1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Takiego już cię nie chcę: jak się rozstajemy

Takiego już cię nie chcę: jak się rozstajemy

fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Rozstanie nie musi być porażką i końcem marzeń o miłości. Pora spojrzeć na nie jak na próbę zawalczenia o własne szczęście i szansę na nowy początek. Także z tym samym partnerem... Psychoterapeutka Katarzyna Miller tłumaczy, po czym poznać, czy bycie razem bardziej nam szkodzi niż służy.

Czy rozstanie może nas uszczęśliwić bardziej niż pozostanie w związku?

Zdecydowanie tak. Oczywiście jeśli jest nam w tym związku niedobrze i kiedy jest nam niedobrze w taki sposób, który właściwie niespecjalnie nadaje się do poprawy.

Skąd wiedzieć, że poprawy już nie będzie?

To właśnie najtrudniej stwierdzić, jak mawiają „nadzieja umiera ostatnia”, więc w nadziei na to, że coś się jednak poprawi, ludzie latami tkwią w nieudanych, a czasem też krzywdzących związkach. Są w nich też z innych powodów. Światopoglądowych – wierzą w jeden związek na całe życie, psychologicznych – boją się być sami albo nie wierzą, że jeszcze coś dobrego im się przydarzy, ale też finansowych – mają wspólną firmę czy duży kredyt.

Albo mają dzieci…

Nigdy nie wierz ludziom, którzy mówią, że są razem z powodu dzieci. To tylko przykrywka emocjonalna. Oczywiście wiele kobiet żyje tylko dla dzieci, ale to jest przykrywka w tym sensie, że zwalnia je z zajęcia się sobą, swoim życiem. Dzieci mówią: „Mamo, po co ty z nim wciąż jesteś?! Przecież on cię nie szanuje”. „No ale ja chcę, żebyście wychowywali się w pełnej rodzinie”. Tylko co to za rodzina? Oczywiście tak odpowiadają zwykle kobiety bardzo zniewolone, które nie widzą innego wyjścia z sytuacji, co w psychologii nazywamy widzeniem tunelowym. Natomiast osoby, które są w miarę przytomne i w miarę komunikujące się ze swoim „ja”, wiedzą, kiedy wyczerpały już zapas swoich umiejętności adaptacji czy wpływu na partnera.

Znam bardzo dużo kobiet, które się rozstały z mężem i mówią o sobie: „Jestem szczęśliwie rozwiedziona”. Pojawia się w nich duma z siebie, samosprawczość oraz ogromna dawka energii, która wcześniej szła na zaciskanie zębów, próby zmian czy miotanie się. Taka kobieta wreszcie może odetchnąć pełną piersią, zwłaszcza że w efekcie rozstania albo to on się wyprowadził, albo ona zmieniła miejsce zamieszkania. Maluje wtedy ściany tak jak chciała, kupuje nowe rzeczy, sadzi kwiatki w doniczkach, bierze psa, na którego on się nie zgadzał – ma poczucie czystości, świeżości, odświętności. Opowiada: „Nikt mi niczego nie zabrania, nikt się ze mną nie kłóci, nikt mi nie mówi, co mam robić”.

Według statystyk większość pozwów o rozwód wnoszą kobiety.

No jeśli kobieta już czegoś nie wytrzymuje, to znaczy, że naprawdę jest kiepsko. Bo baby są w stanie znieść strasznie dużo, a zanim się rozstaną, upewnią się, że naprawdę zrobiły wszystko, by ratować ten związek. Z jednej strony to słuszna postawa, bo po co mamy sobie po latach wyrzucać zbytnią pochopność, z drugiej strony to czekanie do granic wytrzymałości bardzo nas męczy. Oczywiście długość trwania związku jest jakąś wartością, ale nie za wszelką cenę i nie kiedy naprawdę dzieje się w nim źle.

Przez Polskę przewija się właśnie temat Karoliny Piaseckiej i przemocy fizycznej i psychicznej, jaką wobec niej stosował mąż.

I całe szczęście, że się przewija, trzeba o tym głośno mówić. Choć przypomnijmy, że nie pani Karolina pierwsza to zrobiła, pamiętasz, jak Katarzyna Figura powiedziała w prasie, że była bita przez męża? I jakie pojawiały się komentarze na temat jej wyznania? Że kłamie, bo dopiero teraz o tym mówi, że chce, by był wokół niej szum medialny.

Dlaczego ludzie tak reagują? Nie potrafią zrozumieć psychicznego więzienia?

Może nie potrafią, a może nie chcą zrozumieć.

Jak wytłumaczyłabyś im powody, dla których potrafimy latami tkwić w związku, który nas rani? Jakie mechanizmy tu działają?

Trudno w kilku słowach wytłumaczyć mechanizmy, na których poznawaniu i zgłębianiu spędziłam 20 lat. Dlaczego ludzie takie rzeczy robią? Bo są w kanale emocjonalnym, po prostu. Poza tym toksyczność w związku może być bardzo subtelna. Nie musi być to picie i bicie, tylko bardzo finezyjne nękanie psychiczne. Dlaczego w ogóle wchodzimy w takie sytuacje? Bo znamy to już z domu, ten stan opresji psychicznej, tak byliśmy wychowywani.

Masz wrażenie, że choćby z tego względu – że kończy coś, co ewidentnie krzywdzi – rozstanie stało się bardziej akceptowalne społecznie? Kiedyś było piętnem...

I wielkim grzechem, pamiętajmy o tym! Mówiło się przecież: „Co za skandal, pierwszy rozwód w naszej rodzinie”. Wszyscy byli tym przejęci, rozwód stygmatyzował. Dużo się zmieniło, powiedziałabym nawet, że obecnie rozstajemy się za szybko i za łatwo. Wynika to pewnie z mylnego wyobrażenia na temat tego, czym jest małżeństwo. Bo małżeństwo jest zmienną – dzieje się w nim raz lepiej, raz gorzej, a oprócz przyjemności jest też sporo odpowiedzialności i sporo pracy. Dzisiejsza większa skłonność do kończenia związków wynika także z tego, co obserwowaliśmy we własnym domu. Jeśli widzieliśmy rodziców, którzy się ze sobą latami męczyli, to obiecujemy sobie potem: „Ja się nie będę męczyć”.

I kiedy pojawia się pierwsza trudność, rezygnujemy...

Kiedy słyszysz, że rozwodzi się małżeństwo z paroletnim czy paromiesięcznym stażem, to pierwsza myśl, jaka się pojawia: „Po co się było pobierać, trzeba się było najpierw sprawdzić”. Tylko że sedno problemu tkwi w tym, że wiele z tych małżeństw najpierw było związkami na tzw. kocią łapę. A ludzie rozmaicie reagują na zmianę statusu związku. Jedni mówią, że po ślubie zrobiło się bezpiecznie, ciepło i blisko. Inni czują się tym przygwożdżeni, jak w pułapce, klamka zapadła i nie ma odwrotu – taka reakcja wynika oczywiście z pewnej niedojrzałości. Ale też nie można mówić, że wszyscy, którzy się rozwodzą, są niedojrzali. Przecież jakbyś wiedział, że się przewrócisz, tobyś się położył, a jakbyś wiedział, że będzie niefajnie, tobyś w to nie wchodził – ty myślałeś, że będzie fajnie.

Prawdą jest też, że niektórzy ludzie zaczynają ujawniać swoje prawdziwe „ja” dopiero po jakimś czasie wspólnego życia – niektórzy po kilku miesiącach mieszkania razem, inni dopiero po pojawieniu się dzieci. On myśli: „Boże, to była taka wesoła dziewczyna, co się z nią stało?”, ona zastanawia się: „Gdzie się podział ten ciepły facet, który teraz ucieka od dziecka?“. Oczywiście oboje mają bardzo subiektywne poczucie prawdy, ale przecież wszyscy żyjemy z subiektywnym poczuciem prawdy. Nie ma takiej możliwości, by ktoś z boku powiedział ci: „Ależ ty jesteś szczęśliwa“ i ty byś w to uwierzyła wbrew temu, co czujesz. A czujesz, że chcesz się rozstać.

Przy czym może się okazać, że nie tylko tobie będzie lżej po rozstaniu, ale i twój partner odetchnie z ulgą...

Różnie z tym bywa. Dość powszechny jest taki męski styl zawłaszczania kobiety. I kiedy ona zostawia, trudno się z tym pogodzić. Jak mogła ze mnie zrezygnować?!

Uraziła męską dumę?

To jest pycha, a nie duma. Powiem ci tak, gdyby mężczyźni popracowali trochę bardziej nad empatią, byłoby dużo mniej rozwodów. I to nawet przy tych wszystkich pijących mężach, których jest tak wielu w Polsce. Ale abstrahując od alkoholizmu, powiedzmy, że facet jest introwertykiem, a jego partnerka potrzebuje częstszych wyrazów miłości. Gdyby był bardziej empatyczny, mógłby jej częściej mówić, że ją kocha, a nie w myśl zasady: „Parę razy już powiedziałem, to powinno jej wystarczyć na całe życie”. Oczywiście kobiety też mogłyby być bardziej empatyczne.

Ale empatia to nie wszystko. Po czym poznać, że bycie razem bardziej nam szkodzi niż służy?

Po takim zwykłym subiektywnym poczuciu, że dłużej już tego nie chcę, nie zniosę. Wtedy im szybciej podejmiemy decyzję o rozstaniu, tym lepiej. Nie doprowadzajmy siebie do kresu wytrzymałości. Człowiek jest wtedy zbyt udręczony. Są osoby na tyle zdrowe i dobre dla siebie, że szybko podejmują taką decyzję. I chwała im za to, nie utopią w niedobrym związku kilku dobrych lat.

A ile związków trwa tylko dlatego, że nie chcemy przyznać, że ta inwestycja była chybiona?

Bo inwestycja jest rzeczą świętą, nawet inwestycja nieekonomiczna. Coś, co jest mało warte, a tak bardzo dużo kosztuje, jest przeinwestowane. I się bardzo nie opłaca. Oczywiście wiele osób oburzy się na to słowo, bo przecież nie można podchodzić tak materialistycznie do związku. Tylko że tu w ogóle nie chodzi o kwestię finansową, a o to, by się opłacało nam psychicznie i emocjonalnie. Żeby nas nie wykańczało.

Mimo że jest nam niedobrze w związku i chcemy się rozstać, to tuż po rozstaniu czasem żałujemy.

Czasem na początku nie jest za fajnie, a potem jest. Albo na początku jest cudownie, a potem jest gorzej. Zależy, co z tym potem zrobimy, jaką mamy politykę traktowania siebie. Jeśli rozstajemy się na złość komuś, a nie dla siebie, to nigdy nie będziemy zadowoleni. Ale jeżeli robiliśmy dużo, żeby było lepiej, a jednak nie jest, to wtedy rozstanie jest ulgą i naszym zwycięstwem.

Niektóre pary po rozstaniu o wiele lepiej się dogadują.

Mam właśnie na to cudny przykład. Na niedawnym spotkaniu autorskim z czytelnikami pewna roześmiana pani opowiedziała, że się rozwiodła z mężem jakiś czas temu, a teraz szczęśliwie z nim romansuje. Są dla siebie znacznie milsi i bardziej atrakcyjni. „I będę bardzo pilnowała, żeby, broń Boże, znowu nie wyjść za niego za mąż“ – powiedziała.

Jak to się dzieje, że mąż staje się bardziej atrakcyjny, jak się z nim rozwiedziesz?

Ty jesteś wolna, on jest wolny i zawsze ci się podobał, okazało się, że nie radzicie sobie w sytuacjach zobligowania czy zobowiązania, a teraz nie posiadacie siebie, ale macie do siebie dostęp. Poza tym facet, który zabiera cię na kolację, jest inny od tego, który czeka na ciebie w domu, po pracy. Ja od dawna popieram wersję związku opartą na zasadzie „living apart together”, czyli bycia razem, ale mieszkania osobno. Przez długi czas tak żyłam i zastanawiam się nawet, czy do tego nie powrócić...

Siedząc w jednym – zważywszy na polskie warunki – pokoju przez kilkanaście lat, można się znienawidzić.

Znienawidzić można się też i w siedmiopokojowej willi.

A to prawda. Często pary dopiero po rozstaniu zdają sobie sprawę, jak bardzo ktoś był dla nich istotny.

Nikt inny mnie tak nie obchodził jak on. Nawet kiedy się kłóciliśmy, to ważne było, żeby kłócić się właśnie z nim.

Są też pary, które rozstają się i schodzą ponownie po latach, po zdobyciu doświadczenia w innych związkach.

I często są potem razem szczęśliwe. Rozstanie może być rozpoczęciem nowego życia z kimś innym albo z tą samą osobą. To nie tylko zabawne, ale i pouczające. Ja wyznaję taką zasadę, że jeden mężczyzna to wszyscy mężczyźni i jedna kobieta to wszystkie kobiety. Rozumiesz, o co mi chodzi? Że wszystkie związki możesz przeżyć z jednym facetem. Dlatego fajnie by było powiedzieć sobie, kiedy jest nam źle: „Takiego już ciebie nie chcę, z takim tobą się rozwodzę, ale jak wróci dawny albo nowy ty, to radośnie przyjmę go z powrotem”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Jak porozumiewać się z "byłym" lub "byłą" po rozwodzie?

Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Rozwodom towarzyszą zwykle silne emocje. A pod hasłem "dla dobra dziecka" nierzadko ukrywa się chęć zemsty jednego rodzica na drugim. Jak ułożyć sobie kontakty z "byłym" lub "byłą", aby zostały zaspokojone potrzeby wszystkich stron? Może w tym pomóc mediacja - mówi terapeutka Maria Bremer.

Czy rodzice dziecka pozostają dla siebie rodziną, nawet jeśli już nie są razem?
Na pewno nadal są rodzicami wspólnego dziecka, ale czy zawsze są rodziną? Skoro się rozstali, to wydaje się, że już raczej nie... A z drugiej strony przecież kiedyś się nawzajem wybrali, chcieli być razem. Czyli może odpowiedź zależy od tego, czy sami tą rodziną chcą się czuć.

Ale relacja rodzice-dzieci to już coś innego... Zawsze chyba zostaje się rodziną dla swojego dziecka. Czym różni się ta relacja od innych więzi rodzinnych? Czy można w ogóle wycofać się z roli bycia rodzicem?
Tak jak w każdej relacji, tak i w tej zawsze są dwie strony - to, co dla rodzica jest wycofaniem z roli rodzica, dla dziecka oznacza porzucenie. Już samo rozejście się rodziców jest dramatem dla dziecka, a gdy dodatkowo jedno z nich znika z jego życia - dziecko może się jedynie utwierdzić w przekonaniu, że faktycznie miało ono jakiś związek z decyzją o rozstaniu. Nawet jeśli dorośli znajdą nowy pomysł na życie i zaczynają wchodzić w nowe miłosne relacje, to nie powinni zapominać o tym, że są już w jakiejś relacji z kimś, z kim nie mogą się rozstać.

Czy można jakoś stopniować poziom porzucenia przez rodziców? Czy na przykład ktoś, kto dzwoni do dziecka raz na dwa miesiące porzuca je bardziej, niż gdyby dzwonił co tydzień?
To bardzo subiektywne i zależy między innymi od etapu rozwoju, na jakim jest dziecko. Ale dziecko może czuć się porzucone, nawet żyjąc w pełnej rodzinie, bo wystarczy, że konkuruje z rodzeństwem. Nie można mówić o stopniowaniu porzucenia, bo rodzic żyje też w wyobraźni dziecka. Bywa, że relacja z rodzicem rzadziej widzianym, a jednak podtrzymywana i wartościowa, jest lepsza niż ta fizycznie częstsza, ale bez uważności na dziecko. Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że rodzic po rozwodzie często wyobraża sobie kontakt z dzieckiem jako spotkanie wypełnione aktywnościami. Ale ono widzi brak bliskości mimo fizycznego przebywania razem. I nie chodzi o to, żeby nic nie robić, tylko żeby robić to na zasadach, na jakich chce dziecko.

Mówimy o więzi dziecka z rodzicem, ale przecież jest jeszcze drugi rodzic, który na tę pierwszą wpływa. Jak często przy rozstaniu rodzice myślą o swojej przyszłej relacji w kontekście dziecka i o samej relacji z dzieckiem?
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. Często jest ono wykorzystywane jako element przetargowy w walce z drugą stroną bądź jako narzędzie zemsty w stylu: "Jestem lepszy, bo dziecko ma ze mną lepszy kontakt". I wtedy dziecko jest używane, ale nie zaopiekowane. Moment rozstania wymaga dużej pracy rodziców, z terapeutą czy mediatorem. Mogą zadbać o przyszłe relacje i jak najmniej skrzywdzić dziecko jako osobę, która nie jest przecież w żaden sposób winna sytuacji, przez którą przechodzi.

Dlaczego ludzie przychodzą do mediatora?
Ponieważ nie umieją ze sobą rozmawiać... Mówią sobie wzajemnie rzeczy, których druga strona nie rozumie, nie słyszy. Jakby rozmawiali innymi językami. Mediator jest w tej sytuacji kimś w rodzaju tłumacza, który, nie biorąc na siebie emocji skłóconych stron, pozwala im się dogadać. Mediator nie daje rad ani nie opowiada się po żadnej ze stron, choć czasami takie jest oczekiwanie. Za chęcią spotkania stoi wtedy ukryty plan, a nie zamiar porozumienia. Rolą mediatora jest obnażanie tej strategii, przy jednoczesnym zadbaniu o komfort obu stron. Bywa też, że na pierwszym spotkaniu mediator widzi zbyt duże napięcie między partnerami i może okazać się, że warto spotkać się osobno, żeby "wypuścić ciśnienie". Parze będzie łatwiej rozmawiać i usłyszeć się wzajemnie, a to jest podstawowym celem każdej mediacji.

Jak wygląda taka mediacja w praktyce?
Wszystko zależy od tego, czy jest czas na to, żeby mediacja wyszła poza ustalenie tzw. kwestii technicznych, czyli kto kiedy opiekuje się dziećmi albo jak dzielić koszty zajęć dodatkowych. Wtedy można zacząć od rozmowy o własnych potrzebach. Potrzeby są tak łączącym tematem, że ludzie już dzięki samej rozmowie zaczynają inaczej patrzeć na siebie. Jeżeli ktoś uświadamia sobie, jakie ma potrzeby i słyszy, że druga strona też ma takie potrzeby, np. dotyczące spotkań z dziećmi - to okazuje się, że różni je strategia ich realizacji, a nie same wartości. I wtedy bliżej jest do jakiegoś porozumienia. W mediacji metodą Porozumienia bez Przemocy - najbliższej mi - ważne jest, żeby powtórzyć to, co się usłyszało: dosłownie albo własnymi słowami.

Czy możesz podać przykład? Dla osób, które nie miały wcześniej kontaktu z tą metodą, w pierwszej chwili brzmi to dość sztucznie...
Chodzi o to, że tzw. trzecia siła - mediator - odgrywa rolę pośrednika. Kiedy na przykład jedna strona mówi do mediatora: "Mój mąż nie interesuje się szkołą dzieci", to mediator po po pierwsze, stara się doprowadzić do tego, żeby komunikat był wyrażony w pierwszej osobie, a po drugie, by został uszczegółowiony. Czyli np. "Chciałabym, żeby mój mąż chodził ze mną na wywiadówki". I tak sformułowana potrzeba jest przekazywana drugiej stronie przed mediatora, który następnie zadaje pytanie: "Co pan usłyszał?". "Że moja żona uważa, że za mało interesuje się dziećmi". A przecież ona tego wcale nie powiedziała! Zatem jako mediator próbuję doprowadzić do tego, żeby mąż powtórzył, że żona oczekuje, iż na wywiadówki będą chodzić razem. Wtedy będzie można już zapytać, co on na to. Gdy odpowie, że dajmy na to może chodzić co drugi raz, mediator znów pyta: "Co pani usłyszała?". "Że mężowi w ogóle na tym nie zależy". I znowu do mediatora należy sprostowanie, że mąż wcale tego nie powiedział. To czasami jest bardzo długa, mozolna droga do celu...

Dlaczego w pierwszej chwili strony słyszą coś tak bardzo różnego od tego, co zostało powiedziane?
W grę wchodzą bardzo silne emocje, które wyłączają racjonalną część naszego mózgu. Jeżeli jestem w swoim bólu, w poczuciu, że druga strona mnie nie szanuje, nie szanuje naszych dzieci i właściwie to w ogóle one go nie obchodzą - to nie słyszę tego, co ona faktycznie mówi. Doprowadzenie do tego, żeby strony powtarzały to, co zostało powiedziane, wprowadza fizyczną ulgę. To zajmuje dużo czasu, zwykle wymaga więcej niż jednego spotkania. Ale gdy ludzie już się usłyszą i usłyszą swoje potrzeby, to sposoby rozwiązania pojawiają się same. Dlatego tak ważne jest, żeby wyczyścić to, co się za tym brakiem możliwości porozumienia kryje.

A jak jest słyszany głos dziecka w mediacjach? Czy któreś z rodziców może mówić w jego imieniu?
Co właściwie oznacza mówienie w języku dziecka? Mówimy to, co nam się wydaje, że będzie dla niego dobre. Jeżeli więc jeden rodzic rezerwuje sobie wyłączność na mówienie w imieniu dziecka, to trzeba uważnie weryfikować, na ile są to faktyczne potrzeby dziecka, a na ile cele rodzica, bo może to być też obszar do nadużyć i wykorzystania dziecka do swoich rozgrywek. Jeżeli rodzic jest w stanie mówić o faktach np. "Zosia lubi jeździć konno. Co możemy zrobić, żeby jej to regularnie umożliwić?", to jest to coś innego niż deklaracja: "Wiem, jakie Zosia ma potrzeby i najlepiej potrafię je spełnić". Jeśli zaś chodzi o udział dzieci w mediacji, to zależy to od ich wieku, ale też i od dojrzałości dorosłych, bo nie można przerzucać odpowiedzialności na dzieci za sytuację, która nie wynikła przecież z ich powodu. Nastolatki, z czasem nawet młodsze dzieci, wiedzą już, czego dokładnie oczekują od rodziców i mają prawo, żeby ich głos został wzięty pod uwagę. Jednak trzeba wykazać się uważnością i delikatnością, a nie uciekać się do pytania w stylu: "Wolisz mamusię, czy tatusia?".

A co, jeśli wszystko jest wymediowane, ale jednak nie działa?
Jeżeli rodzice mają inną wizję, jak rozwiązać nowe problemy i nie mogą się porozumieć, a mają wcześniej dobre doświadczenia z mediacji - to mogą znów odwołać się do pomocy mediatora. To zależy tylko od ich woli. Najczęściej rodzice nie mogą się porozumieć w kwestiach dotyczących dziecka dlatego, ze coś między nimi jeszcze nie zostało przepracowane i napięcie nie opadło. Ale brak porozumienia, któremu zazwyczaj przez cały czas towarzyszy przekonanie, że "to wszystko dla dobra dziecka", prowadzi do tego, że dziecko w pewien sposób znika. Znam to z relacji dzieci, które mówią, że wolałyby, żeby ich nie było, bo wtedy nie byłoby problemu... A stąd prosta droga do depresji czy myśli samobójczych. Myślę, że dorośli nie zdają sobie sprawy, jak bardzo w swoim bólu czy zapamiętaniu mogą być nieuważni na koszty i cierpienia, które w związku z tym ponoszą dzieci. I wcale nie dotyczy to osób pochodzących z tzw. nizin społecznych, ale wykształconych, na stanowiskach, mimo to bardzo niedojrzałych emocjonalnie.

Na ile ważny jest głos innych członków rodziny, zwłaszcza dziadków?
Najważniejsze decyzje podejmują rodzice, ale ważne jest też usłyszenie innych osób, np. babci, która mówi, że zależy jej na spotkaniu z wnuczką przynajmniej dwa razy w roku, z okazji świąt. Oczywiście potem rodzice zrobią to, co postanowią, co wybiorą i co będą w stanie zrobić, ale chodzi o to, by inni też mogli wyrazić swoje potrzeby. Tymczasem często podczas konfliktu w związku strony skupiają się na sobie, tracąc z pola widzenia wszystkich innych, których ta sytuacja dotyczy... nawet dzieci. Z doświadczenia pedagogicznego wiem, z jaką dumą czy zadowoleniem dzieci mówią o swoich dziadkach, czy jak wiele im to daje pod kątem poczucia tożsamości. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rozpada się ten najbliższy krąg. Ale jeżeli w babci widzę tylko matkę mężczyzny, który zrobił mi krzywdę, nie ma szans na otwartość, która pozwoliłaby mi usłyszeć o jej potrzebach.

A jeśli faktycznie tak ją postrzegam, to co zrobić, gdy raz w roku musimy spotkać się na urodzinach czy w święta? Zacisnąć zęby?
Myślę, że za każdym razem warto zastanowić się, dlaczego coś robimy. Bo czy chcę zaciskać zęby i udawać? W imię czego? Moim zdaniem można to rozwiązywać w taki sposób, że robi się urodziny osobno dla dwóch rodzin. Zwłaszcza, że rodziny się rozrastają, jest coraz więcej ludzi, więc taki podział może być naturalny. Podobnie święta, przecież one w Polsce trwają kilka dni, więc jest dość czasu, żeby dziecko mogło go spędzić z każdym z rodziców. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do uczciwej odpowiedzi na pytanie: na ile chcę, żeby było dobrze dla dziecka, a na ile chcę postawić na swoim albo upieram się, bo zawsze tak było? Na ile wynika to z moich potrzeb: chcę być razem z bliskimi, chcę, by była dobra atmosfera, bo się kochamy, a na ile jest to przymus, bo zawsze był obiad ze wszystkimi i musi tak być, nawet jeśli zaciskamy zęby? To jest pytanie o wartości, na które każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.

  1. Psychologia

Rozstanie, czyli osobisty koniec świata - po co był mi ten związek?

Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skończyła się miłość? A może cierpliwość? Nieważne, kto odchodzi, a kto będzie porzucony, rozstanie trzeba przeżyć. Jak? Czytaj dalej.

Rozwodów na świecie, także i w Polsce, jest coraz więcej. Rozpadają się również związki nieformalne, ale ważne, w które zainwestowaliśmy emocje, czas, marzenia, także finanse… Co chwilę gdzieś tuż obok nas albo na innym kontynencie rozgrywa się czyjś „koniec świata”. Bo koniec związku to koniec pewnej rzeczywistości, na którą składają się przyzwyczajenia, wartości, poglądy, rytuały, krąg rodziny i znajomych. Ta strata boli… Jak twierdzą psychologowie, boli tym bardziej, że wchodzimy w związki z pewną iluzją na ich temat – piszemy scenariusze zgodnie z wyobrażeniem, jak taki związek powinien wyglądać.

Iluzjoniści

Każda nasza relacja w dorosłym życiu odnosi się w jakiś sposób do relacji z rodzicami – próbujemy wspólnie uzupełnić deficyty i zrealizować potrzeby, którym nie podołali rodzice, albo oczekujemy, że partner zaopiekuje się nami tak samo jak dawniej robili to rodzice, a gdy nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań – czujemy rozczarowanie, a nawet złość i gniew. Zresztą nie tylko partner ma być idealny – związek z nim też. – To taki związek, w którym wszystkie potrzeby łączą się w jedno – mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak. – I wszystkie spełniają w równym, czyli doskonałym stopniu. Przekonanie, że związki są wieczne, stanowi przykład młodzieńczego rozumowania w kategoriach „wszystko albo nic”. Albo chcę z kimś być i wtedy jest on jedyną, najważniejszą osobą na świecie, stanowimy jedność i wiecznie będziemy razem. Albo nie chcę z kimś być i wtedy ten ktoś jest beznadziejny i nie chcę go znać. Nie ma niczego pomiędzy.

Iluzja prędzej czy później się rozmywa, a my zostajemy porzuceni lub sami porzucamy. Jeśli o rozpadzie związku decyduje partner, gdy kryje się za tym zdrada, odrzucenie, gdy oprócz straty partnera i związku czeka nas utrata lub konieczność zmiany domu, a co za tym idzie: podstaw poczucia bezpieczeństwa – stajemy w obliczu prawdziwego przełomu w naszym życiu.

Z kolei ten, kto zostawia, musi często uporać się z rozpadem iluzji na temat partnera oraz odium bycia „tym złym, który zostawia”, wyrzutami sumienia, że zawiódł. Decyzja o rozstaniu rzadko jest prosta, poprzedzają ją zwykle próby ratowania związku i relacji z partnerem.

– Zwlekałam z decyzją o rozstaniu z Pawłem – opowiada Agata. – Bo był taki wrażliwy, nieporadny. Mówił mi zawsze, że związek ze mną dodaje mu sił, ale ja już miałam dość noszenia jego ciężaru na swoich barkach. Chciałam poczuć, że jest przy mnie facet, a nie ktoś, wobec kogo zachowuję się jak pełna troski mama. Myślałam, że Paweł sobie beze mnie nie poradzi, ale on w tydzień po rozstaniu był już w kolejnej relacji. I z tego, co wiem, bez trudu znalazł kolejną, pełną współczucia i chęci pomocy dziewczynę.

40-letnia Wanda zmagała się z kolei z dylematem – czy pogodzić się z tym, że nie dostanie od męża tego, czego chce, i walczyć o utrzymanie rodziny (mają trójkę dzieci), czy odejść i już nie musieć się starać „za dwoje”. Obie podjęły decyzje…

Kryzys relacji?

Wielu z nas przechodzi z relacji z rodzicami prosto do relacji partnerskich. W zasadzie mało kto zdąży nauczyć się żyć w pojedynkę, samodzielnie. Dowiedzieć się, o co tak naprawdę mu chodzi, kim jest. Niekiedy wchodzimy w relacje z potrzeby bycia ważnym dla kogoś, z potrzeby bycia w ogóle w jakimś związku. Te psychologiczne potrzeby zaspokajał kiedyś rodzic, teraz chcemy, by robił to partner. W konsekwencji relacja z partnerem jest dla nas ważniejsza niż relacja z samym sobą.

Małżeństwa z miłości to całkiem nowy „pomysł” – dawniej decydowały głównie ekonomiczne względy. I te były trwalsze niż emocje, które z natury są zmienne. Zatem i związki były trwalsze. Obecnie dewaluuje się wartość relacji jako takiej. Łatwo i szybko zmieniamy miejsca zamieszkania, prace, znajomych, także partnerów. – W wielkich miastach XX i XXI wieku możemy poczuć, że jesteśmy odrębnymi osobami i odpowiadamy tylko sami za siebie. Mieszkamy oddzielnie w małych pudełkach i możemy zmienić miejsce zamieszkania nawet i kilkaset razy w ciągu życia. Możemy zmienić też cały krąg znajomych. Stać się kimś innym dosłownie co rok. Zmienić pracę, zawód – zauważa Paweł Droździak. – Ale wystarczy odjechać od takiego miasta na parę kilometrów, by zauważyć, że nikt nie istnieje odrębnie. Ludzie mieszkają w tych samych domach, co ich rodzice i dziadkowie. Albo budują się na działce oddzielonej tylko płotem od tej, na której się wychowali. Tego się nie da wziąć ze sobą jak domku ślimaka. To się buduje raz na życie.

Kultura dzisiejszych czasów uczy jednak, że trawa za naszą miedzą może być bardziej zielona… że gdzieś na świecie istnieje ktoś idealnie do nas dopasowany, nasza „druga połówka”, jakbyśmy sami nie byli wystarczająco pełni. Szkopuł w tym, że potencjalnie takich „drugich połówek” może być kilka milionów… Ale co, jeśli będąc z kimś, tracimy szansę na bycie z kimś innym? Chętnie tkwimy w takich iluzjach, a nawet w wyobrażonych związkach, tylko we własnych, tych realnych jakoś nam trudno. A jak jest trudno, to lepiej się rozstać… Jest na to ekonomiczne, społeczne i psychologiczne przyzwolenie. – W efekcie ideologia jednego związku przez całe życie straciła swoje społeczne uzasadnienie – twierdzi Paweł Droździak.

Więcej nie znaczy łatwiej

Fakt, że rozstań i rozwodów jest coraz więcej, nie oznacza jednak, że cierpimy mniej. Albo że coraz lepiej radzimy sobie z rozpadem więzi. Nie, nie radzimy sobie.

Z rozstaniem wiąże się wiele zmian, nie zawsze na lepsze. Towarzyszy mu rozczarowanie, rozgoryczenie, żal. Poczucie klęski i straty. Tęsknota za tym, co już nie wróci. Niepewność, nieprzewidywalność jutra. Brak finansowego wsparcia. Odrzucenie… Długo by wyliczać. A można by tego uniknąć, gdyby dla większości ludzi szczęśliwy związek polegał na wspólnym spędzeniu satysfakcjonującego życia, w którym mogą na siebie nawzajem liczyć, wspierać się, za które nie muszą nikogo obwiniać i przepraszać. Gdzie owszem, jest miłość, bliskość, ale i odrębność, zgoda na czasową niewygodę. Odpowiedzialność i lojalność. Bez wypatrywania fajerwerków, choć miło, gdy się czasem pojawią.

Z drugiej strony – nie czujmy się zobowiązani do trwania w związku, który nas rani, w którym jesteśmy krzywdzeni. Nie decydujmy się na bycie z kimś, byle nie być samemu. W obu sytuacjach – i gdy my odchodzimy, i gdy ktoś odchodzi – warto sprawdzić, kim jestem bez tej drugiej osoby.

Relacja ze sobą - twój najważniejszy związek

Jeśli właśnie zakończył się twój związek, czeka cię wiele zmian i nowych zadań, jak np. wyprowadzka, radzenie sobie ze stratą, uszczuplenie zasobów finansowych, poczucie przegranej – i niewiele sił, by temu podołać. Dlatego musisz otoczyć się szczególną troską, miłością i życzliwością. Powrót do równowagi psychofizycznej to proces. Potrwa jakiś czas, o ile zechcesz świadomie tę drogę przejść. Przeżyć żałobę. Zbudować siebie na nowo.

Zanim wejdziesz w kolejną relację, najpierw powinnaś stworzyć ją sama ze sobą. To twój najważniejszy życiowy związek. Jesteś jedyną osobą, która będzie z tobą od początku do końca twojego życia, od pierwszego do ostatniego oddechu… Powinnaś być dla siebie najlepszym przyjacielem, osobą, na której możesz polegać, która cię nie skrzywdzi, ale wesprze.

Dopiero gdy dowiesz się, kim sama jesteś, jakie są twoje potrzeby, gdy sprawdzisz, z czym sobie radzisz, a gdzie potrzebna jest ci pomoc, gdy obdarzysz siebie szczerą współczującą miłością, akceptując swoje wady i zalety – przestaniesz oczekiwać od innych, by stali się twoim idealnym dopełnieniem. Zgodzisz się na ich niedoskonałość (podobnie jak na swoją), uszanujesz ich odrębność (jak i swoją), doceniając jednocześnie tę część, którą uznacie za wspólną. To się nie stanie od razu, ale jest możliwe. I nawet jeśli jeszcze nie raz kogoś stracisz, to nie stracisz już siebie.

Doświadczenie końca związku jest powszechne, dobrze jest zatem – oprócz straty – dostrzec w nim także jakąś wartość. Na przykład to, że dzięki rozstaniu zyskujemy wiedzę o tym, czy umiemy tworzyć trwałe związki, czy potrafimy przeżywać rozstanie. Jak mówi psychoterapeuta Paweł Droździak, jeśli ktoś wchodzi w różne związki, przeżywa je, kończy, ale świadomie przechodzi przez rozstanie – to owszem, wychodzi z pewnym zranieniem, ale też z doświadczeniem, że jest odrębną osobą i że koniec relacji nie oznacza końca własnego „ja”.

Coraz częściej rozwód

Według statystyk GUS (2013 r.) już co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. Najwięcej rozwodzi się 30-latków, staż związku wynosi najczęściej 5–9 lat (19,6 proc.) i 2–4 lata (17,3 proc.). Co ciekawe, 2/3 pozwów rozwodowych wnoszą kobiety. Badania CBOS wskazują, że zdecydowanych przeciwników rozwodów jest jedynie 13 proc. badanych, 26 proc. wspierałoby małżonków decydujących się na rozwód, jeśli mieliby ku temu ważne powody.

  1. Psychologia

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.