1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się