1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak niedoskonałości ciała wpływają na nasz seks?

Jak niedoskonałości ciała wpływają na nasz seks?

fot. iStock
fot. iStock
Zawstydzają? Niepotrzebnie. Bo czy to na pewno niedoskonałości? Dziś w seksie ceniona jest naturalność i swojskość. Doceń więc to, co masz, skup SIĘ na tym, co lubisz i umiesz zrobić – mówi seksuolog Andrzej Gryżewski.

Sprawne, szczupłe ciało. Piersi, wagina czy członek poprawione przez specjalistę. Technika opanowana. To warunki udanego seksu. Tak myślimy i wzdychamy, bo co z nami, tymi „niedoskonałymi”?

No właśnie! Większość klientów przychodzi z poczuciem zagubienia i mówi: „W seksie potrzebna jest akrobatyka, a ja ze swoją wagą, ciałem, zdrowiem nie jestem w stanie temu sprostać! Dałem więc sobie spokój…”. To efekt rozdźwięku między tym, co widzimy w filmach pornograficznych, a tym, co praktykujemy w sypialniach. I moi klienci z frustracją przegrzebują Internet, by znaleźć filmiki, które pokazywałyby seks zbliżony do tego, jaki mają w domu. Szukają autentyczności przeżyć, czyli tzw. pornografii etycznej. Kogoś do nich fizycznie podobnego i poszukującego w seksie tego, co i oni, a więc także relacji z drugim człowiekiem.

Musimy nasz styl kochania się zobaczyć na ekranie, żeby się zacząć nim cieszyć?

Oglądając filmy, zawsze staramy się identyfikować z którymś z bohaterów. I odczuwamy przyjemność, kiedy się nam to uda. A to możliwe, gdy dostrzegamy podobieństwa. Wtedy czujemy, że wszystko z nami w porządku, że możemy być sobą. Dlatego moi klienci szukają w necie filmów, które ludzie sami nakręcili i wrzucili do sieci, bo tam najprędzej znajdą na przykład kobiety podobne do ich partnerek zamiast tych z nadmuchanymi piersiami i ustami. Zauważają ich sztuczność, która nie jest już dla nich pociągająca, choć do niedawna była.

Mamy się więc nie martwić, że nasze piersi nie są tak sterczące, a pupy są zbyt duże? Sztuczność, nawet gdy jest związana z doskonałością ciała, przestała już być atrakcyjna?

Mamy nie martwić się piersiami czy pupą, bo doskonałość i sztuczność, tak samo jak i egzotyka, nie są już poszukiwane. Dziesięć lat pracuję w seksuologii i jeszcze sześć lat temu mężczyźni chcieli napompowanych piersi i ust czy seksu multi-kulti. Ale ten styl rozczarował – przesuwając granice tego, co w seksie kręci, przeżyli frustrację. Bo albo nie dali rady i okazali się nie tak sprawni, jak aktorzy na filmie porno, albo seks z Azjatką okazał się taki sam jak z Polką. Urozmaicenie? Tak, ale ono nie daje tego, czego potrzebujemy na co dzień. Zaczął się więc powrót do tego, skąd przyszliśmy, czyli do naturalności. I teraz moi klienci w necie poszukują kobiet, które mają normalne piersi czy usta.

Nawet cellulit może być?

Seks ma być przede wszystkim „mój” z „moją”. Warto o tym pamiętać, bo wtedy łatwiej nam skupić się na tym, co mamy atrakcyjnego. A może to być nawet uśmiech. Mężczyzna chce się czuć podziwiany i pożądany, a to kobieta może mu okazać niezależnie od tego, czy ma małe piersi, czy duże. Czy jest po operacji waginy, czy nie. Ważne, że on ją podnieca. Jeśli tak, to jej piersi się podnoszą i zaokrąglają, źrenice rozszerzają, a wagina nabrzmiewa. To zaś ważny sygnał dla niego: ona mnie chce, akceptuje, mogę być przy niej sobą. I mają przed sobą udaną noc.

Czyli nie musimy się martwić, że nasze uda mają za sobą lata świetności?

Daj sobie prawo do bycia sobą w łóżku. Wyzwól się z mitów, jak to niby masz wyglądać i jaki to ten seks ma być. Jeśli jest ci dobrze – wszystko gra. Tymczasem przychodzą do mnie mężczyźni uważający się za nieudaczników, bo uwierzyli pornosom, choćby w 60-minutową penetrację. A jej średnia długość to od dwóch do ośmiu minut. Ale oni do tego stopnia boją się wyroku, że przeżywają szok, kiedy im mówię, że tak jest w realnym świecie. Myślą, że jestem niedouczony! Są filmy, na których bohaterowie latają, biegają po ścianach? Oni chcą być takimi bohaterami w seksie. Ale kiedy im to mówię, słyszę: „Zaraz, zaraz, ale dlaczego mam akceptować w sobie takiego frajera, jakim jestem?”. Nie mają miliona sukcesów – jak nikt z nas –  ale mogą mieć radość z seksu, jeśli tylko zaakceptują siebie i włączą uważność.

Nawet jeśli zawstydza ich przedwczesny wytrysk, niepełny wzwód itp., nie są frajerami?

Żeby kobieta miała orgazm, mężczyzna ma wiedzieć, co jej daje satysfakcję, a całe jej ciało temu służy. Kobieta może nawet nie lubić penetracji, tylko seks oralny. I wtedy to, że on ma kłopot ze wzwodem, jest bez znaczenia. Mimo to mogą mieć w łóżku siódme niebo.

Dwoje ludzi z „niedoskonałościami” może się dograć i mieć udany seks?

Oczywiście, że może. A skąd ta wątpliwość? Jak coś nie jest standardem, to zaraz niepokoi. Ona inicjuje seks, jest stroną aktywną? I jest im z tym dobrze, jeśli tylko jemu nie przyjdzie do głowy, że to niemęskie. Obawy, czy to dobrze tak się kochać, wynikają z mitów, jaki seks ma być. Praca nad poczuciem niedoskonałości polega na tym, żeby siebie zaakceptować.

Nawet jeśli trzeba by wówczas zaakceptować brak orgazmu?

Warto docenić to, co mamy, bo wówczas jesteśmy otwarci na to, by kochać się częściej. A dzięki temu zaczynamy skupiać się na tym, co czujemy, i nasze przeżywanie się pogłębia. Często to wystarczy, by dojść do orgazmu. Warto uwierzyć, że seks po twojemu to najlepszy seks. Doceniać i zawsze skupiać się na tym, co robisz. Nawet jeśli mężczyzna jest sparaliżowany od pasa w dół, może mu być dobrze z partnerką. Bo gdy dłużej stymulujesz łokieć czy ramię, to tam wykształci się strefa erogenna. I dotykanie tego łokcia będzie niezwykle erotyczne. A więc można mieć udany seks nawet w takiej sytuacji. Oglądałaś „Zanim się pojawiłeś”? To historia mężczyzny, który był sprawny, atrakcyjny. Pewnego dnia wpadł pod samochód i został sparaliżowany. Wtedy poznał super kobietę, która dała mu dużo ciepła, czułości. Ale on mimo to trzymał się tylko tego, co stracił – sprawności – i dlatego wybrał eutanazję.

Zdarza się, że mężczyzna po operacji prostaty, jeśli nie może mieć wzwodu, popełnia samobójstwo.

A przecież nadal ma mózg połączony z ciałem, może kochać, cieszyć się, budować relacje. Tylko jedna część ciała padła. I to ma być koniec? No nie. Ale też przychodzą do mnie mężczyźni zestresowani, bo choć ich kobiety mają orgazmy, to pięciominutowy seks nie spełnia ich oczekiwań. I związek zaczyna się psuć, bo jedno drugie wypycha do seksuologa, żeby poszło się leczyć.

Masz takie pary na terapii?

Czy mam? Prawie wszystkie pary mają problemy wynikające z zawyżenia standardów. Przychodzą do mnie, żeby mieć taki seks, jaki widzieli na filmach. Ale ja im pomagam zrobić co innego: obniżyć standardy do poziomu, na którym toczy się realne życie. Paulo Coelho wydał książkę „11 minut” – według niego kobieta tyle czasu dochodzi do orgazmu. Powiem tak: pochwa kobiety zmienia się trójfazowo. U niepodnieconej kobiety ma tylko pięć centymetrów długości. Pod wpływem podniecenia wydłuża się do kilkunastu centymetrów. Ale trwa to osiem minut. To pierwsza faza. I nie jest to czas na penetrację, bo jeśli wówczas mężczyzna włoży członek, sprawi kobiecie ból. Druga faza następuje, kiedy na skutek pieszczot, pocałunków itp. pochwa się lubrykuje, czyli nawilża. I to znów trwa około ośmiu minut. Na trzecim etapie pochwa się powoli obkurcza, dostosowując się do długości i do kształtu męskiego członka.

Wielkość fallusa też nie ma znaczenia?

Mamy wypaczone mniemanie o tym, czym jest i jaki powinien być seks. I z tego wynikają krzywdzące nas i naszego partnera oceny. Na przykład kobiety myślą, że powinny szczytować szybciej i intensywniej, tak jak na filmie. A choćby z tego trójfazowego podziału wynika, że potrzebują 24 minut na fizjologiczne przygotowanie pochwy. Dopiero w tej ostatniej, trzeciej fazie członek powinien być wkładany.

Wówczas można mieć orgazm i przy dwuminutowej penetracji?

Jest jeszcze jedno. Pochwa składa się z trzech sektorów. Pierwszy, który pod wpływem bólu może się zamknąć, to łechtaczka, wargi sromowe i wejście do pochwy. Drugi to jej środek. Trzeci – tylna ścianka. I jeśli chodzi o natężenie tkanek czuciowych, to w pierwszym sektorze mamy ich najwięcej, około pięciu tys. receptorów. W drugim – 1000, a w trzecim już tylko 500. Tymczasem, żeby wygrać orgazm, trzeba nabić milion punktów. To teraz zadanie: ile razy trzeba dotknąć palcem, członkiem, językiem łechtaczki – jeden dotyk to 5 tys. punktów – żeby kobieta miała orgazm? 200 razy! A ile razy trzeba by stymulować środek jej pochwy? A tylną ściankę? Kilka tysięcy…

Więc doskonałość nie liczy się w seksie.

Właśnie, relacja to wartość, której poszukujemy, bo też jej warunkiem jest szczerość, naturalność. Mam klienta, który uprawia tylko wyczynowy seks, pełen złości, upokorzenia, dlatego że tak rozumie miłość. Wzięło się to stąd, że matka robiła mu egzekucje: biła, rywalizowała z nim, mówiła: „A ty jesteś głupszy, dostałeś dwóję, a ja w pracy nagrodę”. Dlatego, kiedy chciał kobiecie okazać uczucie, robił jej to, co jemu matka. Trafił do mnie z powodu zaburzenia erekcji. Jego kobieta chciała zaangażowania, bliskości, a on nie był w stanie uprawiać czułego seksu. Powoli jednak zaczął rozumieć, że to system rodzinny, w którym się wychował, był nienormalny.

Agresywny seks to często rodzaj kompensacji. Na szczęście jednak ludzie coraz więcej czytają o seksualności i umieją lepiej nazywać swoje uczucia, a więc gdy mężczyznę coś wkurza w partnerce, nie musi jej nakłaniać do seksu analnego. Mówi wprost, co czuje. Otwiera się więc droga szukania w seksie autentyczności, co jest dowodem na to, że mamy większy kontakt ze sobą.

Kochaj i gotuj według własnego przepisu i we własnej kuchni?

To, co robisz, jest dobre i na tym się skup. Każdy doświadcza inaczej. Kochajmy się w zgodzie z naszym ciałem i naszym wewnętrznym ja. Wówczas ono przeżywa w sposób naturalny. A mężczyzna i kobieta mogą przeżyć coś niezwykłego.

Andrzej Gryżewski seksuolog, psychoterapeuta, psycholog, certyfikowany edukator seksualny. Specjalizuje się w uzależnieniu od seksu. Współautor książki „Jak facet z facetem. Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Gra wstępna – ważna rola pieszczot

W udanej więzi partnerskiej wzajemne czułości traktowane są jako wyraz miłości, bliskości, łagodzą przygnębienie, wywołują radość. Często są idealnym remedium na stres. (Fot. iStock)
W udanej więzi partnerskiej wzajemne czułości traktowane są jako wyraz miłości, bliskości, łagodzą przygnębienie, wywołują radość. Często są idealnym remedium na stres. (Fot. iStock)
W przeświadczeniu niektórych mężczyzn gra wstępna traktowana jest jako kobiecy wymysł mający na celu oddalić moment spółkowania. Traktują ją w kategoriach straty czasu i nudnego obowiązku. Jednocześnie chcą uchodzić za świetnych kochanków i często są takimi, ale tylko we własnym wyobrażeniu. Wydaje im się, że w ciągu pięciu minut doprowadzają kobietę do orgazmu. Tymczasem zapominają, że ona może nieco koloryzować swoje przeżycia.

W przeświadczeniu niektórych mężczyzn gra wstępna traktowana jest jako kobiecy wymysł mający na celu oddalić moment zbliżenia. Traktują ją w kategoriach straty czasu i nudnego obowiązku. Jednocześnie chcą uchodzić za świetnych kochanków i często są takimi, ale tylko we własnym wyobrażeniu. Wydaje im się, że w ciągu pięciu minut doprowadzają kobietę do orgazmu. Tymczasem zapominają, że ona może nieco koloryzować swoje przeżycia.

Aby kobieta miała orgazm, który na długo zapamięta i który będzie przeżywała każdym mięśniem swojego ciała, niezbędne są pieszczoty odpowiednio ją rozgrzewające i wprowadzające na kolejne poziomy podniecenia. Często gra wstępna to nie tylko chwile bezpośrednio przed stosunkiem, ale pocałunki w ciągu dnia, słowa, gesty czy dwuznaczne smsy.

Funkcja pieszczot jest znacznie szersza i bogatsza, niż tylko wyzwolenie podniecenia i przygotowanie do orgazmu. Są one szczególnie istotne dla seksualności kobiecej, charakteryzującej się wrażliwością na nastrój, doznania dotykowe czy słowa. Wiele kobiet reaguje podnieceniem i czuje się atrakcyjnie, gdy mężczyzna mówi im, jak bardzo podoba mu się jej ciało czy konkretne jego części, jak mówi, że lubi obserwować jej reakcje. Coraz częściej również faceci okazują się być wrażliwi na pieszczoty i zdradzają ich dużą potrzebę. Sztuką jest znalezienie najwrażliwszych miejsc i potrzeb drugiej strony. W udanych związkach całe ciało potrafi reagować na pieszczoty, bo nie zna miejsc „lepszych” ani „gorszych”, całe jest pożądane. W poszukiwaniu mapy erotycznej kochanej osoby, nie ma chyba lepszego sposobu jak delikatny masaż, w którym nie zapominamy o twarzy. Można dotykać ją opuszkami palców lub muskać wargami. Dzięki takim zabawom każda para tworzy swój własny, wyjątkowy styl działania w zależności od preferencji. Wzajemność w wymianie pieszczot dostosowanych do potrzeb i oczekiwań obojga partnerów z pewnością umacnia ich więź i jest podstawą ars amandi.

Intymne czułości wyostrzają zdolność niewerbalnego porozumiewania się. Spojrzenie, dotyk, pocałunek mogą wiele powiedzieć, ale odczytywanie tych sygnałów wymaga umiejętności i doświadczenia. Dlatego istotny jest czas trwania pieszczot, delektowanie się każdą czynnością, zdolność utrzymania skupienia na partnerze, umiejętność trwania w ciszy, bycia razem. W udanej więzi partnerskiej wzajemne czułości traktowane są jako wyraz miłości, bliskości, łagodzą przygnębienie, wywołują radość. Często są idealnym remedium na stres.

Pieszczoty, jak się okazuje, w dużej mierze służą budowaniu bliskiej relacji oraz są wyrazem naszej fascynacji drugą osobą. Jakkolwiek zwykle prowadzą do stosunku, to często one właśnie są aktywnością seksualną najbardziej docenianą przez kochanków. Jeśli do tej pory przeskakiwaliśmy dosyć szybko ten etap zabaw w sypialni, może jednak warto, przy kolejnej okazji, zatrzymać się przy nim trochę dłużej, wsłuchać się w ciało partnera, jego reakcje, spróbować wejść w świat jego przeżyć. Ostatecznie stracimy tylko trochę czasu…

  1. Psychologia

Jak budujemy, od dziecka, poczucie własnej wartości?

Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Czym jest poczucie własnej wartości? Jak kształtuje się w życiu? Od czego zależy? I wreszcie - w jakim stopniu możemy na nie wpływać lub zmieniać je?

Na poczucie własnej wartości składają się dwie ważne kwestie: jakieś poczucie, czyli emocjonalny stosunek do siebie samych i wartość – a więc pewne oceny czy przekonania o sobie.

Uczucie do samego siebie człowiek zaczyna kształtować, tak naprawdę, zanim pojawi się na świecie. Już w chwili poczęcia matka ma jakiś emocjonalny stosunek do tego faktu, że za dziewięć miesięcy urodzi dziecko. I niekoniecznie oznacza to radość i „błogosławiony stan". Czasami, a może nawet często - pełna jest obaw, lęku, złości czy rozczarowania.

Dziecko początkowo odbiera komunikaty ze świata poprzez swoje zmysły (miłość, czułość wręcz „przenikają przez skórę”) i zaczyna już w pierwszych chwilach życia „kształtować” o sobie jakiś pogląd. Wiele zależy tu od tego, jak matka dotyka dziecka, jakie uczucia jej towarzyszą, czy jest spokojna, pogodna, czy też zdenerwowana, pełna pośpiechu i napięcia. Wszystko to są przekazy, które dziecko chłonie jak gąbka i odczytuje jako komunikat o sobie. Mimo, że nie zna słów, które mogą to wyrazić, to już czuje jakie jest.

Kolejny, istotny dla przyszłego poczucia własnej wartości etap życia dziecka to czas, w którym ono zaczyna zdobywać świat – po raz pierwszy staje na własnych nogach, robi pierwsze kroki - jeszcze bardzo niepewne, ale już samodzielne. Reakcja otoczenia ponownie staje się zwierciadłem dla kształtujących się przekonań o możliwościach tej maleńkiej jeszcze istoty. Czy będzie w niej uśmiech, radość, zachęta do kolejnych prób, czy raczej lęk, niepokój, zniechęcanie – wszystko to wpłynie w przyszłości na to, jak zabrzmi odpowiedź na pytanie: „ile mogę, ile potrafię?”

Można powiedzieć, że poczucie własnej wartości kształtuje się nieustająco od życia prenatalnego i trwa tak długo, jak długo trwa rozwój młodego człowieka. Oczywiście bardzo istotne są też pierwsze kontakty z rówieśnikami – na podwórku, w przedszkolu, potem w szkole. Tu również budują się przekonania o naszych umiejętnościach, możliwościach, sprawczości. W okresie dorastania to właśnie grupa rówieśnicza staje się kolejną „odzwierciedlającą matką”, która wpisuje się na wiele lat w obraz nas samych.

Jeśli czas dojrzewania przebiega w niezakłócony sposób, to zwykle wraz z jego końcem mamy już gotowe odpowiedzi na pytania: „kim jestem? ile potrafię? ile jestem wart?”.
„Czym skorupka za młodu nasiąknie...” – no właśnie – czy poczucie własnej wartości, ukształtowane w drodze rozwoju, jest nam dane raz na zawsze? Czy można wpłynąć na przekonanie: „jestem do niczego, nie lubię siebie?” Myślę, że tak. Oczywiście nie jest to takie proste jak nas próbują przekonać niektóre przewodniki pod uwodzącymi tytułami o „budzeniu olbrzyma”, o asertywności zbudowanej w weekend, czy wreszcie przekonanie, że „wystarczy tylko bardzo chcieć”. Tak, nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy.

W swojej praktyce psychoterapeutycznej nie raz słyszę o zmaganiach klientów na różnych kursach asertywności, o powtarzanych codziennie afirmacjach, które mimo konsekwencji nie przynoszą rezultatu... i myśl, że „coś z nimi jest nie tak” wraca jak bumerang. I dopiero powrót do dramatycznych historii, przepracowanie traum, odreagowanie przykrych przeżyć i uświadomienie sobie uczuć, którym do tej pory nie pozwalało się dojść do głosu, pozwala uwolnić się od tych przekazów i zacząć budować nowe przekonania o sobie. To bardzo trudna droga, ale znam wiele osób, którym się udało. Sama jestem jedną z nich i chociaż nie czuję się olbrzymem, chociaż w słabszych chwilach nie raz wracają demony przeszłości, to dzisiaj z całą pewnością wiem, jaka jest moja wartość i jak mogę dbać o to, żeby tej wartości nie zniszczyć.

Grażyna Korlacka: certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, specjalistka terapii uzależnień.

  1. Seks

Co faceci myślą o kobiecym orgazmie?

Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Dla wielu mężczyzn rozkosz seksualna partnerki świadczy o wzajemnej bliskości, dla innych doprowadzenie kobiety do orgazmu jest kwestią ambicji. (fot. iStock)
Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

Jak wyglądają męskie przemyślenia na temat naszych orgazmów? Z myślą o książce „Daj sobie prawo do przyjemności” zebrałam listy i komentarze również od przedstawicieli płci przeciwnej. Ogólnie rzecz biorąc, wynika z nich, że kobiece szczytowanie daje mężczyznom ogromną radość  – pisze Marja Kihlström.

W wielu wypowiedziach wyraźnie się potwierdza, że przyjemność partnerki jest dla nich równie ważna, co ich własna satysfakcja z seksu.

Podczas stosunku skupiam się na orgazmie partnerki co najmniej tak samo, jak na swoim własnym. Kiedy upewniam się, że doszła, jestem w stanie się zrelaksować i jeszcze bardziej cieszyć z tego, co sam przeżywam. Orgazmy mojej kobiety stają się też coraz silniejsze, kiedy dochodzi kilka razy. Oboje możemy tylko wygrać.

Mężczyzna, 45 lat

To dla mnie szczególne ważne, aby móc doświadczać tego, jak moja kobieta szczytuje. Jeśli tylko mogę, chcę w tym aktywnie uczestniczyć. Chodzi tu trochę o to, żebym mógł później powiedzieć do siebie w myślach: ” to ja jej to dałem”. Jestem co najmniej rozczarowany, jeżeli okazuje się, że tylko ja osiągnąłem orgazm, a jeszcze większym problemem jest dla mnie sytuacja, gdy dochodzi do tego często. W skrócie: jeżeli moja kobieta nie jest zadowolona, ja też nie jestem.

Mężczyzna, 47 lat

Orgazm kobiety jest cudowny także dla jej partnera, bez względu na to, w jaki sposób został osiągnięty. Jeden z mężczyzn uznał za ważną lekcję to, czego nauczył się już w młodym wieku – że dla kobiety stosunek niekoniecznie jest zawsze na pierwszym miejscu. W pracy terapeutki seksualnej często radzę klientom, aby poszerzyli swoje rozumienie seksu i przestali stawiać w centrum samą penetrację.

Moja pierwsza dziewczyna doświadczała bólu podczas stosunku. Na dobrą sprawę, był on tak silny, że penetracja była praktycznie niemożliwa. Musieliśmy wymyślić inne sposoby na uprawianie seksu. Później zrozumiałem, że okazało się to dla mnie błogosławieństwem. Od razu, jeszcze jako młody facet, dostrzegłem, że seks to coś innego niż parominutowe pieprzenie. W myślach żartobliwie mówię sobie, że pieprzenie to tylko jego ostatnia prosta. Wcześniej trzeba przebiec długą drogę. Tamten związek nauczył mnie wiele o kobiecych orgazmach. Dowiedziałem się, jak sprawiać partnerce przyjemność palcami i językiem.

Mężczyzna, 41 lat

Często mężczyźni o mniejszym doświadczeniu w relacjach seksualnych z kobietami odczuwają ogromną presję, żeby doprowadzić partnerkę do mety. Mądry partner odważnie zapyta kobietę, co daje jej największą satysfakcję. Jak już wcześniej wspomniałam, panuje błędne przekonanie, że mężczyzna wie o  kobiecej przyjemności wszystko i zawsze musi być tą bardziej aktywną stroną. Kobieta tak samo może przejmować inicjatywę i prowadzić partnera w nowe obszary seksualności, tym samym uwalniając go od ciężaru pełnej odpowiedzialności za ich oboje.

Kiedy byłem młodszy, czułem presję, żeby zapewnić kobiecie podczas stosunku przynajmniej jeden orgazm. Nie do końca wierzyłem, kiedy mówiła, że nie musi za każdym razem szczytować. Zastanawiałem się, czy może nie jestem przypadkiem kiepskim kochankiem – a ona mówi tak tylko dla świętego spokoju. Z wiekiem sam przestałem dochodzić za każdym razem. Seks może dawać mnóstwo satysfakcji, nawet jeśli żadne z partnerów nie osiąga orgazmu.

Mężczyzna, 45 lat

Zgodnie z moimi doświadczeniami, już na początku intymnej relacji opłaca się w zrelaksowanym tonie porozmawiać o kobiecym orgazmie. Wydaje mi się, że moje partnerki doceniły to, że zainteresowałem się tematem, że wprost zapytałem je na przykład, jak zazwyczaj najłatwiej jest im dojść.

Mężczyzna, 25 lat

Każda kobieta, którą doprowadziłem do orgazmu, chciała dojść. Każda wiedziała, czego pragnie, a ja byłem tylko częścią całego tego wspaniałego procesu.

Mężczyzna, 39 lat

Kobiece trudności z  osiągnięciem orgazmu mają wpływ również na mężczyznę – niektórzy mówią wręcz, że jest to dla nich bardzo trudne. Szczególnie milczenie na temat problemu, z którego oboje partnerzy zdają sobie sprawę, może na dłuższą metę pogorszyć sytuację. Jedną z  możliwych konsekwencji jest zniechęcenie i  apatia – które z kolei prowadzą do tego, że obie strony czują się wybrakowane.

Moja żona była w stanie dojść tylko podczas masturbacji. Źle się z tym czułem, choć próbowałem to sobie tłumaczyć na wszelkie możliwe sposoby. Seks zaczął mi się wydawać jednostronny i nudny. Muszę przyznać, że czuję, jakbym zawiódł jako mężczyzna, skoro nie potrafię nawet zadowolić swojej kobiety. I w żaden sposób nie pociesza mnie myśl, że niekoniecznie jest to moja wina. To uderza w moją męskość. Rozumiem świetnie, że niektóre kobiety udają orgazmy, żeby nie przynosić mężczyznom rozczarowania. Sam nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek przede mną udawał. Lepiej być szczerym i bezpośrednim, bo to może być kluczem do zmiany. Jeżeli mężczyzna szanuje i kocha swoją partnerkę, to nie obrazi się na jej szczerość, tylko odbierze takie zachowanie jako oznakę zaufania.

Mężczyzna, 41 lat

Doświadczenia tych mężczyzn pokazują, że zagadnienie kobiecej przyjemności budzi ogromne emocje również u płci przeciwnej. Kiedy partnerka nie szczytuje, faceci łatwo zaczynają podważać swoją wartość i męskość. Nic dziwnego, że rozmowy na ten temat są trudne – poruszamy się po polu minowym uczuć obu stron. Obnażamy się bardziej, niż kiedy zdejmujemy ubrania. Ale właśnie w takich momentach rozmawianie jest szczególnie ważne – nie możemy pozwolić, żeby przykre uczucia stanęły między nami a naszymi partnerami. Kobiety jednak także mogą odbierać wsparcie partnera jako frustrujące, bo dla nich samych sytuacja jest często jeszcze bardziej osobista i trudna.

Dzisiaj bardziej denerwuje mnie, tylko kiedy facet robi z tego wielkie halo. Każdy partner zna moją historię i chce być tym wyjątkowym – lepszym od poprzedników – któremu uda się doprowadzić mnie do orgazmu. Wszystkim ktoś powiedział, że są dobrzy w łóżku, że dobrze liżą czy mają wielkie jaja. Mnie to wcale nie przeszkadza; nigdy nie zakładam, że komukolwiek powinno się udać sprawić mi przyjemność za pierwszym razem. Ale dla faceta to z jakiegoś powodu okropnie trudny orzech do zgryzienia, kiedy nie rozumie, że sam też jest tylko człowiekiem. ” Chcę tylko, żebyś się dobrze bawiła” – to pełne rozczarowania pojękiwanie, kiedy po seksie leżymy w łóżku, znam aż za dobrze. Sama myśl jest dobra i ujmująca, ale mam już dość ciągłego podbudowywania czyjegoś ego.

Kobieta, 20 lat

A jak nasz orgazm wygląda w oczach mężczyzn? Sama się nad tym zastanawiałam. Poniżej jedna z najpiękniej ­ szych odpowiedzi, które do tej pory słyszałam:

W tych chwilach, kiedy patrzę, jak jej kark lekko wygina się do tyłu, zrelaksowany po orgazmie – mam przed sobą piękno, którego istnienia wcześniej nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić. Jest moją najpiękniejszą, wymarzoną kobietą.

Mężczyzna, 41 lat

Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”.

  1. Seks

Erotyczne fantazje z nutą perwersji - co skrywają?

Kto najczęściej marzy o mocnych, wręcz przemocowych doznaniach w seksie? Z czego biorą się takie pragnienia? (fot. iStock)
Kto najczęściej marzy o mocnych, wręcz przemocowych doznaniach w seksie? Z czego biorą się takie pragnienia? (fot. iStock)
Świat erotycznych marzeń kobiet jest naprawdę wielki i doszukiwanie się określonych praw, które nim rządzą, jest trudne. Marzenia pojawiają się i znikają. Jedne goszczą w świadomości dłużej, inne rozpływają się po chwili. Wyobrażanie sobie przemocy w seksie jest formą mechanizmu obronnego osobowości – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Chyba żadna kobieta nie toleruje przemocy, ale w sytuacjach erotycznych takie pragnienia czasem się zdarzają. Niektóre kobiety, gdy zbliżają się do granicy orgazmu, wchodzą w stan podobny do tego, jaki osiągamy po alkoholu czy narkotykach. Zaburzeniom świadomości towarzyszy obniżenie wrażliwości na ból. W początkowej fazie gry wstępnej ciało jest niezwykle wrażliwe na dotyk, potem w miarę narastania podniecenia ta wrażliwość zmniejsza się. Wtedy kobieta może pragnąć mocniejszych bodźców. Mogą to być intensywniejsze ruchy frykcyjne, ugryzienia czy nawet klapsy. To bywa bliskie przemocy, ale nie musi świadczyć, że ta osoba ma skłonności sadomasochistyczne. To tylko część naturalnie rozwijającego się podniecenia seksualnego. A że przekroczono granice, okazuje się potem, gdy podniecenie opada, że coś boli albo są ślady na ciele, malinki czy siniaki. Mówię o sytuacji, gdy kobieta jest z partnerem blisko emocjonalnie.

Czyli w seksie można powiedzieć: „Ja to ktoś inny”? Stajemy się kimś innym, będąc zarazem sobą. Wracamy przecież potem „do siebie”. A seks jakby daje nam usprawiedliwienie niekonwencjonalnych zachowań. Niektóre kobiety, podkreślam niektóre, są uzależnione od męskiej dominacji, choćby symbolicznej. Jeśli kobieta jest świadoma swoich potrzeb, potrafi tak wyreżyserować spektakl seksualny, żeby partner mógł się dostosować do roli „słodkiego brutala”. Po seksie jednak ta rola się kończy. Sporo kobiet nie chce się przed sobą przyznać do takich potrzeb. Uważają, że to nienormalne, że to wstyd nakłaniać partnera, żeby zagrał brutalną rolę. Szczególnie że nie każdy partner tego chce. Bywają kobiety zawiedzione rutynowym seksem, który im nie wystarcza. Sfrustrowane szukają wyładowania w agresji domowej, robią awanturę o niepozmywane naczynia, by mężczyzna wpadł w szał i by pojawiła się agresja słowna, czasem nawet fizyczna. Potem następują przeprosiny i wtedy seks odbywa się w aurze wzajemnego wybaczania i bliskości. Taki seks może być dynamiczny i satysfakcjonujący.

A skąd biorą się przypadki masochizmu czy sadyzmu? Nie ma tu prostego wyjaśnienia. Niektórzy specjaliści wskazują na mechanizm warunkowania. W mózgu ośrodek lęku i strachu, czyli przeżyć wyzwalanych również przez ból, leży w pobliżu ośrodka zawiadującego reakcjami seksualnymi. U dziecka doświadczającego przemocy psychicznej czy fizycznej czasami następuje przeskok do ośrodka seksualnego i pojawia się pobudzenie seksualne. Koduje się to jako reakcja odruchowa. Jeśli kobieta w dzieciństwie doświadczała przemocy i miała traumę, potem może nieświadomie wchodzić w dawną rolę i pragnąć bólu. Albo utożsamiając się z oprawcą, zadawać ból innym. Ale według mnie jest legendą, że większość kobiet fantazjuje o gwałcie. Świat wyobraźni i fantazji jest trudny do badania i słabo poznany. Marzenia są dynamiczne i zmieniają się, bywają też ze sobą sprzeczne. Teraz niektórzy badacze uważają, że za treść i formę naszych marzeń bardziej odpowiada budowa mózgu niż suma naszych doświadczeń życiowych.

Więc stary spór: geny czy warunki życia? To nie jest już spór. Nurt teorii wyjaśniających specyfikę charakteru człowieka tylko w oparciu o czynniki psychologiczne, socjologiczne nie wytrzymał konfrontacji z nowoczesnymi urządzeniami badającymi strukturę mózgu. Dziś wiemy, że ci, którym sprawia przyjemność, gdy biją, i ci, których nakręca seksualne cierpienie, różnią się od innych także w zakresie specyfiki biologicznej budowy nie tylko mózgu.

Mitem jest, że większość kobiet marzy o przemocy, wręcz przeciwnie: znaczna mniejszość. Ale niewielka ich grupa jednak istnieje. Jerome L. Singer, autorka książki „Marzenia dzienne”, czy Nancy Friday w książce „Mój tajemny ogród” wskazują, że świat erotycznych marzeń kobiet jest naprawdę wielki i doszukiwanie się określonych praw, które nim rządzą, jest trudne. Marzenia pojawiają się i znikają. Jedne goszczą w świadomości dłużej, inne rozpływają się po chwili. Wyobrażanie sobie przemocy w seksie jest formą mechanizmu obronnego osobowości. Dlatego nie byłem zdziwiony, gdy przyszła do mnie jako pacjentka bizneswoman, która ma dużo władzy w firmie i czuje, że wszyscy się jej boją. I nagle przyłapuje się na fantazjowaniu o tym, że zmusiła ją do uległości grupa podległych jej pracowników i seksualnie wykorzystała. Takie myśli popychają kobiety do rozmów z psychologami i stawiania pytań o seksualną normę. Jednak pamiętajmy: gwałt jest najbardziej okrutną forma krzywdzenia kobiety – od strony fizycznej i psychicznej. Zgłębiając wiele historii sądowych, widzę, czego doświadczają ofiary gwałtu, jaka trauma w nich pozostaje, te rany zwykle zostają do końca życia.

Czyli ta grupa kobiet, która fantazjuje o przemocy w seksie, tak naprawdę tej przemocy nie chce? Chce o niej tylko pomarzyć? Fantazjowanie bywa formą autoterapii i radzenia sobie z psychicznymi problemami, też z napięciem i stresem. W wyobraźni robimy czasami rzeczy, których nie wolno nam robić w rzeczywistości. Każdy doświadcza czasami myśli, które go przerażają. Po kłótni z szefem nie tylko czasami myślimy: „idiota”, ale często w wyobraźni wbijamy mu nóż w plecy. Mogą się też zdarzyć seksualnie pragnienia wobec oprawcy. To jest zjawisko znane w psychologii pod nazwą „zespół sztokholmski”. Szef choleryk budzi lęk, ale też łaskocze podświadomość niektórych kobiet, które próbują mu rzucić seksualne wyzwanie: jeszcze padniesz przede mną na kolana i będziesz błagał o litość. Gdy popatrzy się głębiej, jaki może być mechanizm pojawiania się erotycznej fantazji o zniewoleniu, to przyczyn może być naprawdę sporo. Mogą to być grzeszne myśli, które miało się na temat brata, siostry, ojca, i czujemy, że ktoś powinien nas za nie ukarać. Albo seks jest nudny, więc kobieta myśli, że powinna spróbować czegoś nowego.

Ale dla większości mężczyzn nawet zabawa w przemoc jest nie do zniesienia i zabija w nich podniecenie. Wielokrotnie słyszałem: „Ona chce, żebym blisko finału dał jej klapsa, a ja pragnę tylko czułości. I tracę ochotę na seks”. Trzeba się jakoś dogadać i pójść na kompromis. Jeżeli ona oczekuje silnych doznań, a on tego nie chce, to bywa kłopotliwe. Uprawianie seksu, dobrego seksu, oznacza wejście w aktorską rolę, ale tak, by uruchomić autentyczne przeżycia. Jeżeli partnerka oczekuje intensywniejszych pieszczot, a partner nie chce, czy nie może jej ich dać, to jest bieda. I taki związek ma małe szanse na przetrwanie.

Czy seks jest najczęstszym powodem rozstań? Zdrowy człowiek do życia potrzebuje wody, jedzenia. Z seksem jest podobnie. Jesteś zdrowy, to powinieneś mieć potrzeby seksualne, to prawo naturalne. Posiadanie potrzeb seksualnych nie oznacza, że człowiek bez seksu umrze. Ale raczej będzie mu ciężko. Z doświadczenia wiemy, że nawet ci, którzy zdecydowali się żyć w celibacie, często nie wytrzymują potęgi libido. Nieudany seks małżeński to według mnie w dalszym ciągu podstawowa przyczyna rozstań. Gdy patrzy się na to, co nazywamy prawami kobiet, to najmocniej jest wyrażony sąd, że mężczyzna nie może robić kobiecie krzywdy, chociaż zwykle ma przewagę fizyczną. Ona, jeśli o tym wie, łatwo może postawić mężczyźnie granice. Jak on je przekracza, naraża się na kolizję z prawem. Od strony kulturowej kobiety współczesne wyrastają w świadomości swoich praw i nawet zaczynają to wykorzystywać, wiedząc, że mężczyzna jest teraz jak na widelcu i że w przypadku fizycznego konfliktu zawsze bardziej wierzy się kobiecie. A było do niedawna odwrotnie. Stosunkowo często kobiety jednak nie chcą mieć aż tyle władzy w łóżku, jakby tu właśnie dominacja mężczyzny sprzyjała rozkoszy. Seks z natury nie zawsze jest demokratyczny. I, co za paradoks, czasami mężczyźni dbający o relacje i równość także w seksie, w świadomości kobiet przestają być męscy. Instynkt każe kobiecie szukać silnego i zdecydowanego partnera, tylko taki wydaje się gwarantować budowę trwałego gniazda. Tak było zawsze i to może tłumaczyć niektóre zachowania kobiet, nawet te sprawiające wrażenie irracjonalnych. W książce50 twarzy Greya” rozczytywały się przecież kobiety. Mężczyzna podporządkowuje tam sobie kobietę i jest przeciwieństwem tego, czego wymaga od nas współczesna kultura i obowiązujące normy.

Ale film, lektura to jest nadal wyobraźnia i jakaś gra, w normalnej sytuacji kobieta zwykle nie chce męskiej dominacji, ale partnerstwa. I trzeba to uszanować. Ale zachęcam obie strony do roztropnej odwagi w seksie.

  1. Seks

Perfekcjonizm, poczucie winy i wstyd – złodzieje kobiecych orgazmów

Poczucie winy to jeden z aspektów samokrytyki. Odbiera nie tylko radość z życia, ale również z seksu (fot. iStock)
Poczucie winy to jeden z aspektów samokrytyki. Odbiera nie tylko radość z życia, ale również z seksu (fot. iStock)
Wiele z nas poczuwa się do winy na przykład w kwestiach związanych z macierzyństwem, pracą, związkiem czy własnymi rodzicami. Delikatne wyrzuty sumienia są jak najbardziej zdrowe i mogą nam wyjść na dobre, motywując do pracy nad pewnymi kwestiami. Każda z nas musi się tego czasem podjąć. Ale kiedy poczucie winy zaczyna ciążyć lub przekształca się we wstyd, warto zawołać: koniec zabawy – pisze Marja Kihlström w swojej książce „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko.”

Rzadko która kobieta myśli, że wymaganie od siebie – na przykład – idealnego porządku w domu może wywoływać poczucie wstydu i prowadzić do problemów ze szczytowaniem. Amerykańska badawczyni Brené Brown zaobserwowała, że kiedy dążymy w swoim życiu do ideału, w pewnym momencie niechybnie musimy zmierzyć się również ze wstydem. Perfekcjonizm wypływa z chęci spełnienia cudzych oczekiwań dotyczących tego, kim jesteśmy i jak dobrze radzimy sobie z powierzonymi zadaniami. Poczucie nieadekwatności i wstyd oddalają nas od innych ludzi, zasłaniając nasze „ja” ciemną kotarą – którą może być również związek. Wstyd pożera autentyczność, co może sprawić, że czujemy się odizolowane nie tylko od innych, ale i od siebie. Możemy odczuć go jako uścisk w piersi czy dziwny nieuświadomiony dreszcz – wstyd to mocno cielesne doznanie. Na tym etapie dobrze jest się na chwilę zatrzymać i zastanowić, kto wywiera na nas presję bycia idealną – my same czy może ktoś inny? Dla kogo cały czas sprzątamy? Czy potrafimy nauczyć się traktować same siebie i swoje życie bardziej łaskawie? Czy warto, żebyśmy zabiegały o koronę najlepszej kochanki, zaniedbując przy tym siebie i symulując orgazmy?

Dążenie do doskonałości może wiązać się też bezpośrednio z seksualnością. Możemy pragnąć idealnego ciała, próbować nauczyć się perfekcyjnej techniki miłosnej czy chcieć stać się idealną kochanką. Robiąc to, automatycznie zapominamy o sobie, marginalizujemy własne uczucia, oddalamy się od swojego „ja”. Chcemy tylko zadowolić innych. A jeśli nie poświęcimy orgazmom należnej uwagi, szybko zaczną nam uciekać. W dłuższej perspektywie zaspokajanie partnera kosztem własnych pragnień i potrzeb może prowadzić do spadku libido.

Psychoterapeutka Leena Hattunen porównała kiedyś seksualność do jedzenia pierożków karelskich. Jak ty to robisz? Starannie, widelcem, nie chcąc niczego zabrudzić – czy palcami, robiąc przy tym odrobinę bałaganu? Czy jedząc, zastanawiasz się, jak pierożek smakuje? Jak się czujesz, kiedy masło, którym jest posmarowany, topi się i rozpływa na twoich wargach? Czy zatrzymujesz się, żeby czerpać z tej chwili radość – czy raczej skupiasz całą uwagę na tym, by porządnie wszystko zjeść, jakbyś wykonywała jakieś zadanie?

W imię burzenia pozorów doskonałości warto zapomnieć o idealnych orgazmach. Orgazmy będą przychodzić i odchodzić, a w każdym z nich będzie coś wyjątkowego. Nie istnieje żaden „orgazm idealny”, nie można ich hierarchizować. Poza tym – nie chodzi przecież tylko o sam akt szczytowania, ale też o doświadczanie rozkoszy przed nim. Dlaczego miałybyśmy cieszyć się samym celem, skoro można czerpać przyjemność z całej podróży? Ciągłe oczekiwanie, poszukiwanie coraz to lepszych orgazmów wywołuje niezadowolenie, co tylko jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Warto w zamian doświadczać tego, co nieidealne, otworzyć umysł na wszystko, co nas spotyka. Zwykły seks późnym wieczorem we wtorek może się okazać właśnie tym momentem, kiedy niczym nie będziemy się stresować, damy radę po prostu odpuścić. I nagle ziemia się zatrzęsie, a sąsiedzi za ścianą zaczną zachodzić w głowę, co się dzieje.

Jak pisze w liście 26-letnia kobieta:

Czasami mam wrażenie, że polowanie na orgazm rujnuje cały stosunek. Marzą mi się szybkie numerki na stole w kuchni, ale one nie pozwalają na szczytowanie. Do tego potrzeba dużo czasu i pracy. Wydaje mi się niesprawiedliwe, że mąż zawsze dostaje to, czego chce – a ja nie. Męski orgazm jest miarą współżycia – kiedy nadchodzi, seks musi się skończyć. To niesprawiedliwe nie tylko wobec mnie czy w moim własnym związku – ale wobec całej populacji kobiet, we wszystkich związkach heteroseksualnych. Marzę o tym, żeby dochodzić podczas stosunku. I choć próbuję już od lat, ciągle nie widzę rezultatów. Koniec końców, jestem jednak zadowolona, że w jakiś sposób jest mi przynajmniej choć trochę przyjemnie. W sumie seks to nie tylko sam orgazm.

Jeżeli jesteśmy bezwzględne, wymagające i krytyczne wobec siebie, najczęściej podobnie traktujemy również innych. Wstyd niszczy naszą zdolność do odczuwania empatii i współczucia wobec innych ludzi. Jednocześnie rozluźnia stworzone już więzi. W bliskiej relacji takie zachowania są szczególnie destrukcyjne i prowadzą do różnego rodzaju problemów. Bo jak masz objąć i pocieszyć zmęczonego partnera, kiedy sama się biczujesz, żeby dać ze wszystkim radę? Zdolność do empatii odgrywa niezwykle ważną rolę w związkach, które obie strony odczuwają jako szczęśliwe. Kiedy poprzez własne doświadczenia potrafimy ujrzeć daną sytuację z punktu widzenia drugiej osoby, ta czuje się wysłuchana i zauważona – wszystko dzięki empatii. Warto zresztą popracować też nad własną odpornością na wstyd – bo nigdy nie uda nam się kompletnie usunąć go z własnego życia. A jak dowiodła w swoich badaniach Brené Brown, empatia to na uczucie wstydu najlepszy lek.

Obniż poprzeczkę, ucząc się empatii wobec samej siebie. Zacznij od tego, żeby zaakceptować możliwość niepowodzenia. Nie próbuj już być osobą, której według ciebie spo­dziewają się inni – zamiast tego zatrzymaj się i posłuchaj, co mówi ci własne serce. Bądź dla siebie łagodna – nie zawsze wystarczy ci czasu czy siły, żeby utrzymać dom w perfekcyjnym porządku. Na urlopie też spuść nieco z samodyscypliny. Nikt nie dochodzi do orgazmu za każdym razem, a presja może to jeszcze bardziej utrudnić. To normalne.

Zastanów się i napisz na kartce:

  • Czy jest jakaś dziedzina życia, w której usilnie dążysz do perfekcji?
  • Czy boisz się niepowodzenia?
  • W jakich sytuacjach związanych z seksem zdarzyło ci się doświadczyć wstydu?
  • Czym to się objawiło?
  • Jak mogłabyś popracować nad zwiększeniem swojej tolerancji na wstyd?
  • Przypomnij sobie chwilę, kiedy okazałaś sobie więcej współczucia. Jak możesz się pocieszyć w trudniejszych momentach?
Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności”.