1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Igra z mężczyznami i prowadzi do zguby - kim jest kobieta fatalna?

Igra z mężczyznami i prowadzi do zguby - kim jest kobieta fatalna?

Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Rękawiczki za łokieć, pończochy i papieros w długiej lufce nie są jej niezbędne. Wystarczy, że spojrzy – jak Marlena Dietrich – i zgarnie innym kobietom sprzed nosa każdego mężczyznę. Kim jest ta, która igra uczuciami i prowadzi mężczyzn do zguby? Czy mamy jej zazdrościć, czy współczuć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Grana przez Ritę Hayworth bohaterka filmu „Gilda” (1946 r.) miała długie rękawiczki i suknię bez pleców. Czy kobiety fatalne nie zniknęły razem z tamtą epoką i modą?
Uwodzicielki zawsze będą, nawet bez tych wszystkich rekwizytów. Oczywiście, chodzi tu o inne uwodzenie niż to, które mamy na myśli, gdy mówimy do naszego misia: „ja cię dziś uwiodę i będzie nam przez całą noc bosko”. Femme fatale manipuluje, czyli osiąga zamierzony cel, nie patrząc na innych. Kiedy my mówimy: „jesteś boski”, to znaczy, że on nam się podoba. I zaboli nas, jeśli usłyszymy: „ale ty mi się nie podobasz”. Gdy femme fatale komplementuje mężczyznę, to znaczy tylko, że zanęca, wabi. I dlatego, gdy usłyszy: „ale ja jeszcze nie wiem, czy ty też jesteś cudowna”, patrząc mu w oczy, odpowie: „to znaczy, że jeszcze nic o mnie nie wiesz”. A potem odwróci się i odejdzie, wzbudzając w nim szaloną ciekawość, co ona takiego niezwykłego w sobie ma. Nic więc dziwnego, że pobiegnie za nią, by się dowiedzieć.

To chyba każda kobieta ma w sobie coś z femme fatale. Nie zawsze przecież mówimy całą prawdę.
Czasami bawimy się rolą uwodzicielki. Ale zdrowej kobiecie robienie tego bez przerwy po prostu by się znudziło. Tymczasem dla femme fatale istotą życia jest to, żeby mężczyznom niezmiennie na niej zależało. Każdej kobiecie zwykle jest przyjemnie, gdy mężczyzna okazuje jej wprost: „ty mi się podobasz, ciebie pragnę”. Ona nie musi na te sygnały odpowiadać. Wystarczy, że są, by czuła się ważna. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się być taką kobietą i najbardziej podobało mi się to, że jak jeden zaczynał za mną łazić, to od razu pojawiał się drugi i trzeci.

Czy to znaczy, że atrakcyjność kobiety wynika z męskiego pożądania?
Miałam w liceum nietuzinkowych kolegów. Perliński, ładny brunet, postanowił wpłynąć na mechanizm powstawania popularności. Chciał zobaczyć, co się stanie, jeśli razem z kumplem zaczną kręcić się wokół koleżanki, która do tej pory nie wzbudzała zainteresowania kolegów. Zaczęli więc adorować Ewę, która była chuda i patykowata. Zdecydowanie różniła się od tych koleżanek, wokół których chłopcy latali. Ale jak Perliński z kumplem zaczęli na dużej przerwie ją obstawiać, to wzbudzili zainteresowanie reszty chłopaków. Ci byli zaciekawieni, co tamci w niej zobaczyli, i też zaczęli wokół niej krążyć. A Ewa zaczęła rozkwitać, pięknieć i przyciągać kolejnych adoratorów już własnym blaskiem.

A więc to przekonanie o własnej atrakcyjności czyni z kobiety obiekt westchnień?
Właśnie. W czasach socjalizmu organizowano wyjazdy mężczyzn na budowy w głąb Rosji. Razem z nimi jechało zawsze kilka kobiet, m.in. kucharek. Kiedy wracały, były całkiem odmienione. Tam dostały tyle męskich wyrazów uznania, że ich poczucie wartości wzrastało. W męskiej naturze leży bowiem, żeby za babą latać.

Skoro kucharka z budowy może być femme fatale…
Te kucharki nie wracały jako femme fatale, ale jako kobiety pewne swej atrakcyjności. W każdym środowisku spotkamy za to kobiety, które słyną z tego, że są chłodnymi pięknościami. Znałam pewną sekretarkę, bardzo ładną, która wciąż się malowała, czesała, pudrowała. Jej dyrektor się nią chełpił. Poznałam też jej męża, ciepłego faceta, który się jeszcze nie rozeznał, że nie ma żony, bo ta wciąż jest zajęta sobą. I jej córeczkę, która tak jakby nie miała mamy. Bo gdy próbowała przyciągnąć jej uwagę, słyszała: „przynieś mi lusterko”. Dla takich kobiet ważne jest tylko jedno: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie”. Dlatego tak naprawdę femme fatale nie będzie miał żaden mężczyzna i to ich doprowadza do wrzenia. A ponieważ zazwyczaj chce ją mieć kilku, każdy z nich patrząc na konkurentów, myśli: ona jest wyjątkowa. Do głosu dochodzi męska rywalizacja: „Jeśli ja ją złapię, okażę się lepszy”, i w rezultacie wszyscy macho zaczynają gonić króliczka.

Ale to nie jest króliczek...
To jest lisica! Ona potrafi rozgrywać męską rywalizację. Dlatego z jednego kabrioletu przesiada się do drugiego, a każdy z zainteresowanych nią mężczyzn myśli: „będę musiał się bardzo postarać, aby tamtego przebić”. Ona nauczyła się, że ma władzę nad nimi, jeśli im nie ulega. A jej urok, jej seksualność są ważniejsze od wszystkiego innego. Dlatego mężczyźni myślą, że jest szalenie zmysłowa. Tymczasem ona seksu nie lubi, boi się. Ale też wie, że on daje jej władzę przez niezaspokojenie, a nie poprzez bliskość, wspólne szczęście.

Jacy mężczyźni dają się na ten sztuczny miód złapać?
To jest kobieta, która nauczyła się odczytywać cudze pragnienia. Ale nie po to, by je szanować, ale by rządzić. Nie była kochana i nie umie kochać. Umie za to wysyłać sygnały: „tu u mnie czeka cię coś niezwykłego”. Ale im bardziej się mężczyzna do niej zbliża, tym bardziej ona się odsuwa. A to nęci. Dla neurotyka, który nie lubi siebie samego, to szalenie pociągające. To też oferta dla cynika, który uznał, że wszystkie kobiety są złe. Ona kłamie. On o tym wie, ale to kupuje, bo przy niej będzie zawsze wolny. Nie będą razem, jej obietnice nigdy się nie spełnią, a jednoczenie ożywiają go, podniecają. Toczą więc ze sobą grę niespełnionej miłości. Wystarczy sięgnąć do klasyki kryminału z lat 40., na przykład do „Żegnaj laleczko” Raymonda Chandlera, żeby zobaczyć, jak to wygląda.

Chociaż trafiają jej się neurotycy i cynicy, to kobiety i tak zazdroszczą jej powodzenia.
Myślą: „ona ma wszystko, a ja nawet nie mam jednego faceta”. Dla femme fatale zazdrość kobiet jest tak ważna jak podziw i pożądanie mężczyzn. Najprawdopodobniej matka jej nie kochała i rywalizowała z nią o ojca. Kiedy więc teraz femme fatale wygrywa z innymi kobietami, czuje taką samą satysfakcję jak wtedy, gdy wygrywała z matką. Ojciec traktował ją jak swoją małą kobietkę, to jej dawał biżuterię, to nią, a nie jej matką się zachwycał. W ten sposób używał jej do rozgrywek z żoną. Erotyczność tej relacji była bardzo ważna, choć seksu nie musiało być. Ale to właśnie za swoją atrakcyjność jako dziewczynka była podziwiana. I dlatego to dla niej najważniejsze – budzić podziw i pożądanie.

Czyli w dzieciństwie femme fatale była psychicznie molestowana?
Kobiety fatalne nie były nigdy kochane. Zawsze tylko używane. I jedynie wtedy ważne. Więc stale muszą w mężczyznach podsycać podziw. Używać siebie.

Czy w takiej sytuacji to one trzymają w ręku wszystkie sznurki?
W książce Aldousa Huxleya „Kontrapunkt” mężczyzna dostrzega, że kiedy odsłania się przed swoją ukochaną i zapewnia o miłości, ona odchodzi. Kiedy się od niej odwraca, ona zaprasza go z powrotem. Zaczął więc eksperymentować. Mówił: „Kochanie, jesteś jedyna, nie mogę żyć bez ciebie…”. Na co ona: „przepraszam cię, ale się spieszę”. Ale kiedy już się od niego odwróciła, a on nagle stwierdzał: „Właściwie masz rację, idź już”, wtedy wracała: „Może jednak napiję się z tobą herbaty…”. On dostrzegł, że ona nie wie, czego chce, że musi zgarniać dowody, że jest ważna, że ktoś ją widzi, że jest od nich uzależniona. A więc znajduje się w takiej samej niewoli jak mężczyźni, którymi manipuluje.

Powiedziałaś, że femme fatale nie lubi seksu. Czy to znaczy, że z nikim nie sypia?
Jak powiedziała kiedyś pewna kobieta: „zawsze wiem, jak się ułożyć w łóżku, żeby dobrze wyglądać”. Żeby móc pamiętać o wyglądaniu, nie można przeżywać. Takie kobiety wiedzą, czego pragnie facet, i dają mu tego troszkę mniej, ale obiecają troszkę więcej. Ponieważ same nie podlegają falom naturalnych emocji, mogą na zimno manipulować kochankiem. Są wyszkolone w ars amandi, więc jeśli mężczyzna nie potrzebuje w łóżku bliskości, będzie zachwycony. Kadzidełka, świece, bielizna, w sumie świetne przedstawienie. No i co z tego, że ona nie przeżywa orgazmu ani nawet zmysłowej przyjemności, jeśli on o tym nie wie? Ale jak femme fatale się do kogoś nieopatrznie przywiąże, to bardzo go zrani. Jest bowiem przekonana, że miłość rani, więc lepiej, żeby zraniła kogoś innego.

Ona daje im trochę w kość. Chyba każda z nas czasem chętnie by to zrobiła.
Lepiej, by mężczyźni uczyli się kochać kobiety, które potrafią odwzajemnić miłość, i żeby mieli dzieci, które będą czuły się kochane. Z rewanżem trzeba uważać. Miałam w terapii mężczyznę, który został zmanipulowany i porzucony, a potem już tylko się mścił. Uwodził mężatki i doprowadzał do tego, by ich mężowie się o tym dowiedzieli. Chodziło mu o to, żeby cierpieli tak samo jak on. Zrobił to 27 razy, nim się połapał, że marnuje życie. Często spotykam mężczyzn, którzy są nieszczęśliwi, bo dali się uwieść i wykorzystać. Pragną kobiety, o której umieją powiedzieć tylko tyle, że jej nie rozumieją. Próbuję im wyjaśnić, że to nie jest niezwykła istota, ale ktoś, kto za sprawą obietnic bez pokrycia trzyma ich mocno i nie puści.

Czy można zawczasu rozpoznać manipulatorkę?
Jeśli kobieta zawsze wygląda dobrze, to ty się, chłopie, przestrasz. Bo ona tak bardzo zwraca uwagę na siebie, że na nic więcej, a już na pewno na ciebie, nie będzie miała czasu. Jeśli nie masz wpływu na związek, nie wiesz, co od ciebie zależy, a co nie, jeśli nie rozumiesz tej kobiety, to się zastanów, czy chcesz tak żyć? Pragnąć, ale nie mieć. Głód bliskości łatwo pomylić z miłością. Pragniemy coraz bardziej, bo coraz bardziej brak nam tego, czego nie dostajemy. W każdym człowieku, który chociaż trochę siebie lubi, jest część, która mówi: „chcę być kochany i szanowany”, i do niej warto się odwołać, jeśli czujemy, że ktoś nami igra.

Jak historie femme fatale się kończą?
„Ulubieńcy Ameryki” z Catheriną Zeta-Jones i Julią Roberts to właśnie opowieść o tym, jak zimna piękność traci miłość, gdy jej mąż poznaje zwykłą, miłą dziewczynę. Mężczyźni nie chcą latać bez końca za kobietą, której nie można zdobyć. Wielu mówi też, że co innego pragnąć, a co innego być. I być wolą z kimś, kto umie kochać. A więc na koniec femme fatale zostaje sama, często w biedzie.

Co możemy poradzić kobietom, które czują się femme fatale?
Masz poczucie władzy, ale nie masz poczucia szczęścia. Masz poczucie ważności, ale nie wartości. Kobiety ci zazdroszczą, ale masz w środku niekochane dziecko, którego używasz jako przynęty. Do czego? Musisz uwodzić. To jest nałóg. Można się z niego wyzwolić i uczyć bliskości. Więc choć dostajesz wiele głasków od mężczyzn, zastanów się, na jak długo to starcza i co się w twoim życiu naprawdę dzieje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Każda miłość jest pierwsza. Nie raczmy partnera "eks" historiami

Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawno, dawno temu miałam kochanka jak z bajki… STOP! Historia twoich erotycznych przygód, nawet jeśli bardzo zajmująca, niech zginie w mrokach zapomnienia!

Seksuologowie podkreślają: w sypialni obowiązuje szczerość. Mówmy o swoich potrzebach i oczekiwaniach. O tym, co tu i teraz! Bez udawania orgazmów. Owszem – mówmy, ale nie wszystko i niekoniecznie wprost.

Poniżej zakazane komunikaty, czyli takie, które raczej zrujnują związek, niż poprawią zytuację w sypialni:

Nie jesteś pierwszy, kochanie…

Gabrysia postanowiła być z Pawłem szczera. – To miłość mojego życia. Długo na niego czekałam. Z nim chcę się związać na dobre i na złe – wyznaje. – Ale skoro mamy być razem, musi wiedzieć o mnie wszystko. Nie chcę ukrywać przed partnerem czegoś, co jest kawałkiem mnie.

Częścią procesu zbliżania się do siebie była opowieść Gabrysi o seksualnej przeszłości, dość bogatej. Spotkała Pawła w wieku 34 lat, a dziewictwo straciła jako 17-latka. Przez lata „pomiędzy” zbierała doświadczenia. W sumie miała 14 kochanków. Początkowo chciała przyznać się do 10, ale jak szczerość, to szczerość: dumna ze swej otwartości wyznała Pawłowi wszystko. Niestety, efekty ją zaskoczyły: Paweł zaczął się zachowywać z dziwnym dystansem. Wkrótce przestał z nią sypiać. A niedługo potem odszedł.

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska, seksuolożka, psycholożka i terapeutka, uważa, że nadmierna prawdomówność w tym temacie to jeden z najczęstszych błędów kobiet. – Statystyczny mężczyzna jest wzrokowcem – tłumaczy. – I kiedy słyszy takie opowieści, jego mózg zaczyna wytwarzać wokół nich obrazy, nawet jeśli on sam tego nie chce. Nie chodzi o to, że poświęca czas na fantazjowanie na ten temat, to proces automatyczny. Im więcej szczegółów poda partnerka, tym więcej będzie mieć materiału i stworzy bardziej drobiazgowy obraz. Każdy detal przekłada się na pobudzoną wyobraźnię.

Efekt? Złość na partnerkę, często nieuświadomiona. Odraza. Obawa partnera, że w porównaniu z poprzednikami wypada gorzej. Lęk, że nie potrafi zaspokoić swojej kobiety. Biorąc pod uwagę, że aż 83 proc. mężczyzn za synonim męskości uważa własną sprawność seksualną (według raportu firmy On Board PR Ecco Network na temat zdrowia seksualnego Polaków, 2012 r.), facet, który boi się, że nie sprosta roli kochanka, raczej nie będzie szczęśliwym partnerem. Badania potwierdzają też negatywny wpływ szczerości na życie seksualne. Wspomniany raport głosi, że aż 74 proc. respondentów uważa, że zwierzenia partnerki na temat bogatej przeszłości seksualnej mogą negatywnie wpływać na samopoczucie mężczyzny. Na szczęście większość kobiet zdaje sobie sprawę z tego, że zbytnia wylewność nie popłaca: ponad 80 proc. respondentek podziela ten pogląd.

Ten to potrafił zakręcić!

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska: – Czerpanie satysfakcji ze sfery intymnej wiąże się dla obu stron przede wszystkim z poczuciem bezpieczeństwa. Niekoniecznie z wielką miłością. Komfort plus pewność swojej roli są koniecznymi warunkami udanego seksu.

Brak bezpieczeństwa sprawia, że sfera erotyki zaczyna się mężczyźnie kojarzyć z lękiem. A kiedy się czegoś boimy, staramy się tego unikać. Im rzadziej się konfrontujemy z tym, czego się obawiamy, tym bardziej strach rośnie. Stąd tylko krok do poważnych problemów. I chodzi nie tylko o zaburzenia erekcji, choć te zdarzają się w takich sytuacjach nagminnie. Są też inne zagrożenia. Przekonała się o tym Julita. – Konrad wydawał mi się za mało zaangażowany w związek – przyznaje. – Chciałam więc podkręcić trochę atmosferę, wzbudzić jego zazdrość. Opowiedziałam mu, że jeszcze na studiach miałam faceta, który kochał seks i miał niesamowite pomysły. W sypialni wrzało, choć na innych polach dogadywaliśmy się nie najlepiej. Myślałam, że taka opowieść zmobilizuje Konrada i pobudzi go do wspólnego bicia rekordów.

Niestety. Konrad bynajmniej nie stał się bardziej namiętny. Przeciwnie: zaczął flirtować z innymi kobietami, wychodzić coraz częściej z domu, szukać przygód. Rozstali się.

– Chwalenie byłych kochanków to jak wysłanie obecnego w ramiona innych kobiet – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Tekst: „byli lepsi od ciebie” potrafi całkowicie i bezpowrotnie zniszczyć życie seksualne. Mężczyzna skonfrontowany z zachwytem nad innym poczuje się przede wszystkim upokorzony. Może kompensować to uczucie, uciekając w pracę, sport, bogate życie towarzyskie czy inne aktywności, które potwierdzą jego odwagę i kompetencje. Ale może też stać się opiekuńczy i pełen dżentelmenerii wobec innych kobiet. Nie wobec partnerki, bo na nią jest wściekły! Ta wściekłość, nawet nieuświadomiona, może przybierać różne formy: od upokarzania kochanki, przez niezauważanie jej i lekceważenie, aż po celowe pomijanie jej potrzeb i unikanie zbliżeń.

Obudzić się może także samcza skłonność do rywalizacji. – Może wtedy szukać przygód poza związkiem i zdobywać nowe doświadczenia – ostrzega seksuolog. Wariant zamierzony, czyli wywołanie reakcji „stanę na głowie, ale cię porządnie dopieszczę”, jest nierealny. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, nawet jeśli trafimy na masochistę, który z opowieści o seksie z innymi będzie czerpał przyjemność erotyczną, to jego sfera emocjonalna i tak na tym ucierpi.

Czy to znaczy, że seksualna przeszłość powinna raz na zawsze pozostać tematem tabu? Owszem, powinna. – Bezpieczna wzmianka o przeszłości to komunikat w stylu „nigdy nie było mi tak dobrze, dopiero teraz czerpię prawdziwą radość z seksu” – uważa Zaryczna-Pogorzelska. – W ten sposób sugerujemy, że coś już przeżyłyśmy i w związku z tym dysponujemy materiałem porównawczym, ale nie mówimy, ile doświadczyłyśmy i czego. Wiadomo tylko, że tamto było gorsze. I żadnych opisów, które posłużyłyby tworzeniu obrazów.

Dodaje jednak: – Taka szczerość jest fajna, pod warunkiem że mówimy prawdę. Jeśli nieprawdziwie wzdychamy: „ty jesteś najlepszy, żaden inny nie był w stanie ci dorównać”, szkodzimy sobie i relacji. Choć prawda czasem boli, kłamstwo nie jest wcale lepsze: rabuje kochanków z intymności, bliskości i poczucia bezpieczeństwa.

Udawałam od lat, słabeuszu!

Wyznaniem prawdy na temat przeszłości można solidnie narozrabiać, zwłaszcza jeśli prawda należy do tych z dziedziny nieprzyjemnych. Agata kochała Krzysztofa, ale w łóżku, niestesty, nie było jej z nim dobrze. Większość orgazmów po prostu udawała, by mieć „to” już za sobą. Tymczasem on podczas każdego zbliżenia pracowicie się starał i pragnął dać jej maksimum przyjemności. Było jej przykro, poudawała więc odrobinę i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu. Kiedyś, w chwili wściekłości i w rewanżu za flirt na boku, wykrzyczała mu prawdę: „Od lat udawałam orgazmy! Jesteś słaby, zawsze ledwo dawałeś mi przyjemność”.

Krzysztof nie mógł w to uwierzyć. Cały czas był święcie przekonany, że są z Agatą wyjątkowo dobrze dopasowani, także w łóżku. To, co usłyszał, całkowicie go zdruzgotało. Przestał z nią sypiać. Zaczął się czuć w sypialni niepewnie. Jego życie erotyczne błyskawicznie zdominowała masturbacja.

Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej takie wykrzyczenie w gniewie okrutnej prawdy to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić drugiej osobie. ­

– Intymność, jaką tworzymy za pomocą zbliżeń seksualnych, to forma największej bliskości dla dwojga ludzi. Uderzenie w tę sferę agresją doprowadzi do rozpadu nawet najbardziej udanego związku. Taki raniący komunikat może sprawić, że jednym ruchem zniszczymy intymność, która była między nami. Kobieta w takiej sytuacji pomyśli: „Skoro kłamał w tej sprawie, to na pewno w innych też nie był szczery”. Mężczyzna zaś: „To, co widziałem i słyszałem przez ostatnie lata w naszej sypialni, te komplementy, pomrukiwania – to wszystko było kłamstwem?!” – poczuje się oszukany i głęboko upokorzony. I bardzo, bardzo zagrożony! Seks to dla niego sfera, z którą się identyfikuje najsilniej, z której czerpie nie tylko bliskość, ale też informację o sobie – i czego się właśnie o sobie dowiedział? Że jest nieudacznikiem. Słabeuszem, wielkim zerem, które sobie nie radzi.

– To dla niego koniec świata – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Dotyka i rani tak mocno, że związek się zwykle rozpada. Ale to nie koniec: mężczyzna wchodzi w relację z inną kobietą i mimo upływu czasu, nawet lat, ta sprawa wciąż do niego wraca, wciąż go prześladuje. I ciągle musi się dowartościowywać, szukać potwierdzenia swej męskości. Skoro nie zaspokoił jednej kochanki, może się bać, że nie zaspokoi kolejnej!

Jak żołnierz dziewczynie, tak i ona…

A jeśli coś w sypialnianych zachowaniach partnera bardzo nam przeszkadza? Co wtedy? Powiedzieć wprost – źle, bo mało kto potrafi bez zranienia przyjąć krytykę w tak delikatnej sferze. Ale przemilczeć też niedobrze – zaciskanie zębów to najkrótsza droga do seksualnej awersji i kumulowania się złości względem drugiej strony. Zdaniem seksuologów najlepiej posłużyć się wtedy zasadą „żołnierz dziewczynie nie skłamie, najwyżej nie wszystko jej powie”. To znaczy, że podajemy krytykę… bez krytyki. Zamiast powiedzieć: „nie cierpię, gdy to robisz” lepiej jest zadeklarować: „uwielbiam, gdy robisz to i tamto”.

– W seksie jesteśmy nadzy, fizycznie i emocjonalnie – mówi Zaryczna-Pogorzelska. – I bardzo wrażliwi na krytykę. Dlatego w łóżku najlepiej sprawdzają się komunikaty pozytywne. Mówmy: „chciałabym więcej, mocniej, częściej, tak właśnie lubię, tego właśnie pragnę”. Ale czasem to nie wystarczy. Wtedy najlepsza jest metoda kanapki: komunikat negatywny wkładamy pomiędzy dwa pozytywne. Zaczynamy od: „lubię, kiedy…”, podajemy negatyw: „nie przepadam, gdy…” i kończymy pozytywem: „ale uwielbiam, jak…”. W ten sposób można w miarę bezboleśnie powiedzieć prawie wszystko.

  1. Psychologia

Za zakrętem. Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń romansu

Czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego? (Fot. iStock)
Czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego? (Fot. iStock)
Stały związek, a on oznajmia, że ma romans. Czy to koniec, czy może warto ratować tę miłość? – Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń tej historii. Jeśli nadal chcesz z nim być, daj jemu i sobie czas, a potem pozwól mu wrócić. Tyle że na nowych warunkach – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Pijesz poranną kawę, przeglądasz informacje w telefonie. Twój związek to nie siódme niebo, ale nie spodziewasz się tego, co za chwilę usłyszysz od partnera: „Kocham inną, kiedyś z nią byłem, wtedy nam nie wyszło, ale…”.
„Ale zawsze ją kochałem”, bywa, że tak to wygląda. No i masz wtedy kilka wyjść. Możesz się totalnie obrazić. Wyrzucić go z domu, razem z jego gadżetami i uczuciami, a potem: wpaść w rozpacz, pić wino i skarżyć się przyjaciółkom. Możesz też szlochać i prosić, żeby został, bo dom, bo dzieci, bo miłość... Ale! Możesz też postąpić wbrew romantycznym mitom: spokojnie dopić kawę i powiedzieć: „Daj sobie trochę czasu. Upewnij się, że to na pewno to”.

Czekać, aż zakochany partner sprawdzi, czy kocha inną?
Właśnie, tak można zrobić. Popatrz na to od strony psychologii, a ona mówi, że powrót uczucia jest naturalny, jeśli między dwojgiem ludzi coś się kiedyś nie dopełniło. Dlatego, jeśli usłyszysz takie słowa od mężczyzny, odetchnij głęboko i nie rób niczego pochopnie. Daj mu czas, żeby mógł sam podjąć decyzję o tym, czego chce. Oczywiście ty także musisz się zastanowić, czy nadal chcesz z nim być! Koniecznie wtedy się czymś zajmij. Czymś konstruktywnym, co cię wciągnie. Skup się na sobie, na swoich sprawach. Praca, sport, pasje…

Dać jemu i sobie czas. Ale jak takie czekanie wytrzymać?
Będzie to zapewne przykre, bolesne, trudne, ale potraktuj to jako cenę  za rozwój wewnętrzny. Jeśli jednak wiesz, że nie dasz rady i wciąż będziesz go szarpać żalami i pretensjami, lepiej na ten czas wyproś go z domu: „Wróć, jak będziesz pewny, że chcesz ze mną być. Nie wiem, jak długo będę na ciebie czekać”. Możesz też czas na decyzję skrócić: „Zakochałeś się w 20-latce. Rozumiem. Czy ona da ci wszystko, czego potrzebujesz? Przecież ona nie jest mną. Ja teraz jadę w góry, też muszę tę sprawę przemyśleć. Ustalimy, co dalej z nami, kiedy wrócę”. Kiedy będziesz sama, to po cichu możesz sobie trochę popłakać. Możesz się poskarżyć zaufanej przyjaciółce, powiedzieć jej, co się stało, ale nikomu więcej.

Dlaczego?
Na tym etapie to nie ma sensu. Dopiero jeśli po paru miesiącach ten romans nadal będzie trwał, pożegnasz się z tym mężczyzną i wtedy powiesz znajomym, że się rozstajecie. Nie ma co tracić życia na uganianie się za kimś, kto cię nie kocha. To za mało do szczęścia we dwoje. Daj sobie szansę na spotkanie kogoś, kto także ciebie obdarzy uczuciem.

Może kiedy wrócę z tych „gór”, to już go nie będę chciała chcieć?
Tylko żeby to nie było po złości. Możesz chcieć się zemścić, ale po co? Jeśli nadal kochasz tego mężczyznę, to wtedy odrzucasz sama własną miłość. Powiesz: co to za miłość, co to za związek?! A ja na to: takie jest życie. Po takiej próbie z ułomnej relacji może się narodzić dobry związek, pełen bliskości i radości bycia razem. Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń tej historii. Zazwyczaj po miesiącu czy dwóch jest już po miłości do 20-latki czy wielkim powrocie do byłej. I jeśli nadal chcesz tego mężczyznę, pozwól mu wrócić. Tyle że na nowych warunkach.

Nowe warunki? Czyli zapewnienie, że się z tamtą kobietą już nie spotka, że ją wyrzuci ze znajomych i...
Nie wymagałabym, żeby tak radykalnie zerwał tę znajomość. Są jednak kobiety, które myślą, że to konieczne, bo jak on z tamtą jeszcze kiedyś pójdzie na kawę, to już do domu nie wróci. Przepadło. Oczywiście, lepiej, żeby się wyraźnie zdeklarował, powiedział, że tamta już nie jest mu potrzebna. Lepiej, żeby się z nią nie kontaktował, bo to stwarza okazję do powtórki z rozrywki. Ja jednak myślę, że nie należy nikogo zawłaszczać. Jeśli on podejmie decyzję, że chce z tobą być, to będzie. A jak mu to wmówisz albo narzucisz i będziesz pilnować, sprawdzać, kontrolować – to odejdzie albo zacznie prowadzić podwójne życie.

(Ilustracja Magdalena Pankiewicz) (Ilustracja Magdalena Pankiewicz)

Mówiąc o nowych warunkach, miałam na myśli to, że on musi zrekompensować ci ten czas, kiedy był zajęty kimś innym. Należy ci się za to coś wyjątkowego. Nie zapłata, ale dowód na to, że chce być z tobą. Bardziej w obszarach zmiany nawyków. Na przykład zacznie z tobą spacerować, chodzić na zakupy (jeśli tego nie robił), czyli przeznaczać więcej czasu dla ciebie, na to, co ty lubisz. Ale też może być tak, że jeśli marzyłaś o wycieczce do Birmy, to on kupi bilety. Najważniejsze jednak to rozeznać, co takiego zadziało się między wami, że do tego romansu doszło.

To wina kobiety, że jej partner odgrzebał dawne uczucie albo że snuł romantyczne fantazje o życiu z 20-latką?
Myślałam raczej o tym, żeby zastanowić się, czego obojgu w tym związku brakuje. Może zaczęli się lekceważyć? Może za mało mieli ostatnio miłych wspólnych chwil? Za dużo wymagań, a za mało pochwał? A co z seksem? Ostygła namiętność? Najczęściej wdajemy się w romanse, kiedy nasz związek niesie poczucie pustki, jałowości. Gdy jest się długo razem, łatwo się zagapić i kłopoty przerastają radości. A wtedy może się któremuś zachcieć fajerwerków. Fajerwerki tak pięknie strzelają! Ale szybko gasną.

No ale powiedział, że kocha. Jak stanąć na drodze miłości?
Zawsze może się zdarzyć, że podczas zakupów przedświątecznych twój mężczyzna wpadnie na kobietę, w której kiedyś się zabujał. Ale to, co się wtedy wydarzy, nie zależy od siły dawnego uczucia, ale od tego, jakim jest człowiekiem. Może być nastawionym na tu i teraz, aktywnym mężczyzną, który wie, że nie ma co ożywiać przeszłości. Powie więc dawnej nieskonsumowanej ukochanej: „Wesołych świąt! Cudnie wyglądasz, miło było cię spotkać”, i pójdzie dalej, przez chwilę ciesząc się ekscytującym wspomnieniem. Będzie inaczej, jeśli ten mężczyzna jest melancholikiem, nosi w sobie niespełnioną tęsknotę i takie spotkanie wydobywa go z otchłani smutku. Taki to od razu wrzuci całą wstecz i jego serce popłynie prosto do przeszłości.

Czy na pewno będzie kierować nim tylko melancholia?
Miłość zostaje na zawsze w człowieku. Nawet jak minęła, to pamiętamy, że była. Jeśli jednak nie pogodziliśmy się z rozstaniem, to takie spotkanie budzi nadzieję, że uda się naprawić przeszłość. Dla melancholika drugie rozdanie to jak opium. Już śni na jawie, jak im razem dobrze. To się udaje tak niezmiernie rzadko, że szkoda o tym mówić. A więc on będzie chciał wrócić, jeśli w ogóle odejdzie. Dlatego to od jego partnerki najczęściej zależy, czy ich związek przetrwa.

Mówisz rzeczy zaskakujące dla wielu kobiet.
Są ludzie, którzy nie żyją w realnym świecie. Zawsze zawieszają swoje marzenie o miłości doskonałej na kimś, hołubią tę osobę i niosą przed sobą jak jakąś monstrancję. Nie chcą jednak tej miłości sprawdzać. Schodzić się, zamieszkać razem. Ba! Nawet iść z tą osobą do łóżka. Nie przeszkadza im to też być z kimś innym w małżeństwie. O tamtej czy tamtym marzą, wyobrażają sobie, że taki niedosiężny, niezdobyty, i są mimo to spokojni, bo tuż obok nich śpi żona. Taka zwykła i obecna. Nie są więc sami. Zazwyczaj jeżeli ktoś się spotyka z kimś z przeszłości, to sobie maluje na różowo dwa dni i nie zamierza wcale wracać do tej osoby. Dwie randki to akurat tyle, ile potrzebuje. Romantyczny poryw oznacza tak naprawdę tyle, że związek, w którym jesteśmy, nie funkcjonuje tak jak powinien, że jest jakiś niemrawy. Dlatego trzeba pomyśleć, jak go naprawić. Dla mnie to jest najważniejszy sens takiej romantycznej historii.

Powiedzmy, że związek przetrwał. Ona skończyła pić kawę, a on stwierdził, że pomylił się, mówiąc: „Zawsze ją kochałem”. Są więc już razem w jednym łóżku, on chciałby seksu, ale ona mówi „nie mogę”.
Żartujesz? To tak szybko nie idzie. Ale w takiej sytuacji warto, żeby poszła na terapię. Uraz jest dla niej ważniejszy niż frajda z seksu? Niż radość z tego, że wrócili do siebie, że jednak on ją chce? Czemu go odtrąca? Wątpi w jego uczucie? Przecież on się nie poświęca. Nie musiał fundować jej tej wycieczki do Birmy. Mógł jechać z tamtą albo sam. Może ona nie wierzy w to, że jest warta miłości? Czuje się niewystarczająco atrakcyjna, by przyjąć z otwartym sercem to, co on chce jej dać. I może dlatego on zapatrzył się na inną? Ona przyjmowała od niego wszystko, bo wierzyła, że miłość się jej należy?

A może jego partnerka chciałaby być pewna, że on ją naprawdę kocha?
Wbrew temu, co mówią romantyczne mity, miłość sprawdza się w praniu. Można nawet powiedzieć, że sprawdza się w boju! W trudach życia. W kryzysach takich jak romans czy zdrada. Wieczorami on pamięta, żeby przynieść jej grube skarpety, bo w nocy marzną jej stopy. A ona jemu zaparza ziółka na wątrobę. To są miłosne sprawki, które potwierdzają uczucie. On przeżył wielki zawód miłosny, z którego teraz dopiero się wygrzebał. Ona go zrozumiała, choć ją to zabolało. To, co czują do siebie wieczorami, pijąc herbatę, jest bezcenne, bo to akceptacja i zrozumienie.

Czyli miłość. Przyjmuję na rozum to, co mówisz. Ale jak kochać się z kimś, kto fantazjował czy nawet zdradził cię z inną?
Nie wszystkim się to uda. Znam kobiety, które marudziły po takim wydarzeniu przez wiele lat, przepytywały partnera: „Spałeś z nią? A co jej robiłeś, a ona tobie?”. Ale znam też takie, które szybko zakończyły temat. To zależy od poczucia wartości kobiety. Jeśli czuje się nieatrakcyjna, sama siebie nie kocha, to cały czas będzie w głowie mielić: „on mnie nie chciał”, jakby nie zauważyła, że wybrał ją, że chce! Z kolei kobiecie, która ma dobre zdanie o sobie, nie zaszkodzi na radość życia nawet to, że on sobie czasem powspomina. Powiem ci tak, trzeba po prostu żyć! Jak się narozrabiało – przeprosić! A jak ktoś przeprasza, wybaczyć.

Wiele kobiet wolałoby jednak być bohaterkami romantycznej fantazji partnerów niż tymi „zwykłymi żonami”.
Nas wszystkich bardzo bierze, jeśli się w tym zwyczajnym życiu wydarzy coś, co sprawi, że się poczujemy jak bohaterka czy jak bohater romansu. Takie wzdychanie, fantazjowanie, oczekiwanie na esemesy, sprawdzanie, czy są nowe lajki od obiektu naszych westchnień – daje nam dopaminowe strzały. Jesteśmy na haju. I tego tak naprawdę chcemy: troszkę poprzeżywać, złapać oddech od codzienności. Można to nazwać romantycznym zakochaniem, a można dostrzec aspekt biochemiczny tej sytuacji. Znam wiele kobiet, które na tym haju porzuciły domy i fajnych facetów, a kiedy oprzytomniały, nie zawsze miały gdzie wrócić, choć chciały.

Marzymy, żeby było jak w kinie, ale nic nie chcemy realnie zmieniać?
Siedzimy na dworcu i trzymamy się za ręce. On za chwilę pojedzie do Krakowa, a ja do Szczecina. Nasze pociągi się rozjadą, a nasze serca rozerwą. Coś się niby spełnia i coś się bardzo nie spełnia. Takie momenty mogą być pociągające! Powiem ci jednak, że dojrzali ludzie, którzy zaznali już takiej szarpaniny, traktują ją tylko jako ważne wspomnienie. Pragną jej ci, którzy nie wiedzą, czym jest naprawdę miłość, i myślą, że właśnie tym, co dzieje się na takim peronie…

Film z Keirą Knightley „Zeszłej nocy” opowiada o dylemacie, który po takim wydarzeniu może mieć wiele z nas: czy większą zdradą jest seks ze znajomym z pracy podczas służbowego wyjazdu, czy spotkanie w tajemnicy z byłą miłością? No i czy to drugie można wybaczyć?
Nie wiem, co jest większą zdradą. Może do księdza z takimi pytaniami, ja nie orzekam o moralności. Za to jako psycho­terapeutka powiem, że są ludzie, którzy robią bez przerwy sobie i bliskim emocjonalny kipisz: zakochują się, zdradzają… Co to ma wspólnego z miłością? No niewiele… Co więcej, każdy będzie doświadczał zdrady czy nieuczciwości inaczej. A takie dylematy „co jest gorsze” są szkodliwe, bo odwracają uwagę od tego, co najważniejsze: czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego?

  1. Seks

Przygoda jednej nocy - najważniejsza jest szczerość

Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. (Fot. Getty Images)
Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zwykło się przyjmować, że to mężczyźni, wykorzystując naiwność i emocjonalność kobiet, ulatniają się niespodziewanie po wspólnie spędzonej nocy. Jednorazowa przygoda nie musi być jednak czymś złym ani krzywdzącym dla drugiej strony. Najważniejsza jest szczerość wobec siebie i partnera/partnerki.

Zwykło się przyjmować, że to mężczyźni, wykorzystując naiwność i emocjonalność kobiet, ulatniają się niespodziewanie po wspólnie spędzonej nocy. Jednorazowa przygoda nie musi być jednak czymś złym ani krzywdzącym dla drugiej strony. Najważniejsza jest szczerość wobec siebie i drugiej osoby.

Kobiety tak samo jak mężczyźni chcą na różne sposoby realizować swoje potrzeby seksualne. Może być to także przygodny seks z mniej lub bardziej przypadkowymi partnerami. Decyzja o szybkim kontakcie fizycznym wymaga jednak przemyślenia, co to tak naprawdę dla nas znaczy i jak będziemy się potem czuć.

Od dziecka zewsząd słyszymy, że seks jest czymś poważnym, że trzeba z nim zwlekać, a jeżeli czekać nie będziemy, zostaniemy ukarane/ukarani (ciążą, odejściem partnera itp.). Seks jako „sport” spotyka się z potępieniem, a „zaliczanie” kolejnych osób jako bezmyślność i zezwierzęcenie. Kobieta ma jeszcze gorzej – jest „zaliczana” i się „puszcza”. Kobiety często boją się „zszargania opinii” w oczach mężczyzn. Lęk o własną „reputację” często powstrzymuje je przed otwarciem na przyjemność i nowe doświadczenia seksualne.

Jest to jednak tylko jedna wersja! Można postrzegać kontakty seksualne zupełnie inaczej, chociaż pozbycie się z myśli tego negatywnego przekazu wymaga wysiłku i pracy nad sobą, bo to w nim wzrastałyśmy/wzrastaliśmy.

Coraz więcej mężczyzn uznaje równouprawnienie kobiet także w dziedzinie seksualnej. Przygodny seks nie stanowi dla nich przesłanki do potępienia partnerki. Zaciera się nieprzekraczalna wcześniej granica między „świętą” i „dziwką”. Kiedyś mężczyźni wiązali się z innymi kobietami niż z którymi się bawili, teraz ma to coraz mniejsze znaczenie. Doświadczenie seksualne kobiety (a nie jedynie mężczyzny) stanowi zaletę, dziewice nie są już na szczęście poszukiwane tak jak w bajkach.

Przygodny seks nie musi być jedynie „rozładowaniem napięcia” czy zapełnianiem życiowej pustki. Dla niektórych osób to po prostu zabawa i nieskrępowana przyjemność. Seks może być pięknym przeżyciem także z osobą nieznajomą. Nie warto traktować tej sfery jako brudnej i zwierzęcej, bo w ten sposób dręczymy tylko same/samych siebie.

Zabawa nie wyklucza odpowiedzialności, wręcz przeciwnie – trudno dobrze się bawić, obawiając się ciąży, chorób czy oszukując partnera/partnerkę. Dlatego jeżeli zakładamy jednorazowy kontakt, nie wysyłajmy partnerowi/partnerce innych sygnałów. Lepiej między słowami lub dosłownie uprzedzić o swoich planach niż później spotkać się z wyrzutami (choć trudno przewidzieć czyjąś późniejszą reakcję). Oczywiście koniecznie należy pamiętać o zabezpieczeniu! Jeżeli partner lub partnerka nie chcą się zgodzić na seks z prezerwatywą, powinien to być czytelny sygnał, żeby nie posuwać się dalej!

One night stand nie musi wiązać się z egoistyczną chęcią zaspokojenia jedynie własnych potrzeb. Osoba, której zależy na przyjemności partnera/partnerki, będzie zawsze o nią dbała, bez względu na to, ile razy ma jeszcze zamiar się spotkać. Jeżeli ktoś myśli w seksie głównie o sobie, nie zmieni się w stałym związku.

Czasami jednorazowa przygoda jest zaplanowana albo z góry wiadoma (na przykład kiedy spotyka się kochanka/kochankę w szczególnych okolicznościach i trzeba wrócić do domu), a czasami po jednej nocy okazuje się, że na żadną kontynuację nie ma się ochoty. Za każdym razem warto porozmawiać i wyjaśnić sytuację. Nieodpowiadanie na wiadomości jest co najmniej nieeleganckie, chyba że w ogóle nie chcemy się kontaktować, wtedy lepiej kontaktu do siebie nie zostawiać.

A co zrobić, gdy po jednorazowej przygodzie chcemy więcej, a druga osoba niekoniecznie? Niestety, tak bywa. Każdy ma prawo odmówić kolejnego spotkania bez tłumaczenia się. Musimy to przyjąć i nie załamywać się. Jeżeli rozczarowanie i przygnębienie zdarzają nam się częściej, warto zastanowić się, czego tak naprawdę oczekujemy od przygodnych znajomości i czy przypadkiem nie szukamy czegoś zupełnie innego.

  1. Seks

Dlaczego zdradził? Jakie są powody zdrady według mężczyzn?

Mężczyźni często tłumaczą zdradę tym, że seks z ich stałą partnerką stał się nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór, więc szukają pań, które chętnie spełnią ich zachcianki. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często tłumaczą zdradę tym, że seks z ich stałą partnerką stał się nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór, więc szukają pań, które chętnie spełnią ich zachcianki. (Fot. Getty Images)
Wiele kobiet przez to przeszło. Żyły w wydawałoby się szczęśliwym związku z mężczyzną, którego bardzo kochały, a on nagle... któregoś pięknego dnia je zdradził. Na początku była złość, poczucie krzywdy a potem przychodziła refleksja i pytanie „dlaczego zdradził?”. A jak sami mężczyźni tłumaczą zdradę?

1. Bo seks stał się nudny lub w ogóle go nie ma

Wielu mężczyzn uważa, że długoletnie relacje potrafią wyssać z kobiety popęd płciowy. Kiedy mężczyzna inicjuje pieszczoty, jego ukochana zaczyna wymigiwać się bólem głowy lub innymi dolegliwościami. Po kilku nieudanych próbach, pod pretekstem „zostania dłużej w pracy”, szuka pocieszenia w ramionach innej.

Niektórzy mężczyźni tłumaczą swoje zdrady tym, że seks z ich stałą partnerką stał się po prostu nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór. Dlatego szukają pań, które chętnie spełnią ich marzenia erotyczne.

Są też panowie, którzy wręcz nie wyobrażają sobie, aby ich stała partnerka robiła w czasie seksu coś, co zrujnuje w ich oczach jej obraz „grzecznej dziewczyny” (doskonale obrazują to słowa Roberta de Niro, który w jednym z wywiadów powiedział: „przecież jej usta całują moje dzieci na dobranoc”). Dlatego swoje fantazje erotyczne realizują z kimś innym.

2. Bo ona mnie zdradziła

Tak, zdarzają się takie sytuacje, kiedy to kobieta z jakiegoś powodu dopuściła się zdrady. Mężczyźni reagują na tę wiadomość różnie, ale zdarzają się tacy, którzy postanawiają odpłacić pięknym za nadobne. Jest to dla nich jedyny możliwy sposób, aby wyzbyć się złości i tym samym potwierdzić swoją męskość.

Niektórzy mężczyźni zdradzają w kolejnych związkach, gdy wcześniej zostali zranieni przez nieuczciwą kobietę, którą bardzo kochali. W ten sposób chcą odegrać się na całej populacji kobiet.

3. Bo zdrada jest ekscytująca i jest wyzwaniem

Dla niektórych mężczyzn seks jest jak polowanie – oni uwielbiają wyzwania i lubią czuć dreszcz emocji związany z pościgiem za kolejną „ofiarą” i jej zdobyciem. Dla innych zdobycie nowej kobiety to jak spróbowanie nowego smaku lodów po latach trzymania się jednego.

4. Bo zdrada podnosi moje ego

Nic tak nie podnosi samooceny mężczyzny jak uwaga innych kobiet, które dają mu do zrozumienia, że jest dla nich atrakcyjny. Dzieje się tak wtedy, gdy jego partnerka stale go krytykuje i wytyka błędy. Kilka miłych słów, czuły dotyk sprawiają, że taki mężczyzna łatwiej daje się omamić, wydaje mu się, że znowu wrócił do gry.

5. Bo nadarzyła się okazja

Większość mężczyzn nie potrafi powiedzieć „nie”, kiedy nadarza się okazja na seks - takie są fakty. Choć mężczyźni nie są stale bombardowani seksualnymi propozycjami, to czasami otwierają się przed nimi pewne perspektywy. Czy to była dziewczyna przypomni o sobie po kilku latach i zaproponuje niezobowiązujący seks, czy frywolna małolata będzie kręciła się ponętnie obok niego na parkiecie w klubie – mężczyzna z chęcią wykorzysta tę okazję, bo będzie w niej upatrywał jedyną szansę, która się właśnie pojawiła w jego życiu i kto wie, kiedy nadarzy się druga. Dlatego wydaje im się, że nie mogą tego zmarnować.

6. Bo moja partnerka wciąż gdera

Większość mężczyzn przynajmniej raz w życiu spotkało na swojej drodze kobietę, która spowodowała, że czuli się jak kompletne zero. Była dokuczliwa, zrzędliwa, kłótliwa i do tego cały czas dążyła do konfrontacji, co przyprawiało o ból głowy. Zdrada z inną kobietą jest ucieczką od domowego piekła i działa lepiej niż aspiryna.

7. Bo kobiety pozwalają na zdradę

Niektórzy mężczyźni nie widzą problemu w tym, że zdradzają, ponieważ ich kobiety wybaczają im skoki w bok. I rzeczywiście tak jest – wiele pań robi to z obawy przed samotnością albo decydują się na to dla dobra wspólnych dzieci.

8. Bo partnerka przestała o siebie dbać

Wielu mężczyzn tłumaczy swoją zdradę tym, że ich długoletnie partnerki przestały o siebie dbać. Nie chodzą już na siłownię, ubierają się w domu w rozciągnięte dresy, nie depilują nóg. Innymi słowy – panie tracą urok i seks z nimi nie jest już tak atrakcyjny. Dlatego mężczyźni, wybierając kochanki, szukają wśród młodych i ładnych kobiet.

9. Bo już jej nie kocham

Niestety czasami w długich związkach uczucie wypala się. Jednak myśl o rozstaniu dla mężczyzny może okazać się zbyt bolesna lub niemożliwa z wielu powodów. Dlatego trwają w takim związku, ale szukają pocieszenia i czułości w ramionach innej kobiety.

  1. Psychologia

Wyrzuty sumienia po zdradzie - jak sobie poradzić, kiedy zdrada wychodzi na jaw?

Mężczyźni zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. (Fot. Getty Images)
To był tylko seks! A co jeśli dołączyły do niego też uczucia? Kto decyduje o tym, co w związku jest jednym krokiem za daleko, a co tylko błędem? Czy mężczyźni zdradzają z innych powodów niż kobiety? I wreszcie: czy skok w bok może paradoksalnie uratować związek? O to wszystko pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera. 

Kobiety i mężczyźni różnią się w postrzeganiu tego, czym jest zdrada? Płeć ma tu znaczenie czy może po prostu jedni ludzie potrafią oddzielić seks od uczuć, a inni – nie?
To zależy od tego, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, aby stać się ludźmi zintegrowanymi, świadomymi siebie i wrażliwymi. Bo ludzie dojrzali i mądrzy nie chcą i nie potrafią oddzielać seksu od serca.

Inną sprawą jest, że statystycznej kobiecie oddzielenie seksu od serca przychodzi znacznie trudniej niż statystycznemu mężczyźnie, bo to kobieta, a nie mężczyzna zaprasza drugiego człowieka do intymnej przestrzeni swego ciała, do swojego wnętrza. Z drugiej strony – choć jest to powód dany przez naturę i uwarunkowany anatomicznie na poziomie genitalnym – to nie zadziała w wypadku kobiet, które doświadczenie biograficzne skłoniło do tego, aby swoje ciało traktowały jak przedmiot, który do nich nie należy. Mężczyźni mają z tym jeszcze trudniej, bo ich genitalna anatomia pozwala im doświadczać bliskości z kobietą jako chwilowego pobytu w przestrzeni innego ciała. Trudno im poczuć się gospodarzem, a łatwo – gościem, który wpadł na chwilę z krótkimi odwiedzinami. Przeżycia wpuszczania kogoś do własnego ciała i bycia wpuszczonym, a szczególnie bycia zaproszonym, zasadniczo różnią się od siebie. To z reguły wpływa na poziom wymagań i tryb doboru partnerów seksualnych przez kobiety i przez mężczyzn. Dlatego mężczyzna, który ma seks niepodłączony do serca, może – jak to się zresztą nieprzypadkowo określa – „przelecieć” niemal każdą zgłaszającą do tego gotowość kobietę i niemal od razu o tym zapomnieć. Z tego samego powodu, czyli niepodłączonej do zamrożonego serca seksualności, mężczyźni bywają zdolni do gwałtu. Kobiety są z powyższych przyczyn z reguły ostrożniejsze i bardziej wymagające w doborze swoich partnerów seksualnych. Drugim ważnym powodem jest oczywiście mniej lub bardziej uzasadniona obawa przed zajściem w ciążę z kimś, kto nie nadaje się na ojca.

Jak właściwie zdefiniować zdradę? Czy romans to tylko fizyczność – seks, a zdrada to zaangażowanie emocjonalne?
Tak jest w wolnych związkach, które z założenia opierają się na całkowitym zaufaniu i wzajemnym szacunku, czyli działają na zasadzie: „Ja nie wnikam w twoje życie, w tym także w twoje związki z innymi, a ty nie wnikasz w moje. Oboje jesteśmy wolnymi ludźmi, więc dopóki oboje wybieramy bycie razem, bo to, co nas łączy, jest dla nas obojga najważniejsze – dopóty będziemy razem”. Zdrada w związku otwartym polega więc na tym, że serce jednego z partnerów angażuje się bardziej w inną relację niż w związek główny. Jednak w tych związkach, które nie umówiły się na otwartość, zdrada fizyczna to także zdrada.

Większość par będących w stałych związkach nie ustala ze sobą tego, jak rozumieją zdradę. Nie dziwię się zresztą, bo skoro nie jesteśmy związkiem otwartym, nie zakładamy z góry, że będziemy romansować z innymi...
Dlatego nie sposób jest dzisiaj ustanowić obiektywnej definicji zdrady obowiązującej wszystkich. To, czy coś jest zdradą, czy jeszcze nie, staje się w coraz większym stopniu przedmiotem bardzo subiektywnej, indywidualnej oceny uzależnionej od poczucia wartości, stopnia dojrzałości emocjonalnej, poziomu autonomii i wewnętrznej spójności obojga partnerów. Zmienia się też społeczna obyczajowość, która nie stygmatyzuje i nie dramatyzuje zdrady w stopniu, jaki miał miejsce jeszcze 30 lat temu. Dzieje się to zapewne w dużej mierze na skutek coraz bardziej niezawodnej antykoncepcji, co sprawia, że mężczyźni w związkach mniej obawiają się ewentualności wychowywania nieswojego dziecka, a kobiety − uwikłania ich partnera w równoległe ojcostwo.

Oczywiście trudności ze zdefiniowaniem zdrady w związkach zamkniętych nie dotyczą sytuacji regularnych czy permanentnie równoległych relacji z innymi partnerami. To sytuacje patologiczne, które świadczą o tym, że związek nie funkcjonuje, a partnerzy powinni się rozstać i być może poddać terapii. Podobnie trzeba myśleć o związkach opartych na patologicznej zazdrości, braku zaufania i nieustającej kontroli, gdy nawet zwykłe spojrzenie na inną osobę jest traktowane jako wykroczenie przeciwko umowie o wierności, nie mówiąc już o tańcu czy o flircie.

Ale są też związki, w których partnerzy nie informują się o tzw. skokach w bok. Czy to jest dobre wyjście, nie mówić partnerowi o zdradzie? Wielu terapeutów tak twierdzi. Bo jeśli powiemy, przerzucamy odpowiedzialność za dalszy los związku na osobę zdradzoną. Pan powiedział kiedyś, że nie każdy romans jest zdradą i zawrzało, że to męski i wygodny punkt widzenia.
Zatem wróćmy do tego, bo oburzenie było w moim odczuciu wynikiem nieporozumienia. Zastanówmy się wspólnie, czy biegnięcie do partnera czy partnerki z informacją o naszych wyrzutach sumienia z powodu jakiejś epizodycznej zdrady i po to, by błagać o rozgrzeszenie, jest w istocie zachowaniem etycznym. Czy obciążona takim wyznaniem partnerka nie powinna wtedy powiedzieć: „Spadaj, to twoja sprawa i twoje sumienie. Jeśli czujesz, że to, co zrobiłeś, zrywa nasz związek, to odejdź i nie obciążaj mnie tym. Jeśli sumienie cię boli, to zachowuj się tak, żeby cię nie bolało. Nie jestem od tego, żeby ci przynosić ulgę i nie chcę cierpieć z powodu twoich błędów”? Naturalnie taka strategia i postawa są uzasadnione tylko w przypadku pojedynczych, odosobnionych, niepowtarzalnych epizodów, nieprzekształcających się w trwałe relacje z osobami trzecimi. Każda inna sytuacja świadczyć będzie o kryzysie w związku i powinna być ujawniona, aby dochować wierności zasadzie lojalności i szacunku wobec stałego partnera – i wtedy można albo się rozstać, albo podjąć trud naprawiania związku na przykład przez terapię pary. Natomiast doprowadzenie do sytuacji, gdy partner czy partnerka dowiadują się o trwałej, równoległej relacji nie od nas, a od innych czy przypadkiem – jest często uznawane przez nich jako zdrada większa od tej ukrywanej i staje się najistotniejszą przyczyną nieodwołalnego rozstania. I nic dziwnego. Osoba zdradzona ma prawo czuć się wtedy zdradzona podwójnie.

Warto pamiętać, że doświadczenie zdrady często przerasta i niweczy nasze wcześniejsze partnerskie umowy i deklaracje oraz sprawia, że zachowujemy się bardzo niekonsekwentnie i niespójnie, reagując albo z pozycji skrzywdzonego dziecka, albo z pozycji surowego mentora. Bardzo trudno nam zachować dorosłą, zrównoważoną i odpowiedzialną postawę. W moim gabinecie widzę, jak wielu ludzi niepotrzebnie się dzisiaj rozstaje. Nie dlatego, że naprawdę czują się zdradzeni i dają sobie rzeczywisty przywilej moralnej racji, lecz dlatego, że pozbawieni wewnętrznego kompasu myślą, że powinni się czuć zdradzeni. Dostosowują się do społecznej normy, do stereotypu zdrady, zamiast iść za własnym instynktem, intuicją i prawdziwymi uczuciami – krótko mówiąc, pozostać wiernymi sobie.

Kiedyś funkcjonowała też tzw. złota rada, że lepiej nie mówić o tym, że wie się o zdradzie, bo wtedy partner czy partnerka zawstydzi się i na pewno odejdzie...
Tak mówiły podręczniki z XIX wieku, kiedy sytuacja kobiet wyglądała inaczej. W dużym stopniu zależały one wtedy ekonomicznie od mężczyzny, od tego, czy ich związek małżeński przetrwa. Ale faktycznie czasem jeszcze dzisiaj dzieje się tak w wielu związkach. Dużo zależy też od tego, czy rodzice danej kobiety rozwinęli w niej gen i kompetencję niezależności i ugruntowane poczucie własnej wartości.

A z jakiego powodu najczęściej zdradzają dzisiaj mężczyźni?
Niektórzy mężczyźni – podobnie jak wiele kobiet – zdradzają, bo uważają, że nie zasługują na stały, lojalny, oparty na zaufaniu i szacunku związek. Są przekonani, że ich partnerka na pewno za chwilę odkryje, że się pomyliła i odejdzie. Myślą: „Skoro i tak wszystko skończy się źle, to zdradzę pierwszy i na zakładkę zapewnię sobie kolejne, chwilowe oparcie”. Zdrada jest też sposobem zapobiegania zaangażowaniu serca w związek. A naprawdę wielu współczesnych mężczyzn ma poranione serca, które boją się bliskości. To samo można powiedzieć o kobietach, których poranione serca nie wierzą w męską miłość, a to sprawia, że zamiast angażować się w związek, otwierać się na miłość i swoją przebogatą seksualność – wybierają zabójczą dla związku nawykową strategię powściągliwości, zazdrości i kontroli.

Można potraktować zdradę jako próbę ratowania związku?
Zdrada często, niemalże z reguły, bywa rozpaczliwą próbą ratowania związku, i często go ratuje! Bardzo trafnie opisała to Kasia Miller w głośnej książce „Kup kochance męża kwiaty”. Bo paradoksalnie „ten trzeci” czy „ta trzecia” często ratuje zagrożony związek. Wprawdzie po drodze nieszczęsnemu kochankowi czy kochance, w imię nowej solidarności i nowego mitu założycielskiego, pogodzeni małżonkowie zgodnie ścinają głowę, ale związek zostaje uratowany. Do zdrady dochodzi zwykle dlatego, że w naszych związkach coś, jakaś frustracja czy żal, od dawna są zamiecione pod dywan; dlatego że seks stał się nudnym rytuałem; dlatego że komuś brakuje uznania, szacunku, troski albo ciepła; dlatego że stare resentymenty nie zostały ujawnione; dlatego że ktoś w związku się kompletnie zaniedbał... Wtedy jedno z partnerów w końcu ulegnie urokowi osoby, która dostarcza choć trochę tego, czego od dawna w stałym związku brakowało. No i większość tych zdradzonych szybko decyduje, że nie ma już co zbierać. Ale to nieprawda. Teraz właśnie jest co zbierać, bo widać, co było pod dywanem. A to ogromna szansa na przebudowę obojga partnerów, a tym samym na wystrzelenie związku na wyższą orbitę, gdzie ciążenie tego, co przywleczone z przeszłości własnej i naszych systemów rodzinnych, już nie ściąga nas w kierunku kolejnej katastrofy. Ale w tej sprawie do tanga trzeba dwojga, a w dodatku obie strony muszą być gotowe do wzięcia odpowiedzialności za to, co wydostało się spod dywanu.

No dobrze, a nie można zacząć od nowa bez zdrady?
Jeśli, nie zaglądając pod dywan, bezrefleksyjnie zaangażujemy się w kolejny związek, to prędzej czy później znów znajdziemy się w tym samym miejscu.

Czy motyle w brzuchu, które w wieloletnim związku czasem odlatują, a które łatwo „przywołać” nowym związkiem – są faktycznie do wyhodowania w tym stałym? Jak to zrobić?
Odkopanie pożądania, zmysłowości i wzajemnej atrakcyjności jest na ogół łatwiejsze niż często żmudna praca z biograficznymi uwarunkowaniami. Przede wszystkim trzeba zadbać o zdrowie i kondycję, pozbyć się napięć w ciele, zwolnić tempo życia, by zacząć budzić się z odrętwienia i gorączkowego pędu do przodu, zacząć praktykować kontemplację, slow life i slow sex. Wtedy odkryjemy nowy, niedyktowany wyłącznie przez popęd poziom relacji z partnerką czy partnerem, naprawdę otworzy się nam serce, a nawet tzw. wyższa świadomość. Seks stanie się wtedy ekspresją całej osoby i nabierze innego, zaskakującego wymiaru.

A jak pan definiuje miłość? Czy to dążenie do wolności, czy raczej spełniania potrzeb drugiej osoby?
To bardzo wysoka poprzeczka, do której staramy się doskoczyć przez całe życie, przeczuwając, że po to właśnie urodziliśmy się na tym świecie. Pojawia się wtedy, gdy już niczego od siebie nawzajem nie potrzebujemy. Z wyjątkiem bycia kimś, kto jest wybranym adresatem miłości drugiej osoby i jednocześnie nadawcą. Miłość to bycie najlepszą wersją siebie, ale też dostrzeganie najlepszej wersji siebie w tym drugim.

Jak to zrobić w praktyce? Jak nie dać się małostkowości życia i codziennej logistyce?
Pracuję teraz nad warsztatem na temat miłości, gdzie punktem wyjścia jest opowieść o czterdziestoletnim człowieku, który przyszedł do mędrca po radę, bo nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej partnerki. Mędrzec powiedział mu wtedy: „Weź kartkę papieru i napisz dziesięć najważniejszych cech kobiety, której szukasz”. Mężczyzna zapisał: „czułość, zdolność do kochania, wrażliwość, troskliwość, optymizm, niezależność, poczucie humoru, mądrość, lojalność”. Mędrzec przeczytał listę i powiedział: „A teraz zdradzę ci sekret. Jeśli chcesz znaleźć taką osobę, to napisałeś właśnie swój program rozwojowy, swoją mapę drogową prowadzącą do celu. I teraz musisz te wszystkie cechy odnaleźć i rozwinąć w sobie, inaczej jej nie spotkasz. A jeśli nawet ją spotkasz, to za chwilę cię opuści, zmęczona tym, że nieustannie z niej czerpiesz”.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, założyciel Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie, autor wielu książek z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego, najnowsza to „Wariat na wolności. Autobiografia” (wyd. Znak).