1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dlaczego kobieta pożąda właśnie tego mężczyzny? Pożądanie a płeć

Dlaczego kobieta pożąda właśnie tego mężczyzny? Pożądanie a płeć

W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
W kobiecym pożądaniu najważniejsza jest miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę. (Fot. iStock)
Kobieca namiętność? To wielka tajemnica. Oczywiście, jest literatura, są badania – mówi seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Jednak to, dlaczego ta konkretna kobieta pożąda tego właśnie mężczyzny, a tamtego wcale, wymyka się kontroli badaczy. Może nie tylko badaczy? Przecież czasem ona sama nie wie, skąd ta namiętność albo jej brak.

Kobiece pożądanie jest jak szwajcarski zegarek. Wszystkie trybiki, ząbki i kółeczka muszą chodzić i tykać równo, uważa seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Ale i to za mało. Już w pismach indyjskich i egipskich przeczytamy, że kobiece pożądanie jest związane z Księżycem. Po miesiączce namiętność rośnie, a po owulacji maleje. Raz bardziej podniecający są mężczyźni w typie Rambo, a kiedy indziej ci jak św. Józef, opiekuńczy. Bo kobieta szuka najpierw najlepszego materiału genetycznego, a potem najlepszego ojca dla swoich dzieci. A wracając do trybików, ząbków i kółek – pierwsze i, wydawać by się mogło, najważniejsze z nich to miłość do partnera. Jednak zdarza się, że kobieta kocha, ba!, jest kochana, ale namiętności nie odczuwa ani trochę.

Żona mentora, czyli podziw to za mało

Piękna blondyna i wysoki brunet. Barbie i Ken. Była między nimi chemia. On jest spełnieniem jej marzeń: wysoki, wysportowany, znany erudyta. Ale co z tego, skoro ona teraz go już nie chce. Dlaczego? Sama nie wie.

– Psycholog ewolucyjny prof. David Buss wyliczył 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. Jak znaleźć te, które warunkują pożądanie tej właśnie kobiety? To wymaga czasu – mówi Gryżewski. – Większość pacjentów rezygnuje po pół roku, bo się nie udaje albo przeciwnie – udaje się, a to budzi lęk przed konfrontacją z jakimś trudnym czy bolesnym wydarzeniem. Idą więc do kolejnego specjalisty, bo: „ten za głupi”. A tam znów to samo. Ja byłem ich piątym seksuologiem. Po półtora roku ruszyliśmy z miejsca dzięki temu, co pacjentce się przyśniło.

Ten sen był o wujku, którego nie znosiła, tyranie, który mówił ludziom, jak mają żyć. Wyśniła, że na imprezie rodzinnej jej mąż siedzi na miejscu wujka. Po półtora roku terapii nagle się ocknęła, że tego, co w mężu podziwia (mówi innym, jak powinni postępować, dla wielu jest mentorem), nie znosiła u wujka. Był mężem siostry jej mamy, co też miało znaczenie, bo mama, mówiąc oględnie, była średnia. Tymczasem siostra: super! I ona chciała, żeby to ciocia była jej mamą! A ten wujek niszczył jej ciocię, jak teraz jej mąż ją!? – Ja jestem jak moja ciotka! – powiedziała. – Ty mnie wciąż krytykujesz!

Kiedyś machała na to ręką. Gdy jednak popsuły się jej relacje z matką i straciła pracę, nie miała już siły na odpieranie ataków męża. Zostało tylko jedno... jakoś go zmienić. „Sny to głupoty!” – powiedział jak typowy człowiek, odcięty od uczuć. Po kilku miesiącach zaczął jednak empatyzować z żoną, gdy zobaczył, jakie trudne doświadczenia ma za sobą. Przestał ją traktować jak wspólnika, a zaczął łagodnie, jak swoją kobietę. I nagle trybiki zaczęły się kręcić... Ona sama zainicjowała seks. Bo trybikiem, który nie działał jak należy, było zaangażowanie emocjonalne mężczyzny. Kochał, ale żył obok, nie dawał wsparcia tak na co dzień.

Żona bawidamka, czyli wierność nie wystarczy

Jej ojciec był seksoholikiem, więc nieświadomie szukając kogoś podobnego, doprowadziła do ołtarza znanego warszawskiego adwokata i bawidamka. Poczucie wartości dało jej to, że zrobiła coś, co nie udało się jej matce. Jej mąż sypia tylko ze swoją żoną. A jednak widzi, że ciągnie wilka do lasu. I w sklepie, i na siłowni, i w pracy lubi poflirtować. Cóż z tego, że zapewnia ją, że jest wierny jak pies. Ona mu już nie ufa i nocami, zamiast się z nim kochać, fantazjuje o seksie z nudnym bibliotekarzem. Fantazjuje, bo ma libido tak silne jak mąż. Przyszli do seksuologa, bo on miał dość. Sfrustrował się! Przed ślubem, kiedy tylko chciał, mógł kochać się z wieloma kobietami. Ale ona go kusiła, obiecywała, że to, czego do tej pory doświadczył, to nic przy tym, co z nią przeżyje po ślubie. Uwierzył, przestał zdradzać, a ona po jego „póki śmierć nas nie rozłączy” zablokowała się na seks! Dlaczego? Bo uważa, że on ją kiedyś zdradzi. Jego zapewnienia, że kocha i chce być wierny, spływają po niej jak woda po kaczce. „Jeśli to się nie zmieni, to spełnią się jej obawy i poszukam szczęścia poza domem”.

– No właśnie! Ona tego nieświadomie pragnie! – mówi Gryżewski. – Miłość do ojca każe jej prowokować partnera do zdrady, potwierdzić schemat, że mężczyzna nie może być wierny. Na ołtarzu uczucia do ojca, który zmarł przed kilkoma laty, złożyła swoją namiętną miłość do mężczyzny, który dla niej stał się monogamiczny i z którym była szczęśliwa w sypialni. Terapia w takim przypadku nie jest prosta, bo trzeba sięgnąć znacznie głębiej, niż pacjentka chce. Łatwiej powiedzieć, że jej mąż lada chwila skoczy w bok i dlatego ona mówi „nie” – podsumowuje Gryżewski. – Kobiety mają ogromną władzę nad swoim pożądaniem, choć uważają, że są wobec niego bezsilne. Mogą nie reagować na superpodniety i nawet na głos serca, jeśli uznają, że pożądanie jest złe. Jak je wtedy przekonać? To tak samo trudne jak odkrycie tajemnicy, która każe im mówić „nie”, choć chciały powiedzieć: „tak!”. A ta pacjentka nie chce tego wiedzieć. Gdybym jej to powiedział, więcej by na terapię nie przyszła. Albo sama odkryje tę prawdę, albo pozostawi swoją namiętność na zawsze w cieniu miłości do ojca.

Żona biznesmena, czyli matkowanie nie jest sexy

Firma początkowo szła mu świetnie, potem przyszedł krach i zbankrutował. A że łączył swoją tożsamość z firmą, pogubił się. Nie była to depresja, ale razem z firmą posypało się jego poczucie wartości. I nie mógł ogarnąć się z natłokiem myśli: co robić, gdzie zarobić? W niej to wyzwoliło uczucia matczyne: zatroszczyła się o niego. Znała rolę opiekunki z obserwacji matki i przez rok grała ją z powodzeniem. Mąż był zadowolony, bo całkiem zapomniał, kim jest.

Pojawił się jednak pewien minus – ona straciła ochotę na seks z nim. Po roku matkowania mężowi jej pożądanie wzbudził szef. Jak pisze psycholożka ewolucyjna Cindy Meston, autorytet w badaniach kobiecego pożądania, kobiety ciągnie do mężczyzn bogatych, sławnych, silnych. A szef to był samiec alfa. Czerpała od niego energię. Mówiła, na co ma ochotę, zarządzała sekscesy: w samochodzie w ślepej uliczce albo w centrum handlowym, a on to realizował. Seks z szefem nie był waniliowy jak ten z mężem, ale pełen namiętności i agresji. Przy szefie była jak ladacznica, przy mężu jak Madonna – ciepła i wyrozumiała, dużo dawała, ale niewiele dostawała w zamian. Po roku zobaczyła, że to do niczego nie prowadzi. Zerwała z kochankiem i poszła na psychoterapię, poznała wyniesione z domu mechanizmy i postawiła mężowi granice: „Już ci nie będę pomagała, oczekuję, że się pozbierasz”.

– Pułapką w okazywaniu troski jest to, że kiedy ją okazujemy, czujemy swoją ważność i wartość – mówi Andrzej Gryżewski. – Mąż tej pani zaczął pracować nad samooceną, żeby się wzmocnić, zautonomizować. Jeśli mu się uda, seks wróci, bo trybik, który musi pasować, by kobieta pragnęła mężczyzny, to jego autonomia. Tymczasem dziś coraz więcej mężczyzn ją traci i zdaje się na partnerki. Wielu mężczyzn strzela sobie w kolano, bo z jednej strony chcą seksu, a z drugiej – pokazują kobiecie, że jej potrzebują. Nie, że pragną, ale, że potrzebują, a to różnica. Sygnały, które mówią: „Ja ciebie pragnę”, są inne niż te znaczące: „Zaopiekuj się mną”. Te ostatnie wyzwalają w partnerce matczyne uczucia, a wtedy ona sięga do zupełnie innej szuflady niż ta, w której trzyma czerwoną bieliznę. Kiedy kobieta ma włączony tryb „opiekunka/matka”, jest odcięta od seksualności. Musi zobaczyć, że jej mężczyzna jest samodzielny, by pozwolić sobie na przejście w tryb „partnerstwo/współżycie”. Mężczyzna takiego problemu nie ma, on umie w sekundę przełączyć się z funkcji „opieka” na tryb „seks”. Kobiety są od tysięcy lat przygotowywane do roli kogoś, kto pomaga, dlatego tak łatwo je w tę rolę wepchnąć. Potem bojkotują próby męża chcącego stanąć na własnych nogach, żeby nie stracić źródła poczucia wartości – mówi Gryżewski. – Kobieta, zanim zechce oddać się mężowi, musi się nauczyć przyjmować od niego pomoc. Mężczyzna może ją w tym wesprzeć, stawiając granice jej nadopiekuńczości: „Dziękuję, ale już nie potrzebuję twojej pomocy, teraz to ja mogę pomóc tobie”.

Żona policjanta, czyli kochać to za mało

Był komandosem, a teraz pracuje w policji. Budzi respekt. Kiedy został szefem komisariatu, gdzie za biurkami siedziały same obiboki i awanturnicy, wystarczyły mu trzy miesiące, by wszystkich ustawić. Ona myślała, że to taki miś! Miły i dobry, który wszystko łagodnie potrafi ogarnąć. Kiedy poszła do niego do pracy i zobaczyła, jak wszyscy stają przed nim na baczność, pomyślała, że jeśli on jest miś, to grizzly. Silny i autonomiczny. I poczuła namiętność, co było do przewidzenia dla każdego seksuologa, bo to cechy mężczyzny, jakiego kobiety pragną. Ale i tak tego wieczoru usłyszał od niej: „nie”. Zazwyczaj mężczyźni przychodzą do seksuologa i walą pięścią w stół: „Chcę seksu!”. Kobieta mi odmawia! A on, słysząc: „Dziś nie”, mówi: „Nie ma sprawy, poczekam...”.

Ona go kocha, nie może też nic mu zarzucić. Spełnia jej zachcianki, adoruje ją. Żywe marzenie wszystkich kobiet, jeśli wierzyć teorii, bo to Rambo i św. Józef w jednej osobie. Dlaczego więc ona nie ma na niego ochoty?

Przyznała się, że jej rodzice pili, że w domu bywali obcy mężczyźni, zdarzało się, że przystawiali się do niej. Wykazał się empatią i w łóżku jest bardzo delikatny. Wie, co ona przeszła. Nie chce jej zranić. Ale to też za mało. Dlaczego?

– Z domu rodzinnego wyniosła wiele negatywnych uczuć: lęk, żal, poniżenie, chaos. Wybrała partnera, który daje jej  wszystko, czego nie dostała w rodzinie – mówi Gryżewski. – Ale seks łączy się z niepewnością, agresją seksualną, dominacją i podporządkowaniem: ktoś jest wyżej, ktoś niżej, a ona tych uczuć nie chce przeżywać. Zaznała ich aż nadto, gdy była dzieckiem. Dlatego, choć go kocha, nie może go pożądać. Musiałaby cofnąć się do dzieciństwa, przepracować stary lęk, że ktoś jej nadużyje, bezradność i poniżenie. Jeśli przedtem wzbudziłaby w sobie pożądanie, otworzyłaby puszkę Pandory. Przypomniała sobie, że dotykał jej tamten znajomy rodziców, i poczułaby się dziewczynką. Potrzebuje wzmocnić poczucie wartości, nim zmierzy się z traumami dzieciństwa, zobaczy, że już nie są dla niej groźne. Jeśli nie odważy się, nie pozwoli sobie na pożądanie. Nad tym pracuje na terapii. Ile to potrwa? Teraz, kiedy już wie, gdzie tkwi problem, zaczyna… rozrzedzać spotkania.

W lustrze jego oczu

Andrzej Gryżewski: – Kobiety uważają, że to nie od nich zależy, czy czują namiętność, ale kiedy pytam, dlaczego nie czują pożądania – zaczynają wymieniać rzeczy, które im zabierają libido: praca (konflikty z szefem i kolegami), drugi etat w domu – dzieci (czasem dają im tyle czułości, że część potrzeb seksualnych jest zagłuszona), a w weekendy – zajęcia związane z samorozwojem (dodatkowe szkolenia). Gospodarka rabunkowa zabiera pożądanie. A zwłaszcza te wszystkie „musisz” i „powinnaś”.

Seksualność kobieca jest narcystyczna i autoerotyczna, pisze dr Flávio Gikovate, brazylijski filozof i psychoterapeuta. Kobiety, a przynajmniej większość z nich, osiągają seksualną satysfakcję, gdy czują, że ich ciało jest obiektem pragnienia, gdy przeglądają się w męskich oczach i męskim pożądaniu. To syci ich narcyzm i namiętność ciała. Wyrozumiały i empatyczny policjant z ostatniej historii też musiał coś w sobie zmienić, by żona miała motywację, by spojrzeć w twarz swoim traumom. Zawalczyć o to, by go pragnąć. Musiał nauczyć się okazywać jej pożądanie. Bo kobieta chce być przedmiotem męskiego pożądania.

Andrzej Gryżewski: – Ale uwaga, gdy męskiego pożądania jest zbyt dużo, kobieta nie potrzebuje już seksu. Dlatego zalecam mężczyznom, którzy wciąż słyszą „nie”, by na jakiś czas przestali inicjować seks, bo to obudzi w ich partnerkach apetyt na seks. Kiedy jednak mężczyzna ma pragnąć jawnie, a kiedy zachować chłód, gdy kocha i pragnie kobiety? To kolejna wielka tajemnica kobiecego pożądania. Nie przypadkiem w kuluarach międzynarodowych konferencji seksuologicznych mówimy, że potrzeba nie lada geniuszu, by poznać i opisać sekret kobiecej seksualności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Seks sposobem na poznanie partnera

Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. (Fot. iStock)
Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. (Fot. iStock)
Może w ramach edukacji seksualnej należy zacząć mówić młodym ludziom o tym, że zgoda na seks świadczy nie tylko o „ostatecznym zaangażowaniu”, lecz to dobry sposób na poznanie drugiej osoby?

Przyjrzyjmy się temu przekazowi: kobieta, która ma „z natury” lepiej kontrolować swoją seksualność, używa jej do umiarkowanego wabienia mężczyzny. Zanim pójdą do łóżka, należy przyszłego partnera wypróbować na wielu innych polach i sprawdzić, czy zasłużył na ten ostateczny przywilej. Jeśli po dłuższym czasie okaże się, że wykazał się on cierpliwością  i spełnia wszystkie kryteria, otrzymuje nagrodę. On – „z natury” zdobywca - przerobił już wiele szybkich i nieznaczących relacji. Teraz z entuzjazmem ugania się za tą wartościową kobietą i odkrywa jej wyjątkowość. Bardziej docenia to, co udało mu się osiągnąć przy pomocy większego wysiłku. I żyli długo i szczęśliwie? Otóż, nikt nie da gwarancji.

Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo jest to niesprawiedliwa i niesymetryczna relacja. Kobieca seksualność nie może się w tym wymiarze realizować sama przez się i dawać po prostu przyjemność, lecz służy do wyróżnienia potencjalnego partnera, który został upatrzony na trwały związek. Seks zostaje zepchnięty do roli karty przetargowej – ty dasz mi to, ja dam ci to, sam z siebie nie ma więc wielkiej wartości. Mężczyźni są portretowani jako istoty proste, które zaczynają się angażować, kiedy widzą przeszkodę. Opętani seksem, starają się zrobić dobre wrażenie po to, żeby go zdobyć.

Kazanie mężczyźnie czekać (oczywiście przy założeniu, że kobieta w ogóle chce z nim seksu!) i próba sił noszą znamiona manipulacji. Takie gry mogą się obrócić przeciwko kobietom. Mężczyźni także nauczyli się sztuczek, przez co relacje damsko-męskie szczególnie na początku grzęzną we wzajemnym niezrozumieniu. Kobiety zastanawiają się, dlaczego mężczyźni zwlekają z próbą kontaktu, nie odpowiadają na wiadomości i trzymają dystans. One z kolei trochę przyciągają, trochę się odsuwają. Wszystko po to, by żadna ze stron nie wyszła na bardziej zaangażowaną, co często bywa rozumiane jako „zdesperowaną”. Każdy chce mieć kontrolę nad sytuacją i kalkuluje, który krok się teraz opłaca.

A co będzie, jeśli pokażemy swoje prawdziwe intencje? Ujawnimy, że nam zależy również na przyjemności seksualnej na pierwszej, drugiej lub szóstej randce? Oczywiście, w ten sposób wystawiamy się na ryzyko odrzucenia („pomyśli, że postępuję tak z wszystkimi i odejdzie”), ale mamy także szansę postępować tak, jak same/sami czujemy. Warto spróbować odejść od dawnych schematów i pozwolić sobie na większą swobodę w kształtowaniu relacji. Jeżeli wspólny kontakt będzie dla partnera wartością, z pewnością nie przestanie się odzywać. Jeśli przestanie – to nie wina tego, po jakim czasie się rozbierzemy.

Nigdzie tak dobrze jak w sytuacji intymnej nie obserwujemy prawdziwej natury człowieka. Gry i manipulacje są wtedy o wiele trudniejsze. Czasem dopiero w łóżku widać, czy partner troszczy się głównie o siebie, czy ma upodobania, których nie uda się zaakceptować – są to absolutne podstawy, na których budujemy związek albo od razu z niego rezygnujemy. Dopasowanie seksualne od samego początku jest mało prawdopodobne, więc nie należy się zrażać po paru nieporywających próbach. Jeżeli dwie osoby chcą tworzyć relację (dowolnego typu), będzie im zależało na dobrym seksie i będą powoli uczyć się swoich potrzeb. Zamiast „dziewczyno, szanuj się” – „dziewczyno, słuchaj siebie”.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.

  1. Seks

Jak ułożyć sobie życie seksualne? - Katarzyna Miller o singielkach i samotnych matkach

Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Singielka, samotna mama, rozwódka – czy mogą mieć udane życie seksualne? To zależy od ich przekonań, mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. Te kobiety, które nie żyją w stałych związkach, czasem zasznurowują swoje libido i nie mają życia seksualnego, ale bywa też, że przywiązują do seksu zbyt dużą wagę. Dlatego warto wiedzieć, jakimi przekonaniami kierują się osoby, które znalazły radość seksu, choć zwykle śpią same.

Znam kobiety, które po rozwodzie skupiły się na wychowaniu dzieci, całkiem rezygnując z poszukiwania nowego partnera i seksu.
Po rozwodzie kobiety często zamykają się, skupiają na tym, by nastarczyć wszystkiego, co potrzebne dla domu. Chcą dla dzieci być i matką, i ojcem. Umęczone w tej roli superrodzica, coraz bardziej zasznurowują swoje libido. Mężczyzna, który się zaczyna koło takiej kobitki kręcić, dostaje po łapach. Bo ona myśli, że w ten sposób raz na zawsze ma rozwiązany problem z mężczyznami. Ona się nie puszcza i koniec! Ma przecież dzieci, więc nie będzie do domu przyprowadzała obcych.

To dobrze, że stawia dzieci, a nie swoją, że tak powiem, chuć na pierwszym miejscu.
Często postępują tak kobiety, które wyszły poranione z poprzedniego związku. Ale jeśli naprawdę myślą o dobru dzieci, czym prędzej powinny zdać sobie sprawę, że wybrały zły sposób. Dzieci zasznurowanych matek wyrastają w nieprawdziwym świecie. Ich seksualność dopiero się rozwija, a dostają jako wzór matkę, która się seksu wyrzekła, więc ma też małe zrozumienie dla ich potrzeb seksualnych. Oczywiście bez seksu można żyć. Jednak seks w tym domu staje się tematem tabu. Dzieci są pozbawione czegoś ważnego: widzą matkę tylko w jednej roli, nie wiedzą, że ona jest też istotą seksualną. Oczywiście, nie najlepiej mieć stały rozgardiasz w życiu dlatego, że mama ma temperament, ale też nie musi ona żyć w abstynencji. Tym bardziej że wtedy przekazuje dzieciom niechęć wobec seksu.

Skoro abstynencja nie jest dobra ani dla dzieci, ani dla matki, co powinna zrobić kobieta, która do tej pory rezygnowała z seksu?
Dzieciom powiedzieć: „Jestem dorosła. Rozstaliśmy się z waszym ojcem, ale nie zamierzam z tego powodu być zawsze sama. To jednak, czy z kimś będę na stałe, zależy od tego, czy spotkam kogoś, kto okaże się godny i mnie, i was. A na randki będę chodziła, kiedy będę miała na to ochotę”. Ale też nie musi spotykać się z mężczyzną, by mieć seks. Istnieje przecież masturbacja. Może o tym nie chcieć pamiętać, bo kiedyś ksiądz jej powiedział, że to jest złe. Pewnie słyszała też, że jeśli sama sobie daje seks, to jest on gorszy niż ten, który może jej zaoferować mężczyzna. A przecież sami możemy najpełniej poznać własne ciało, jego reakcje i potrzeby. Niestety, jesteśmy wychowywane w przeświadczeniu, że okazywanie miłości samej sobie to dowód na to, że nikt inny okazać nam jej nie chce. A jest odwrotnie. Okazywanie miłości sobie to droga do nauczenia się, jak przyjmować ją od innych, dostrzegać to, co oni chcą nam dać. Umiejętność kochania siebie także nas uniezależnia.

Jest tak dużo singielek, że pewnie coraz więcej z nas umie żyć własną miłością.
Oczywiście, że i tak jest, ale są też singielki, które dużo randkują, flirtują z mężczyznami – nieżonatymi i żonatymi, żeby tylko coś się działo. Bo inaczej robi się pusto. Długie związki raczej im się nie udają, bo dziewczyny są zbyt napięte, wchodzą w relacje z przymusu, a nie dla przyjemności. Nie jest to dziwne, bo kobiety nadal uczy się, że ich wartość musi być potwierdzona, niejako ostemplowana męskim zainteresowaniem, więc łatwo nam popaść w uzależnienie.

A jeśli taka uzależniona od męskiego zainteresowania singielka ma dzieci? Niektóre dzieci mówią: „Trudno. Mama tak ma, że musi, a jak musi, to trzeba się z tym pogodzić”. Mają do tego stoicki, filozoficzny stosunek. Ale są i takie, które się buntują, kłócą z matką. Obrażają ją, wyzywają. Inne ciężko to przeżywają, bo myślą, że one to dla mamy za mało, że są nieważne. Te postawy dzieci są zależne od tego, czy ich matka sama daje sobie prawo do uprawiania seksu. Wiadomo, że dziecko nie zastąpi kobiecie partnera. Ale też nie godzi się porzucać dziecka dla mężczyzny. Może być i tak, że dzieci widzą mamę nieszczęśliwą, bo ten pan, co przychodził, już nie przychodzi. Teraz nowy się pojawił, ale i tak wiadomo, że za jakiś czas go nie będzie. Te dzieci nie mają prostego dzieciństwa.

 
A ich matki jak się czują?
Często mają wyrzuty sumienia, ale trudno im przestać biegać za mężczyznami, skoro dzień bez flirtu czy chociaż komplementu to dla nich dzień stracony. W uwolnieniu się od tej zależności może im pomóc pokochanie siebie. A wtedy nie męczy poczucie, że coś umyka: „taka młoda jestem, taka ładna i co? Nie wykorzystam tego?!”. Na szczęście jest coraz więcej kobiet, które chcą się uniezależnić. Wiedzą już, że wewnętrzny spokój to skarb, a nie synonim nudy czy monotonii, że mężczyzna nie wystarczy do ułożenia sobie życia.

Przed zbytnim korzystaniem z wolności seksualnej powinny nas powstrzymywać choćby wyniki badań, które mówią, że kobiety emocjonalnie wiążą się z partnerem, z którym uprawiają „tylko” seks.
To fajna damska cecha, że pojawia się w nas czułość i zaangażowanie w efekcie bliskości cielesnej. Ale smutne i bolesne jest pozostanie w tej czułości bez odpowiedzi. Dajemy się nabrać – same się nabieramy z powodu małej wiedzy i doświadczenia oraz tragicznej w skutkach skłonności do ulegania iluzjom. Seks dla seksu może być ważnym doświadczeniem dla dziewczyn czy kobiet, dać im wiedzę, która w przyszłości pomoże w dokonywaniu świadomych wyborów. Nie uczą się dzięki romansom te dziewczyny, które mają niską samoocenę, one czują tylko, że dały się wykorzystać. Przypadkowy seks je rani. Czekają na telefon i kwiaty, a tych nie ma.

Z przypadkowego seksu robi się czasem przypadkowe dziecko…
Kobieta samotna powinna pamiętać o antykoncepcji, mieć chociaż prezerwatywy w torebce. Na wszelki wypadek.

Wracając do rozterek samotnych mam: kiedy można zaprosić mężczyznę do domu, żeby nie narazić emocji dzieci?
Dopiero kiedy kobieta pozna go na tyle, żeby wiedzieć: „będzie potrafił rozmawiać z moimi dziećmi”. Nie trzeba czekać aż do zaręczyn, bo chodzi o to, żeby dzieci zobaczyły mamę w innej roli – w relacji z mężczyzną. Ale też nie przyprowadzać nowego partnera, dopóki nie jest się pewną, że oboje chcemy być razem, że się zaraz nie rozstaniemy. Trzeba go też wprowadzać do rodziny stopniowo. Jeśli dzieci poznają przyjaciela mamy na spacerze, potem pójdą z nim na lody, a kiedyś jeszcze mama zaprosi go na obiad – wtedy wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci uczą się, że bliskość nie powstaje natychmiast. A seks nie jest potrzebą, którą trzeba niezwłocznie zaspokoić. Ulegając impulsowi, można rozładować napięcie, ale nic więcej. Taka nauka jest dzieciom potrzebna, bo pospieszne zaspokajanie potrzeb czyni ludzi płytkimi.

Kiedy partner mamy może zostać na noc?
Lepiej seks fundować sobie poza domem, szczególnie jeśli mamy tendencje do krótkich związków. Nie jest dobrze przyprowadzać co chwila kogoś nowego do domu i mówić, że mamusia tak lubi. Kobieta ma prawo robić, co chce, ale tylko sobie. Nie ma prawa robić tego dzieciom. A jeśli co tydzień przyprowadza kogoś innego, przestaje być w ich oczach tą dorosłą, która daje poczucie bezpieczeństwa. Sama zachowuje się wtedy jak bachor, który nie potrafi powstrzymać się przed zachciankami. Dzieci mają mieć swój dom, a nie mieszkać w domu przechodnim, bo wtedy nie wiedzą, czyj to dom.

Nie wszystkie kobiety postępują tak rozsądnie.
Czasem pozwalają dziecku rządzić. A przecież dziecko nie ma podstaw, żeby decydowało za mamę. Syn mówi do matki: „nie wolno ci!”. I ona mu ulega. Ale to jest postawienie sprawy na głowie. Dziecko wchodzi w rolę rodzica. Czasem też matki zamieniają córki w przyjaciółki i się ich radzą. Tymczasem córka to córka. Nie wolno jej wykorzystywać. Trzeba dziecku powiedzieć: „to nie twoja sprawa. Ważne jest dla mnie twoje zdanie, ale to ja decyduję, z kim będę się spotykała”. To bywa trudne, bo bardzo wiele kobiet nie potrafi samodzielnie decydować. Reagować także. Więc jeśli spotkają złego partnera, który na przykład dobiera się do ich dzieci, dochodzi do tragedii.

Matki w takich sytuacjach często udają, że nic nie widzą...
Mają między sobą a światem taką ilość buforów obronnych, że są ślepe. Chociaż ich dzieci wołają o pomoc: nie jedząc, rzygając, przejadając się. To jest jeden wielki krzyk: „zauważcie mnie!”. Ale on nic nie daje, bo matki nawet do terapii się nie nadają właśnie z tego powodu, że się bronią przed prawdą, nie chcą wiedzieć i widzieć. Na szczęście coraz więcej skrzywdzonych w dzieciństwie ludzi przychodzi po pomoc do psychoterapeutów. Mamy dla nich ogromny szacunek – oni przekraczają swoje traumy, nie chcą im ulegać.

Podsumowując: od czego zależy, czy będziemy szczęśliwe w seksie, będąc – powiedzmy to wprost – same?
Najważniejsze jest nastawienie. Ani samotna osoba nie musi być nieszczęśliwa i niespełniona erotycznie, ani osoba w związku nie musi być spełniona. Nie porównujmy się, bo wtedy singielka zazdrości mężatce, a mężatka singielce. Nasze subiektywne poczucie szczęścia nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych, bo wtedy byle powiew losu może nas unieszczęśliwić. Dlatego rozwój ma iść w stronę ugruntowania siebie. Warto mieć seksualny stosunek do życia, cieszyć się z niego, mieć świadomość, że ono samo bierze się z seksualności. I jeśli życiu zaufamy, będziemy mieć nadzieję i radość mimo wszystko. A wtedy tylko krok do spotkania kogoś fajnego. Nie jest odwrotnie: nie muszę czekać z byciem szczęśliwą na to, aż ktoś przyjedzie, pocałuje mnie i obudzi ze snu. Książę w bajce to animus kobiety, jej własna poszukująca, dorosła, mocna część. Same się mamy obudzić i same uszczęśliwić. Ja jestem przeciw mitologii dwóch połówek, każdy ma szansę i prawo być całością, a wtedy spotyka pasującą drugą całość.

  1. Seks

Niekoniecznie jak wszyscy i jak zawsze

To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
Czy to, co w łóżku uważamy za normalne, takie jest, czy tylko takim się nam wydaje, bo do tego przywykliśmy? A co, jeśli to nie sprawia nam radości? O tym, jak rozumiemy w łóżku normalność, opowiada psychoterapeuta Piotr Sarnowski.

Co jest w łóżku normalne? I czy takie ma być, żeby było nam razem dobrze w stałym związku? Zapytała o to Chrisanna Northrup, współautorka książki „Czy to normalne? Seks, związki i statystyka”, kiedy po dziesięciu latach małżeństwa zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłoby im być z mężem lepiej, kiedy się kochają.
Kluczowa dla szczęścia jest realizacja własnych potrzeb, odnalezienie harmonii wewnętrznej i harmonii w relacji. Czasem bywa to jednak możliwe dopiero wtedy, kiedy przekroczymy to, co uważaliśmy do tej pory za normalne. Jako przykład podam historię powstania związku: dwóch kobiet i mężczyzny. Powstał on, bo pragnęła tego młodsza z kobiet, a nie – jak moglibyśmy się spodziewać – mężczyzna. To ona zgłosiła się do mnie na terapię, bo choć była w udanej relacji z tym właśnie mężczyzną, a i w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, to odczuwała głęboki psychiczny i tożsamościowy dyskomfort. Miała stany depresyjne, mówiła, że nie wie, kim jest. W taki sposób manifestowała się jej niezaspokojona głęboka potrzeba. Jaka? Czuła się już całkowicie zagubiona od czasu, kiedy zaczęła prowadzić podwójne życie, czyli spotykać się ze starszą kobietą. Kiedy się do tego przyznała, zadałem jej oczywiste w tej sytuacji pytanie, które dla niej jednak było jak uwalniająca z chaosu emocji eureka: „Może pani jest biseksualna?”. Po chwili z ulgą przyznała, że tak. Ponieważ relacja z kobietą i mężczyzną wydawała się zgodna z jej wewnętrzną prawdą, przygotowałem ją do rozmowy z partnerem o jej podwójnym związku.

Chciała od niego odejść czy przekonać go do życia w trójkącie?
Rozstawać się z nim nie chciała, ale nie wiedziała, jak on zareaguje. Partner okazał się jednak na tyle otwarty, że chciał poznać tę drugą kobietę. Tak też się stało i między nimi powstała nić sympatii, a wkrótce potem zamieszkali razem. Spotkałem ich już we trójkę kilka lat później, przypadkiem, na imprezie sylwestrowej. Wydawali się szczęśliwi, żyjący w zgodzie.

Czy to jest odpowiedź na pytanie, czy to, co uważamy za normalne, jest drogą do szczęścia w sypialni?
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. A więc kiedy to, kim jesteśmy, co czujemy, myślimy i mówimy, pokrywa się z tym, jak żyjemy. Tracimy radość życia i seksu, kiedy czego innego potrzebujemy, a co innego robimy i mówimy. Normalność to nie jest to, co powszechne albo to, co się nam takim wydaje na skutek wychowania czy nawyków. Normalność to wewnętrzna harmonia i poszanowanie godności człowieka, z którym jesteśmy.

Twoja klientka dopiero w trójkącie uzyskała harmonię i godność. Brzmi niedorzecznie…
Bo tak w tym przypadku było, tych troje ludzi życie w ten sposób ukształtowało. Inicjatorka tego trójkąta wyniosła z rodzinnego domu lęk przed mężczyznami, ponieważ miała przemocowego ojca alkoholika. To matka dawała jej poczucie bezpieczeństwa. No i być może ten doświadczony w dzieciństwie trójkąt stał się w dorosłym życiu źródłem jej potrzeby, by do relacji z mężczyzną dołączyć kobietę. Dopiero ta druga kobieta dała jej poczucie bezpieczeństwa. No a jak bez niego mówić o harmonii w związku?

I to jest normalne?
Każdy z nas jest inny i ma prawo do niepowtarzalnej ekspresji seksualnej i emocjonalnej, o ile nikogo nie krzywdzi. Każdy z nas ma swój cień. Psychoterapia oczywiście może pomóc – na przykład kobiecie pokonać lęk przed mężczyzną (mimo złych doświadczeń z ojcem) czy mężczyźnie lęk przed kobietą (wyniesiony z relacji z matką). Ale nie zawsze człowiek jest do takiej pracy gotowy, nie zawsze byłby w stanie znieść bolesną retrospekcję i reperację. Dlatego wybór drogi i celu psychoterapii zawsze należy do pacjenta. A moje zadanie jako psychoterapeuty polega na tym, aby pomóc pacjentowi dotrzeć do jego prawdy o nim samym. Idę więc za jego potrzebami, a nie za moimi przekonaniami moralnymi.

Miałeś wielu pacjentów, którzy zrobili coś nienormalnego po to, aby osiągnąć normalność?
Tak, bo za nienormalne często uważamy to, co po prostu jest inne lub nietypowe. Jerzy, 44 lata, trafił do mnie ze stanami depresyjnymi, wyraźnie wycofany z życia. Ponieważ często zaczynam diagnozowanie od spraw seksualnych, i tym razem zapytałem o jego potrzeby. Okazało się, że ukrywa je w cieniu, nikomu o nich nie mówi. Tymczasem już Zygmunt Freud pisał, że niezaspokojone potrzeby seksualne powodują nie tylko w emocjach, lecz także w ciele, różnego rodzaju napięcia i prowadzą do emocjonalnych i fizycznych zaburzeń, a nawet chorób. I w tym przypadku ta teoria się potwierdzała, bo Jerzy miał stany depresyjne i coraz bardziej wycofywał się z życia. Ale kiedy w końcu ujawnił mi swoją fantazję, mogłem go uspokoić, że podobnie ma 80–90 proc. kobiet i mężczyzn i że dobrze by było, żeby o tym swoim pragnieniu porozmawiał z żoną. Przyznał wtedy, że właśnie tego najbardziej się obawia. Zacząłem więc przygotowywać go do tej rozmowy. Odgrywaliśmy scenki, podczas których mówił o nich do pustego krzesła, na którym w jego wyobraźni siedziała żona. Szło mu słabo, bo był pewien, że to nie ma sensu, przecież ona się nigdy na to, czego on pragnie, nie zgodzi. Ale kiedy wreszcie się na to zdobył, powiedziała: „dobrze”. Być może dlatego, że fantazją Jerzego był trójkąt, ale tym trzecim miał być mężczyzna.

Miał homoseksualne skłonności?
Bynajmniej, miał to, co nazywamy kompleksem rogacza, chciał, aby jego partnerka doświadczyła rozkoszy z innym, bo jemu największą rozkosz dawało patrzenie na to, jak jego żona ją przeżywa. Nie zależało mu za to na tym, by to on sam jej tej rozkoszy dostarczył. No i podczas pewnego wyjazdu za miasto, z dala od domu, ta jego fantazja została zrealizowana. I – jak się spodziewałem – ten jeden raz zupełnie wystarczył. Ustąpiły objawy somatyczne i emocjonalne, a także chęć, by seks w trójkącie powtarzać. To jednak nie znaczy, że wszystkie fantazje seksualne trzeba „dla zdrowia” zrealizować. W tym przypadku to było możliwe i dopuszczalne, bo zaakceptowane przez żonę. A tylko wtedy, kiedy oboje się na to zgadzamy, można się zastanowić nad przekroczeniem tego, co uważaliśmy do tej pory za normę.

I dlatego jako psychoterapeuta czasem pomagasz przy zdradzie?
Jeśli dwoje ludzi się na coś zgadza, a to, czego chcą, nie jest ekspresją przemocy czy braku szacunku i nie narusza ich prawdy o tym, kim są – to gdzie tu widzisz zdradę? Powiedziałbym, że przy tych zastrzeżeniach to właśnie realizacja pragnień jest wyrazem wierności sobie i swojej prawdzie. Oczywiście podczas psychoterapii trzeba uważnie przeanalizować każdy przypadek, aby wiedzieć, czy pomoc ma polegać na wsparciu w realizacji pragnień, czy właśnie na tym, o czym mówisz, czyli na zrozumieniu, skąd one się biorą, i dotarciu do tego, co pod nimi ukryte. Zwłaszcza dziś, kiedy seks, jaki uprawia pacjent, może zaskoczyć nawet doświadczonego terapeutę, nie wolno nam trzymać się jednego rozwiązania. No i powiem ci, że normę przekroczył w mojej ocenie inny pacjent, Robert. Ten mężczyzna przez cztery lata był w związku z kobietą, z którą uprawiał codziennie seks; jadł posiłki czy ćwiczył na siłowni, ale tylko dzięki kamerce w telefonie czy komputerze. Bo choć uważali się za parę, nie spotykali się face to face.

Zanim zapytam cię, dlaczego akurat jego uznałeś za nienormalsa, powiedz, proszę, jak się uprawia seks w kamerce przez cztery lata i wciąż ma się na to ochotę!
Para, o której mówię, była dobrze zaopatrzona w sprzęt, oboje mieli specjalne trójwymiarowe okulary, które podłącza się do komputera i które dają wrażenie, że ta druga osoba obejmuje, jest razem z nami. Mieli także seksualne gadżety, on między innymi masturbator w kształcie waginy, a ona wibratory, nie tylko w kształcie penisa. Kochali się więc tak, że każde masturbowało się, opowiadając drugiemu o tym, co odczuwa. Realizując jego polecenia i wydając własne.

A dlaczego uznałeś, że akurat cyberkochankowie są poza normą?
Nie dlatego, że kochali się przez Internet. Mieszkali w miastach oddalonych o 400 kilometrów. Poznali się na Tinderze i nie tylko chcieli seksu, ale też budowali relację. Super! Mój niepokój wzbudzało co innego, a mianowicie to, że nie spotykali się face to face. Podstawą ludzkich relacji jest właśnie takie spotkanie, które umożliwia bycie blisko za sprawą wszystkich zmysłów, nie tylko wzroku, ale też dotyku, możliwości poczucia swojego zapachu. No i Robert przyszedł do mnie po dwóch latach, bo chciał i jednocześnie nie chciał takiego spotkania. Bał się rozczarowania. Bał się, że ona go nie zaakceptuje, kiedy nadzy staną naprzeciw siebie. No i tego, że może sobie z seksem nie poradzić. Bo czy jej będzie tak świetnie z nim realnym, jak ze sobą samą doprowadzającą się do ekstazy? Ten lęk był tak duży, że pracowaliśmy prawie dwa lata, nim wreszcie odważył się na spotkanie. Aby nie zakończyło się ono klapą, wyznaczyłem mu zadania: miał zrobić im wspólne zdjęcia i przekonać ją, żeby zaczęli pisać do siebie listy. No i nie miał iść z nią do łóżka! Dzięki temu były kolejne randki w realu i po kilku miesiącach zamieszkali razem. A to nie było proste też dlatego, że Robert musiał wyprowadzić się od mamy.

Zabierasz synów matkom i dajesz kobietom z wibratorami?
Właśnie tak dążę do normalności. Bo w tym przypadku podstawowym problemem była relacja z matką, a nie kamerki i wibrator. Powiedziałbym nawet, że to dzięki mediom Robertowi udało się stworzyć związek z kobietą. Tak więc i tym razem coś, co mogło wydawać się poza normą, posłużyło zbudowaniu harmonii wewnętrznej tego mężczyzny, a miał wówczas już 38 lat, jak i zbudowaniu dobrej relacji z drugim człowiekiem.

W książce „Czy to normalne?” zaskoczyła mnie informacja, że palcami doprowadza do orgazmu partnerkę czy partnera ponad 70 proc. badanych. I to nie dlatego, że tak muszą, ale że chcą.
Każda para dopasowuje seks do swoich potrzeb, a orgazm „zrobiony” palcami może obojgu sprawiać przyjemność. Pogłębiać związek, dawać szczęście. To normalne. A dlaczego tak wiele ludzi kocha się palcami? Moim zdaniem powodem jest to, że jesteśmy wygodni. No i przyzwyczajeni do doświadczania świata dłońmi – bo klawiatura, bo dżojstik.

Pisząc o seksie i rozmawiając z ludźmi, mam wrażenie, że normalne, czytaj „typowe”, są w związku różnice w seksualnych temperamentach.
Mężczyzna, który ma inne potrzeby niż jego partnerka, to bardzo częsty klient psychoterapeuty. Inne i niezaspokojone potrzeby seksualne destabilizują relację. Ale nie jest to sytuacja beznadziejna, jak możemy myśleć, zakładając, że libido czy temperament to coś danego nam raz na zawsze i niezmiennego. Autorzy „Czy to normalne?” piszą o metodzie tak zwanej ewolucji potrzeb seksualnych, która pozwala na zgranie się dwojga ludzi mających inne potrzeby i temperament. Okazuje się, że dzięki pracy nad wzmocnieniem intymności, a także poczuciem wartości i pewności siebie u tego z partnerów, który wydaje się mieć słabsze libido, dochodzi często do wyrównania tych dysproporcji. Moim klientom zalecam podobną metodę. Mają, każde osobno, napisać listę swoich potrzeb seksualnych. Potem na terapii zamieniają się kartkami i zakreślają na liście partnera to, co jest do przyjęcia. I zaczynają powoli wcielać to w życie. Miałem niedawno klienta, który był wysoko funkcjonującym właścicielem firmy, ale w sypialni sobie nie radził. Mówił, że żona ma większe potrzeby. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tym jego „nieradzeniem sobie”, szybko okazało się, że powodem jest tak naprawdę to, że mężczyzna nie radzi sobie ze stresem. W pracy jest tak zestresowany, że po powrocie do domu nie umie przełączyć się na tryb erotyczny.

Uczyłeś go metod relaksacji, bo miał mniejsze libido niż jego żona? A może trzeba było ją nauczyć, żeby powściągnęła swoje żądze?
Nauczyłem go odpoczywać, bo tego nie potrafił. Wiele osób po powrocie do domu nie umie wyłączyć emocji przyniesionych z pracy. W takiej sytuacji, zanim wejdziemy do łóżka, musimy się zrelaksować,a seks warto zaczynać od masażu. Z tym klientem pracowaliśmy także nad tym, jakim mężczyzną chciałby być. Pewnym siebie, z większym libido? Poradziłem mu też, żeby kupił bransoletkę i przez cały dzień nosił ją na prawej ręce, ale przed seksem przekładał na lewą. To miało być dla niego symboliczne przełączenie się z trybu pracy na tryb seksu. No i po kilku miesiącach pracy miał zdecydowanie więcej pewności siebie, a w rezultacie więcej ochoty na seks.

I ładną bransoletkę.
Właśnie. 

Piotr Sarnowski, psychoterapeuta, specjalista psychoterapii uzależnień, wykładowca na UKSW.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...