1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Miłość w sieci. Kocha, lubi, szanuje, a może… żartuje?

Miłość w sieci. Kocha, lubi, szanuje, a może… żartuje?

fot.123rf
fot.123rf
Konsumpcjonizm, hedonizm i przedmiotowość vs wyśniony związek, prawdziwe uczucie i odpowiedzialność za drugiego człowieka. Czy Internet jest wybawieniem XXI wieku w poszukiwaniu najbardziej pożądanego produktu o nazwie „miłość”?

Tekst: Justyna Bukowska-Kania i Aneta Kaluba

Wymiana uśmiechów, i ukradkowe spojrzenia, zaproszenie do kina, niby przypadkowe splecenie dłoni w drodze do domu, a pod drzwiami pierwszy niewinny pocałunek, niezapraszający do środka. Brzmi to wręcz kosmicznie, nierealnie i przede wszystkim - staromodnie. Gdzie szukać tych delikatnych motyli w brzuchu, kiedy czasy studiów dawno za nami, a niewinne zauroczenia to odległa przeszłość? Z pomocą przychodzą… algorytmy.

Internet zdaje się być wybawieniem dla poszukujących miłości. Szczegółowy test doboru par analizuje nasz profil i dobiera dla nas idealną drugą połówkę. Procent dopasowania określa na ile dana osoba jest nam przeznaczona i jak wysokie jest prawdopodobieństwo, że stanie się „tą jedyną”.

Wśród osób poszukujących miłości online przeważają internauci w wieku około 40 lat. Statystyki wskazują, że obecnie aż co czwarty Polak miał styczność z przynajmniej jednym portalem randkowym, których jest już w Polsce 48. Zapotrzebowanie na produkt jakim jest „miłość” zdecydowanie nie maleje, a dzisiejsze społeczeństwo w taki właśnie sposób radzi sobie z tworzeniem więzi międzyludzkich.

Konsumpcjonizm, przedmiotowość i szybka gratyfikacja

Powody, dla których niektórzy decydują się na szukanie miłości w sieci, mogą być bardzo różne. Jedni wierzą w przeznaczenie i szukają partnera do prawdziwego związku, innym zależy na akceptacji, uznaniu, atencji czy romansie. Są też tacy, którzy poszukują w sieci po prostu przygodnego seksu. Wielu osobom zdecydowanie łatwiej jest nawiązać kontakt online i prowadzić wirtualną konwersację, ponieważ są chronieni przez ścianę anonimowości, mają czas na przemyślenie swoich wypowiedzi i obmyślenie następnego kroku w tej trudnej grze, jaką jest flirt. Podczas bezpośredniego kontaktu o wiele trudniej jest nałożyć na siebie maskę, odgrywać jakąś rolę i kontrolować swój wizerunek - co jest typowe dla osób mniej pewnych siebie lub o niższym poczuciu własnej wartości.

Korzystając z randkowych portali, iluzorycznie możemy poczuć się bardziej dowartościowani. Liczne komplementy, perspektywa budowania związku, codzienne wiadomości od nowo poznanej osoby czy chociażby nowe „lajki” pod zdjęciami na Facebooku lub Instagramie podnoszą endorfiny - znane i pożądane hormony szczęścia. Te wszystkie, niby drobne, działania w Internecie dodają nie rzadko skrzydeł, potwierdzając naszą wartość zarówno w oczach internetowego przyjaciela jak i całej społeczności Web 2.0.

Hedonizm przewodnią doktryną szczęścia

Współcześnie hedonizm opanował każdy aspekt naszego życia, włącznie ze sferą uczuciową. Przyjemność stała się obecnie głównym wyznacznikiem szczęścia człowieka. Tymczasem bycie w związku i budowanie stałej, zaufanej relacji, to nie tylko momenty uniesień i samych radości, lecz także mnóstwo pracy i wspólne przechodzenie przez trudne chwile.

Decydując się na związek ze znajomości online, człowiekowi może pozornie wydawać się, że wybiera relację złożoną z wyłącznie pozytywnych aspektów. Internetowa więź często postrzegana jest jako pewnego rodzaju gwarancja uniknięcia wielu zobowiązań, które w naturalny sposób wynikają z bycia w związku w realnym świecie. Faktem jest, że bliskość emocjonalna i psychiczna jest dla większości z nas trudna. Wymaga nie tylko nieustannej pielęgnacji związku i pracy nad nim, ale także dojrzałości. Szybkie tempo życia i nadmiar codziennych obowiązków w połączeniu z wysokimi wymaganiami społeczeństwa powodują, że zostaje nam niewiele czasu i energii na zadbanie o relację. Często zatem żyjemy w pojedynkę - z praktyczności i źle pojętej „wygody”.

Brakuje czasu na prawdziwe poznawanie się, głębsze przyjrzenie się drugiemu człowiekowi, zrozumienie partnera i siebie samego w tej niełatwej relacji, jaką jest związek. Poświęcamy za mało uwagi i czasu na budowę solidnych fundamentów w miłości. Często więc bliskość zastępuje szybka konsumpcja, traktowana jako forma odreagowania stresu. Seks sam w sobie nie jest niczym złym, jednak od zbliżeń bez zobowiązań można się uzależnić – nie zapominajmy, że każda forma uzależnienia działa na nasz organizm niszcząco.

Mózg pod wpływem, czyli paniczny lęk przed samotnością

Na stan zakochania wpływ ma bez wątpienia fenyloetyloamina, czyli produkowany przez organizm związek przypominający amfetaminę. Wytwarzana jest ona w niektórych stanach emocjonalnych, przede wszystkim związanych z tak silnym uczuciem, jakim jest miłość. Nasza własna „amfetamina” jest odpowiedzialna za to, że patrzymy na druga osobę przez różowe okulary, idealizujemy ją i nie dostrzegamy wad. Hormon ten reguluje także podniecenie i pożądanie. Wystarczy jedno spojrzenie tej osoby, jej zapach, dotyk, a nawet samo wspomnienie o niej, aby zakochany człowiek momentalnie poczuł się pobudzony. Pojawia się rumieniec, szybsze bicie serca, nieopisane uczucie błogości. Osoby zakochane stają się odporne na głód, brak snu i inne niewygody. Obserwuje się u nich także fizyczną i psychiczną nadaktywność. Co ciekawe, pragnienie znalezienia swojej sympatii wynika często z lęku przed samotnością, który – choć nie zawsze świadomy - jest prawdziwą plagą XXI wieku.

Uzależnienie od bycia w związku kontra samotność z wyboru

Bycie z kimś ma obecnie na tyle duże znaczenie w społeczeństwie, że ogromna ilość osób uzależnia swoje osobiste szczęście od posiadania partnera. Osoby żyjące w pojedynkę, czyli dzisiejsi „single”, często mierzą się z niższym poczuciem własnej wartości lub brakiem wiary w siebie, co jest spowodowane permanentnym uczuciem samotności. Z tych powodów współcześnie obserwuje się zjawisko szukania miłości na siłę - wiązanie się z nieodpowiednimi partnerami tylko po to, aby z kimś po prostu być. Internet to medium, które poniekąd kreuje potrzebę tworzenia związków, sprzedając społeczeństwu produkt, jakim jest narzędzie szukania partnera przez portal randkowy.

Tymczasem niektórzy ludzie, wbrew opisanemu trendowi, celowo wybierają bycie singlem. Niejednokrotnie ta decyzja wynika bezpośrednio z wcześniejszych doświadczeń w  związku, który okazał się tylko bolesnym rozczarowaniem. Czasami jest to również efekt obrania pewnych priorytetów oraz ustalenia innej hierarchii wartości w swoim życiu, w której nie ma już miejsca na budowanie trwałych relacji. Życie w pojedynkę, o ile jest racjonalnym wyborem, a nie wynikiem stanu emocjonalnego, nie jest niczym złym.

Bliskości nie tworzy się na bazie „krótkoterminowych relacji” i związków bez zobowiązań. Będąc w internetowym związku powinniśmy znaleźć odpowiednią przestrzeń i czas, by  spotkać się w realnych warunkach, na płaszczyźnie człowiek - człowiek. Dopiero wówczas wchodzi w grę osławiona chemia.

Internet jest całkiem dobrym miejscem do nawiązywania nowych znajomości, zwłaszcza jeśli trudno o nie na żywo. Taką relację należy jednak jak najszybciej przenieść na tradycyjny grunt i zacząć na jej bazie budować prawdziwy związek, w którym możemy położyć głowę na ramieniu partnera po ciężkim dniu. Związek budowany na realnych fundamentach jest źródłem potężnej siły. Warto zatem dać sobie szansę, by taki  stworzyć.

Dr Justyna Bukowska-Kania – certyfikowany coach osobisty i rodzinny, właścicielka firmy coachingowo-szkoleniowej , trener rozwoju osobistego. Od ponad 10 lat realizuje swoją życiową misję, jaką jest wspomaganie kobiet w ich rozwoju oraz łączeniu roli mamy i żony, ze swoimi pasjami, pracą czy własnym biznesem. Odkąd sama została mamą, aktywnie pomaga również rodzicom w ich zmaganiach wychowawczych do czego zainspirowały ją jej dwie córki oraz zamiłowanie do rozwoju intelektualnego dzieci i młodzieży. Mama rocznej Antosi i trzyletniej Celinki, pasjonatka fotografii i kuchni tajskiej.

Mgr Aneta Kaluba – psycholog, terapeuta Racjonalnej Terapii Zachowań. Pracuje z osobami mającymi niskie poczucie własnej wartości, przeżywającymi trudności w relacjach z bliskimi, z cierpiącymi na różnego rodzaju zaburzenia lękowe, depresyjne czy psychosomatyczne. Prowadzi warsztaty związane z samooceną, pewnością siebie oraz obniżające negatywne emocje i stres. Prywatnie mama 9-letniej Nairy, zafascynowana możliwościami ludzkiego umysłu. Uwielbia wieczory z dobrą książką.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kolejny związek, te same błędy - czego oczekujemy od relacji?

Dlaczego w kolejnych związkach popełniamy ciągle te same błędy? Czego nie chcemy dostrzec w komunikacji z partnerem? (fot. iStock)
Dlaczego w kolejnych związkach popełniamy ciągle te same błędy? Czego nie chcemy dostrzec w komunikacji z partnerem? (fot. iStock)
Czy zdarzyło Ci się wpadać kolejny raz w tę samą rolę, mimo, że byłaś w związku z innym mężczyzną? Czy odważyłaś się zadać sobie pytanie z kim chcesz być i kim chcesz być w tej relacji? Brak czasu, tempo życia i chaos są „doskonałymi” wymówkami, które powodują popełnianie ciągle tych samych błędów.

Postaraj się zatrzymać i poświęcić sobie chwilę uwagi na to, by móc znaleźć w sobie odpowiedzi. Zapytaj siebie przede wszystkim, jaka relacja mogłaby Cię satysfakcjonować? Czy taka, w której to Ty jesteś dominatorem, czy w tej roli wolałabyś obsadzić partnera? Może właśnie taką relację przerabiałaś i masz dość ciągłego odświeżania atmosfery po kolejnym konfliktowym starciu? Może jesteś jedną z tych osób, która pragnie partnerstwa w związku? Tęsknisz za równomiernym podziałem obowiązków i przywilejów?

Doświadczenie pokazuje, że dostosowujemy swoje zachowanie do drugiej osoby wówczas, gdy uważamy to za korzystne dla nas. Jeśli uległością, spolegliwością wobec dominatora „kupimy” tak zwany święty spokój, wówczas kalkulujemy, że jest on dla nas korzystny i w taki sposób się zachowujemy. Ale czy “święty spokój” to jedyny produkt na jaki nas stać?

Zdolność zrozumienia innych osób i samego siebie ma ogromne znaczenie dla każdego człowieka. Zrozumienie swojego stylu komunikowania się z innymi, własnego stylu zachowań, reakcji na różnorakie wydarzenia – to klucz do satysfakcjonujących relacji z innymi. Wówczas nie popełniamy ciągle tych samych błędów lub popełniamy je w coraz mniejszym stopniu. Opierając się przykładowo na teorii czterech stylów społecznych (dominujący, ekspresywny, współpracujący, analityczny), można by sprecyzować kierunek swojej postawy w komunikowaniu się z otoczeniem. Warto zwrócić na nie uwagę w kontekście związków. Co cechuje osoby należące do poszczególnych typów? Jak wpływa to na komunikację?

Typ dominujący charakteryzuje się dość autorytarnym podejściem do relacji z drugim człowiekiem, zdecydowany i nie znoszący niekorzystnych dla niego kompromisów.

Typ ekspresywny to taki, który w sposób pełen ekspresji, czasem też chaotyczny, przedstawia swój punkt widzenia. Może w partnerze budzić odczucie zachwianego poczucia bezpieczeństwa.

Typ współpracujący to typ idealny dla osób, które pragną partnerskich relacji w związku. Ten styl społeczny charakteryzuje się ugodowością, równowagą emocjonalną i cierpliwością w realizacji obranego celu.

Typ analityczny to taki, który ujarzmi ekstrawertyka, pokaże mu inne aspekty danej sprawy i rzeczowo podejdzie do problemu, zazwyczaj bez emocji.

Prawda jest taka, że każdy z nas ma w swoim sposobie bycia elementy każdego z tych stylów. Ważne jest jednak poznanie nurtu przeważającego.

Nierozumienie różnic między ludźmi i założenie, że każdy powinien przyznać nam rację, zachowywać się i myśleć podobnie jak my jest przyczyną konfliktów na każdym polu, na którym ludzie wchodzą w jakiekolwiek interakcje. Stąd wiedza o sobie samym ma tak kluczowe znaczenie w relacjach i pomaga zdobywać wiedzę o innych.

Jeśli jesteś w kolejnym związku, w którym pełnisz rolę dominującą, a Twoje relacje z partnerem się pogarszają, może warto dostrzec oraz skomunikować wzajemne różnice. Warto z odwagą zadać sobie nawzajem pytania weryfikujące wasze odczucia związane z waszym związkiem, tj. „Co mogł(a)bym zmienić, abyś czuł(a) się ze mną dobrze?”; „Co Ty chciał(a)byś zmienić, abyśmy się lepiej rozumieli?”; „Kiedy przy mnie czujesz się sobą?”; „Kiedy czujesz, że musisz kupować tzw. “święty spokój” i w jakich sytuacjach ci to odpowiada, a w jakich nie?”

Nie ma jednej recepty na związek. Z pewnością mamy jednak podobne problemy, które można rozwiązać uniwersalnymi radami, ale z nałożeniem indywidualnego filtra. Z każdej lekcji, z której nie wyciągnęliśmy wniosków i nie odrobiliśmy zadania domowego, będziemy musieli odrobić lekcją wyrównawczą.

Zatem, aby nie popełniać ciągle tych samych błędów, odróbmy zadanie domowe z poprzedniej życiowej lekcji, a potem włóżmy je do bagażu doświadczeń, by nie zasłaniał tego, co przed nami.

Ewelina Jasik: propagatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Kinga, 35-letnia menedżerka w gigancie IT, uśmiecha się na zdjęciach z rajskiej wyspy. W tle lazurowe niebo, plaża, bujna roślinność. Wszędzie sama. Wyjechała tam dokładnie rok temu, ten jeden jedyny raz z chłopakiem, bo zawsze wyjeżdżała w pojedynkę. Kiedy wybuchła pandemia, on wrócił LOT-em do domu, ona postanowiła zostać. Wzięła zaległy urlop, potem bezpłatny, w międzyczasie odkryła nową pasję – fotografowanie i kręcenie filmików, które wrzuca do sieci, a na nich robi za przewodniczkę oprowadzającą wirtualnie po wyspie. Oferuje także organizację pobytów i pisanie reportaży. Tak ją poznaję. Reklamuje mi swoje usługi, ale opowiada także – najpierw między wierszami, potem wprost – o sobie. Wyłania się z tych opowieści portret młodej, atrakcyjnej kobiety, która nie może znaleźć miłości, ale tak naprawdę, nie wiedzieć czemu, przed nią ucieka. Inspiruje mnie do zajęcia się na naszych łamach ludźmi, którzy boją się bliskości. Okazuje się modelowym przykładem. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, a na dłużej nie ma nikogo. Miss klasy, obozów, roku. Wokół niej zawsze kręciło się wielu adoratorów. Każdego jednak bardzo szybko odstawiała na boczny tor. Opowiada z detalami, co było z nimi nie tak: – Jeden chłopak miał za duże dłonie, inny za głośno mówił, pamiętam takiego, którego zdyskwalifikowały zbyt wydatne usta. To dziwne, że to, co na początku mi nie przeszkadzało, a nawet mnie intrygowało, potem zaczynało wkurzać. Teraz, jak patrzę na tamtą siebie, to widzę, że interesowali mnie tylko faceci niedostępni, o których musiałam powalczyć. Ale jak tylko dali się zdobyć, od razu coś zaczynało mnie w nich drażnić. Więc mówiłam „do widzenia”. Chłopak, z którym wyjechała, naciskał, żeby zamieszkali razem, a ona oczami wyobraźni widziała wspólne życie jako więzienie, z którego nie ma ucieczki. – W sumie bardzo dobrze się stało, że tu zostałam – mówi. Bo ten czas okazał się dla mnie ratunkiem. Ale nie dlatego, że mogę być sama, tego nigdy tak naprawdę nie pragnęłam, tylko dlatego, że mam dużo czasu na przemyślenie swojego życia. Dzięki temu odkryłam, że wciąż uciekam. Jeszcze do końca nie wiem, co się za tym kryje, ale dzięki terapii powoli to odkrywam.

Jak najdalej

Lęk przed bliskością ma różne oblicza, różnie zresztą opisywane przez psychologów. Warto je poznać, bo wielu ludzi ich u siebie nie widzi. Psycholożka, psychoterapeutka i autorka książki „Jak nie bać się bliskości?” Stefanie Stahl opisuje je metaforycznie. Pierwszy typ ludzi z tym syndromem nazywa „myśliwymi”, bo są zainteresowani przede wszystkim uwodzeniem. Ale, jak pokazuje przykład Kingi, taka cecha nie jest tylko domeną mężczyzn. Myśliwi z jednej strony polują, więc ich życie naznaczone jest licznymi flirtami, romansami, nawet wieloma małżeństwami, z drugiej jednak – unikają trwałych związków. Potrafią być uroczy, pełni wdzięku, otwarci, ale także zimni i bezwzględni. Oczarowują, gdy tylko jednak „ofiara” wpadnie w ich sieć, wycofują się. Taka gra może się toczyć latami, zwłaszcza gdy „ofiara” też cierpi na lęk przed bliskością.

Drugi typ zyskał przydomek „księżniczka lub książę”. Ludzie ci mają bowiem silnie narcystyczne cechy charakteru. Zakochują się, i to często od pierwszego wejrzenia, jednak nie umieją dzielić codziennego życia z partnerem, akceptować jego słabości. Relacja według księżniczki i księcia musi być ekscytująca, dynamiczna, natomiast stabilizacja związku, a już nie daj Boże jakieś w nim problemy, to dla takich ludzi zagrożenie. Podobnie jak trwałe związki. Uciekają więc od nich jak najdalej. Za każdym razem rozglądają się za kimś, kto zapewni im ciekawe życie, kto podniesie ich poczucie wartości. Tak się jednak składa, że zawsze znajdują kogoś – ich zdaniem – niewłaściwego. Więc szukają od nowa.

Kolejny typ człowieka lękającego się związków, „murarz”, swoim zachowaniem mówi partnerowi: to ja dyktuję warunki. I odgradza się od niego murem. Stosuje w tym celu różne, czasem wyrafinowane strategie: oddaje się bez reszty pracy, pasjom, działalności społecznej. Romansuje, wybiera związki na odległość, manipuluje seksem: bywa powściągliwy, dawkuje zbliżenia, unika pójścia do łóżka. Nie lubi się do niczego zobowiązywać, zawsze pod ręką ma jakieś wymówki. Budując wokół siebie mury, utwierdza się w przekonaniu, że nikt go nie zrani. Nie dotknie. Nie złamie. A z tego przekonania płynie poczucie władzy. Bo to on ustala, kiedy chce być blisko, a kiedy nie. W relacji z takim człowiekiem nie ma miejsca na kompromisy, dogadywanie się. On podejmuje ostateczne decyzje, kropka.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. Tacy ludzie chcą pociągać za sznurki, decydować o tym, kiedy porozmawiają, kiedy dopuszczą partnera do siebie. Inną ich cechą wspólną jest unikanie trwałych związków. „Jeszcze nie jestem gotowy” – mówią. Autorka książki zauważa, że to zdanie wypowiadają wszystkie osoby z lękiem przed bliskością we wszystkich językach na całym świecie. W ten sposób pozostawiają sobie możliwość wyboru, jednocześnie zwodząc partnerów. Bo co oznacza to stwierdzenie? Tak naprawdę to dwa stwierdzenia w jednym: „teraz jeszcze nie jestem gotowy” oraz „ale, być może, kiedyś będę”. I to adresat tych słów ma zgadnąć, co autor chciał powiedzieć: „nie chcę trwałego związku” czy „może coś z tego jeszcze będzie”? Takich ludzi łączy jeszcze jedno – rozdarcie wewnętrzne, miotanie się, strach przed bliskością, bycie między „chcę i nie chcę”.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma) Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma)

W trybie offline

Inny znak rozpoznawczy silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Gdy zaczyna być pięknie, a relacja staje się naprawdę bliska. Zachowujemy się wtedy tak, jakby coś szeptało nam do ucha: „Uważaj, to wszystko się rozleci. Nie zobowiązuj się do niczego, nie bierz odpowiedzialności, bo a nuż za rogiem czeka ktoś lepszy. Jak się zwiążesz, stracisz wolność”. Albo: „Nie dorastasz partnerowi do pięt, więc twój związek nie ma szans”. Co to za głos? – To demony z dzieciństwa – odpowiada psycholog Jarosław Przybylski. Lęk przed bliskimi relacjami zależy w dużej mierze od tak zwanych bazowych relacji, czyli doświadczeń, jakie zdobyliśmy w pierwszych latach życia w kontakcie z matką, ojcem czy innym opiekunem. Wpływają one na to, czy nasz mózg kojarzy bliską więź z pewnością, bezpieczeństwem, miłością czy osamotnieniem, opuszczeniem, zagrożeniem. Najprościej rzecz ujmując, miłość, uwaga, troska i empatia budują nasze pierwotne zaufanie do ludzi. Brak miłości i uwagi wyposaża nas w poczucie, że świata i ludzi należy się bać. Ma to związek z tak zwanymi neuronami lustrzanymi, które wykształcają się w mózgu w pierwszych trzech latach życia i które pomagają odzwierciedlać zachowania tego, w kim się dziecko „przegląda” podczas wspólnie spędzanego czasu.

Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe style więzi tworzących się we wczesnym dzieciństwie. Pierwszy: bezpieczny, oparty na miłości, trosce, uwadze. Dorosła osoba z takim stylem przywiązania ufa partnerowi i sama czuje się z nim bezpiecznie. Drugi styl: lękowo-ambiwalentny ma swoje korzenie w niewystarczającej dawce uwagi i empatii, jaką dostaliśmy od rodziców. Partner z takim stylem przywiązania szuka miłości, ale nieustannie boi się jej utraty. I trzeci styl: unikający, wykształcony w odpowiedzi na zupełny brak troski w niemowlęctwie. W dorosłości przejawia się tym, że nie zależy nam na tworzeniu jakichkolwiek związków z ludźmi. Jarosław Przybylski: – Warto zauważyć, że doświadczeń z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. To dlatego nie wiążemy ich z naszymi obecnymi problemami. Ich źródeł szukamy gdzie indziej. Najczęściej jesteśmy przekonani, że winę za trudności ponosi partner, który nas tłamsi, zniewala. Tymczasem wczesne doświadczenia więzi zostały zapisane w naszej podświadomości i stamtąd sterują naszym zachowaniem. Psychologowie wiążą lęk przed bliskością z niskim poczuciem własnej wartości. Według Stefanie Stahl niska samoocena plasuje się w samym epicentrum tego lęku. Tacy ludzie boją się związków, bo boją się odrzucenia. Dla nich jako partnerów istnieją właściwie tylko dwie możliwe decyzje: zrobię wszystko, by nie zostać odrzuconym, albo od razu zrezygnuję z relacji. A wszystko po to, aby chronić swoje niestabilne poczucie własnej wartości. Osoby cierpiące na lęk przed więzią widzą w partnerze wroga, siebie natomiast postrzegają jako twierdzę, której trzeba bronić. I bronią. Poprzez ucieczkę, atak albo… udawanie martwego. Stefanie Stahl wyjaśnia, że „udawanie martwego”, przez psychologię nazywane dysocjacją, to dość powszechny, choć zakamuflowany odruch. Coś w rodzaju trybu offline. Taki jakby komunikat: „abonent chwilowo niedostępny”. Partner sprawia wrażenie nieobecnego, nawet kiedy siedzi obok. Co kryje się za takim zachowaniem? Próba obrony przed zagrożeniem, tu – przed bliskością. W chwili, gdy to zagrożenie jest zbyt duże, człowiek się wyłącza tak, jak przegrzane urządzenie elektryczne.

Jestem dorosła

Pokonanie lęku przed bliskością nie jest zadaniem łatwym. Wymaga głębokiej pracy nad sobą, najlepiej pod okiem psychoterapeuty. Dotarcia do źródła, czyli bazowych relacji. Szczerości z sobą samym. Cierpliwości i konsekwencji, bo demony z przeszłości mogą wracać. Psycholog Andrzej Gryżewski w książce „Niekochalni” pisze, że aby pozbyć się lęku przed bliskim związkiem, trzeba się ponownie urodzić. Według Stefanie Stahl zacząć trzeba od rozpoznania tego, co się ze mną dzieje. Dostrzec, że w ogóle odczuwam lęk przed relacją, i dlatego na wszelkie sposoby ją udaremniam. Już samo odkrycie tego, że boję się związków, może okazać się dla mnie uzdrawiające. Może też uzdrowić relację, bo kiedy zrozumiem, że mam problem, przestanę go szukać w partnerze. – W tym obszarze nie ma cudownych rozwiązań – mówi Jarosław Przybylski. – Praca nad lękiem przed bliskością to tak naprawdę praca nad wieloma lękami: przed odrzuceniem, zranieniem, zależnością, zaangażowaniem, otwarciem się na drugiego człowieka. A przede wszystkim to praca nad lękiem przed byciem sobą. Bo ludzie bojący się bliskiej relacji z innymi boją się też prawdziwego siebie. Zacząć trzeba więc od zbudowania dobrej relacji z sobą samym. Stefanie Stahl proponuje: porozmawiaj ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wytłumacz mu, że jest sprawcze, że może negocjować, ma wpływ na relację, może osiągać kompromisy. I że nie musi uparcie siadać w kącie i się dąsać. Wewnętrzne dziecko ma usłyszeć, że między naginaniem się do innych i całkowitą rezygnacją z siebie a radykalną bezkompromisowością istnieje spore pole do innych reakcji. Kinga: – Dla mnie przełomowe okazało się ćwiczenie, jakie zadała mi moja psychoterapeutka. Miałam usiąść przed lustrem, poprzyglądać się sobie, pouśmiechać, pogadać. Głupie to, pomyślałam. Ale dobra, usiadłam. Stroję miny, marszczę czoło, zamykam jedno oko, cmokam, podśpiewuję. I dalej nie wiem, co ma z tego wynikać. „A kogo zobaczyłaś?” – pyta mnie potem psychoterapeutka. „Dziewczynę z pierwszymi zmarszczkami” – odpowiadam. „No właśnie, jesteś dorosła” – ona na to. Czyli nie bezsilna ani nie bezwolna. To ty decydujesz o sobie. Możesz więc zadecydować, że przestajesz uciekać. Od roku siedzę w miejscu, na pewno nie uciekam przed sobą. Na początek dobre i to.

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

O randkowaniu w dobie pandemii

Największą popularnością cieszą się serwisy randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę bliskości fizycznej, za którą w końcu w pandemii najbardziej tęsknimy. (Fot. iStock)
Największą popularnością cieszą się serwisy randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę bliskości fizycznej, za którą w końcu w pandemii najbardziej tęsknimy. (Fot. iStock)
Czaty zamiast spotkań, rozmowy wideo w miejsce trzymania się za ręce i czułego patrzenia w oczy, przyjaźń bezpieczniejsza od seksu – to kolejny etap pandemicznej rzeczywistości. O randkowaniu dobie pandemii pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Agnieszka wybrała mnie, bo spodobała jej się terapia jednego spotkania. Nigdy wcześniej nie korzystała z pomocy terapeuty – jak twierdzi, nie miała takiej potrzeby, była zdrowa jak ryba, pełna energii, radosna i z ogromnym apetytem na życie. Przez telefon zapytała, czy to prawda, że w dobie pandemii trafia mi się coraz więcej „czubów”. To miał być żart, ale czułam, że to śmiech przez łzy. Jak wiele innych kobiet sukcesu i singielek, Aga przed pandemią dużo pracowała, a po pracy uprawiała sport, podróżowała i była bardzo aktywna towarzysko. Żyła pełnią życia. I nagle to wszystko zniknęło. Po kilku miesiącach izolacji lęk przed wirusem zmniejszył się, za to pojawiła się samotność odczuwana niemal fizycznie.

Krok 1. Okazuje się, że tak naprawdę chodzi o wolność

– Jestem wściekła, że nie możemy spotkać się w realu – powiedziała na powitanie. – Nie mogę już patrzeć w ten cholerny monitor, który ma mi zastąpić cały świat. Nie myśl sobie, że to depresja, ale chwilami naprawdę mam już dość.

W trakcie sesji wiele razy usłyszałam zapewnienie, że na pewno nie ma depresji, jej wściekłość i smutek mieszały się jak składniki koktajlu, czułam, że sama nie wie, w którym momencie jest bardziej zła, a w którym smutna. Nie pozwalała dojść mi do głosu przez pierwsze 10 minut, próbowała mi (a może sobie) udowodnić, że wbrew wszystkiemu świetnie sobie radzi.

– Pracuję wcale nie mniej niż zwykle, ćwiczę może nawet więcej niż kiedykolwiek, nawet zaczęłam sesje jogi: jeden na jeden, bo zajęcia grupowe online to nie dla mnie. Muszę ćwiczyć w swoim tempie i mieć od razu informację zwrotną od instruktorki, żeby na bieżąco korygować błędy. Chodzę też na spacery, gadam ze znajomymi, raz w tygodniu spotykaliśmy się na drinka, na Zoomie. Wyobrażasz sobie? – Spotykaliście się? – chcę się upewnić, że czas przeszły nie był pomyłką. – Tak, od marca do maja, potem otworzyli knajpy i znowu było prawie normalnie. – Prawie? – No wiesz, te maski na paszczy i stukanie się łokciami albo butami. Nie uważasz, że to trochę dziwne? Wszyscy byliśmy coraz bardziej zmęczeni, towarzystwo zaczęło się wykruszać.

Pandemia w każdym obudziła naturalny lęk przed nieznanym. Nasze mózgi nie potrafiły uporać się z tym, że rzeczywistość tak diametralnie się zmieniła. Konieczność adaptacji, czyli wytworzenia nowych połączeń neuronów pochłania naprawdę mnóstwo energii. Nic dziwnego, że czasami nie starcza jej na nic więcej. Jednak potrzeba relacji i bycia w grupie, co jest również energochłonne, wcale nie zniknęła, a raczej się nasiliła. Drugi człowiek często jest najlepszym remedium na lęk, ale w dobie pandemii może również stać się silnym generatorem lęku o własne zdrowie i życie. Taka ambiwalencja niesie ryzyko poważnych problemów emocjonalnych.

Wiedziałam, że przede wszystkim muszę pozwolić Adze się wygadać, uwolnić te, często nieprzyjemne, odczucia i myśli, które kłębiły się w jej głowie.

– Rozumiem, że to musiało być dla ciebie trudne. Widzę, że sobie świetnie radzisz, ale sytuacja dotycząca ograniczeń pandemicznych zmienia się stale, nasilając odczucie chaosu i dezorientacji. – Już od czerwca całą paczką przesiadywaliśmy w knajpach jak długo się dało – Aga uparcie wraca do letnich miesięcy, kiedy bywało „prawie normalnie”. – Na wakacje też wyjechałam, nie dałam się zamknąć, byłam na żaglach ze znajomymi, a potem z przyjaciółką wyskoczyłam na przedłużony weekend do Amsterdamu. W końcu to miasto wolności. – Uważasz, że tu chodzi przede wszystkim o wolność? – spytałam.

Krok 2. Próbujemy ustalić, czego Agnieszce teraz najbardziej brakuje

Emocjonalna huśtawka Agnieszki sprawia, że ciągle nie udaje nam się nazwać jej problemu. Wiem, że brakuje jej spotkań towarzyskich, nowych znajomości. Wszystkim nam tego brakuje. Aga jest singielką, bycie singlem w czasie pandemii musi być trudne, zwłaszcza dla ekstrawertyków, którzy uwielbiają spędzać czas w towarzystwie.

– Czego najbardziej ci brakuje? – Przed pandemią prawie wyłącznie pracowałam i balowałam. Do domu przychodziłam tylko po to, żeby się przespać, no poza nocami, które spędzałam z facetami gdzie indziej.

Zauważyłam, że po raz pierwszy porusza temat intymności, mam ochotę zapytać ją o związki miłosne, ale gryzę się w język, a ona kontynuuje: – Często tęskniłam, żeby chociaż jeden wieczór spędzić we własnych czterech kątach, chociaż jeden weekend. Tak po domowemu: zjeść śniadanie w piżamie, potem wziąć długą kąpiel, przebrać się w wygodny dres albo nawet zostać w piżamie i wrócić do łóżka czy położyć się z książką na kanapę i przykryć kocem.

No i moje marzenie się spełniło.

Jak ci się podoba mój gustowny dres? Od pół roku z niego nie wychodzę.

– Czego najbardziej ci brakuje? – ponawiam pytanie. – Normalności. Przerażają mnie ci wszyscy kolesie, którzy kiedyś zakładali się o skrzynkę piwa, że wyskoczą z pędzącego samochodu, a dziś boją się nawet podać rękę na powitanie. Myśmy wszyscy całowali się na dzień dobry, z niektórymi zdarzało się, że to było coś więcej niż zwykły pocałunek, czasami nawet taka przyjaźń z bonusem – mówiąc to, Aga przygląda mi się uważnie. – Ostatni raz uprawiałam seks ponad pół roku temu, na wakacjach i nie z Polakiem, obcokrajowcy są bardziej odważni. – Brakuje ci intymności? – Intymność kojarzy mi się ze stałą relacją. Nie mam jeszcze ochoty na nic poważnego. Niezobowiązujące randki, partnerzy na jedną noc – do tej pory tak żyłam i bardzo mi się to podobało. Uważasz, że to coś złego? – Nie oceniam twojego zachowania. Zastanawiam się, czego ci brakuje i czy możesz to mieć w dobie pandemii. – „Tego” raczej nie – Agata stara się, żeby brzmiało to zabawnie, ale wyszło raczej żałośnie. – Dziś nawet na portalach nastawionych wyłącznie na seks ludzie chcą się przyjaźnić, a nie bzykać. Ostatnio jeden koleś zapytał, czy robiłam sobie test na COVID.

Zakażenie się w trakcie stosunku prawdopodobnie nie jest możliwe, ponieważ do tej pory koronawirus nie został wykryty ani w nasieniu, ani w wydzielinie z pochwy. Jedynie w ślinie. Najlepiej jednak mieć jednego partnera seksualnego, przynajmniej tak zalecają lekarze. Ale dla większości młodych ludzi seks z nowymi osobami jest regularną częścią życia. Dziś to już nie takie proste. Czy można i jak znaleźć złoty środek między całkowitą abstynencją a bezmyślną pobłażliwością?

Krok 3. Randki i seks w dobie pandemii wymagają dużo odwagi

Kiedy rzucam, że może coś „bardziej stałego” byłoby jakimś wyjściem, Aga stwierdza, że wcale nie wie, czy chce mieć rodzinę, a jeśli już – to za parę lat. Jest przekonana, że dla niej za wcześnie na jakąkolwiek stabilizację. Za miesiąc skończy 25 lat i bycie singlem to jej styl życia.

– Jeśli twierdzisz, że coś stałego to remedium na intymność w pandemii, to jesteś w błędzie. Mam kilkoro znajomych, którzy są we w miarę stałych zobowiązaniach (jestem zaskoczona jak dziwnej nazwy użyła), na przykład jedna moja kumpela ma narzeczonego Włocha, widzieli się ostatnio w wakacje, po pojawieniu się drugiej fali koleś zamknął się w domu i odmawia kontaktu. Druga ma chłopaka lekarza, który pracuje na oddziale covidowym i od września znowu nie mieszkają razem, a od marca nie uprawiali seksu, bo on nie chce jej zarazić. No i jest jeszcze moja najbliższa przyjaciółka, ta to ma przerąbane – jej facet ma żonę i dziecko. Domyślasz się, że od początku pandemii siedzi zamknięty jak skazaniec z rodzinką. Raz nawet udało im się spotkać, ale nawet nie zdjął maseczki, Olka płakała chyba z tydzień. – Masz pomysł, czy i jak można poznawać nowych ludzi w dobie pandemii? – Pytasz mnie o randki w czasach zarazy? Brzmi fajnie, ale raczej jako tytuł filmu albo książki. Nie mam pojęcia, jak ludzie to robią, u mnie w zasadzie w tym temacie posucha.

Czy da się randkować z widmem koronawirusa za plecami? A jeśli tak, to w jaki sposób? Okazało się, że dziś największą popularnością cieszą się serwisy i aplikacje randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie, pewnie też dlatego, że chcą się lepiej poznać, nabrać zaufania. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę fizycznej bliskości, w końcu za tym w pandemii najbardziej tęsknimy. Nie ma niczego złego w tym, że decydując się na spotkanie, chcemy dowiedzieć się o tej osobie jak najwięcej, np. czy nosi maseczkę, czy pracuje zdalnie, czy często spotyka się z innymi ludźmi, czy wyjeżdżała ostatnio za granicę.

– Przy tym ostatnim razie, o którym mówiłam, nie było wielkiego romantyzmu, poszliśmy na piwo, a potem on spytał, czy idziemy do niego, czy do mnie. – Z tego co opowiadasz, wcześniej w podobny sposób realizowałaś swoją potrzebę intymności. – Zgoda, ale dziś wymaga to dużej odwagi.

Krok 4. Jak będzie, gdy pandemia już się skończy?

Nasza sesja powoli dobiega końca. Agnieszka chyba zaufała mi na tyle, na ile była w stanie.

– Mam nadzieję, że nie za bardzo wylewałam na ciebie te swoje gorzkie żale. Cieszę się, że mogłam to zrobić. Chyba lżej mi na duszy. Czy żałuję, że nie mam stałego związku, który sprawdziłby się w dobie pandemii? Absolutnie nie. Jakoś sobie poradzę, na razie sama. Mam w szafce przy łóżku sporo zabawek dla dorosłych.

Agnieszka bardziej boi się tego, co będzie po pandemii. – Jeden koleś z Tindera umówił się ze mną na randkę po tym, jak pandemia się skończy. Powiedziałam mu, że wtedy mogę być już za stara na randki.

Rozmawiamy o tym, że kiedy już to wszystko minie, prawdopodobnie nie wyjdziemy wszyscy na ulicę i nie będziemy rzucać się sobie w ramiona.

– Może zaszczepieni będą kochać się tylko z zaszczepionymi? – i znowu słyszę ten śmiech przez łzy... – A jak byś chciała, żeby było? Zamknij oczy i spróbuj to sobie wyobrazić…

Autoterapia dla randkujących w dobie pandemii

Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, czego tak naprawdę najbardziej ci brakuje: spotkań towarzyskich, poznawania nowych ludzi, randek, a może kontaktów intymnych? Dopiero kiedy zrozumiesz, za czym tęsknisz i czego potrzebujesz, będziesz mógł zastanowić się, czy i jak można to zrealizować w dobie pandemii.
  • Bądź szczery z samym sobą: nie ukrywaj swoich obaw czy lęków, nie zgrywaj bohatera. Nie masz się czego wstydzić, masz prawo rozmawiać o wirusie, o swoich obawach, o swoich warunkach, o bezpieczeństwie swojego zdrowia i życia. Kontaktuj się z ludźmi w taki sposób, żeby to było przyjemnością, a nie powodem dodatkowego stresu.
  • Pandemia działa jak papierek lakmusowy. Jeśli ktoś nie traktuje tego poważnie i przede wszystkim zupełnie inaczej niż ty, to może oznaczać, że kiepsko u niego z empatią i myśleniem o potrzebach innych ludzi. Daj sobie spokój z taką osobą.
  • Pandemia zbliża osoby poszukujące miłości. Ludzie kontaktują się w taki sposób, w jaki jest to teraz możliwe. Coraz więcej aplikacji randkowych wprowadza opcje wideo na żywo. Wirtualni randkowicze pragną się lepiej poznać, są na siebie bardziej uważni, szukają przyjaźni, bo na razie jest ona bezpieczniejsza niż miłość. Korzystaj z tego, zamiast koncentrować się jedynie na tym, co zabrała ci pandemia.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.