1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Pięć języków miłości Gary’ego Chapmana

Pięć języków miłości Gary’ego Chapmana

fot.123rf
fot.123rf
Oprócz tego, że każdy z nas jest inny, a w parze różni nas także płeć, to każdy z nas ma również swój indywidualny język miłości – czyli sposób, w jaki wyraża uczucia.

Doktor Gary Chapman przez ponad 30 lat zajmował się doradzaniem małżonkom, którzy gubili się we wzajemnym rozpoznaniu języków miłości. O jego skuteczności może świadczyć fakt, że książki Chapmana są dziś polecane na większości kursów przedmałżeńskich. Zdaniem dr. Chapmana kluczem do szczęścia w związku jest wiedzieć, jaki język miłości preferuje nasz ukochany, i w tym języku się z nim porozumiewać, oraz przekazać mu, jaki język najlepiej trafia do ciebie. Dlatego wspólnie zastanówcie się, który z poniższych sposobów mówienia „Kocham”, najbardziej cię karmi:

Wyrażenia afirmatywne
– czyli słowa uznania oraz deklaracje uczuć. Ale chodzi tylko o szczere słowa uznania i pochwały, nie pochlebstwa!

Podarunki
– wbrew pozorom osoby preferujące podarunki wcale nie są nastawione materialistycznie. Im chodzi o prezenty, które coś znaczą, są wyrazem pamięci o dacie, jak i miejscu spotkania, poznania czy ważnego przeżycia.

Dobry czas
– dalekie podróże, kino, teatr, romantyczna kolacja w restauracji – wszystko to bardzo przyjemne, ale niektórym chodzi po prostu o wspólnie spędzony czas. O poświęcenie im uwagi, wysłuchanie, zrobienie razem nawet najprostszych codziennych czynności. Obiad może być domowy, byle bez logowania się na Facebooku w jego trakcie.

Drobne przysługi
– pada śnieg, a on wymienił ci opony na zimowe; zaspałaś i nie zdążyłaś zjeść, ale on spakował ci drugie śniadanie do pracy – drobne przysługi są jak potwierdzenie, że nie liczą się słowa, a czyny. Warunek jest jeden, pomoc ta musi być świadczona z życzliwością i ochotą, a najwięcej ceniona jest ta, o którą nawet nie trzeba prosić.

Dotyk
– pocałunek, przytulenie, trzymanie za rękę, siedzenie blisko, nawet jeśli obydwoje zajmujecie się czymś innym. Dla wielu osób to kwintesencja bycia razem. Są spragnieni miłości okazywanej przez czułość. Pamiętajcie, że do każdego przemawia na ogół więcej niż jeden język miłości. Dlatego dla pełni szczęścia na co dzień warto sięgać po każdy z pięciu języków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczerość daje nam siłę - dlaczego tak mało jej w obecnym świecie?

Ilustr. Aleksandra Morawiak
Ilustr. Aleksandra Morawiak
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Naszą codzienność wypełniają na ogół relacje powierzchowne i mało satysfakcjonujące. Czy zdobędziemy się na szczerość, żeby je pogłębić?

Czy w świecie, w którym żyjemy, możliwa jest szczerość? Podziwiamy ludzi, którzy w sposób spójny i przejrzysty komunikują się ze sobą i z innymi. A jednocześnie cenimy nowe technologie, które dają narzędzia do prezentowania światu poprawionego wizerunku siebie. Skupiamy się raczej na korzyściach płynących z pozycji, jaką zajmujemy w społeczeństwie, niż na szczerości opartej na wewnętrznej prawdzie uczuć.

Szczerość nie jest łatwa w świecie, w którym musimy zachować pracę. Naszym największym narodowym lękiem – jak pokazują badania – jest właśnie utrata pracy. Zdecydowana większość polskich firm to instytucje hierarchiczne, a często nawet feudalne. Te struktury, do których musimy się dopasować, tworzą urazy, gorycz i konflikty, o których rzadko mówimy otwarcie. Obawiamy się, że zostaniemy zwolnieni, staniemy się obiektem plotek albo stracimy przyjaciół. Wolimy milczeć albo uśmiechamy się pomimo wewnętrznej irytacji i złości. Umiejętność maskowania uczuć staje się przydatnym narzędziem społecznym.

Często też naszą codzienność wypełniają powierzchowne relacje pozbawione wzajemnego zrozumienia. Czujemy się bezsilni, miotani przez okoliczności zewnętrzne. Tracimy poczucie sprawczości, energię do życia, witalność i radość. Jednak wiele się zmienia. Istnieją firmy, tak zwane turkusowe organizacje, które właśnie na szczerości budują własną siłę, dzięki czemu osiągają niestandardowe sukcesy. Wiele organizacji pozarządowych, instytucji pożytku publicznego oraz systemów edukacyjnych, opartych na nowej świadomości twórczego współistnienia, szczerość i przejrzystość traktują jako warunek swojego istnienia.

Potrzebujemy szczerości. Potrzebujemy przyjacielskich, empatycznych związków, w których czujemy się widziani, słyszani, rozumiani i akceptowani bez warunków. Potrzebujemy uczciwości w życiu publicznym i społecznym, ponieważ szczerość uwalnia i rozwija potencjał, któremu dotąd nie pozwalaliśmy istnieć. Szczerość przemienia nas i świat, który staje się bogatszy o nowe możliwości. Szczerość nas spełnia; sprawia, że czujemy się ożywieni i silni.

Ta podróż zaczyna się od szczerości ze sobą. Możemy być ze sobą szczerzy, gdy siebie znamy; wiemy, co właśnie w tym momencie myślimy i czujemy, co się w nas dzieje, czego pragniemy. Możemy szczerze wyrażać siebie, gdy jesteśmy świadomi swoich potrzeb i granic. Możemy jasno komunikować, co ma dla nas znaczenie, gdy słuchamy wewnętrznego głosu, ufamy mu i podążając za nim, podejmujemy samodzielne decyzje.

Co czuję właśnie w tym momencie? Zadowolenie, satysfakcję, złość, gniew, niepewność? Czego potrzebuję? Więcej spokoju, troski o siebie? W jaki sposób czuję swoje granice i jak je określę wobec innych? To początek praktykowania szczerości. Wtedy znacznie swobodniej przyjdzie nam wyrażać, co czujemy wobec innych: partnera, dzieci, przyjaciół, współpracowników. Wtedy intencją będą porozumienie i dobro wszystkich, a nie kompulsywne wyrzucanie z siebie niekontrolowanych emocji. Zaczniemy traktować ludzi tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Szczerość wobec innych wydarza się w relacji. To nie jest jednorazowy akt. Wymaga czasu, zaangażowania i odwagi, a także zaufania, że druga osoba jest w stanie ją przyjąć. Zaczyna się od słuchania, zrozumienia i troski.

To, co w nas nieuświadomione i niewyrażone, łatwo zamienia się w osądy i uprzedzenia. Dlatego to od szczerości ze sobą (a potem w konsekwencji z innymi) zaczynają się zdrowe, oparte na zaufaniu relacje wspólnotowe i społeczne. Szczerość jest siłą napędową rozwoju. Jest szansą dla nas wszystkich.

  1. Psychologia

Na czym polega prawdziwa bliskość w związku? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
O intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać.
Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza?
Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu…
Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej  bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego?
Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość.
Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj  intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością?
Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć?
Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne.
Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku!
Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość?
Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom?
Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią?
Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem?
Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest  wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów.
To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

  1. Styl Życia

Medytacja uważności – słuchaj swojego ciała

Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jesteś zrelaksowana i skupiona na chwili obecnej, łatwiej odczytujesz odpowiedzi, jakie daje twoje ciało. Wtedy usłyszysz zarówno jego „tak”, jak i „nie”.

Bardzo ważnym aspektem w wielu tradycyjnych ścieżkach medytacyjnych są medytacje uważnościowe, związane z doświadczeniem zmysłowym. Poniżej przedstawiam „instrukcję obsługi” jednej z nich, pozwoli ci oczyścić umysł, uspokoić się, zrelaksować, ale też wejść mocniej w kontakt ze swoimi doświadczeniami zmysłowymi, jednocześnie się nie rozpraszając.

Tradycyjnie poniższą technikę stosuje się jako przygotowanie do innych form medytacji lub po prostu do zwiększania swojej wrażliwości zmysłowej, która jest przecież tak ważnym aspektem naszego doświadczenia zmysłowego w życiu codziennym. Ale ty możesz skorzystać z niej, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji.

Medytacja uważności

Połóż się lub usiądź tak, aby nic nie rozpraszało twojej uwagi ani cię nie uwierało. Oddychaj swobodnie, spokojnie, miarowo...

Zamknij oczy. Rozluźnij się. Polecenia realizuj, kontaktując się ze swoim ciałem. Nic sobie nie tłumacz, nie usiłuj odpowiadać na żadne pytania. Bądź obecna w aktualnym doświadczeniu, nie oceniaj go, nie etykietuj wrażeń.

Najpierw

…skieruj swoją uwagę na to, jak odczuwasz kontakt swojego ciała z podłożem. Przeskanuj całą powierzchnię tyłu ciała, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie. Skoncentruj się na tych odczuciach. Zatrzymaj strumień uwagi na każdym miejscu, aż odczucie będzie wyraźniejsze. Obserwuj, czy ciało „rozlewa się” po podłożu, czy też dotyka podłoża punktowo.

Nie oceniaj obserwowanych wrażeń ani nawet nie nazywaj ich. Po prostu bądź obecna.

Teraz

…poczuj, jak dotykają twojego ciała: ubrania, kolczyki, zegarek, biżuteria. Skoncentruj się przez moment na tych wrażeniach. Przeskanuj ciało w pewnym porządku, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie, podobnie jak przed chwilą.

Porzuć obserwację doświadczeń dotykowych, by zwiększyć świadomość w zakresie zmysłu słuchu. Uwrażliw się na wrażenia dźwiękowe – odgłosy ze swojego organizmu, z pomieszczenia, w którym jesteś, ale też zza drzwi i okien. Nie wyszukuj aktywnie wrażeń, nie nazywaj dźwięków, po prostu bądź bardziej świadoma procesu słyszenia.

Skoncentruj się na węchu. Porównaj, jak powietrze wpływa i wypływa lewym i prawym nozdrzem... Poczuj, czy jest wilgotne, czy suche... ciepłe czy zimne... Zwróć uwagę, czy takie same wrażenia odczuwasz przy wdechach i wydechach. Bądź przez chwilę świadoma zapachów w pomieszczeniu, w którym jesteś.

Na chwilę

…otwórz oczy, ale niech nadal będą rozluźnione i raczej pasywne. Nie błądź wzrokiem po pomieszczeniu, po prostu utrzymuj otwarte powieki i obserwuj, jak działa na ciebie światło, kształty, barwy... Następnie zamknij oczy i przenieś uwagę do zmysłu smaku. Czy twoja jama ustna jest sucha czy wilgotna? Czy jest rozluźniona? Daj sobie chwilę czasu na to, by wyczuć w niej jakieś smaki... Nie nazywaj ich, nie oceniaj, czy są przyjemne, czy nieprzyjemne, po prostu bądź bardziej świadoma swojej relacji z tego typu wrażeniami zmysłowymi.

Kończąc

…pozostań jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, pozwalając wybrzmieć wykonanej medytacji.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku w okazywaniu uczuć?

Fot. iStock
Fot. iStock
Ewa Nowak, ekspertka magazynu Sens, podpowiada, jak nauczyć dziecko okazywać uczucia w sposób bezpieczny dla niego i innych.

Zbuduj dobrą relację.
Inaczej dziecko nie będzie przyjmować żadnych rad, nie będzie się świadomie wzorować na rodzicu, któremu nie ufa.

Zacznij od siebie.
Gdy zachowanie malca ci doskwiera, warto spojrzeć na nie jako na zachętę do pracy nad sobą. Mówienie do dziecka: „Jestem zła, czuję tę złość wszędzie, chyba pójdziemy na spacer, żeby mi przeszło” – to doskonałe komunikaty uczące specyfikacji, akceptacji i rozładowywania emocji.

Zachęcaj do mówienia o uczuciach.
Zadawaj pytania: „Co teraz czujesz?”, „Kto cię rozzłościł?”, „Dlaczego jesteś smutny?”. W ten sposób załagodzisz sytuację, bo dziecko zobaczy, że jest słuchane. To też dobra metoda dla rodzica, bo ma czas, żeby ochłonąć po impulsywnym zachowaniu dziecka.

Uzbrój się w cierpliwość.
Zaakceptuj, że praca nad emocjami, jak każda nauka, wymaga czasu, motywacji i wielu ćwiczeń. Zrób sobie założenie: „Będę z nim rozmawiać tak długo, jak on tego potrzebuje. Wysłucham go do końca, on nie robi mi na złość, to nie jest jego natura”.

Nie wpędzaj w poczucie winy.
Daj dziecku przyzwolenie na odczuwanie zazdrości, złości, gniewu czy bezradności. Powtarzaj, że ma prawo to czuć. Odbiera wtedy niezwykle ważny sygnał: „Aha, czyli mimo że jestem dziś smutny, rodzice nadal mnie kochają. Co za ulga”.

Ucz nazywania emocji.
Małe dziecko w momencie stresu czuje szalejącą w ciele burzę różnorodnych odczuć. Nie umie jednak wyodrębnić i nazwać tych emocji. Warto je uczyć, aby z natłoku odczuć wybrało to, co w tym momencie jest najsilniejsze.

Przygotujcie się zawczasu.
Warto na spokojnie zastanowić się nad podręcznym sposobem na rozładowanie emocji. To może być spacer, gra, wyjście na basen, wyjazd do lasu, pójście na rower – ważne, by mieć opracowany wcześniej plan.

Przytulaj.
Coraz więcej badań wskazuje na to, że w momencie stresu wzmaga się wydzielanie oksytocyny, czyli „hormonu przytulania”. Sprawdź, może wystarczy tylko dać dziecku wielominutową bliskość i to już wystarczy, by ukoić jego nerwy.

Obserwuj.
Adrenalina, czyli hormon stresu, znacznie obficiej wydziela się u chłopców. Między innymi dlatego potrzebują więcej czasu, żeby się uspokoić. Każdy z nas ma w miarę stały czas dochodzenia do równowagi. Zaobserwuj, jak to wygląda w przypadku twojego dziecka.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy?
Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej?
Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej?
Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu.
Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe.
Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne?
Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem.
I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział?
Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują.
Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu.
Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku?
Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach?
Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.