1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Co podnieca kobiety? – rozmowa z Eriką Lust, reżyserką filmów erotycznych

Co podnieca kobiety? – rozmowa z Eriką Lust, reżyserką filmów erotycznych

Pornografia skierowana do kobiet? Co ją wyróżnia? (Fot. iStock)
Pornografia skierowana do kobiet? Co ją wyróżnia? (Fot. iStock)
Ludzie uważają, że pornografia to nienawiść wobec kobiet, a feminizm to nienawiść wobec mężczyzn, więc jak może istnieć feministyczne porno? Ale ja tak właśnie definiuję swoje filmy – mówi reżyserka filmów erotycznych dla kobiet Erika Lust.

Reżyserka filmów dla dorosłych ogląda dużo porno?
Na pewno nie oglądam ich dla przyjemności. Czasem obejrzę jakiś zawodowo, bo chcę znaleźć coś, co może okazać się pobudzające, ekscytujące. Ale filmy porno z tzw. głównego nurtu są dla mnie antytezą erotyzmu. Nie są ani erotyczne, ani estetyczne, to po prostu nie jest dobre kino.

Co ci się w nich nie podoba?
Wszystko! Kobiety, które mają na zawołanie podniecać facetów, zawsze wyglądają jak zdesperowane kury domowe, banalne sekskróliczki do zaspokajania mężczyzn! Zawsze te same utarte schematy, no i rodzaj erotyki, który uważam raczej za obrzydliwy niż podniecający. W dodatku mężczyźni w filmach porno wyglądają, jakby spędzali za wiele czasu na siłowni, a zdecydowanie za mało czytali, słuchali muzyki lub robili cokolwiek interesującego.

Na pewno słyszałaś dowcip, że aktorami porno zostają zazwyczaj najbrzydsi faceci na świecie. Liczy się tylko długość ich penisa.
Mnie zupełnie nie interesuje rozmiar penisów. Jeśli mam już oglądać porno, to szukam na ekranie ludzi, których uważam za ekscytujących, których widok mnie kręci, którzy mają coś takiego w oczach, w postawie, że bardzo chcę ich poznać. To, czego szukam w mężczyznach, tak samo zresztą jak w kobietach, to silna, ciekawa osobowość.

Twoja ekipa filmowa to przede wszystkim kobiety.
Mój montażysta jest mężczyzną, gejem, i jest także obecny podczas kręcenia scen. Producentem jest mój mąż, ale on nigdy nie przychodzi na plan, bo wtedy zaczynamy się kłócić. Plan jest mój! Podczas kręcenia filmu słucham tylko swojej intuicji i to ja podejmuję wszystkie ostateczne decyzje. Ale wcześniej zawsze pytam mój zespół o opinię. Za każdym razem, gdy film jest gotowy, wynajmujemy kino i tam go oglądamy, komentujemy, co mogłoby być lepsze albo inaczej pokazane. Mam bardzo kreatywny zespół.

W jednym z wywiadów mówiłaś, jak ważna była dla ciebie edukacja seksualna. W Polsce wciąż trwają boje o wprowadzenie jej do szkół.
Edukacja seksualna okazała się kluczowa dla tego, kim jestem dzisiaj. Musimy pamiętać, że Szwecja była pierwszym krajem, który wprowadził wychowanie seksualne do szkół jako obowiązkowe. Do naszej szkoły w ramach zajęć przychodzili seksterapeuci, którzy rozmawiali z nami otwarcie o seksie, o związkach, o naszych ciałach. Najważniejsze było to, że nie opowiadali nam wyłącznie o ryzyku związanym z uprawianiem seksu, że możesz zachorować, zajść w ciążę albo złapać AIDS, nie podkreślali, żeby nie ubierać się prowokacyjnie czy nie robić tych wszystkich rzeczy, które czynią cię winną i zawsze potem seks kojarzy ci się z czymś brudnym i niechcianym. Oni uczyli nas, że masz prawo czuć się dobrze sama ze sobą podczas nawiązania najbardziej intymnej i pełnej pasji relacji z drugą osobą. Spotkania z seksedukatorami odbywały się oddzielnie dla dziewczyn i chłopców. Rozmawialiśmy wtedy o naszych ciałach, jak one się zmieniają, o motylach w brzuchu, gdy ktoś ci się bardzo podoba, o tym, jak to jest być kobietą. Myślę, że to nam bardzo pomogło zrozumieć, że seksualność jest czymś bogatym, a nie groźnym. Mieliśmy też specjalne miejsca, gdzie czekał ginekolog dla młodych dziewczyn, gdzie można było pójść i poprosić o pigułki czy prezerwatywy, i otrzymać wszystkie informacje, których potrzebowałaś.

Co było dla ciebie najtrudniejsze, kiedy dorastałaś? Jak radziłaś sobie z własną seksualnością?
Pamiętam ten dysonans poznawczy, że z jednej strony jestem feministką, a z drugiej – lubię seks. Było dla mnie trudne do zrozumienia i pogodzenia, jak te dwie rzeczy mogą iść w parze. Dziś otrzymuję dużo listów od młodych dziewczyn, które mają takie same zagwozdki jak ja wtedy, zwłaszcza jeśli oglądają pornografię. Bo dziś to pornografia często jest jedynym wychowaniem seksualnym tam, gdzie młodzież tego wychowania nie ma. Dzieciaki to oglądają i myślą: „Aha, to wygląda w ten sposób”. A my wiemy, że to wygląda jednak trochę inaczej niż na filmach porno. Aby rozwiązać tę sytuację, potrzebujemy mądrych dorosłych, którzy nie boją się rozmawiać o seksie z nastolatkami. Nie boją się mówić, że seks może być dobry i radosny. Bo jeśli takich rozmów nie będzie, to wychowamy kolejne pokolenie, które o seksie i rolach męskich oraz kobiecych będzie się uczyło z pornografii. I dowiedzą się, że rolą kobiet jest dostarczanie przyjemności mężczyznom, bo tak bywa w filmach. A dziewczyny zaczną seks bardzo wcześnie, zanim poznają swoje ciała i potrzeby.

Twoim pierwszym filmem erotycznym był film dyplomowy o znaczącym tytule „Good Girl”. Jak bardzo musiałaś przekroczyć siebie, swoje granice wstydu czy nieśmiałości podczas jego kręcenia?
Produkcję filmu pornograficznego można porównać do pierwszego seksu w ogóle. Tytuł „Good Girl” [Porządna dziewczyna] miał wiele wspólnego ze mną wtedy – musiałam publicznie przejść metamorfozę, by wreszcie móc robić to, co od kilku lat chciałam robić. Dla mnie ten film był bardzo ważny, zwłaszcza że musiałam skonfrontować wiele moich pomysłów z realiami świata porno. W końcu nigdy wcześniej nie pracowałam w tym przemyśle, nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po aktorach, jacy będą. Miałam jakieś własne wyobrażenie o ludziach pracujących w tej branży, myślałam, że będą bardziej wyuzdani, ale chwilę później poznałam dwójkę aktorów Lucasa Foza i Claudię Claire, i to byli najmilsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałam. Pamiętam telefoniczną rozmowę z Claudią, zaprosiłam ją na spotkanie do mojego domu, a ona na to, że jest ze swoją babcią, która nie mówi po hiszpańsku, i czy tam, gdzie ją zapraszam, nie ma jakichś erotycznych symboli czy przedmiotów, bo ona nie chce, żeby babcia to oglądała. To Claudia przedstawiła mnie Lucasowi, który był niezwykle schludną osobą, nie pił, nie palił, dbał o ciało i o siebie. I na takich ludzi trafiam przez wszystkie lata pracy w tym biznesie.

Coffee Time

Opublikowany przez Jorge Vaccę Środa, 3 lutego 2021

Jak dobierasz sobie aktorów?
Zawsze szukam ludzi o ciekawej osobowości, muszę ich dobrze poznać, zanim zaczniemy zdjęcia. Pytam, dlaczego pracują w tym biznesie, czy lubią seks, czy mają do niego pozytywny stosunek. Trafiałam na osoby, które mówiły mi, że seks ich nie kręci, ale muszą opłacić rachunki, i w końcu nigdy nie wystąpiły w moich filmach. Zdecydowanie potrzebuję ludzi, którym seks sprawia autentyczną przyjemność. A to naprawdę widać na ekranie, i to jeden z aspektów, który odróżnia moje filmy od mainstreamowego porno.

Bardzo zmieniłaś się jako reżyser od czasów swojego debiutu?
Jestem bardziej pewna siebie. Na początku bardzo się denerwowałam tym, czy i kiedy mogę przerwać aktorom podczas scen seksu, kiedy mogę coś powiedzieć. Ale widziałam już tak wiele osób uprawiających seks, że dziś umiem rozpoznać, w jakim są momencie, jak to działa, zwłaszcza jeśli chodzi o facetów. Wiem, kiedy dać im czas, kiedy do sceny wrócić. Z drugiej strony – to bardzo zabawne tak zaczepiać w trakcie aktu i pytać: „Potrzebujesz wody? A może ręcznik?”.

Pamiętasz reakcje bliskich osób na twój pierwszy film?
Moi nauczyciele byli bardzo pozytywnie nastawieni, od początku wiedzieli, co chcę zrobić, rozumieli pomysł, cały projekt. Zupełnie inaczej zareagowała moja mama, dla której zawód, jaki wykonuję, nie jest tym, w czym chciałaby mnie widzieć. Ona to rozumie, akceptuje, ale nadal jest tym zażenowana, jak zresztą wiele osób, gdy mówi się o seksie. Całkowicie ją rozumiem, bo trudno swobodnie rozmawiać o pornografii. Sama mówię o sobie, że jestem twórcą filmów erotycznych. I to chyba dobrze tłumaczy, co robię. Gdybym przedstawiała się: „Cześć, jestem Erika Lust, twórca porno”, ludzie patrzyliby na mnie zupełnie inaczej. Świat pornografii kojarzy się z brudem, kulturą niskich lotów, wulgarnym słownictwem, więc gdy mówię „filmy erotyczne”, to brzmi zdecydowanie lepiej, milej, czyściej.

No właśnie, definicja, o nią wszystko się rozbija.
Nie nazywam własnych filmów pornosami, no, chyba że żartuję. Zwykle mówię, że robię niezależne kino dla dorosłych. Jest niezależne, bo sama je finansuję, no i jest tam seks, ale to są filmy, co ma znaczenie, opowiadanie historii, ważny jest tu każdy detal – od makijażu po zdjęcia, reżyserowanie, dźwięk, muzykę, montaż. Kiedy mówisz porno, ludzie mają skojarzenie z kiepskim wideo złej jakości. Zawsze powtarzam, że musimy wyczyścić słowo „pornografia”, wrzucić je do pralki i uprać. To słowo trudne do użycia, ale tak samo jest ze słowem „feminizm”.

A gdybyś miała wytłumaczyć mężczyźnie, jaka jest różnica między pornosami a twoimi filmami?
Jednym słowem? Zasadnicza! Zacznijmy od struktury: w pornosach bohaterem jest zawsze mężczyzna, tu zawsze chodzi o jego przyjemność, a kobieta jest pięknym przedmiotem, który ma pomóc mu dojść, i to koniec formuły. Po drugie, porno jest wymyślone przez mężczyzn, robione przez mężczyzn i dla mężczyzn. Moja perspektywa jest inna, bo robię filmy koncentrujące się na związku między kobietą a mężczyzną, na ich relacji seksualnej, ale jednak relacji, więc dla mnie ważna jest przyjemność obojga.

Moi mężczyźni nie są seksmaszynami, a moje kobiety to nie seksheroiny, to po prostu bliscy sobie ludzie. Kamera próbuje oddać to porozumienie, jakie oni mają na ekranie, seks przypomina bardziej choreografię, a mój cel to podniecić cię erotycznie i sprowokować. W moich filmach chcę prowokować erotyzm, ale też emocje, uczucia.

Ja, oglądając twoje produkcje, czułam się... bezpiecznie.
Chyba dotknęłaś czegoś ważnego. To poczucie bezpieczeństwa faktycznie jest dla mnie szalenie ważne. Nie ufam wielu producentom branży pornograficznej, nie wierzę, że oni opiekują się swoimi aktorami, że tworzą dobrą atmosferę na planie. Zwyczajnie nie wydają mi się dobrymi ludźmi.

Powtarzasz, że kobiety potrafią wpływać na to, jak są postrzegane na polu edukacji, kultury, sztuki, na rynku pracy, ale nie potrafią zmienić tego, jak się je traktuje w przemyśle porno.
Nie mogą tego zmienić, bo same nie zajmują się produkcją. Mówi się o mainstreamowym porno, a tak naprawdę nie ma ono nic wspólnego z mainstreamem. To nisza pełna męskich szowinistów i ich smutnej wizji seksu.

A jednak jest coś przyciągającego w pornografii.
Oczywiście, bo nas prowokuje, ale daje też uczucie ulgi. Rozmawiałam z wieloma osobami, które zajmują się terapią i edukacją seksualną. Kobiety bardzo często tracą zainteresowanie seksem, gdy zbliżają się do czterdziestki, rodzą dzieci albo są od lat w tym samym związku. Ja to dobrze rozumiem, bo sama jestem w podobnej sytuacji: mam dwie małe córeczki, jestem od 15 lat z tym samym mężczyzną. Wiem, że to jest walka, ale można ją wygrać, jeśli seks jest dla ciebie ważny. Wierzę, że udane pożycie czyni cię szczęśliwą i spełnioną. Moja pierwsza myśl, gdy zaczęłam robić filmy, była taka, że nie mogę zostawić czegoś tak ważnego w rękach szowinistycznych facetów. Z początku wydawało mi się, że moja wizja seksu to wizja kobiet, szybko okazało się jednak, że mężczyźni także oglądają moje filmy. Dostaję mnóstwo listów od facetów, którzy piszą, że zawsze chcieli oglądać porno ze swoimi kobietami, ale nie mogli, bo one tego nie lubiły, za to moje filmy oglądają razem. Moja praca łączy ludzi. Czy to nie wspaniałe?

Wyglądasz na osobę, która twardo stąpa po ziemi.
Ludzie myślą, że moja praca to wieczna impreza i świetna zabawa, ale wcale tak nie jest. Mam firmę, założyłam sklep online z gadżetami erotycznymi, filmami dla dorosłych i książkami o seksie, który realizuje 30 tysięcy zamówień rocznie. Rok temu zaczęłam mój nowy projekt XConfessions. Dzięki niemu realizuję fantazje innych i widzę, jak są one odmienne od mainstreamowego porno. O swoich fantazjach erotycznych opowiadają mi ludzie, którzy są tacy jak ja, oglądają te same seriale, korzystają z serwisu randkowego, a ich fantazje są wspaniałe. Spośród nadesłanych listów wybieram te, które podobają mi się najbardziej, i kręcę na ich podstawie kilkunastominutowe filmy erotyczne. I to jest dopiero zabawa!

Oglądasz na co dzień tyle seksu, to ci pomaga czy przeszkadza w utrzymaniu stałego związku?
Jeśli chcesz mieć zdrowe, silne ciało, to musisz je ćwiczyć, podobnie jest ze związkiem, musisz włożyć trochę wysiłku w to, żeby go ożywić. Mnóstwo małżeństw się rozpada, bo ludzie o tym zapominają, a potem wybierają zdradę albo rozstanie zamiast pracę nad związkiem. Na co dzień potrzeba po prostu stymulacji i dużo praktyki. A na jedno i na drugie jest wiele sposobów. Możesz czytać historie erotyczne, żeby rozwijać swoje fantazje, szukać inspiracji, żeby nie zasnąć w łóżku. Jeśli się starasz, to jest już coś! Jesteś na dobrej drodze.

Wywiad archiwalny (Zwierciadło 2017)

Erika Lust (prawdziwe nazwisko Hallqvist) urodziła się w 1977 roku w Szwecji. Jest feministyczną reżyserką filmów dla dorosłych. Ma męża, dwoje dzieci, mieszka w Barcelonie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Najlepsze filmy erotyczne

 Kadr z filmu
Kadr z filmu "Oczy szeroko zamknięte". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Film erotyczny musi zawierać przynajmniej 3 podstawowe elementy: magnetycznych bohaterów; fabułę, która pozwala pokazać coś więcej niż akt i umiejętnie budowane napięcie. Filmy erotyczne i o seksie nie muszą być przyjemne w oglądaniu, żeby były znaczące i wartościowe.

Magnetyczni bohaterowie to tacy, na których chce się patrzeć w sytuacjach intymnych; odpowiednia fabuła odróżnia film opowiadający o cielesnej namiętności od porno, gdzie liczy się pokazanie aktu, a narracja jest zaledwie pretekstem; a umiejętnie stworzone napięcie jest najtrudniejszą do zdefiniowania składową dobrego filmu erotycznego.

Najważniejsze 10 (a właściwie 12) filmów erotycznych

Poproszona o stworzenie TOP 10, kierowałam się pewnymi kryteriami, aby temat uporządkować. Odrzuciłam ekranizacje książek, bo mają łatwiej na już starcie - gotową fabułę. Dlatego też świetna "Nieznośna lekkość bytu" czy "Historia O" albo "Gorzkie gody" nie wejdą do rankingu. Filmy, które nie miały swoich premier w Polsce, także odpadają. W ten sposób pozbyłam się na przykład "Bound" braci Wachowskich. Zostają takie, które podobały się piszącej, gdy je oglądała; podobają się nadal albo miały wpływ na kształtowanie się wyobrażeń erotycznych. To znaczy, miały znaczenie. No i oczywiście takie, które mówią o seksie i namiętnościach, podnosząc ciśnienie i działając na wyobraźnię. Kolejny subiektywny ranking, który napotkał oczywistą trudność w oddzieleniu sztuki od pornografii.

"Nocny Portier", Liliana Cavani, 1974

Ten film będzie poruszający jeszcze przez dziesięciolecia. I sceny z niego przesiąkły do tak wielu obrazów, że nie ma mowy o ominięciu „Nocnego Portiera". Jest kontrowersyjny nawet teraz, gdy kino pokazało już niemal wszystko. Dla Polaków zapewne szokujący inaczej niż dla reszty świata. Opowieść o relacji niemieckiego oficera z młodziutką więźniarką obozu koncentracyjnego, o ich spotkaniu po latach. Film pełen nawiązań, jak choćby w scenie tańca, gdy półnaga Charlotte Rampling tańczy w spodniach, czapce SS i skórzanych rękawiczkach przed oficerami w obozie śmierci. Film pełen sadomasochistycznego napięcia, które także stanowi o sile przekazu. Przywołanie Shoah w kontekście seksualnej obsesji, jej fetyszyzujące wizualne przedstawienie kiedyś wzbudziły skandal i nadal budzą niepokój i drżenie duszy.

Kadr z filmu 'Nocny portier'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Nocny portier". (Fot. BEW Photo)

"Imperium zmysłów", Nagisa Ôshima, 1976

„Imperium zmysłów" to fabularna wersja historii Sady Abe, która w 1936 roku popełniła okrutną zbrodnię, bulwersującą ówczesną Japonię. Przed sądem wyznała, że była to zbrodnia z miłości i pożądania. Seksualność w „Imperium zmysłów" jest ukazana z azjatycką intensywnością, od namiętnych i poetyckich scen, do obsesji, dręczenia, wreszcie brutalnego okaleczania. Film jest  tak esencjonalny, że trzeba sobie robić przerwę na szklankę wody, żeby dotrwać do końca. Byłby jak igły w oku, gdyby nie maska egzotyki, która widza oddala i lekko znieczula. Rozwój namiętności i przerodzenie się jej w seksualną obsesję zakończoną perwersyjną zbrodnią, sceny między kochankami, którzy z zapamiętaniem oddają się coraz bardziej wyuzdanym praktykom oczywiście budzą wątpliwości, czy "Imperium zmysłów" jest pornograficzne, czy należy do świata sztuki.

Kadr z filmu 'Imperium zmysłów'. (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Imperium zmysłów". (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

"Wstyd", Steve McQueen, 2012

Dla jednych nudy w kolorze blue, dla innych film dekady. Ja jestem w tej drugiej grupie. Rzuciło mnie na kolana przed mocą obrazu, długimi ujęciami, którymi można by portretować wrzosowiska, gdyby nie to, że reżyser postanowił tak pokazać kompletną klęskę egzystencji. McQueen mówił, że tęskni za czasami, w których seks miał rewolucyjną moc i mógł naprawdę coś zmieniać, nie zaś tylko sprzedawać. Opowiedział historię zamożnego nowojorczyka, uzależnionego od seksu i niezdolnego do sięgnięcia po bliskość z drugim człowiekiem. "Wstyd" jest o seksie, ale nie polecam go na romantyczny wieczór. Plus trzy gwiazdki za Fassbendera, z którego Steve McQueen potrafi wykrzesać takie iskry, że nie można spać po nocach.

Kadr z filmu 'Wstyd'. (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Wstyd". (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

"Skaza", Louis Malle, 1996

„Skaza" jest filmem przejmującym i erotycznym do szpiku kości. Historia kobiety (przepiękna Juliette Binoche), której największą i fatalną namiętnością staje się ojciec jej narzeczonego. W roli ojca porażający Jeremy Irons. Historia opowiedziana zbliżeniami, pozornie na chłodno, w pozornie cichym i kameralnym filmie. Mocy w niej tyle, że mimo upływu dwóch dekad nadal ogląda się ją z przejęciem.

Kadr z filmu 'Skaza'. (Fot. Rights Managed/Forum) Kadr z filmu "Skaza". (Fot. Rights Managed/Forum)

 "Crash", David Cronenberg, 1996

Po angielsku, bo nikt nie pamięta beznadziejnego tytułu "Niebezpieczne pożądanie". Książkowy pierwowzór J. H. Ballarda także nosi tytuł "Crash". Co prawda wspomniałam, że nie będzie ekranizacji książek, ale ta jest szczególna zarówno znaczeniem, jak i siłą rażenia. David Cronenberg nie miał sobie równych w portretowaniu seksualnych odlotów. Szkoda, że wziął sie za C. G. Junga dopiero, jak stracił formę i wyprodukował suchara – "Niebezpieczną Metodę", marnując historię Sabiny, Zygmunta i Carla Gustawa oraz niebywały seksapil i talent Fassbendera. Za co należą mu się baty i klęczenie na grochu. Ale był czas, w którym dawał z siebie więcej. I wtedy właśnie powstał "Crash". To nie jest uroczy film o kochających się ludziach. To jedna z odważniejszych realizacji tematu ludzkich perwersji na styku Erosa i Tanatosa, z fetyszyzacją maszyny i technologii w tle.

Kadr z filmu 'Crash'. (Fot. Columbia TriStar/Forum) Kadr z filmu "Crash". (Fot. Columbia TriStar/Forum)

"Nagi instynkt", Paul Verhoeven, 1992

Gdyby Paul Verhoeven miał bardziej wybujałą wyobraźnię, to by był prawie jak Cronenberg. Ale nie jest. Mimo to dał światu jedno z najsławniejszych erotycznych dzieł filmowych – „Nagi instynkt". Film przełomowy 20 lat temu, sprawca skandalu obyczajowego i licznych protestów. Gdy dziś oglądam Catherine Tramell w scenie przesłuchania, z trudnością powstrzymuję uśmiech. Wtedy okrzyknięto Sharon Stone femme fatale amerykańskiego kina i rozpisywano się o pierwszej żeńskiej postaci, która na ekranie emanuje taką siłą, seksapilem i wyzwoleniem obyczajowym. Na początku lat 90. „Nagi instynkt" był elektryzującym doznaniem i za to film nie wypadnie z rankingu.

Kadr z filmu 'Nagi instynkt'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Nagi instynkt". (Fot. BEW Photo)

"Gilda", Charles Vidora, 1946

Wiem, że to strasznie stary film. W rankingu wylądował jako symbol całego gatunku filmów noir, a Rita Hayworth jako wielka femme fatale - przedstawicielka całej grupy. Scena zdejmowania rękawiczki pochodząca z tego filmu jest jak wzorzec metra z Sèvres dla każdego damskiego pozbywania się ciuchów na ekranie. Postaci femme fatale stały się z czasem wzorcem, od którego filmowcy zaczęli odrysowywać kolejne zmysłowe, seksualne heroiny kina nowoczesnego. Może i niezbyt erotyczny, ale kanoniczny, także ze względu na mizoginię wymieszaną z pożądaniem.

Kadr z filmu 'Gilda'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Gilda". (Fot. BEW Photo)

"Ostatnie tango w Paryżu", Bernardo Bertolucci, 1972

Zagubiony i zrozpaczony Amerykanin wałęsa się po Paryżu i poznaje młoda Francuzkę, z którą nawiązuje płomienny romans, oparty na seksualnym przyciąganiu. Pięknie nakręcony romantyczno-lubieżny film, z posągowym Marlonem Brando i młodziutką Marią Schneider, który niestety strasznie się zestarzał. Podobno Bertolucci ukartował z Brando zainscenizowanie sceny stosunku analnego, tak aby Schneider nic nie wiedziała i aby całe pomieszanie i ból odbiło się na jej twarzy. Jednak sceny erotyczne, które niegdyś uważano za przejmujące, dziś ogląda się na chłodno. Film i tak trzeba znać. Na koniec miłość nie zwycięża, co jest jego atutem.

Kadr z filmu 'Ostatnie tango w Paryżu'. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum) Kadr z filmu "Ostatnie tango w Paryżu". (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)

„The Pillow Book", Peter Greenaway, 1996

Wiele argumentów przemawia za tym filmem, chociaż nigdy nie był bardzo sławny czy kultowy. Ponieważ czuję, że wszystkie filmy Greenawaya -  gęste, zmysłowe, malarskie, barokowe z nieustanym starciem między  życiem, a śmiercią są bardzo erotycznymi obrazami. I należy mu się miejsce w zestawieniu. W "The Pillow Book" dzika wyobraźnia Greenawaya przybrała oszczędną zen-formę. Powstała piękna mieszanka obrazów Wschodu i Zachodu, namiętności i powściągliwości, którą ogląda się jak cudowny obraz. Plus sceny z seksem na piątkę. Plus młody MacGregor jako Jerome.

Kadr z filmu 'The Pillow Book'. (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "The Pillow Book". (Fot. NG Collection/Forum)

„Oczy szeroko zamknięte", Stanley Kubrick, 1999

Z tym filmem mam problem. Z jednej strony występuje w nim aktor, który nie istnieje w moim światopoglądzie - Tom C. Filmy z nim nie istnieją, skoro główny bohater nie istnieje, bo nie ma aktora, który by go grał. Prawdopodobnie miałam spadek mocy, skoro dałam się namówić na obejrzenie „Oczu". I wyrażam zrównoważone uznanie. Bynajmniej nie wobec Williama Harforda, który nie istnieje i któremu nawet wieść o nalocie kosmitów nie zmieniłaby wyrazu twarzy. Ten film jest taki, jak trzeba. Nieco tajemniczy, nieco pomysłowy, nieco wykraczający poza tabu. Nie jest genialny, ani odkrywczy, ale historia znudzonego małżeństwa, które poszukuje bodźców i znajduje więcej, niżby chciało, nadal robi wrażenie.

Kadr z filmu 'Oczy szeroko zamknięte'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Oczy szeroko zamknięte". (Fot. BEW Photo)

"9 i pół tygodnia", Adrian Lyne, 1986 oraz "9 piosenek" Michael Winterbottom, 2005

Celowo dostały jedną pozycję, bo mają „9" w tytule i są w porządku. Po prostu w porządku. Poprzednie filmy były przełomowe albo odkrywcze, albo na kilometr wiało od nich transgresją. Te zaś są o seksie, cielesności, realizowanych tak, jak nakazuje aktualna moda - pod lodówką lub z przerwą na koncert rockowy. „9" i „9" gorszyły - starszy był w pewien sposób przełomowy z odważnymi scenami seksu pomiędzy Kim Basinger a Mickeyem Rourke. Nowszy zawiera rejestrację całych scen seksu, dosłownych i nieudawanych, tak jak epoka internetu przedstawia seks. Co niektórym kazało wznosić okrzyki oburzenia i pytania o granicę między pornografią a sztuką. Dwie „9" mogą zainspirować albo pobudzić, ale dreszczy na duszy od nich nie dostaniecie. Po prostu w porządku, erotyczne filmy antropologiczne o tym, jak to robią dwunożni.

Kadr z filmu '9 i pół tygodnia'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "9 i pół tygodnia". (Fot. BEW Photo)

  1. Seks

Satysfakcja seksualna kobiety - co na nią wpływa?

Co kobiety lubią w łóżku? Jak podniecać kobietę? - żeby się tego dowiedzieć najpierw trzeba poznać kobiecą biologię. (fot. iStock)
Co kobiety lubią w łóżku? Jak podniecać kobietę? - żeby się tego dowiedzieć najpierw trzeba poznać kobiecą biologię. (fot. iStock)
Mężczyźni… Szczęściarze, wybrańcy natury! Otrzymali w darze orgazm gwarantowany. Rozkosz kobiet to bardziej skomplikowana sprawa, ale materia da się obłaskawić. Z przyjemnością!

„Kobiety są gorące!”. To Norbi. „Zmysłowe, wrażliwe na bodźce i multiorgazmiczne”. To uczeni. Zostałyśmy stworzone do odczuwania przyjemności. Dlaczego zatem nie zawsze znajdujemy pełną satysfakcję w sypialni? Orgazm nieczęsto, podniecenie niekoniecznie, ni stąd, ni zowąd czar pryska pomimo całkiem nieźle zapowiadającego się romantycznego wieczoru. Milion czynników wpływa na to, czy kobieta poczuje się spełniona w ramionach kochanka, i to czasem niezależnie od jego starań. Większość doradców grzmiałaby: „Nie wolno udawać!”. My się przy tym nie upieramy. Nie udawać? Oj tam! Lepiej zaprogramuj się na orgazm. Temat udawania opatrzysz wtedy stemplem: „Nie dotyczy!”.

Rytm oceanu - żeby podniecić kobietę, trzeba poznać jej naturę

Niech ciało odpowie na pytanie: „dlaczego nie?”. Bo choć seks jest idealnym konglomeratem fizys i psyche, to organizm kobiety jest instrumentem, na którym gra mężczyzna. Świadome zarządzanie swoją seksualnością zaczyna się od poznania ciała i zaklętej w nim pierwotnej mądrości.

Matka natura zaprojektowała kobietę, by była jak ocean. Jej istotą jest bowiem… falowanie. Falujesz pod dyktando naturalnego rytmu: miesięcznego cyklu. A szczytowa faza cyklu – czyli moment owulacji, to także obietnica przyjemności. Gdzieś u źródeł tego mechanizmu skrywa się chytry pomysł natury, by nade wszystko dbać o przedłużenie gatunku. Fakt, ale dlaczego by z tego pomysłu nie skorzystać?

– W czasie owulacji mózg kobiety jest skąpany w estrogenie, jednym z kobiecych hormonów płciowych – mówi Arkadiusz Bilejczyk, seksuolog i terapeuta. – To estrogen powoduje, że kobieta silniej reaguje na informacje, które wędrują w postaci impulsów elektrycznych z łechtaczki do mózgu. Droga do seksualnego pobudzenia natychmiast się skraca. Estrogen sprawia także, że kobieta w najintymniejszych miejscach staje się bardzo wrażliwa na dotyk. Dzieje się tak za sprawą intensywniejszego dopływu krwi do łechtaczki i okolic płciowych.

To informacja skierowana specjalnie do osób początkujących w ars amandi: plan zajęć warto uzależnić od cyklu, a lekcje miłości ustalać właśnie w sprzyjającym doznaniom czasie jajeczkowania. Ochoty do nauki raczej nie zabraknie: w okresie okołoowulacyjnym natura dorzuciła kobietom do estrogenu też pewną porcję testosteronu, męskiego hormonu odpowiadającego za pożądanie. Dlatego mamy wtedy większą ochotę na seks, łatwiej się pobudzamy i czerpiemy więcej przyjemności. Oczywiście to także najlepszy czas, by zajść w ciążę! Jeśli tego pragniesz – tym bardziej korzystny jest dla ciebie czas środka cyklu, jeśli nie – pamiętaj o antykoncepcji. Nawiasem mówiąc – ciąża orgazmom sprzyja! Wiele kobiet dopiero w pierwszych miesiącach stanu błogosławionego poznaje smak intensywnych doznań seksualnych. Przyczynia się do tego nie maleństwo samo w sobie, lecz intensywne ukrwienie macicy i odmienna gospodarka hormonalna.

Hormonalne falowanie ma też swój roczny odpowiednik: poziom hormonów spada jesienią i zimą, a rośnie wiosną i latem. Stąd nieodparty urok wakacyjnych romansów… Stąd zimowa tęsknota za śpiworem i spaniem… w pojedynkę. Temu dyktatowi natury  jednakże nie będziemy się poddawać. Jest sposób na zaspane hormony. Ruch. Po prostu.

Taniec, joga i obcasy na lepszy seks

Seksuolodzy zgodnie potwierdzają: siłownia może nie kojarzy się z afrodyzjakiem, ale podobnie działa. – Rozrost tkanki mięśniowej sprzyja produkcji testosteronu – mówi Arkadiusz Bilejczyk. – Wysiłek fizyczny powoduje podnoszenie poziomu tego hormonu, a więc tym samym zwiększa apetyt na seks. To ważne, bo wiele kobiet narzeka właśnie na zniechęcenie, zobojętnienie na bodźce seksualne.

Kobietom zniechęconym, zaspanym, a także tym, które zapomniały, czym jest orgazm, zalecamy… taniec. Najlepiej latynoski. Merengue, bachata, cha-cha, kizomba, rueda czy zouk. To nie zaklęcia szamańskie, lecz nazwy tańców. Poczciwa salsa też świetnie się sprawdza. Taniec to nie tylko rytmiczne poruszanie się przy dźwiękach z głośników. To dobra okazja, by poczuć swoje ciało i naturalny wdzięk oraz nabyć swobody w poruszaniu się. Naukowcy uważają, że kiedy tańczymy, w mózgu aktywizują się te same ścieżki, które w innych przypadkach uruchamiają ważne emocje. Można więc za pomocą ciała sterować też psychiką, „popchnąć” ją w dobrym kierunku.

Zdaniem Arkadiusza Bilejczyka latynoskie tańce mają szczególną moc: – Pozwalają „przemówić” piersiom, brzuchowi i biodrom. Już samo wykonywanie ruchów podobnych jak podczas zbliżenia uruchamia proces seksualny; stąd taniec może być bardzo erotyzujący, choćby partnerzy się nie dotykali. A po imprezie, nawet jeśli tańczyliśmy z różnymi osobami, możemy spodziewać się silnych doznań ze swoim partnerem. Zawdzięczamy to tanecznemu rozbudzeniu obszarów libido oraz rozluźnieniu mięśni w obrębie miednicy. Lepszy dopływ tlenu i krwi przekłada się bezpośrednio na jakość zmysłowych doznań – mówi seksuolog.

Osiąganiu orgazmów i seksualnej przyjemności sprzyjają wszelkie dyscypliny sportu powodujące wzrost ukrwienia miednicy. Na przykład steper lub jazda na rowerze dają taki efekt ukrwienia, jaki bywa skutkiem wysokiego poziomu estrogenów. I choć podczas samych ćwiczeń nie czujemy żadnych erotycznych sensacji, to potem podczas seksu ciało odbiera pieszczoty i stymulację szybciej i mocniej. – Świetnie też sprawdza się w tej materii joga – dodaje Arkadiusz Bilejczyk. – Wiele ćwiczeń wykonywanych podczas jogi powoduje rozciągnięcie i rozluźnienie mięśni miednicy, a to usprawnia przepływ krwi przez te obszary i dotlenia je. Dobrze ukrwione okolice intymne są wrażliwsze na dotyk, a układ nerwowy szybciej przekazuje impulsy z ciała.

Włoscy naukowcy z uniwersytetu w Weronie na polepszenie jakości seksu zalecają… wysokie obcasy. W piśmie „European Urology” opisali pewne zjawisko: kiedy kobieta zakłada wysokie szpilki, zmienia się statyka całej jej sylwetki. Kiepsko wychodzą na tym jej kolana czy kręgosłup, ale zdecydowanie korzysta miednica mniejsza. Jej mięśnie zostają zmuszone do wytężonej pracy, przez co intensywniej się kurczą. Włoscy naukowcy posunęli się nawet do stwierdzenia, że chodzenie na obcasach może być alternatywą dla ćwiczeń mięśni dna miednicy – zalecanych przez urologów w profilaktyce nietrzymania moczu, a przez seksuologów – w celu osiągania i intensyfikowania orgazmów. I choć inni naukowcy nie są może aż tak entuzjastyczni, jak ich włoscy koledzy, przyznają, że aktywizacja mięśni miednicy mniejszej rzeczywiście przekłada się na lepsze doznania w seksie. Jak wysokie szpilki sobie sprawić? Wystarczą obcasy o wysokości 5–7 cm, by zmusić miednicę do pracy.

Wibrująca rozkosz - czyli co kobiety lubią w łóżku?

Mężczyźni dostali gwarantowane orgazmy, ale kobietom natura podarowała jedyny organ służący wyłącznie do osiągania przyjemności: łechtaczkę. Jest niezwykle wrażliwa na stymulację, co zawdzięcza tzw. ciałkom Paciniego. Są to specjalne ciałka czuciowe, które zdaniem Kena Purvisa, autora książki „Tajniki orgazmu”, na łechtaczce występują niezwykle licznie. Nazywa je wręcz „czujnikami seksu”. Ciałka Paciniego jednak nie są przez cały czas tak samo aktywne. Kiedy atmosfera nie jest przesiąknięta erotyzmem, spokojnie czekają. Wtedy łechtaczka „obojętnieje”, czyli jest zdecydowanie mniej wrażliwa na dotyk. Jednak kiedy seks zaczyna wisieć w powietrzu, staje się  bardzo czuła. Dzieje się tak, ponieważ napływająca w okolice genitaliów krew przemieszcza ciałka Paciniego, popychając je bliżej naskórka, na zewnątrz – a wystarczy minimalna zmiana ich położenia (nawet o tysięczne części milimetra), by zaczęły działać jak szalone; gotowe na przyjmowanie i przewodzenie przyjemności.

– Ciałka Paciniego są niesłychanie wrażliwe na bodźce. Dlatego trzeba koniecznie wytłumaczyć partnerowi, że taki dotyk, jaki stosuje na początku, zanim kobieta się podnieci, stanie się za mocny, kiedy już do tego dojdzie – podkreśla seksuolog. – Wtedy może wręcz sprawiać ból. Łechtaczka stanie się bowiem przewrażliwiona.

W dążeniu do orgazmu sprawdza się taka kolejność: na początku pieszczoty dłonią, później delikatniejsze – na przykład oralne. Większość kobiet łatwo szczytuje podczas seksu oralnego właśnie ze względu na subtelność bodźców, o czym warto szepnąć słówko swojemu mężczyźnie. Arkadiusz Bilejczyk podpowiada, że ciałka Paciniego lubią jednostajne tempo doznań – a takie też łatwiej utrzymać kochankom pieszczącym partnerkę oralnie.

Zdarza się jednak, że podniecona kobieta czuje nadchodzącą rozkosz, a partner nagle zmienia intensywność ruchów, ich częstotliwość czy sposób, w jaki ją dotyka i… niestety, czar pryska.

– To dlatego, że drugą funkcją ciałek Paciniego jest wrażliwość na wibracje. Dla kobiety najlepsze są jednostajne ruchy w określonym tempie. Jakim? To już indywidualna sprawa. Dlatego dobrze by było, by partner wiedział, jaka częstotliwość dotyku podczas penetracji sprawia jego partnerce przyjemność – podkreśla seksuolog.

Wrażliwość na wibrację? Ta informacja może zapalić zielone światełko w departamencie „seksgadżety”. Bo – jak twierdzi Arkadiusz Bilejczyk – częstotliwość, na którą najbardziej wrażliwe są ciałka Paciniego, wykorzystywana jest właśnie w wibratorach. Dlatego nie grzech mieć w sypialnianej szufladzie wibrujący krążek czy na przykład nakładkę na palec, której można używać w parze lub solo. Oczywiście, jeśli ktoś lubi, toleruje i ma chęć, bo seks to jest ta cudowna sfera (kto wie, czy nie jedyna), w  której prawem naczelnym jest radość rozkoszy.

Nie zawsze gra wstępna

Wiele pisze się o tym, że kobiety potrzebują gry wstępnej. Otóż nie zawsze. Bywa, że więcej ciałek Paciniego gromadzi się w wargach sromowych i okolicach wejścia do pochwy niż w łechtaczce. Dlatego niektóre kobiety nie pragną wstępnych pieszczot, lecz od razu dążą do konkretów, bo dopiero penetracja sprawia im przyjemność.

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.

  1. Psychologia

Czułe słówka w sypialni. Jaki jest wasz erotyczny dialog?

Ważne jest, byśmy dbali o odpowiednią komunikację w seksie. (Fot. iStock)
Ważne jest, byśmy dbali o odpowiednią komunikację w seksie. (Fot. iStock)
- Źle dobrane słowo może sprawić, że u kobiety nastąpi blokada seksualna. Facet, który nie ma wyczucia i nie potrafi posługiwać się erotycznym słownikiem, pobudzać wyobraźni kobiety, potrafi ją skutecznie zniechęcić – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Jak mówią o seksie twoi pacjenci?
Językiem często z góry skazującym akt seksualny na klęskę, jeżeli w ogóle coś mówią. Przychodzą do mnie najczęściej dlatego, że nie potrafią stosować tego, co nazywamy dialogiem erotycznym. Albo uprawiają seks w milczeniu (co też jest katastrofą), albo używają słów, które zabijają podniecenie seksualne. Ludzi, którzy trafiają do gabinetów terapeutów, można uszeregować w grupy: pierwsza to tzw. niemoty seksualne – nic nie mówią, druga – ci, którzy mówią źle, trzecia grupa to gawędziarze erotyczni. Ci ostatni schematy prowadzonych rozmów zapożyczają z filmów porno, próbują te dialogi włączyć w seks, oczekując, że ten styl mówienia, z pominięciem oczekiwań i potrzeb drugiej strony, doprowadzi do tak zwanego sukcesu. Wbrew pozorom „gawędziarze” przeżywają seksualne katastrofy w łóżku podobnie do tych, którzy są „niemotami”. Jest jeszcze grupa osób odwiedzających gabinety psychologów, która przychodzi głównie po to, żeby zapytać, co dzieje się z partnerem, który w trakcie podniecenia zaczyna mówić dziwne słowa. Szczególnie w silnych stanach pobudzenia seksualnego zdarza się to u ludzi, którzy charakteryzują się cechami histerycznymi. Podczas seksu mogą u nich wystąpić zaburzenia świadomości. W stanach podniecenia seksualnego u osoby, która jest bardzo pobożna, nagle zaczynają się niekontrolowane krzyki, wulgaryzmy, pojawia się tzw. mowa rynsztokowa.

Podczas seksu najłatwiej przekraczać różne tabu.
Tu obowiązują dość proste zasady psychologiczne: przekraczanie tabu zawsze łączy się ze strachem i lękiem. Jeżeli przekracza się tabu i włącza się lekki strach, uruchomiony zostaje silniejszy mechanizm pobudzenia, podniecenia. Ośrodek lęku, strachu, agresji jest zlokalizowany w mózgu w pobliżu ośrodka seksu. Są pary, które zaczynają przekraczać to tabu: ponieważ na co dzień nigdy nie używają pewnych słów, sądzą, że są one zakazane. Jeżeli taka osoba nagle sięga po wulgaryzmy, właśnie przekracza tabu. Ta reakcja z jednej strony jest formą doświadczania lęku, jak to odbierze partner, ale może to być też katharsis, robienie czegoś, co człowiek zawsze miał ochotę zrobić, czegoś zakazanego i smakowania tego. Ci, którzy sięgają po mocne słowa w seksie, używają wyzwisk, wybierają najczęściej słowa nakazujące: „Rób mi to”. Zawsze wtedy trzeba się przyjrzeć, czy u tych ludzi nie występują zaburzenia preferencji seksualnych.

W seksie najczęściej ujawniają się skłonności sadomasochistyczne, które zazwyczaj są głęboko ukryte.
Jeżeli przyjrzymy się cechom osobowości sadomasochistycznej, to jest z nią trochę tak jak ze światłem, które regulujesz potencjometrem – ściemniasz albo rozjaśniasz. Jeżeli delikatnie rozjaśnisz, to masz delikatne objawy sadomasochistyczne. Jeśli mocniej: objawy są silniejsze. Jest też druga grupa. Należą do niej ci, którzy nie przychodzą do seksuologa, bo potrafią zbudować swój własny słownik erotyczny, sami wymyślają nazwy narządów płciowych i form czułości. Ci ludzie tworzą alfabet seksu, budują swój dialog erotyczny, posiadają zdolność komunikacji nie tylko seksualnej. To dotyczy wszystkiego, zarówno nazywania części ciała, jak i umiejętności opisywania swoich uczuć i doznań seksualnych w taki sposób, żeby partner mógł zrozumieć, w jakim stanie właśnie jestem, czego mi brakuje, by wejść w jeszcze większy stan uniesienia i by mogło dojść do orgazmu. To jest umiejętność demonstrowania przed partnerem w formie werbalnej i niewerbalnej stanu, w którym się znajduję, i nazywania tego stanu.

Czy ty w gabinecie uczysz pacjentów języka seksu?
Każdy terapeuta musi leczenie rozpocząć od sprawdzenia, czy para, która do niego przyszła po pomoc, potrafi komunikować się w seksie. Jeśli nie potrafi, to powinna się tego uczyć. Pomocne tu będą gry, symulacje, zadania, których używa się podczas spotkań z pacjentami po to, by mogli swobodnie między sobą się porozumiewać. Najczęściej stosowana zabawa polega na tym, że daje się im kartki papieru i mówi: „Wypiszcie słowa, które waszym zdaniem najbardziej podniecają partnera”.

Jakie są to zwykle określenia?
Jeżeli facet uważa, że partnerkę najbardziej podniecają słowa: „Kocham cię”, a ona pisze na swojej kartce, że najbardziej by ją podnieciło, gdyby usłyszała: „Zerżnij mnie”, to się rozminęli całkowicie. To zadanie pokazuje parze, czy zna swoje oczekiwania zwane „pieszczeniem za pomocą słów”.

Wiem, że leczysz też hipnozą.
Jeśli zapytasz, co robię, żeby drugiego człowieka wprowadzić w stan hipnozy, odpowiem – stosuję słowo. Jest w nim to, co związane z nośnikiem sugestii. Dobrze użyte słowo wywoła określoną reakcję w mózgu, określoną reakcję w ciele, a źle użyte tę reakcję zburzy. Para kochanków, szepcąc sobie określone słowa, posługuje się sugestią, czyli indukcją hipnotyczną.

Kobiety są wrażliwsze na słowo.
Ich mózg jest bardziej podatny na działanie wyobraźni, a słowo ma szczególną moc. Mężczyzna, jeśli chce sprawić kobiecie radość, pobudzić ją seksualnie, musi umieć dobrać odpowiednie słowo o treści seksualnej w zależności od tego, w jakim ona jest nastroju i jakie są okoliczności zbliżenia. Źle dobrane słowo może sprawić, że u kobiety nastąpi blokada seksualna. Facet, który nie ma wyczucia i nie potrafi posługiwać się erotycznym słownikiem, pobudzać erotycznej wyobraźni kobiety, potrafi ją skutecznie zablokować.

Często mówi się, że polski język ma duże braki w erotyce.
Po latach doświadczeń w pracy z pacjentami mogę powiedzieć, że nie jest to prawda. To kwestia dostatecznej odwagi, aby samemu i w parze tworzyć swój erotyczny słownik. Boimy się używania własnych określeń. Mowa polska ma wystarczająco dużo słów, które mogą być wspaniale wykorzystywane do erotyki, pod warunkiem że para jest zainteresowana budowaniem dialogu erotycznego. Też dlatego, że w języku polskim jest wiele zdrobnień i zmiękczeń.

Jednak zdecydowanie silniej mogą działać na wyobraźnię niedopowiedzenia, metafory, porównania. Dlaczego wulgarne określenia wypowiedziane publicznie powodują, że ludzie wybuchają śmiechem? Dlatego, że słowa związane z seksem mają silną moc działania sugestywnego. Jeżeli są publicznie wypowiedziane, ludzie chronią się przed podnieceniem seksualnym, reagując śmiechem. Tymczasem uważam, że mowa ludzka, też język polski, ma dostatecznie dużo słów, określeń, które do budowania dialogu erotycznego znakomicie się nadają.

W Japonii nie ma żartów seksualnych, bo tam seks nie kojarzy się z czymś wstydliwym, zakazanym, nie ma więc problemu wyboru między określeniem medycznym a wulgaryzmem. W naszej tradycji chrześcijańskiej seks jest tabu. Jesteśmy zaprogramowani kulturowo na problem z językiem.
Kilka lat temu seksuolog Alicja Długołęcka zaczęła posługiwać się w wywiadach terminem „cipka”. Tym określeniem próbuje zburzyć pewien stereotyp myślenia o kobiecych narządach płciowych wyłącznie w kategoriach języka medycznego. Prowadziła warsztaty, w których uczestniczą kobiety i uczą się wypowiadania słowa „cipka”, akceptowania go, ale też uczą się poznawania swego własnego narządu.

Tak, „cipka” wchodzi do języka jako słowo niewulgarne. Zdrobnienia osłabiają nawet mocne słowa. Wystarczy wyrzucić jedną literę i robi się „cipa”, słowo wulgarne i obrażające.
Bywa i śmiesznie, i tragikomicznie, kiedy polski słownik erotyczny pojawia się w sądzie. Określenia używane przez świadków powodują, że ja i sędziowie wybuchamy śmiechem, chociaż nam nie wypada. Ale seks i śmiech to zdrowie.

Krzysztof Korona psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. 

  1. Seks

Co mówi o nas sposób w jaki się kochamy?

Nasz seks to jest ogromny i fascynujący obszar do poznawania siebie, do osobistego rozwoju. (Fot. iStock)
Nasz seks to jest ogromny i fascynujący obszar do poznawania siebie, do osobistego rozwoju. (Fot. iStock)
Jeśli jakąś pozycję seksualną lubimy szczególnie, może być tak, że czegoś brakuje w naszym codziennym życiu, że jakiejś części siebie nie wyrażamy – mówi Karo Akabal, sex coach, założycielka sex & love school dla kobiet.

Jeśli jakąś pozycję seksualną lubimy szczególnie, może być tak, że czegoś brakuje w naszym codziennym życiu, że jakiejś części siebie nie wyrażamy – mówi Karo Akabal, sex coach. 

Usłyszałam kiedyś, że to, jak się kochamy, dużo o nas mówi.
Każdy z nas ma indywidualną tożsamość seksualną. Tyle że większość z nas – i kobiet, i mężczyzn – nie miała okazji, by swobodnie do niej dotrzeć. Dlatego naszym życiem seksualnym kierują głównie schematy. Obserwując swój seks, rozumiejąc, dlaczego coś nam sprawia przyjemność, możemy dowiedzieć się wiele o swoich przekonaniach, rozbroić je.

Zacznijmy więc od początku. Są kobiety, które mówią: „Seks na pierwszej randce? Nigdy!”. To oznaka braku wyzwolenia?
Odraczanie intymnego zbliżenia często wiąże się z przekonaniem, które mówi, że seks powinno się uprawiać z mężczyzną, z którym jesteś związana. Inaczej to się źle skończy, on cię odrzuci. A pożądania, zarówno kobiecego, jak i męskiego, nie da się wtłoczyć w żadne ramy. Nie ma znaczenia, czy mamy szansę na związek. Liczy się zapach, feromony, chwila. Jeśli mimo wszystko nie chcę mieć seksualnej bliskości z osobą, z którą nie będę mogła stworzyć związku, wtedy możemy mówić o stawianiu na jakość relacji.

A kobiety, które prowadzą swobodne życie seksualne? Mają kochanków na jedną noc?
Mając wielu partnerów, romansem potwierdzamy na przykład własną wartość. Żyjemy w kulturze, która określa wartość kobiety przez jej seksualną atrakcyjność. Duża liczba kontaktów seksualnych to czasem też ucieczka od lęku przed pustką. Ciągle się coś dzieje, przeżywamy nowe emocje. Zdarza się też, że to tęsknota za miłością. Wiele kobiet uważa, że seksualność jest tym, czym możemy przyciągnąć do siebie partnera, sprawić, żeby nas pokochał.

Wiele kobiet tak żyje, bo chcą, mówią: „To jest mój wybór”.
Oczywiście. Pracowałam z setkami kobiet i z mojego doświadczenia wynika, że w pewnym momencie każda z nich odkrywała, jak bardzo pragnie seksu. Chciały też miłości, sukcesów w pracy, ale i po prostu dobrego seksu. Kobiety świadome tego mogą tak żyć, mieć wielu partnerów seksualnych. Biorą za to odpowiedzialność, otwarcie mówią, że pożądanie, emocje, doświadczanie są dla nich ważniejsze niż stabilizacja i jeden partner. W naszym społeczeństwie taka postawa wciąż nie jest akceptowana, wymaga odwagi.

Gra wstępna co o nas mówi?
Gra wstępna istnieje po to, żeby budować napięcie, rozgrzewać. To też czas ogromnej bliskości z drugą osobą. Jeśli tego nie lubimy, to znak, że możemy mieć problem z akceptacją swojego ciała. Ale nie tylko o to może chodzić. Dla wielu kobiet podniecenie to utrata kontroli. Nad własnym ciałem, reakcjami, mimiką, fizjologią. Więc często te z nas, które lubią nad wszystkim panować, mieć poukładane, zaplanowane życie, też mogą nie lubić gry wstępnej.

Dużo pań przychodzi do ciebie, bo nie potrafią cieszyć się seksem z powodu tej kontroli?
Mnóstwo. Jesteśmy uczone, jak wyglądać na seksualnie pobudzoną, jak zachowywać się w łóżku. To się nijak ma do tego, co naprawdę dzieje się z naszym ciałem, gdy zaczynamy czuć pożądanie. Mamy więc opór przed własną fizjologią. Choć są kobiety, które bardzo szybko się podniecają. I one mogą od razu chcieć przejść do rzeczy, bo tego potrzebuje ich ciało.

Ale jak to rozpoznać? Nie lubię gry wstępnej, bo jestem zablokowana, mam obsesję kontroli czy szybko się podniecam?
Ciało jest cudownym przewodnikiem. Jeśli czujemy pożądanie, to znak, że jesteśmy gotowe iść dalej. Natomiast jeśli dotyk drażni, chcemy, żeby to się wszystko skończyło, to znaczy, że działają przekonania. Włączył się opór na doznania, pieszczoty, bliskość.

Przeczytałam w twojej książce zwierzenie mężatki: „Uprawiam seks raz na tydzień, bo wydaje mi się, że muszę. Nie lubię gry wstępnej, bo chcę to szybko skończyć”.
To już jest konsekwencja długoletniego życia seksualnego bez kontaktu z własnym ciałem i potrzebami. Wiele kobiet tak żyje, a przecież jeśli nie wiemy, czego pragniemy, prędzej czy później pojawia się osoba, która dotyka naszego czułego punktu, ukrytej nieuświadomionej potrzeby, i pęka seksualna zapora tworzona przez lata.

Jaka to może być potrzeba?
Kobiety po takich przeżyciach mówią: „To było jedno słowo, zapach, zachowanie. Jak to możliwe?”. Nasza seksualność budzi się już wtedy, kiedy jesteśmy dziećmi. I potem wszystko, co się w naszym życiu dzieje, ma na nią wpływ. To jest pamięć pierwszego podniecenia, zapach pierwszego chłopaka. Czasem to nie musi być związane z konkretną osobą. Na przykład kilkunastoletnia dziewczynka w gorącej kąpieli odkrywa, że jeśli skieruje w odpowiedni sposób prysznic na ciało, to coś się w niej budzi. Nie wie, co to jest, ale czuje przyjemność. Potem ktoś, tata, mama, starsza siostra, wchodzi przypadkiem do łazienki, widzi to i zamyka gwałtownie drzwi. Albo pyta: „Co ty wyprawiasz?”. Ona już więcej tego nie powtórzy, ale jej ciało zapamięta to doznanie. 20 lat później ta dziewczynka, już kobieta, jest w związku szczęśliwa, ale ma średni seks. Kocha się raz w tygodniu bez emocji, bardziej z przekonania, że jeśli nie będzie tego robić, mężczyzna sobie pójdzie. I ona nagle wyjeżdża z przyjaciółką, powiedzmy, do Hiszpanii. W przepięknym hotelu wchodzi do jacuzzi, obok niej siedzi przystojny Hiszpan. Ona jest zrelaksowana, rozluźniona i nagle te bąbelki zaczynają ją pieścić w intymnych miejscach. Co się dzieje? Odczuwa ogromną przyjemność. Ale nie połączy erotycznego podniecenia z wodą i ze wspomnieniami, swoje pragnienie ulokuje w Hiszpanie, który wygląda jak z romansu i też zwraca na nią uwagę. „Wreszcie spotkałam mężczyznę, który budzi we mnie to, czego nie budzi mąż. Jest chemia, wow, czuję to” – powie. Będzie się kochać z Hiszpanem bądź nie, ale zapamięta, że tamtego pragnęła, a męża nie.

Ona lubi pozycję na jeźdźca, bo tak się z nią kochał pierwszy partner albo najlepszy kochanek?
Może, ale niekoniecznie. Na pewno czytałaś te poradniki i teksty typu „powiedz mi, jaką pozycję wybierasz w łóżku, a powiem ci, kim jesteś”. Jest w tym ziarno prawdy. Na pewno, jeśli decydujemy się na łóżkowe eksperymenty, to mamy skłonność do ryzyka, chęć eksplorowania nowych rzeczy, w tym też seksualnych. Ale tu znowu musimy oddzielić prawdziwe pragnienia od przekonań. Bo możemy wybierać pozycje i kierować się nie swoimi pragnieniami, ale potrzebą pokazania się partnerowi w jakiś określony sposób.

To znaczy?
Czytamy artykuły o seksie, więc wiemy, że kobieta, która lubi pozycję na jeźdźca, jest namiętna, bierze sprawy w swoje ręce. Więc jeśli chcemy w taki sposób się komuś pokazać, to ją wybieramy. Prawda jest też taka, że kiedy energia seksualna płynie z nas, czujemy się bezpieczne, to każda z seksualnych pozycji może nam dać coś innego tu i teraz. Pozwoli poczuć różne rzeczy. Ludzie na przykład często lubią pozycję klasyczną, bo daje możliwość prawdziwej bliskości z partnerem. Całujemy się, czujemy ciężar drugiej osoby, patrzymy sobie w oczy. Chcemy tego, jeśli chcemy kontaktu z drugą osobą. Do tego dodajmy pewną dozę podległości, bo kobieta, która jest pod mężczyzną, ma mniejszą możliwość wpływania na sytuację. Podczas takiego seksu możemy dowiedzieć się też czegoś o sobie, sprawdzić, czy czujemy się z tym komfortowo.

A jeśli nie?
Warto się zastanowić, czy jesteśmy gotowe na bliskość i intymność z partnerem. Niechęć do takiej pozycji może też wynikać z chęci wyrwania się. Nasza potrzeba wolności jest tak ogromna, że w takiej pozycji wychodzi na jaw. To może także znaczyć, że teraz jest za mało wolności w naszym życiu. Albo za mało wolności w tej konkretnej relacji. Miałam kiedyś klientkę, która nie znosiła pozycji misjonarskiej. Podczas wspólnej pracy okazało się, że ona czuła się osaczana przez partnera w innych sferach życia. Kolejna sfera – seks – to już było dla niej za dużo. Są też kobiety, które nie lubią pozycji na jeźdźca, bo nie chcą znów przejmować kontroli w swoim związku, nie chcą za wszystko odpowiadać. Te pozycje seksualne pokazują więc też bardzo wyraźnie dynamikę w związku.

Są kobiety, które z kolei bardzo lubią seks od tyłu.
W seksie od tyłu mamy kontakt z czymś bardzo zwierzęcym. To jest połączenie z naszą pierwotną seksualnością. Tak zresztą ten rodzaj seksu kojarzy się w naszej kulturze. Seks od tyłu wyzwala energię, której nie wypada pokazywać w dzisiejszym świecie. Uosabia żądzę, instynkty, impulsy. To jest powód, dla którego wiele kobiet lubi tę pozycję i równie dużo jej nie lubi. W takiej dzikiej seksualności ludzie podążają za instynktem, tutaj nie ma za bardzo miejsca na relacje, bliskość, czułość, których też chcemy doświadczać w seksie. Kobiety szczególnie lubiące tę formę miłości chcą zwykle podążać za swoim ciałem, pragnieniami, nie tylko zresztą seksualnymi. Mają też potrzebę puszczenia kontroli i poddania się, bo w tej pozycji partnerka nie może za wiele zrobić. Jest jeszcze jedna rzecz związana z seksualnymi pozycjami. Jeśli jakąś preferujemy szczególnie, może być tak, że czegoś brakuje w naszym codziennym życiu, że jakiejś części siebie nie wyrażamy. Na przykład nie pokazujemy swojej uległości na co dzień, więc kochamy pozycję misjonarską, nie realizujemy potrzeby dominacji, więc dążymy do niej w łóżku, nie pozwalamy sobie na dzikość, więc kochamy „zwierzęcy” seks. Warto przeanalizować swoje życie seksualne i zastanowić się, czego nam brakuje w życiu. Może jeśli na coś pozwolimy sobie również poza łóżkiem, nasze życie stanie się bardziej satysfakcjonujące? A wtedy w seksie będziemy mogły sięgnąć po inne doświadczenia.

Mówi się, że otwartość to przekraczanie granic. A znam kobiety, które to robią, bo chcą zaimponować partnerowi, chcą być kochankami wyjątkowymi.
To jest dokładnie jak z pozycjami, wiemy, co pewne rzeczy w seksie znaczą, bo czytamy, oglądamy filmy, chcemy sprawiać jakieś wrażenie, więc sięgamy po odpowiednie narzędzie. Podobnie jest np. z BDSM. Takie praktyki seksualne zyskały w ciągu ostatnich lat ogromną popularność i uderzyły w nasze pragnienie spełnionego życia seksualnego.

Kiedy kobieta naprawdę świadomie tego chce?
Seks BDSM to jest przekraczanie uwarunkowań, w które wtłoczyła nas kultura, przekraczanie przekonań dotyczących nas samych. Doświadczenia na granicy bólu i przyjemności są tak intensywne, że wyrzucają nas z umysłu, pozwalają koncentrować się tylko na ciele. Możemy doświadczyć takiej ekstazy, na którą by nam nie pozwolił racjonalny umysł.

Co mówi o nas dawanie i branie? Znam kobiety, które wprost mówią: „To on się powinien starać w łóżku”. I inne, które mimo pozornej otwartości na branie dużo więcej dają.
Otwartość na branie czasem wynika z umiejętności brania, cieszenia się tym, co się dostaje. Taka kobieta potrafi się rozluźnić, poddać przyjemności. Z takiej perspektywy domaganie się zachodu ze strony partnera jest symbolem wysokiego poczucia własnej wartości. Z drugiej strony – może być też dowodem na egoizm i nieumiejętność dawania. Ona, mówiąc: „On musi się bardziej starać”, ukrywa niechęć i lęk przed fizjologią partnera, przed wchodzeniem w bliskość. Tutaj znów ciało daje podpowiedź. Jeśli jest tak, że ona, nic nie robiąc, osiąga ekstazę, to możemy mieć pewność, że to jest kobieta, która ma ogromny potencjał do przeżywania przyjemności. Tylko że zazwyczaj osoby, które potrafią przyjmować, potrafią też bardzo dużo dać. Hojność w braniu to hojność w dawaniu. Z kolei brak umiejętności brania na ogół pokazuje brak akceptacji ciała. To jest też lęk przed utratą kontroli, czasem złe doświadczenia. Z jednej strony to cudowne, gdy potrafimy dużo dawać. Dawanie komuś przyjemności jest też wspaniałą drogą do dawania sobie satysfakcji. Również do tego, żeby nasz związek był bliższy. Nasz seks to jest ogromny i fascynujący obszar do poznawania siebie, do osobistego rozwoju.

Karo Akabal edukatorka seksualna, coach, trenerka rozwoju osobistego w obszarze seksualności i komunikacji intymnej, autorka książek, założycielka Sex&Love School.