1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Bodymaps – kostiumy kąpielowe na każdą figurę

– Chcemy, żeby w naszym kostiumie , ale też w zwyczajnym ubraniu, każda dziewczyna czuła się sexy, bo to jest przyjemne uczucie. Natomiast sprzeciwiamy się presji na wyglądanie sexy – mówią Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie Bodymaps, polskiej marki produkującej stronie kąpielowe. (Fot. Bodymaps)
– Chcemy, żeby w naszym kostiumie , ale też w zwyczajnym ubraniu, każda dziewczyna czuła się sexy, bo to jest przyjemne uczucie. Natomiast sprzeciwiamy się presji na wyglądanie sexy – mówią Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie Bodymaps, polskiej marki produkującej stronie kąpielowe. (Fot. Bodymaps)
Jaki ma sens przejmowanie się tym, jak wyglądasz, kiedy twoim celem jest relaks, wypoczynek i dobra zabawa? Pytają Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie marki Bodymaps, która oferuje klientkom wybór kostiumów kąpielowych w dowolnym kształcie, rozmiarze i kolorze.

Czy wasza marka powstała ze sprzeciwu wobec presji „bikini body”?
Ewa Stępnowska: Tej presji raczej nie da się zwalczyć samym kostiumem, ale taka idea rzeczywiście nam przyświecała. To jest przecież absurd, że w tej zupełnie zwyczajnej sytuacji, jaką jest odpoczynek na urlopie, nagle mamy być jakoś szczególnie uwodzicielskie. Plażowanie to tak samo prozaiczna czynność jak wyjście do sklepu po bułki.

Adrianna Małyszko: Jedziemy na wakacje, chcemy się zrelaksować, wyluzować, zjeść coś dobrego, niczym się nie przejmować, a wiele kobiet zamiast korzystać z wolnego czasu, zastanawia się, jak będzie wyglądać, jak się ułożyć na ręczniku lub leżaku, żeby korzystnie wypaść na zdjęciu... Ciężko się tej presji nie poddać, bo ona nas otacza także dosłownie, choćby na billboardach. Do tego modelki w reklamach są zwykle w bardzo skąpym bikini, w przegiętej, nienaturalnej pozie.

Jeszcze kilka lat temu nie miałam właściwie żadnego kostiumu jednoczęściowego, chyba że sportowy na basen. Dziś cenię sobie wygodę, a nie myślę, co jest bardziej sexy...
Ewa:
Możemy być sexy cały czas, nawet o tym nie myśląc...

Ada: Same decydujemy, jak chcemy się zaprezentować na plaży. Ale masz rację, coraz więcej dziewczyn wybiera stroje jednoczęściowe, bo zależy im, żeby czuć się komfortowo. My staramy się, żeby wszystkie nasze kostiumy na to pozwalały.

Ale w waszych też można czuć się sexy... Zaręczam!
Ewa: Warto rozróżnić dwa pojęcia: czuć się seksownie a wyglądać seksownie. Na pewno chcemy, żeby w naszym kostiumie, ale też w zwyczajnym ubraniu, każda dziewczyna czuła się sexy, bo to jest przyjemne uczucie. Natomiast sprzeciwiamy się presji na wyglądanie sexy. To jest szkodliwe. Dużo dziewczyn się stresuje na samą myśl, że ma kupić, przymierzyć, a potem nosić kostium kąpielowy. My promujemy różne typy sylwetek i szyjemy dla wszystkich.

Oferujecie pomoc w doborze kostiumu?
Ada: Bardzo często doradzamy dziewczynom, które odwiedzają nas w butiku na Wiktorskiej w Warszawie. Często proszą o opinię, pytają, jak wyglądają w danym modelu. Oczywiście zawsze chętnie odpowiadamy i podpowiadamy, ale dla nas kluczowe jest pytanie: A jak się w nim czujesz? Bo to samopoczucie przełoży się na skuteczny wypoczynek. Możemy się komuś nie podobać w danym modelu, ale jeśli dla nas jest on wygodny i nam pasuje – misja spełniona.

Ewa: Zauważyłyśmy, że nam to też pomaga i dobrze robi na głowę. Zupełnie inaczej zaczynasz na siebie patrzeć, kiedy poznasz tyle sylwetek i odkryjesz, że te mityczne idealne wymiary ma promil dziewczyn, wszystkie wyglądają dobrze.

Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie Bodymaps, młodej polskiej marki produkującej stroje kąpielowe. Ich projekty są połączeniem klasycznych, kobiecych krojów, niebanalnej kolorystyki oraz detali nawiązujących do lat 60. i 70. (Fot. Bodymaps)Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie Bodymaps, młodej polskiej marki produkującej stroje kąpielowe. Ich projekty są połączeniem klasycznych, kobiecych krojów, niebanalnej kolorystyki oraz detali nawiązujących do lat 60. i 70. (Fot. Bodymaps)

Stworzyłyście „Atlas ciał”, czyli katalog kostiumów zaprezentowanych na prawdziwych kobietach o różnych typach sylwetek. Prawdziwa rewolucja!
Ada: Projekt „Atlas ciał” miał kilka warstw i stworzyłyśmy go z wielu powodów. Chciałyśmy ułatwić klientkom decyzję o zakupie kostiumu. Same wiemy, jak trudno wybrać ubranie dla siebie, jeśli jest ono prezentowane na modelce, która ma zupełnie inną figurę. Strój kąpielowy jest w ogóle specyficzny, nie może być za luźny, nie może być też zbyt opięty. Liczy się każdy element: biust, talia, długość tułowia. Dostawałyśmy dużo zapytań mailowych o to, jak konkretny model wygląda np. na większym biuście. Teraz można zobaczyć poszczególne modele na różnych sylwetkach.

Z większością dziewczyn, które wystąpiły w katalogu, wciąż mamy kontakt, wpadają do nas. Żeby zapoczątkować akcję, my też wrzuciłyśmy swoje zdjęcia w kostiumach, co wcale nie było dla nas takie łatwe.

Czym się kierować przy wyborze kostiumu? Czy mogłybyście zaproponować jakieś konkretne modele?
Ada: Ja zawsze proponuję model Dinah (jednoczęściowy, szerokie ramiączka skrzyżowane z tylu), bo pasuje do większości sylwetek, jeśli nie każdej. Uwielbiam go! Gdy przychodzi do nas ktoś niezdecydowany lub mam polecić tylko jeden, to zwykle właśnie ten wybieram. Dinah jest kostiumem do zadań specjalnych: świetnie leży, super trzyma biust, ma podszewkę, jest bardzo wygodny, ma kobiecy dekolt w literę V, no i jest jednoczęściowy.

Ewa: Sprawdza się na większym i na mniejszym biuście. Jest chyba najbardziej uniwersalny.

Czyli jednoczęściowy wygrywa!
Ewa: Robiłyśmy kiedyś takie podsumowanie i okazało się, że mnóstwo dziewczyn lepiej się czuje w bardziej zabudowanych dołach. Wiele z nich wybiera majtki prawie o kroju szortów, jak w latach 50. Naszym zdaniem to jednak komfort wygrywa.

Będziemy teraz wprowadzać na naszej stronie internetowej możliwość filtrowania produktów pod dane zagadnienie. Celowo nie używam słowa „problem”, bo szersze biodra, duży biust nie są kłopotem, a cechą.

No właśnie: to jaki kostium będzie lepszy dla małego, a jaki dla dużego biustu?
Ewa:
Mamy model stanika Chaka, czyli bardotkę wiązaną na plecach, która ładnie trzyma i modeluje biust. Świetnie wygląda właśnie na mniejszych biustach. Na większych sprawdzają się miękkie modele, np. Patti, który dobrze podtrzymuje biust, ładnie się układa, można go też dopasować w obwodzie. Mamy również taki stanik, który znany jest raczej jako model dla mniejszej miseczki, ale przerobiłyśmy go w taki sposób, że jest świetny także dla większych rozmiarów, czyli klasyczne bandou. Nasze jest wewnętrznie wzmocnione fiszbinami. Wygląda lekko i zgrabnie, ale dobrze trzyma.

Ada: Z jednoczęściowych kostiumów mamy jeszcze Bonnie z kopertowym, sukienkowym dekoltem. To klasyk, dość zabudowany z tyłu, a z przodu ma głęboki dekolt. Lubią go mamy karmiące.

Ewa: Mamy poza tym propozycję dla tych kobiet, które chciałyby się optycznie wyszczuplić. Bianca posiada głęboki dekolt, wycięte plecy, łączenie dwóch kolorów. Niektóre modele występują w dwóch długościach, co jest ważne dla wyższych dziewczyn lub tych, które mają dłuższy tułów. No i można kupić biustonosz oraz majtki w różnych rozmiarach, ponieważ często potrzebujemy innego rozmiaru na dole, a innego na górze. I poza różnymi sylwetkami, wszystkie mamy także rozmaite potrzeby i oczekiwania w stosunku do kostiumu. Niektóre kobiety mają duży biust i lubią go eksponować, a inne będą chciały go optycznie zmniejszyć. Analogicznie wygląda to w przypadku mniejszych miseczek.

Kostiumy Bodymaps szyte są w Polsce ze specjalistycznych dzianin, powstających w dużej mierze w procesie recyklingu. (Fot. Bodymaps)Kostiumy Bodymaps szyte są w Polsce ze specjalistycznych dzianin, powstających w dużej mierze w procesie recyklingu. (Fot. Bodymaps)

Opowiadacie się także za zrównoważonym podejściem do mody. Pomówmy o materiałach, z których powstają kostiumy. I wyjaśnijcie tajemnicze słowo Econyl.
Ewa: Na początku ubiegłego roku postanowiłyśmy, że będziemy kupować tylko dzianiny wytwarzane z materiałów regenerowanych albo produkowane lokalnie. Od początku istnienia marki około połowy kostiumów powstawało z Econylu, czyli przędzy z recyklingu – z m.in. wyłowionych sieci rybackich.

Ada: To supernowoczesna przędza, ma świetne właściwości i jesteśmy bardzo zadowolone z tego, jak się zachowuje podczas noszenia.

Ewa: Niestety polskie dziewiarnie jeszcze nie mają Econylu w swojej ofercie, dlatego musimy korzystać z włoskich materiałów. Jednak korzystamy też z polskich dzianin, bo zależy nam na tym, żeby pozostawiać jak najmniejszy ślad węglowy, a także na tym, żeby wspierać producentów z Polski. Kupujemy od nich głównie żakardy dziane specjalnie dla nas.

Ada: Tego lata planujemy wprowadzić nowe kolorowe żakardy.

Kiedy oglądam wasze kolekcje, to widzę, że kolory przeważają nad czernią, choć często wydaje się ona najbezpieczniejszym wyborem.
Ada: Dla części kobiet czerń to rzeczywiście jedyny słuszny wybór, jednak wiele dziewczyn chętnie decyduje się na kolory.

Ewa: Czarny jest modny w czasach prosperity, a w czasach kryzysu wygrywa kolor. Wystarczy cofnąć się do lat 60., 70., czyli eksplozji szalonych wzorów, kiedy Ameryka przeżywała kryzys. Teraz znów potrzebujemy koloru.

Ewa Stępnowska i Adrianna Małyszko, twórczynie Bodymaps, młodej polskiej marki produkującej stroje kąpielowe. Ich projekty są połączeniem klasycznych, kobiecych krojów, niebanalnej kolorystyki oraz detali nawiązujących do lat 60. i 70. Szyją w Polsce ze specjalistycznych dzianin, powstających w dużej mierze w procesie recyklingu, www.bodymaps.pl.

  1. Psychologia

Obojętność w związku – sygnał, że relacja musi się zmienić albo zakończyć

Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Ze związkiem jest jak z kwiatami. Można je zostawić same, żeby podlewał je deszcz albo sąsiadka. A można samemu o nie zadbać - nie tylko odpowiednio podlewać, ale i ziemię im zmieniać, i doniczki. Od nas zależy jak o niego dbamy. Jeśli dobrze, obojętność się nie pojawi. W przeciwnym wypadku się jednak pojawia: obojętność męża wobec żony, żony wobec męża, obojętność emocjonalna i fizyczna… Czy da się ją zwalczyć?

O obojętności w związku można przeczytać same niepokojące rzeczy – że oznacza ona pustkę, że jest zapowiedzią rychłego rozstania. Skąd między ludźmi, którzy byli sobie bliscy, bierze się obojętność?
W psychologii zorientowanej na proces o tym, co się dzieje w związku, mówi się w kategorii jasnych i ciemnych snów. Jasne sny ma każdy człowiek - są to wyobrażenia na temat idealnego partnera czy partnerki, nasze najgłębsze duchowe pragnienia i tęsknoty z tym związane. Jest to dość niespójny kawałek, bo mieszczą się tu i przekonania na temat związku, które wynosimy z domu, i wyobrażenia medialne - od spraw głębokich po bardzo płytkie. Z jasnymi snami jest kłopot, bo są one w dużej mierze nieświadome.

A ciemne sny?
To suma naszych rozczarowań relacyjnych. Reakcji, które zachodzą, kiedy tęsknoty jasnych snów nie zostają zaspokojone. Żeby lepiej sobie to wyobrazić, punkt jasnych snów połączmy linią z punktem snów ciemnych - jakby "łukiem tęczy". W momencie kiedy poznajemy partnera, zaczynamy iść w stronę jasnych snów. Myślimy sobie wówczas - to jest dokładnie ten mężczyzna, o nim marzyłam, on spełni moje najskrytsze pragnienia, będziemy żyć szczęśliwie. Śnimy o tym, aż wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu na linii i widzimy, że nasz wymarzony mężczyzna nie jest na przykład tak czuły, rozumiejący czy mądry. Zwykle zatrzymujemy się w jakimś miejscu na tej linii, bo nikt nie jest w stanie w pełni odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Kończy się czas zakochania, fascynacji i wtedy dostajemy komendę „w tył zwrot” i zaczynamy podążać w kierunku ciemnych snów. Pojawiają się takie myśli jak: wszyscy mężczyźni to dranie, lepiej już żyć samej, mam go dosyć, trzeba się z nim rozstać, bo jest beznadziejny.

Gdy podążamy w kierunku ciemnych snów, widzimy partnera w gorszym świetle niż jest on w rzeczywistości?
Tak. W fazie jasnych snów widzimy go przez różowe okulary, w ciemnych snach - przez czarne. Ale gdy zbliżamy się do ciemnych snów, dochodzimy do wniosku że ten nasz partner nie jest znowu aż taki zły i znowu zaczynamy śnić swoje jasne sny. Kursujemy po takim jakby łuku. Kłopot polega na tym, że jak się już chodzi wiele razy tą drogą, odcinek między jasnym a ciemnym snem skraca się. Wahnięcia stają się częstsze. Raz myślę sobie - jest fajnie, a zaraz potem - jest fatalnie. Jest to pewnego rodzaju pułapka, ponieważ w tym miejscu nie jesteśmy w stanie ani zawalczyć o swoje marzenia oraz tęsknoty, ani nie możemy się rozstać. Zazwyczaj dzieje się tak, że nie możemy dojść do punktu końcowego ciemnych snów, bo hamują nas okoliczności: dzieci, mieszkanie, lęk przed samotnością. A na walkę o marzenia nie mamy siły, energii. Im mniejszy jest odstęp między jasnymi i ciemnymi snami, człowiek popada w pewien rodzaj rezygnacji - jest to właśnie obojętność.

Czym jest obojętność?
Są dwa rodzaje obojętności - napięta i bezwładna, którą można określić jako stan łagodnej, chronicznej depresji. Wcześniej pojawia się obojętność napięta. Myślimy sobie wówczas, że już trochę nie chce się nam być w naszym związku, ale biegun ściągający nas w sferę jasnych snów jest jeszcze mocny. Wtedy mogę zwrócić uwagę na inną kobietę lub mężczyznę. To mi może wyciąć kawałek zainteresowania partnerką czy partnerem, ale jest jeszcze ukryta energia, która będzie dążyła do utrzymania związku. W tej fazie są jeszcze momenty, kiedy wydaje nam się że wszystko dobrze się układa - wyjedziemy gdzieś razem w fajne miejsce, pójdziemy na kolację do restauracji. Ale zaraz potem znów czujemy, że ona lub on już mnie nie obchodzi.

Czy w fazie obojętności napiętej chcemy ukarać partnera za to, że nie spełnił naszych oczekiwań i tęsknot?
Tak - ukarać, sprowokować, zamanifestować. Gdzieś jest jeszcze w nas nadzieja, że możemy poruszyć tę drugą stronę, że jesteśmy w stanie sprawić, że ona mimo wszystko okaże zdolna do wypełnienia tych wszystkich pięknych rzeczy, które sobie założyliśmy na początku związku. Pod spodem obojętności jest nadzieja, że partner czy partnerka okaże się jednak tą wymarzoną osobą.

A co się z nami dzieje w fazie obojętności, którą nazwałeś stanem łagodnej, chronicznej depresji?
Już nie mamy nadziei, że coś dobrego może wydarzyć się w związku. Nie czujemy żadnej mocy sprawczej. Wydaje nam się, że nic się nie zmieni, ale też nie jesteśmy w stanie z tego związku zrezygnować. Co więcej - nie wierzymy że znajdziemy sobie innego partnera, że kiedykolwiek ułożymy sobie życie. Tutaj zaczyna się depresja. W tym miejscu znajdują się te wszystkie poglądy, które mają uprawomocnić przekonania, że życie nie ma sensu, że nie ma miłości na świecie. Jak się głębiej porozmawia z ludźmi w tym stanie, to mówią oni o swoich fantazjach na temat śmierci partnera lub własnej. To się jawi jako jedyne rozwiązanie, uwolnienie z tej sytuacji, bo sami nie mogą nic z nią zrobić. W długoterminowych związkach łączą się z tym stanem różnego kryzysy, na przykład kryzys wieku średniego.

Stan obojętności napiętej może przejść w obojętność bezwolną, tak?
Tak, jeśli się z nią nic nie robi.

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać?
Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka.
Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić?
Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę.
Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich?
Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana?
Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera?
Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu?
Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany?
Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera.
Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tę robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych?
Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować.
Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak?
W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz?
Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu?
Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP, dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o ciekawości – karty emocji Katarzyny Miller

Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Lato w niektórych z nas budzi chęć do eksplorowania nowych terytoriów, także w przenośni. Czasem prowadzi nas to do nieba, a czasem… do piekła. O ciekawości, która pozwala przekraczać nam własne i cudze granice – opowiadają na kolejnej karcie emocji Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk.

Ciekawość…

…to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. Zaciekawienie świadczy o otwartej postawie człowieka wobec życia. Kiedy mówimy, że coś wzbudza naszą ciekawość, znaczy to zwykle, że nas interesuje, pociąga, intryguje. Jest nowe, inne, ale też w jakiś sposób zagadkowe i wymagające od nas wysiłku. Zdrowa ciekawość często łączy się z takimi wartościami, jak otwartość, odwaga, dociekliwość czy wnikliwość. Przesadna i powierzchowna to brawura, lekkomyślność, a bardzo często i wścibstwo. Zaspokajanie ciekawości jest bardzo istotne dla naszego zdrowia psychicznego oraz rozwoju jako jednostek i gatunku. Trzeba być jednak bardzo uważnym na cudze granice.

Po co nam to uczucie?

Dzięki ciekawości uczymy się, rozwijamy, zdobywamy wiedzę, poszerzamy horyzonty, ale też oswajamy nieznane, wychodzimy ze strefy komfortu i podnosimy nasze poczucie własnej wartości. Ciekawość uczy nas tolerancji i życzliwości wobec innych. W tym procesie niezbędna jest jednak umiejętność zatrzymania się co jakiś czas na chwilę, skupienia i ułożenia w głowie i sercu tego, co do tej pory poznaliśmy.

Zadania

  • Zastanów się, co wzbudza twoją ciekawość. Jakie dziedziny sztuki lub nauki? A może elementy życia codziennego? Zwykle interesujesz się czymś na chwilę i zaraz przerzucasz na coś nowego? A może lubisz zgłębiać jeden temat – zarówno teoretycznie, jak i praktycznie?
  • A teraz pomyśl chwilę nad tym, jak duża jest twoja otwartość na nieznane? Czy często wychodzisz poza swoją strefę komfortu i próbujesz nowych rzeczy? A może wolisz to, co lubisz i znasz? Czy nie zamyka cię to na nowe spojrzenia na pewne sprawy?
  • Co jest granicą dla twojej ciekawości, której nie chcesz przekraczać? Czyjaś prywatność? Bezpośrednie zagrożenie? A może normy kulturowe lub społeczne?

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło (do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl).

  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Czego boją się mężczyźni?

- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyźni boją się jak ognia słowa „porażka”. – Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony... – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Świat, w którym żyjemy, przesycony jest lękiem. Media i Internet 24 godziny na dobę donoszą nam o globalnych zagrożeniach. Czy mężczyźni obawiają się tych zagrożeń? W jaki sposób lęki wpływają na ich kondycję psychiczną?
Męskie lęki skoncentrowane są częściej wokół przetrwania własnego i rodziny niż wokół globalnych wyzwań.

Podobno mężczyźnie można odebrać wszystko poza pracą. Bez pracy łamie się i zanika.
Gdy traci relację z kobietą, przeżywa smutek, żal, złość, ale nie spotkałem się z tym, aby czuł lęk. Co innego, gdy chodzi o pracę. Utrata zatrudnienia uruchamia lawinę lęków o przetrwanie rodziny. To godzi w poczucie tożsamości i wartości: „A więc nie sprawdziłem się, teraz będzie już coraz gorzej”. „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia. Porażka jest etykietką, którą przylepia się temu, co się wydarza.

A więc męski lęk to głównie lęk przed porażką?
Tak. Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony. To też lęk przed depresją. Jednak doświadczają go również mężczyźni, którzy mają pracę. Wystarczy, że rozejrzą się dookoła: kolega został zwolniony, innego zredukowali z całym działem, bo w firmie wprowadzono restrukturyzację, jeszcze inny musiał odejść, bo przyszedł nowy szef i zatrudnił swoich ludzi. „Czy zachodnia firma, w której pracuję, nie wycofa się z polskiego rynku?”; „Czy nie nastąpi załamanie koniunktury?”. Rodzi się lęk o przyszłość: „Co będzie, jeśli stracę pracę i nie znajdę innej?”. To są lęki mężczyzn stosunkowo młodych: 35-, 40-letnich, ponieważ oni wiedzą, że korporacje poszukują na ogół pracowników do trzydziestki. Uruchamia się lęk związany z upływem lat, starzeniem się, utratą atrakcyjności. I mężczyzna nieświadomie zaczyna stosować strategię pesymisty.

Czyli rozważa najgorsze opcje rozwoju sytuacji?
Pyta siebie: „Co będzie, jeśli…? Jeśli stracę pracę? Jeśli zachoruję? Jeśli dzieci przestaną chodzić do prywatnej szkoły? Jeśli nie będę mógł spłacać kredytu? A jeśli moja partnerka straci pracę?”. To fatalna strategia, ponieważ sprawia, że nieświadomie zaczynamy szukać odpowiedzi, a więc wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze wydarzeń. Tworzymy wirtualną rzeczywistość. Wyświetlamy w głowie horrory. To oczywiste, że ktoś, kto ogląda horrory, boi się i reaguje lękowo. To, czy mężczyzna będzie odczuwał lęk, zależy od sposobu, w jaki myśli, ponieważ lęk jest naturalną konsekwencją myśli i wyobrażeń. Napina ciało. Niektórzy są w tym dosyć uporczywi, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że tworzą fikcję. Upierają się, że przecież myślą i mówią o realiach, że tak wygląda rzeczywistość. A tak wygląda jedynie rzeczywistość w ich głowie. Przywołują przypadki kolegów, którzy marnie skończyli, i hipnotyzują się ich historiami.

Porozmawiajmy więc o strategii optymisty.
Wystarczy być realistą. Realista pyta: „Co mogę, co mógłbym zrobić, aby w najlepszy sposób zabezpieczyć siebie i rodzinę, nawet gdy wydarzy się coś nieoczekiwanego?”. Tego typu pytania odnoszą się do spraw, które leżą w zasięgu naszego wpływu i możliwości. „Co mógłbym zrobić, gdybym tu nie pracował?”. Jeżeli nie zadajemy sobie takich pytań, łatwo zapominamy o swoim doświadczeniu i kompetencjach. Na przykład starsi mężczyźni mogą stawać się mentorami, coachami dla młodych pracowników. Mogą być konsultantami, doradcami, szkoleniowcami.

Jak uruchomić wiarę w swój twórczy potencjał?
Mózg przez całe życie zachowuje neuroplastyczność, to znaczy ciągle tworzy nowe połączenia neurologiczne. Jednak musimy go pobudzać poprzez wyobraźnię, przywoływanie pomysłów, rozwiązań, które nie mieszczą się w schematach. Najbardziej twórcze pytanie, które możemy sobie zadać, to: „Co zrobiłbym, gdybym przestał liczyć się z czymkolwiek i pozwolił sobie na najbardziej szalone rozwiązanie?”. To jest wysadzenie siebie ze starych kolein myślenia i działania.

Wtedy te wszystkie głosy lękowe – nie poradzisz sobie, to już koniec, jesteś nikim, młodzi mają ciężko, a co dopiero ty – uciszają się?
Te głosy to nasz wewnętrzny dialog. Głos wewnętrznego krytyka, który przekreśla, odrzuca, ocenia, na różne sposoby pomniejsza nasze możliwości, może być bardzo demotywujący. Może sparaliżować działanie. To jest najgorsze, co może się wydarzyć. Jednak to my sami jesteśmy autorami wszystkich wewnętrznych dialogów. Możemy je więc zmienić. Zmienić strukturę, nie tylko treść. Nie wystarczy zamienić dialogów negatywnych na pozytywne: „Są firmy, które zatrudniają starszych, rynek jest wielki itd.”. To nie znaczy, że takie afirmacje nie mają sensu, jednak łatwo napotykają nieświadomy opór, ponieważ mogą wydawać się nielogiczne i sprzeczne z tym, co widzimy w świecie. Pytania, które zmieniają strukturę myślenia, to właśnie te odwołujące się do twórczego działania: „Co mogę zrobić? Od czego mogę zacząć?”.

A jeśli odpowiedź brzmi: „Nie wiem”?
Na razie nie wiem. Możemy pytać dalej: „Co mogę zrobić, żeby się dowiedzieć? Z jakich źródeł wsparcia, informacji mogę skorzystać? Jakich umiejętności mogę użyć? Gdzie szukać pomysłów? Do kogo mogę się zwrócić? Jakie środowisko mogłoby być dla mnie pomocne? Czego do tej pory nie próbowałem, a mógłbym?”. Takie pytania otwierają, zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak wiele zależy od nas. A to przestraja na zupełnie inny styl myślenia i natychmiast poprawia stan wewnętrzny. Jest także zaporą dla lęku. Jeśli nawet lęk się pojawia, jest dużo bardziej oswojony i kontrolowany.

Jak długo może trwać oswajanie lęku?
Mężczyźni są bardzo konkretni, więc pytania realisty do nich przemawiają; realista zajmuje się konkretami, czynnościami operacyjnymi, działaniem, organizowaniem. Skupia uwagę na tym, jakich środków użyć, jak wykorzystać możliwości. To mężczyznom pasuje. Czasem wystarczy jedna, dwie, góra trzy sesje z coachem, aby uruchomić w sobie realistę. Mężczyźni mówili mi, że nigdy nie myśleli w taki sposób, że potrzebowali impulsu, uświadomienia, jak skutecznie stosowali strategię pesymisty, a tym samym kreowali lęk. Gdy przestawili myślenie, szybko wchodzili w nowy tryb, zaczynali sprawdzać nowe możliwości.

Miałem klienta, który został zwolniony z pracy w korporacji. Był pogrążony w lęku o przetrwanie rodziny do czasu, gdy zaczął pytać siebie o możliwości konkretnych rozwiązań. „Przypomniał” sobie, że przecież jego ojciec ma bardzo dobrze prosperujące przedsiębiorstwo i chętnie zatrudni syna. Był ogromnie zdziwiony, że wcześniej na to nie wpadł!

Lęk uruchamia się bardzo szybko i często zupełnie niespodziewanie…
To jest nawykowy lęk przed zagrożeniem. Jeden z moich klientów został wybrany przez pracodawcę do sesji coachingowych. Ten 60-letni mężczyzna cały czas pytał siebie, czy coś z nim nie tak, skoro firma go wytypowała. Był niemal sparaliżowany lękiem, który sam tworzył poprzez własne fantazje, wyobrażanie sobie najgorszego. Okazało się, że pracodawca zafundował mu sesje, ponieważ miał wobec niego plany awansu i rozwoju. To pokazuje, jak łatwo uruchamia się lęk przed zagrożeniem, które nie istnieje.

Ten lęk mężczyźni dojmująco odczuwają w ciele. Może na początek mogliby się po prostu odprężyć?
Jednak to myśli spinają ciało. Mechanizmy neurobiologiczne powstawania lęku są już dobrze rozpoznane przez naukowców. Większość z nas, niestety, nie zdaje sobie z nich sprawy. Myśli i obrazy, które tworzymy w głowie, nasze nastawienie, oczekiwanie w stosunku do przyszłości – wszystko to działa na neurobiologię. Wydzielają się hormony, neuropeptydy, które rozprowadzają informacje po całym ciele. Komórki ciała poprzez receptory odczytują informacje. I mówimy: „Gdy tylko o tym pomyślę, aż mnie ściska w żołądku”; „Serce mi pęka”; „Coś mi zalega na wątrobie”. Te metafory precyzyjnie opisują konkretne reakcje w ciele. Gdy pytamy siebie, co najlepszego mogę dla siebie zrobić, ciało reaguje rozluźnieniem.

Wydaje się jednak, że całkowicie od lęku nie uciekniemy, bo to nasze pierwotne wyposażenie.
Dzięki lękowi przetrwaliśmy jako gatunek. Neurobiolodzy zwracają uwagę, że współcześnie cierpimy na nadmiar lęku nawykowego, który jest spuścizną po przodkach żyjących w jaskiniach. Tam zagrożenia czyhały co krok. Dzisiaj nie grozi nam rozszarpanie przez tygrysa szablozębnego. Warunki, w których żyjemy, można uznać za luksusowe pod każdym względem. A jednak nawykowy lęk o przetrwanie uruchamia się z byle powodu.

Możemy go oswajać, zmniejszać albo działać mimo lęku?
Neurobiolodzy sugerują, że najwyższy czas dostosować możliwości naszego systemu nerwowego do tych luksusowych warunków, które mamy. Możemy – jak sugerują – trenować mózg, tworzyć nowe połączenia między komórkami nerwowymi, wyrabiać nowe nawyki poprzez uruchamianie konstruktywnego, twórczego myślenia, podejmowanie nowych wyzwań, naukę nowych umiejętności. Ale przede wszystkim poprzez koncentrowanie się na tym, co dobre, budujące, wspaniałe, inspirujące. Gdy konsekwentnie praktykujemy docenianie nawet drobnych pozytywnych zdarzeń, miłych spotkań, chwil radości, wtedy stopniowo mózg przestawia się na inny tryb postrzegania i zaczyna automatycznie wybierać z otaczającej rzeczywistości właś­nie to, co ma charakter pozytywny. Ta praktyka jest bardzo ważna właśnie dlatego, że ewolucyjnie mózg rozwinął się tak, aby wychwytywać to, co zagrażające. Szkoda mu czasu na zatrzymywanie się przy sprawach pozytywnych, ponieważ nie mają znaczenia z punktu widzenia przetrwania. Na szczęście mamy wybór. Neuroplastyczność mózgu to potężny sprzymierzeniec w eliminowaniu nawykowego lęku. Dobrze to wiedzieć.