? Odpowiedzi warto szukać w uczuciach, nie tylko myśleć o przyczynach.

Czyli za moim oczekiwaniem stoi jakiś mój problem?
Jeśli bardzo mi na czymś zależy i mam silne emocje – może tak być. W konfliktach wokół oczekiwań przydają się nam stereotypy – one mówią jak powinno być. Zamiast do swoich uczuć i pragnień, odwołujemy się wówczas do słuszności społeczno-moralnej – jak to jest możliwe, żebyś mi nie ugotowała obiadu! A przecież kiedy krzyczymy „MUSISZ!”, stoją za tym niewyrażone uczucia. Gdyby facet, który wykrzykuje takie rzeczy, miał świadomość swojej historii i zdolność dzielenia się uczuciami w relacji, mógłby powiedzieć – jak tego nie robisz, to się boję, czuję się gorszy, odrzucony, zagrożony. To budzi historie z innej czasoprzestrzeni – kiedyś ciągle czułem się odrzucony i czuję to nadal, oczekuję od ciebie, że ty to zmienisz! To, oczywiście, nie jest na dłuższą metę możliwe. Stereotyp ma uprawomocnić jego potrzeby i uczucia, do których sam nie daje sobie prawa, a czasem nawet o nich świadomie nie wie. Rozmowa o tym między partnerami może pomóc.

Jaki jeszcze stereotyp relacyjny jest powszechny?
Dotyczący wierności. Jest jednym z mocniejszych stereotypów. Funkcjonuje założenie, że trzeba być wiernym, że jest to dobre i właściwe. Jak się tego chce, to fajnie. Jak się musi, to już jest gorzej. Znów, nie o to chodzi, żeby się stosować albo nie stosować do stereotypu. Ważne, żeby to było coś, o czym można rozmawiać. To, jak będzie, zależy od ludzi, którzy są razem i podejmują swoje decyzje. Stereotypu wierności często się używa, żeby pokazać swoje reguły i zasady. Ten stereotyp doskonale nadaje się do tego, żeby nieść go na sztandarach swojej wizji relacji i daje poczucie pewności, słuszności i wyższości moralnej. Prawdziwa wierność lub jej brak jest obszarem tabu. Wierność jest często wyłącznie wersją oficjalną. Mówią o tym statystyki. To bardzo delikatny temat, zwykle wyzwalający duże emocje, dla wielu osób bardzo bolesny i dlatego często pozostaje on poza sferą świadomości. Już samo poruszenie go wywołuje spory niepokój, a potem jest już tylko gorzej. W niektórych momentach rozmowa o wierności jednak staje się konieczna. Nie jestem zwolennikiem codziennego omawiania tej kwestii – są ludzie, którzy potrafią zamęczać takimi rozmowami – ale pojawiają się takie momenty w relacjach, kiedy ta sprawa jest istotna i trzeba ją poruszyć. Nierozmawianie o tym jest dość powszechną praktyką i zazwyczaj działa na szkodę relacji, rozdziela parę.

Jak postępować z relacyjnymi stereotypami? Może warto badać, jakie mamy dookoła nich uczucia?
Tak mi się wydaje. Warto też o nich dyskutować. Warto mieć świadomość, że większość z nich traktowana dosłownie jest po prostu nieprawdziwa. Dużo par żyje na przykład według stereotypu, że trzeba wobec innych zawsze stać po stronie partnera albo zawsze należy starać się być dla siebie miłym. Uleganie takim stereotypom jest często destrukcyjne dla związku. Sprawia, że w którymś momencie relacja traci siły witalne, robi się sztuczna i niedorosła, zastąpiona dziecięcymi potrzebami, które ta druga osoba bezwzględnie ma spełniać. Pamiętajmy, że stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania – bo tak jest i tak się robi. Żona musi zgadzać się z mężem! A mąż z żoną? Już niekoniecznie. To tak, jakbyśmy woleli pokonać partnera, zmusić, powołać się na jakąś wyższą instancję, której należy się podporządkować, zamiast pytać siebie nawzajem, uzgadniać, prosić, tworzyć związek razem.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu.

  1. Zwierciadło poleca

Teksty roku 2019 - najchętniej czytane artykuły o relacjach miłosnych

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oto 5 najchętniej czytanych tekstów dotyczących relacji miłosnych, które opublikowaliśmy w tym roku na portalu zwierciadlo.pl. Czytaj to, co najlepsze!

1. Czy mężczyźni boją się silnych kobiet i pragną uległości?

Czy mężczyźni boją się silnych kobiet? Przeszkadza im kiedy mamy własne zdanie, pasje i pieniądze? Według terapeuty Jacka Masłowskiego, jest dokładnie na odwrót. Sekret polega na tym, że taka prawdziwie silna kobieta potrafi być też uległa. Czytaj więcej...

'Słowo uległość może być rozumiane jako podległość czy zależność. Tymczasem ja myślę o umiejętności przyjmowania.' (fot. iStock) "Słowo uległość może być rozumiane jako podległość czy zależność. Tymczasem ja myślę o umiejętności przyjmowania." (fot. iStock)

2. Piersi – wrota do miłosnego połączenia z mężczyzną. I z samą sobą

Co jest bramą do kobiecego serca? Piersi. To one otwierają potencjał głębokiego miłosnego połączenia z sobą samą i z mężczyzną. Tymczasem w naszej kulturze większość kobiet ma piersi nierozbudzone, nienauczone dotyku. Same nie umiemy ich nasycić czułością, nie znamy ich. Nie umieją tego też nasi partnerzy. Jak sobie z tym poradzić, mówi nauczycielka tantry Sonya Alicja Bednarek. Czytaj więcej...

Mało która kobieta lubi, kiedy mężczyzna dotyka jej piersi. Mówią, że oni to robią jakoś „nie tak”... (Fot. iStock) Mało która kobieta lubi, kiedy mężczyzna dotyka jej piersi. Mówią, że oni to robią jakoś „nie tak”... (Fot. iStock)

3. Jak męskie ciało działa na kobiety? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Męska cielesność jest dla kobiet ważna, działa na nie w tajemniczy i niezrozumiały dla mężczyzn sposób. Stąd ich przekonanie, że istotniejszy jest dla kobiet męski intelekt lub dowcip. Tymczasem męska fizyczność jest nawet kluczem do odczuwania erotyzmu świata przez kobiety. Gdy mężczyzna mówi, że to, czego kobieta pragnie, jest nielogiczne – dowodzi, że nie wie nic o kobiecej zmysłowości. Świat wokół kobiety musi być ekspresją jej zmysłowości, jeśli ona ma pragnąć się kochać – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Czytaj więcej...

Męskie ciało działa na kobiece zmysły bardziej niż się facetom wydaje. (fot. iStock) Męskie ciało działa na kobiece zmysły bardziej niż się facetom wydaje. (fot. iStock)

4. Toksyczni partnerzy. Dlaczego łapiemy się na ich sztuczki?

Czarujący, przystojni, pociągający. Dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. Dlaczego więc łapiemy się na ich lep? Psychoterapeutka Katarzyna Miller przedstawia typologię najbardziej toksycznych partnerów i wyjaśnia, czym różnią się od tych dobrych, normalnych, ale niecieszących się takim powodzeniem. Czytaj więcej...

Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock) Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock)

5. Kocham mężczyznę, który jest związany z inną kobietą… Co robić?

Kocham mężczyznę, który jest związany z inną kobieta. Ja wiem, jestem przekonana, że to ja jestem dla niego idealną partnerką. On tak na mnie patrzy… Czekam aż on się z nią rozstanie. Jak mam to przyspieszyć? Czytaj więcej...

Bywa tak, że kobieta bardzo głodna jakichkolwiek objawów miłości przelewa swój głód na kogoś, kto traktuje ją po prostu sympatycznie.(fot. iStock) Bywa tak, że kobieta bardzo głodna jakichkolwiek objawów miłości przelewa swój głód na kogoś, kto traktuje ją po prostu sympatycznie.(fot. iStock)