1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Doświadczenie w łóżku: ilu kochanków powinna mieć kobieta?

Doświadczenie w łóżku: ilu kochanków powinna mieć kobieta?

fot. iStock
fot. iStock
Gdy chodzi o seks i miłość, lepiej nie być za dobrą z algebry. Nie podliczajmy.

Gdy chodzi o seks i miłość, lepiej nie być za dobrą z algebry. Nie podliczajmy. Kiedy spotkamy tego, z kim chcemy być, czy prawda o naszej przeszłości może zagrozić miłości? Mamy kłamać? Nie, ale też nie mówmy całej prawdy – radzi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. 

Ilu partnerów seksualnych mają kobiety, które spotykasz podczas terapii?

Od jednego do 60, zdarza się, że i 200. Już się nie dziwię, kiedy o 70 partnerach mówi dziewczyna, która nie jest ani „zrobiona”, ani specjalnie wyzywająca. Odwrotnie nawet! Jest skromna, urocza, miła. Ba! Wręcz wydaje się niewinna! Ale też przyczyny, dla których ta liczba jest tak duża, bywają rozmaite. Zazwyczaj związane są z czasem i przeżyciami. Bywa, że kobieta musi się sprawdzić, bo jest młoda i jeszcze nie wie, jaki może mieć wpływ na mężczyzn. Czasem odwrotnie, musi odzyskać swoją seksualność. Ma już trochę doświadczeń, ale została boleśnie porzucona, odrzucona. I teraz chce zobaczyć, czy może być nadal chciana. Idzie więc do łóżka z wieloma mężczyznami, bo tak – nieświadomie zazwyczaj – chce odzyskać siebie seksualną. A może została zdradzona? Zawiedziona przez mężczyznę, którego kochała i któremu wierzyła, teraz chce odwetu?

Na niewiernym kochanku chce się zemścić, śpiąc z innymi?

To jej odwet na wszystkich mężczyznach. Kieruje nią ślepa, nieświadoma siła, przekonanie: „Ja już nikomu nie uwierzę! Tyle się wycierpiałam! Więc teraz wy będziecie cierpieć”. I idzie do łóżka z każdym mężczyzną, który wyda się jej ciekawy, a potem go rozkochuje i porzuca. Robią tak też zranieni mężczyźni. Znam takiego pana, który przez 12 lat bardzo kochał żonę i był jej wierny, ale od czasu porzucenia przez nią zaczął podrywać mężatki. Szedł z nimi do łóżka, a później robił tak, żeby ich mężowie się o tym dowiedzieli. Na przykład zostawiał pudełko z prezerwatywami pod poduszką, krawat w łazience. Kiedy mu powiedziałam, że robi to nieświadomie, ale z potrzeby odwetu, był naprawdę zdziwiony… Świadomość tego, co robimy, pozwala nam zazwyczaj wyhamować. Odzyskać kontrolę.

Kiedy jednak trafia się do łóżka z 50. kochankiem, trudno się nie połapać, że jednak coś jest u mnie inaczej niż u koleżanek?

Tak, można się nie połapać. Bo też świadomie zawsze mamy jakąś racjonalizację na podorędziu. Na przykład możesz być przekonana, że poszukujesz tego jedynego. Albo że masz taki temperament. Albo że mężczyźni myślą tylko o seksie, więc tak naprawdę racjonalne jest to, co robisz. Albo że to oni cię porzucają, bo nie widzisz,  jak ich prowokujesz. Na przykład nie wracając na noc czy romansując w ich obecności. Ale też zazwyczaj jest tak, że przy którymś kochanku czujemy, że już. Że ten nasz ból został ukojony, wyrwa w sercu zalepiona. Uspokajamy się. No i wtedy dopiero spotykamy tego jedynego. Bo tak naprawdę przejawia się to w naszym ciele, zachowaniu i inni nieświadomie to odbierają. Gdy więc jesteśmy w trybie „odwet” czy „badam swoją moc”, nie podejdą do nas ci poważnie myślący, a i my się nimi też nie zainteresujemy.

Łatanie dziury w sercu czy badanie swojej mocy albo jej odzyskiwanie poprzez liczbę kochanków ma pewnie jakieś koszty, choćby nie najlepsze zdanie na swój temat?

Nie ma zazwyczaj. Ale jeśli czujemy jakieś niejasne zarzuty wobec siebie, a pewnie jest to echo krytyki kogoś bliskiego, to sobie pomyślmy: „Robiłam tak, bo inaczej nie mogłam”. My nie żyjemy według zasad moralnych, jakie mamy w głowie czy nawet w sercu. Tak naprawdę to, co myślimy i czujemy, to wierzchołek góry lodowej. Kierują nami ciemne, głęboko ukryte moce. Dlatego kiedy dziewczyna sobie udowodni, czego potrzebuje, uspokaja się.

Co zrobić, kiedy dopiero po 87. trauma przerobiona, i bach! Jest miłość! Czy powiedzieć mu, którym jest numerem?

Po co? Co by mu to dało dobrego? To nie jego sprawa, co było. Poza tym zacząłby się porównywać, zastanawiać, czy jej sprosta, czy przypadkiem ona go nie wykorzystuje? Nie czułby się pewny jej uczuć, nawet jeśli ona byłaby ich pewna. Mógłby pomyśleć, że skoro tak zachowywała się wcześniej, to to się nie zmieni. Mało tego, pomyślałby sobie, że to dziwka. Albo że jej nie wolno, choć jemu tak!

Emancypacja to pic?!

Nie, ale mężczyzna będzie się po takim podliczaniu gorzej czuł. A może przestanie z nią sypiać? Taka informacja może zrobić bardzo silne wrażenie na nim, trudno nawet przewidzieć jakie.

Znajoma po dwóch latach bycia w udanym związku zapytała partnera, który znał jej przeszłość, kiedy się z nią ożeni. Wówczas usłyszała, że z takimi kobietami mężczyźni się nie żenią...

Liczby zawsze działają na wyobraźnię, zwłaszcza mężczyzny. Nie szastajmy więc nimi. Ale to też nieprawda, że „z takimi kobietami mężczyźni się nie żenią”. Żenią się, ale niektórzy lubią im „przyłożyć”, wykorzystując wiedzę, jaką na ich temat mają. Znam też takie związki, w których kobiety pracujące jako prostytutki znalazły partnerów. I nie dlatego ci mężczyźni czują się z nimi szczęśliwi, że mają superseks – co, oczywiście, ma znaczenie – ale dlatego, że mają normalne życie.

Moja przyjaciółka okłamała partnera, że przed nim było tylko pięciu, a nie zgodnie z prawdą – 55.

Moim zdaniem najlepiej powiedzieć: „Mam jakieś doświadczenie i dlatego wiem dobrze, że ty jesteś najfajniejszy, dlatego wybieram ciebie, bo z tobą mi najlepiej”.

A jeśli on zapyta, bo są tacy dociekliwi, jak ci było z byłym?

Nie mówić o byłych. Nie porównywać, nawet kiedy on prowokuje. To obrzydliwe. Chamskie. A szczerość do bólu i stwierdzenie: „Tamten mi to robił lepiej”, mogą sprowokować jedynie bolesną odpowiedź: „To sobie wróć do tamtego!”.

Jeśli kobieta odpowie: „Z tobą mi lepiej niż z innymi… najlepiej…”, to też źle?

To fajne, zwłaszcza gdy mówi to dorosła kobieta i, oczywiście, mężczyzna się domyśla, że miała innych. Odradzam, jeśli to młoda dziewczyna, bo jak ona powie: „Lepiej mi z tobą niż z innymi”, to może być dla niego niepokojące. Ale też, gdy jesteśmy młode, mniej prawdy o sobie mężczyznom mówimy, mniej siebie pokazujemy. Bo nie wierzymy, że jesteśmy warte miłości, śliczne, pokuśne. Więc udajemy bardziej doświadczone, bardziej chętne czy też odwrotnie – mniej doświadczone i mniej uległe. To zależy od tego, którą wersję uznajemy za właściwszą. Tymczasem szczerość, która jest niezbędna, to szczerość ciała i zmysłów wobec tego obecnego i to ona ma moc. Pamiętam, kiedy powiedziałam jednemu panu: „Wiesz, ja już nie mam ochoty na spotkania z tobą”. Na co usłyszałam: „No i bardzo dobrze! Bo mi dziś jedna dziewczyna powiedziała: »Mam na ciebie ochotę!«. Bardzo mi się to spodobało”. Mnie też, bo to jest sytuacja, w której mężczyzna nie musi zdobywać, a kobieta sygnalizuje, że go lubi, że on się jej podoba. W seksie jak w miłości masz się obnażyć – to słowo klucz. Masz się pokazać, nie pilnować, nie kontrolować. Obnażenie to jednak nie opowiadanie o sobie wszystkiego. Zachowaj wstrzemięźliwość w zwierzeniach – twój partner to nie przyjaciółka. Otwieraj się cieleśnie, bo to twój kochanek. Ale żeby tak było, potrzebne jest ci zaufanie do siebie. Do swojej naturalnej zwierzęcości, spontaniczności. No, niestety, mamy ze spontanicznością kłopot w życiu w ogóle. Z przyjmowaniem i dawaniem, szczególnie w seksie…

Bo mamy kompleksy. I ja mam, i on ma…

Czasami powiedzenie: „Wiesz, ja też się czegoś tam boję czy wstydzę, ale razem możemy sobie z tym poradzić”, pomaga. Powiedzenie: „Nie masz być doskonały, nie masz być wyczynowiec. Ja uwielbiam się z tobą delikatnie dotykać i sobie leżeć. Nie musi ci wiecznie stać i nie musisz mi go wpychać cały czas, bo wcale mnie to nie pociąga. Tak między nami, to się niewielu kobietom podoba. My mamy ciała erogenne. Oczywiście, waginy też. Lubimy ten rodzaj miziania, dopieszczania, rozwibrowania wszystkich komórek ciała. I seks wtedy jest najfajniejszy, bo ciało jest czulsze, przygotowane”. To szczerość ciała i zmysłów, a nie mózgu i algebry! Ta pierwsza jest nam potrzebna w seksie i miłości. Ale czy są takie sytuacje, że jednak właśnie ta szczerość mózgu i faktów jest konieczna? Poznali się na grupie terapeutycznej. Ona po rozwodzie, on biseks. Pokochali się, bo pod wieloma względami bardzo sobie odpowiadali. Postanowili się pobrać i być wobec siebie uczciwi – jeżeli się nie uda, to się rozstać. No i się nie udało. Jeszcze pierwsze miesiące były jako takie, bo się sobą cieszyli, ale później on już zdecydowanie nie chciał z nią sypiać, tylko z facetami, a ona zaczęła cierpieć, tak po prostu. Rozstali się, bo byli wobec siebie uczciwi. Podziękowali sobie za to, co sobie dali. Po jakimś czasie zaczęli się z powrotem przyjaźnić, byli sobie bliscy i w życiu sobie pomagali… I to mi się bardzo podobało. Taka szczerość.

Właśnie, przyjaźń. Kobiety zwierzają się swoim mężczyznom…

O nie! Nie należy faceta traktować jak przyjaciółki, bo nią nie jest. Jak się nie ma przyjaciółek, to się różne intymne rzeczy gada partnerowi. Kiedy mówimy mu wszystko, nie będziemy mieć związku na całe życie. Bo mężczyzna ma nas wtedy jak na widelcu. A kobieta musi być troszkę dalej od niego, musi stanowić kształt, który on widzi z boku, żeby go podziwiać, pożądać, zachwycić się. Nie chce kogoś wybebeszonego. Nudne to jest dla niego.

Czy kobiety rywalizują, jeśli chodzi o liczbę kochanków?

Nie zauważyłam. Na moich warsztatach widać co innego. Jeśli któraś z kobiet przyzna się, że miała wielu kochanków, powiedzmy 70, wtedy grupa się ożywia, inne kobiety pytają, jak dała radę, jak to jest itd. Wyglądają na zaciekawione. A niektóre wtedy dopiero mówią, ile one miały. Ale, oczywiście, nie wszystkie się zwierzają, i to jest OK.

A ilu potrzebujemy mieć kochanków?

Tylu, żeby było nam dobrze. Można za pierwszym razem trafić na tego, który sprawi, że całe moje ciało będzie doświadczać seksu. A można mieć ich wielu i tego nie doznać. Kiedy więc słyszę, jak kobiety narzekają: „Ja miałam tylko męża, ale mi z nim jest dobrze”, to mówię: „gratulacje!”. Kiedy inna mówi: „No i po co mi było tylu tych mężczyzn, czy ja nie mogłam od razu trafić na Adama?”, odpowiadam: „Nie mogłaś najwidoczniej, bo byś go wtedy nie doceniła”. Podkreślam: „Nie zazdrośćcie innym, nie narzekajcie na swój los, bo jest tak, jak może być”. „Shirley Valentine” to taka piękna opowieść o tym, jak nieszczęśliwa, niespełniona żona pojechała do Grecji. Tam została zaproszona na łódź i uwiedziona przez właściciela knajpki, którą odwiedzała. Była wypoczęta, obkomplementowana, że taka jest piękna, że ma tak niezwykłe ciało... I przeżyła najcudowniejszy seks swojego życia! I kiedy potem okazało się, że on to samo mówi kolejnej dziewczynie, tylko się uśmiechnęła, bo była zadowolona, że dostała od niego tak wiele. Otóż samą siebie dzięki niemu pokochała i to chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, ilu trzeba nam kochanków. Ano tylu, żeby siebie samą pokochać.

 

KATARZYNA MILLER psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Seksownik” i „Chcę być kochana tak jak chcę”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co

  1. Seks

Kompleksy? Wyrzuć je z łóżka!

Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? (Fot. iStock)
Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? (Fot. iStock)
Natura stworzyła kobietę jako istotę piękną i zmysłową. Kultura dorzuciła trzy grosze: dała jej poezję, księcia na białym koniu i…kompleksy.

Mężczyźni przepadają za kobiecym ciałem. Nie ma obszarów czy stref, których nie uważaliby za ponętne, godne bliższego poznania. Już jako nastolatkowie marzą, by podziwiać, oglądać i dotykać pączkujących piersi koleżanek lub tego tajemniczego miejsca między ich nogami. Tymczasem one z obrzydzeniem i kpiną odwracają się od ich widocznej pod spodniami erekcji, wstydzą się i nie rozumieją ich zainteresowania. Skoro ciało kobiety budzi taki zachwyt, skąd w niej tyle kompleksów? Czemu nie potrafi się radośnie rozebrać i cieszyć sobą?

– Mężczyzn do seksu popycha testosteron – podkreśla Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Kobieta ma go dużo mniej, ale za to została wyposażona w bardzo czułe i doskonale funkcjonujące zmysły, dzięki którym mogłaby naprawdę polubić fizyczną bliskość. Niestety, nabyte wraz z wychowaniem zahamowania powodują, że jest w tej sferze mniej przystępna i otwarta.

Niemożliwe, to nie moje!

W naszym społeczeństwie kobieta rzadko przyznaje otwarcie, że jest istotą seksualną. Wstydzi się często również swojej seksualności, na przykład tego, że ma bardzo wilgotną pochwę, kiedy zbliża się do niej mężczyzna, który budzi jej zainteresowanie. Boi się, że gdy to zdradzi, on pomyśli o niej: „rozwiązła”.

– Powinna się cieszyć, że sprawnie działają u niej mechanizmy związane z pożądaniem, tak jak mężczyzna jest dumny z „wyjątkowo udanej” erekcji – uważa Platowska. – Tymczasem ona woli ukryć „udaną” lubrykację. Obfita wilgoć w tym miejscu świadczy o tym, że odczuwa pożądanie, a przecież to kobiecie nie przystoi. Co najwyżej może być tego pożądania obiektem, poddawać się mu.

Ale kobiety wstydzą się też, kiedy mają wilgoci zbyt mało, bo wtedy trudno im się kochać. Mądrze byłoby sięgnąć wtedy po lubrykant i ułatwić sobie sprawę. Zamiast tego wiele woli udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i męczyć się „na sucho”, narażając na otarcia i uszkodzenia. Dlaczego? No bo jeśli on zobaczy, że ona sięga po wspomagacz, pomyśli, że go nie kocha albo jest oziębła.

– Kiedy kobieta zobaczy po seksie wilgoć na prześcieradle, pierwszym jej odruchem jest zaprzeczenie: „Niemożliwe, to nie moje!” – uważa psycholożka.
– A o w takiej sytuacji zrobi mężczyzna? Z dumą spojrzy na dowód tego, że się „sprawdził”.

Pachnąca królewna

Wciąż jeszcze wiele kobiet wstydzi się także menstruacji. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby to mężczyźni menstruowali, uczyniliby z tego dowód siły i potęgi, swój męski sztandar. Kobiety chowają się do kącika. Jakże mogłoby być inaczej: jesteśmy córkami swoich matek, a one całe życie się tego wstydziły.

Kiedy dziewczynka zaczyna miesiączkować, nie spotyka się raczej z gratulacjami, częściej z obawami i niezadowoleniem, bo od tej chwili mała kobietka może zajść w ciążę, a to kłopot dla całej rodziny. O tym, że ma „okres”, zwykle nie mówi się przy ojcu czy starszym bracie. To kobiecy świat.

Mężczyźni nie mają problemu z zaakceptowaniem wydzielin swojego ciała. Co więcej, uważają nasienie za coś godnego pozazdroszczenia. Tryskające na piersi kochanki tuż po seksualnym zbliżeniu uważają za jeden z najbardziej podniecających scen filmu pornograficznego. Skąd taka rozbieżność?

Wynika przede wszystkim z podziału płci. Na jednym końcu skali jest cuchnący piżmem i cygarem samiec, w brudnych butach, z „żałobą” pod paznokciami, nieznający mydła czy dezodorantu, z drapiącym trzydniowym zarostem. A na drugim – czyściutka, pachnąca i różowa panienka, królewna z dziewczęcego dzieciństwa. Nie podnosi głosu i służy do kochania. Wstydzi się nie tylko faktu, że ma jakiekolwiek wydzieliny, ale także tego, że może mieć swój własny zapach. I to w dodatku „tam, na dole”.

– Taka kobieta nie potrafi pojąć, że ponętne mogłoby się okazać coś, co uważa za najgorszą katastrofę: nieumyte genitalia – mówi Platowska. – To, że mężczyzna mógłby chcieć poczuć ten zapach, że jest on dla niego niezwykle pociągający, nie mieści się w jej obrazie świata. Ona wkracza do łóżka jak na fotel ginekologiczny: tak czysta, że niemal sterylna. I tego samego spodziewa się po swoim kochanku.

Ale nie zawsze tak było – kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, kochaliśmy całe nasze ciało, włącznie z jego wydzielinami. Dla każdego dwuletniego dziecka wszystko, co wychodzi z jego ciała, jest nim. I nagle maluch dowiaduje się, że jego kupka lub siusiu nie są wcale takie pożądane. Kiedy puszczony nago po domu kuca, by się załatwić, biegnie do niego mama z krzykiem, żeby tego nie robił. Co więcej, karcone jest także zainteresowanie kupą czy pupą.

– Dziewczynki są ostrzej trenowane do czystości, od nich więcej się pod tym względem wymaga – podkreśla psycholożka. – One powinny pachnieć, a chłopcom wystarczy, by nie śmierdzieli. Poza tym matki łatwiej „odpuszczają” swoim synom. Oczywiście, przez całe dzieciństwo podejmują próby utrzymania ich w czystości, jednak widząc, że ich wysiłki spełzają na niczym – i w dodatku obserwują, że inni chłopcy wcale nie wyglądają lepiej – wywierają na synów mniejszą presję. Wzdychają tylko: „No tak, chłopcy zawsze będą nieporządni, brudni i potargani”, po czym skupiają się na „pucowaniu” swoich córeczek.

Chłopcom jest łatwiej umknąć matczynemu treningowi czystości z jeszcze jednego powodu: zdobywając swą męską tożsamość, w naturalny sposób ustawiają się w opozycji do matki… i dziewczynek. Wchodząc w sam środek błotnistej kałuży, z wyższością podkreślają, że są małymi mężczyznami.

Dziewczynki zaś zmagają się z ciężarem matczynych oczekiwań, utożsamiają się z nią i niemal dosłownie biorą od niej pewne przekazy i treści. – Całe życie dumnie noszą sztandar głoszący, że kobieta ma być czysta, różowa i pachnąca. Nie wolno jej z żadnego naturalnego otworu wypuścić jakiejś wydzieliny. Królewny nie chodzą przecież do toalety, nie mówiąc już o puszczaniu bąków – mówi Platowska.

Radość z seksu

Chłopczykowi kultura i natura przychodzą w sukurs w jeszcze jednym momencie: kiedy odkrywa swój członek. Natura sprawia, że obcuje z nim od dzieciństwa, choćby podczas siusiania. Kiedy zaczyna mieć erekcję i odkrywa przyjemność masturbacji, dostaje na nią przyzwolenie: matka, która go na tym przyłapie, wycofuje się bez komentarza i zawstydzona nie wraca do tematu – bo nie wie, jak zareagować. A syn dostaje wyraźny komunikat: to sfera, w którą kobieta nie wkracza. Jeszcze nie wie, na ile grzeszy, ale już oswaja się ze swoją seksualnością.
– Kwestie moralne częściowo weryfikuje podwórko, co znowu jest szczęśliwe dla chłopców, bo bawią się swoimi penisami, porównują je, urządzają konkursy w oddawaniu moczu na odległość lub zbiorowe seanse masturbacyjne – i nawzajem się do tego zachęcają. W ten sposób wzajemnie się wspierają w rodzącej się męskości – tłumaczy psycholożka.

Dla dziewczynki miejsca intymne to „coś”, co należy przede wszystkim często myć. Nie jest sobie w stanie wyobrazić, że nieumyte może być tak podniecające, że mężczyźni gotowi są kupić przez internet noszone damskie majtki. Grzeczna, dobrze wychowana dziewczynka nie chce w to uwierzyć. Ona nawet podczas mycia niechętnie się „tam” dotyka, a jeśli już, to robi to szybko i w poczuciu, że konieczności. Wychowana według uznanych norm nie pojmuje, że ktoś „normalny” mógłby chcieć ją w te miejsca całować.

A mężczyźni uwielbiają seks oralny, zarówno czynny, jak i bierny. Wiadomo, że to główny temat męskich fantazji erotycznych. Gdyby tylko mogli, pieściliby oralnie kobiety tak często, jak to tylko możliwe – różne, nawet kilka naraz i wcale niekoniecznie takie prosto spod prysznica… Ale niejedna dziewczyna myśli sobie: „przecież nie mogę na to pozwolić”. Bardzo wstydzi się dopuścić mężczyznę aż tak blisko.

– Ona się „tam” nie dotyka, bo to nie jest jej, to jest dla niego – uważa Platowska. – Także dlatego, że jest grzeszne, brudne, nieładne. Nic dziwnego. Skoro słyszy od dziecka, że nie wypada, to trudno, żeby kochała i akceptowała swoje narządy płciowe. Większość kobiet nigdy ich nawet nie widziała! Stąd na różnych kursach samoakceptacji obowiązkowym punktem programu jest praca z lusterkiem: każda z uczestniczek ma za zadanie dokładnie obejrzeć swoje wargi sromowe, przyjrzeć się im, czasem także narysować, poznaje również ich budowę. I prawdę powiedziawszy powinna to zrobić każda z nas, bez względu na to, czy wybiera się na taki kurs, czy nie.

Kobiety będą czerpały więcej radości z seksu, jeśli nauczą się patrzeć na swe ciała oczyma mężczyzny: pełnymi zachwytu. Kiedy zobaczą swą fizyczność tak jak ją widzą partnerzy: jako coś wspaniałego, tajemniczego i godnego pożądania. Ale partnerzy mogą im bardzo w tym pomóc.

– Bo to do mężczyzny należy pokazanie kobiecie w sposób najbardziej naturalny, że wiele rzeczy, które się łączą z jej ciałem, jest dla niego wspaniałym przeżyciem – uważa Platowska. – Powinien ją przekonać, że nie o to chodzi, by się nie myć, ale siódmy prysznic w ciągu dnia nie jest potrzebny, a dzień bez kąpieli mógłby być miłą odmianą. Matka jej tego nie nauczy, bo sama jest zbyt „czysta”. Tym bardziej nie zrobi tego ojciec. Najlepszy będzie w tym kochanek.

Otwarcie na ciało i to, co z niego wynika, ma jeszcze jeden aspekt. Mężczyzna, mając kobietę, która nie tylko pozwoli się pieścić oralnie, ale zgodzi się na to chętnie, bez obrzydzenia – odwzajemni się tym samym i będzie przeszczęśliwy. I nie chodzi tylko o to, że realizuje swoje fantazje, choć to też ważne, ale poczuje się akceptowany, w pełni i po prostu. A to bardzo ważny element ludzkiej miłości.

  1. Seks

Spontaniczny seks – dlaczego nie? Jak dojrzeć do bycia spełnioną kochanką?

Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
W lesie? Nie, bo gdzie tu wziąć prysznic? W samochodzie? Nie, bo jeszcze ktoś nas zobaczy. Teraz? Nie, to przecież środek dnia. Wieczorem? Ależ muszę się wyspać! Są kobiety, które prawie zawsze odmawiają partnerom. Dlaczego? I czy mogłyby być trochę szczęśliwsze, gdyby pomyślały, czemu tak robią – zastanawia się terapeutka Katarzyna Miller.

Zdarza się, że kobieta skarży się: „Mieszam zupę w garnku, a on chce się ze mną kochać. Ja nie chcę, bo dla mnie nie ma nic bardziej nieseksualnego niż gotowanie. Ale dla niego odwrotnie, to go ekscytuje”. Co wtedy?
Wygląda na to, że dla tego mężczyzny życie jest seksualne. Dla tej kobiety – nie. Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. Na przykład ktoś cudnie tańczy lub przemawia. Albo patrzymy na mężczyznę, który przyrządza sałatkę, kroi warzywa, miesza, oblizuje palce… i myślimy: co za sexy facet. I może się nam zachce go pogłaskać albo wziąć za rękę i zaprowadzić do łóżka? Dlatego dziewczyna, która mówi „nie”, bo właśnie miesza zupę z obowiązku gotowania, a nie z radości, że robi coś smacznego, odziera sobie życie z przyjemności, z erotyzmu.

Chyba że dla niej seks nie jest atrakcją.
Właśnie. Więc ona nie pozbawia się radości życia, tylko broni przed napaścią. I mamy nasz temat! Taka Alicja, czy raczej malutka Ala, wydała się za mąż, bo trzeba. Może nawet dzieci już porodziła, bo też trzeba, ale wciąż czuje się dziewczynką i nie cieszy jej, że się rozwinęła seksualnie, bo emocjonalnie się nie rozwinęła. A ktoś od niej chce, żeby była kobietą, chce usług seksualnych. I tu się pojawia to nieszczęsne: wszyscy mężczyźni tylko tego chcą. Co, niestety, nie jest prawdą!

Kobiety równie często skarżą się, że nie są napastowane przez partnera, jak na to, że są!
Musimy powiedzieć w imieniu wielu kobiet, że one chciałyby być przez swoich mężczyzn zaczepiane erotycznie przy mieszaniu zupy i w wielu innych okolicznościach przyrody. Ale znam też takie, i do nich wróćmy, które mówią o swoich facetach: „jak można ciągle mieć ochotę?”. A oni wcale nie chcą ciągle, tylko one ciągle odmawiają. W końcu jednak się godzą, więc tym mężczyznom opłaca się próbować za każdym razem – i przy zmywaniu, i w samochodzie za miastem...

A za miastem są szyszki, mrówki. I nie ma łazienki…
Łazienki!? Po co? To takie boskie – seks w lesie. Las jest jednym z piękniejszym miejsc do miłości. Napisałam w wierszu „las ma nasze ciało”... Ładne, nie? Ale kobiety często mówią mężczyźnie, który chce iść z nimi na polankę: „Nie, bo sukienka się ubrudzi i pogniecie. Spóźnimy się do znajomych na kolację i oni zobaczą, że leżeliśmy na ziemi, i się domyślą, że uprawialiśmy ten straszny seks!”. Taka kobieta ma także w głowie to, że jeśli mu w lesie ulegnie, to on pomyśli, że jest łatwa. A może nawet napalona! A ona nie życzy sobie, żeby ktoś tak o niej myślał. Bo wtedy by jeszcze czegoś więcej i częściej od niej chciał!

Może nasza Alicja jest po prostu aseksualna?
Nie mówimy tu o syndromie medycznym Alicji w krainie czarów, który polega na nieadekwatnym postrzeganiu swojego ciała – na przykład wydaje się nam, że mamy ogromne stopy. Nazwa wzięła się z tego, że w „Alicji w krainie czarów” bohaterka raz rośnie, a raz maleje. Zawsze jest nieadekwatna do sytuacji. Podobnie Ala jest nieodpowiednia do swojej roli życiowej – fizycznie jest kobietą, ale wewnętrznie czuje się dziewczynką. I nie zamierza przestać nią być, bo jej mamusia też była taka sama i Ala widziała w domu, że seks jest „be”. Może też nie chcieć urosnąć, bo ojciec miał wobec niej jakieś molestujące myśli, o które matka była zazdrosna, i dlatego odrzuciła córkę? Ala zobaczyła, że niedobrze chcieć być blisko tatusia czy chcieć czegoś od jakiegokolwiek mężczyzny. Bo ładną, porządną i czystą jest tylko wtedy, kiedy jest malutką córeczką mamusi.

Jako trzylatka byłam bardzo dumna z tego, że mam taki czysty fartuszek!
Na pytanie, jakie dzieci są nieszczęśliwe, mądra odpowiedź brzmi: czyste. Byłaś dumna z tego, że podobasz się mamie. Słowo „czysta” może dziewczynkę nieźle załatwić, zwłaszcza gdy matka jej opowiadała, że ojciec jest taki ohydny, seksualny, chce od niej tych brudnych rzeczy, które dorośli robią w nocy. Córeczka nie chciała tego słuchać, ale przecież nie mogła powiedzieć mamie: „To nie są dla mnie opowieści. Ja ich nie chcę”. Niejedna z moich pacjentek, słuchając zwierzeń matki, miała poczucie, że ją oblepiają, że matka strasznie nastawia ją przeciwko ojcu, bo bardzo jej zależy, żeby ona go nie kochała, lecz była tylko jej – mamusi. To trwa często aż do dorosłości córki, kiedy ta zda sobie sprawę, że matka ją zatruła, i choć ojciec był trudnym człowiekiem, to oprócz wad miał sporo zalet...

A może mądre kobiety wybierają strategię: „nie teraz, nie tu…”, bo wiedzą, że dzięki temu nie wygaśnie jego pożądanie?
Jeśli mężczyzna jest tak niedojrzały, że kręci go to, że kobieta nie chce z nim spać, to będzie miał za swoje. A jeśli będzie miał dość jej strategii, pójdzie gdzieś, gdzie usłyszy ochocze „tak!”. Wtedy ona nazwie go łajdakiem i będzie grała rolę skrzywdzonej.

Czy jednak będąc łatwo dostępnymi, nie przestajemy być atrakcyjne?
Dla mężczyzny szalenie podniecająca jest radość kobiety z seksu. Ile razy ona będzie ją przeżywać, jemu się to nie znudzi. Rajcuje go, że on jej to daje. Natomiast zrażająca mężczyzn łatwość kobiety może oznaczać, że ona godzi się na coś, czego nie lubi, na coś, co jej nie cieszy, a tylko pozwala robić ze sobą to, co on chce. Wtedy dorosły facet może się nią znudzić. Nie znudzi się, jeśli jest niedojrzały i lubi rządzić: „teraz połóż się tak, a teraz tak!”, i nie dba o to, czy jej jest dobrze. Albo też lubi mieć pewność, że ona nigdzie indziej nie pójdzie po seks, bo po prostu nie jest rozbudzona. Są przecież mężczyźni obawiający się seksualnych kobiet.

Zresztą kobieta, o której mówiłaś, stosująca strategię odmawiania seksu, to nie nasza Ala, bo Ala nie wykorzystuje sztuczek seksualnych do manipulacji partnerem. Ala jest niewinna.

Co to znaczy niewinna?
Jest dziewczynką. Najbardziej chciałaby, żeby on ją przytulał, chwalił, bawił się z nią i rozmawiał. Był takim nowym tatą. A ponieważ takie udawanie dziewczynki bywa bardzo pociągające dla wielu mężczyzn, Ala nie jest samotna. I to nie musi oznaczać pedofilii. Żyjemy po prostu w kulturze mężczyzn niedojrzałych, chłopców, którzy lubią „dziewczynki”, bo one nie zagrażają ich poczuciu bezpieczeństwa dlatego właśnie, że są niewinne. Nie trzeba przy nich być samcem, wystarczy z nimi bawić się w dom, rozmawiać i je lubić. Ala nie ma nic wspólnego z Lolitą opisaną przez Nabokova, nie ma w sobie ani grama perwersji – jest ciekawa świata, przygód, ale nie seksualnych. Do nich jeszcze nie dojrzała i może nigdy nie dojrzeje.

Czy jeśli zechce, może dorosnąć do bycia szczęśliwą kochanką?
To zależy od niej. Od tego, na ile wierzy, że tylko czyste jest niewinne i dobre... Czy nadal bardzo nie chce się pobrudzić? Czy jest w stanie zapragnąć seksu jako czegoś, czego dotąd nie poznała, i nie bać się, że mamusia będzie na nią zła? A to niełatwe, bo ona jest silnie związana z mamusią. Często dostrzegam zlanie córki z matką. Powstaje, gdy niedojrzałe kobiety godzą się na seks tylko po to, żeby mieć dziecko. I jeśli im się to uda, dzieciątko jest wyłącznie ich: „to jest moja mała dziewczynka!”. Chcą mieć właśnie córeczkę, a nie synka. Myślą: „To ma być moja własna, czysta dziewczynka. Już zawsze będziemy szczęśliwe we dwie i nikt nas nie zbruka” wtedy. Jeśli matka tak działa, córka czuje się jej częścią, często nawet gdy dorośnie. Czuje się bezpieczna tylko z mamusią, która wie o niej wszystko, córka jest dla niej całym światem. Czyli jest też nieadekwatna do rzeczywistości. Jak w tej bajce…

Co ma zrobić Ala, która chce być Alicją?
Dorosnąć. Zrezygnować z mitu cudownej przyjaźni i bliskości z matką. Przeżyć stratę tej iluzji, nie przestraszyć się bólu wyodrębnienia, odkleić się od niej. Zdać sobie sprawę z tego, co mamusia jej zrobiła, ale także zrozumieć ze smutkiem, żalem i ze złością, że z powodu tego, co matka kładła jej do głowy w dzieciństwie, teraz wszyscy mężczyźni wydają się jej obrzydliwi. Jeśli Ali uda się dostrzec tę zależność, zacznie zmieniać się z kobiety, która uznaje seks za coś brukającego, w kobietę, która seks lubi i potrafi z niego czerpać radość.

Trudno spojrzeć tak krytycznie na matkę. Tym bardziej że ojcowie to rzadko anioły.
A niby skąd mają się brać anioły?! Rzadko jednak to zło wcielone. Ważniejsze od oceny ojców jest to, że Ale zatrzymały się na jakimś etapie rozwoju i nawet nie muszą o tym wiedzieć ani też chcieć tego zmieniać. Jeśli jednak poczują, że czegoś im brak, że coś się nie spełniło w ich życiu, mogą albo cierpieć w cichości, albo zacząć szukać rozwiązania.

Kobieta jest zdolna do konfrontacji z matką, dopiero kiedy ma w życiu coś pewnego i solidnego, na czym podczas tej konfrontacji będzie mogła się oprzeć. Może to być wiedza, umiejętności, kariera, pieniądze, powodzenie, spełnione marzenia. Lub lojalny, kochający, pomagający w rozwoju partner. Jeśli jeszcze sięgnie po pomoc psychologa, jest na dobrej drodze.

A jeśli jest kurą domową?
Przecież może odnieść sukces jako pani domu. Terapia pomoże jej docenić, że stworzyła dom, wychowała dzieci. Często kobiety, które sobie nie ufają, nawet jeśli wiele zrobiły, nie cenią tego. Trzeba im to pokazać. Kiedy przyjmą do wiadomości, że to ich własny sukces, może wzrosnąć ich wiara i zaufanie do siebie. A wówczas ta część, która jest spełniona zawodowo i społecznie, może pomóc wewnętrznej dziewczynce wydostać się z króliczej nory, w której się schowała, i dorosnąć.

I kiedy partner zacznie ją napastować przy zupie…
To odwróci się do niego, pocałuje i powie: „kochanie, jak to miło, że mnie przytulasz”. A gdy usłyszy: „chodźmy do łóżka”, wyłączy gaz pod garnkiem i pójdzie – o ile ma na seks ochotę! Albo powie: „najpierw zjem zupę, bo jestem głodna”. Ważne, żeby nie musiała zachowywać się zawsze tak samo. Człowiek dojrzały reaguje różnie, w zależności od tego, co czuje i czego chce. Więc pewna siebie Alicja raz może fuknąć na męża: „teraz mi nie przeszkadzaj, tworzę wybitną zupę”, a raz powiedzieć zalotnie: „Oj, ty, ty! Ty to jesteś!”. Albo patrząc mu głęboko w oczy, stwierdzić: „poczekaj do wieczora, będzie ci jeszcze bardziej smakowało”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Baw mnie, czyli seks i śmiech

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Choć stroimy sobie żarty z religii czy polityki, to w kwestii pożycia seksualnego często jesteśmy śmiertelnie poważni. Tymczasem śmiech nie tylko rozładowuje napiętą sytuację, ale też pozwala czerpać prawdziwą radość z erotycznych uniesień.

Karmieni od dzieciństwa mitem o jedynej i prawdziwej miłości, w łóżku pragniemy romantycznych uniesień, zjednoczenia ciał i dusz. Z kolei tradycja chrześcijańska i patriarchalny model społeczeństwa każą wiernym spełniać małżeński obowiązek, lecz za główny cel stawiają im prokreację.

Dużo zamętu wprowadza też współczesny kult przyjemności, który co prawda stawia seks na piedestale, tyle tylko, że traktuje go wyłącznie jako źródło doraźnej rozkoszy, pozbawia natomiast głębi. Zaleca jako najlepszy lek na chandrę, samotność czy stres, ale też nienaturalnie wyśrubowuje standardy. Nie mieć ochoty na seks czy nie czerpać z niego przyjemności – po prostu wstyd.

I gdzie tu miejsce na niczym niezmąconą radość z seksu albo szczery śmiech? Ten ostatni, zwłaszcza w alkowie, prędzej kojarzy się kochankom z… byciem wyśmianym. – Większość ludzi uważa, że śmiech czy żarty podczas seksu są nie na miejscu, bo to jakby z sacrum czynić profanum – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka. – Nasza kultura nawet pewnych siebie obciąża poczuciem winy i nadmierną odpowiedzialnością w stosunku do erotycznych figli.

Taka postawa może stać się poważnym problemem. Tym bardziej, że w łóżku jesteśmy nadzy nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie, więc bardziej wrażliwi i podatni na krytykę. – Jednym z najgłębiej zakorzenionych ludzkich lęków jest obawa przed ośmieszeniem i upokorzeniem, a kiedy się boimy, nie jest nam do śmiechu – konstatuje Małgorzata Zaryczna.

Trudne początki

To prawda: intymne sytuacje konfrontują nas z naszymi kompleksami i strachami. Właściwie powinniśmy się z nich śmiać, pomyśleć, że inni mają dokładnie takie same problemy, tymczasem niepotrzebnie je rozdmuchujemy. Idąc do łóżka, chcemy być ze sobą jak najbliżej, ale coraz częściej jesteśmy od siebie... jak najdalej. Mężczyzna, zamiast na partnerce, skupia się na tym, czy się sprawdzi. Z kolei umysł kobiety bardziej od seksualnych fantazji potrafi zaprzątać troska o to, czy on nie zauważy fałdki na jej brzuchu.

– W rezultacie w tym łóżku spotyka się dwoje ludzi, którzy są skupieni na sobie, zamiast na partnerze – zauważa seksuolożka. – Skoncentrowani na potencjalnych potknięciach, nie tyle czerpiemy radość z seksu, co staramy się zapobiec klęsce. Więc śmiech w łóżku? Jaki śmiech?

Tymczasem trochę dystansu i poczucia humoru przydaje się, nawet bardzo, zwłaszcza na początku erotycznej relacji. Nie tylko tej pierwszej w życiu, ale z każdym nowym partnerem. Wtedy bowiem towarzyszy nam lęk przed nieznanym. Konfrontujemy się z nową sytuacją, nową osobą, nowymi oczekiwaniami i… bardzo się spinamy. Często nastawiamy się na to, że ten pierwszy raz powinien być wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem. A gdy tak się nie dzieje – co jest dość powszechne – stres, zażenowanie, poczucie klęski i dyskomfort sięgają zenitu. Im więcej napięcia, tym trudniej poczuć się swobodnie i zwyczajnie sobą cieszyć. I koło się zamyka. Gdybyśmy potrafili podejść do sytuacji z dystansem i humorem, moglibyśmy sobie ją znacznie ułatwić, a nierzadko wręcz uratować. Na dodatek wszystko pogarszają… wszechobecne media.

– Z jednej strony popularyzowanie wiedzy o seksie jest ze wszech miar pożyteczne – uważa Zaryczna. – Ale z drugiej, nagłaśniane standardy są tak wyśrubowane, że boimy się im nie sprostać.

Orgazm? Ma być taki, jak w filmach, niczym trzęsienie ziemi. Efekt? Seks kojarzy się ludziom z wymaganiami, swoistym egzaminem. Nic dziwnego, że nie jest nam do śmiechu – bo komu by się chciało śmiać na przykład na myśl o rozmowie kwalifikacyjnej?

Kilka pomysłów

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz”. Cenny zwłaszcza dla kobiet, które mają tendencje do krążenia myślami wokół kłopotów w pracy, choroby dziecka czy niezapłaconych rachunków. Takie myśli wykluczają raczej przyjemność – podkreśla Małgorzata Zaryczna.

Nie od razu musimy uciekać się do skomplikowanych erotycznych sztuczek. Można zacząć od tego, co odpręża, wprawia w dobry nastrój, rozluźnia, wywołuje uczucie zadowolenia. Zabawą jest każda forma bliskości, która sprawia partnerom przyjemność. Jeśli wyrażanie radości w sypialni początkowo nas krępuje, zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć, oswoić nagość.

– Na początku nie musi to być związane z seksem – uważa seksuolożka. Jest mnóstwo możliwości: rozwiązywanie krzyżówek, gra w scrabble, w „zgadnij, co to za postać”, w co kto chce, ale... nago. Piknik na łóżku z papierowymi talerzykami i mnóstwem ulubionych smakołyków. Bitwa na poduszki? Czemu nie! Skorzystanie z wynalazków w rodzaju jadalnych farb czy jeszcze lepiej z tradycyjnych przysmaków w nowej roli: dlaczego by nie wymazać się wzajemnie czekoladą, a potem zlizać ją z siebie – bez zamartwiania się o pościel, bo od czegóż współczesne proszki do prania? Możemy też wziąć do łóżka owoce i zjeść je z najśmieszniejszych miejsc, jakie nam przyjdą do głowy, np. z czubka małego palca u nogi czy z pępka. Kupić prezerwatywy w różnych smakach i żartować z nich do woli.

Każda forma zabawy sprawiająca przyjemność obojgu kochankom jest dobra. Śmiech w sypialni krępuje? Zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć. Może nago?

– Chodzi o to, żeby było wesoło, niezobowiązująco, a przede wszystkim razem – mówi Zaryczna. – Wspólne przeżywanie radości bardzo zbliża ludzi. Kiedy się śmiejemy, porzucamy napięcia, lęki, niepokoje i wypracowane sposoby zachowania. Jesteśmy po prostu sobą. Łóżko zbliża, śmiech zbliża – a łóżko pełne śmiechu zbliża podwójnie.

Jak bawią się ludzie wyluzowani? W odgrywanie ról, teatr: scenę pierwszego spotkania, uwodzenia. W udawanie nieznajomych, którzy mówią do siebie per pan i pani. Albo wcielają się w ulubione postacie z książek czy filmu, na przykład stają na chwilę Romeo i Julią, mówią zabawnym, staromodnym językiem o miłości i tym, co chcieliby dziś robić w sypialni. To zresztą można również zakomunikować... na migi!

Szczypty lub salwy śmiechu mogą dostarczyć erotyczne zakupy. Choćby specjalne kości do gry: za ich pomocą los wybiera, gdzie i w jakiej pozycji będziecie się kochać. Albo pisanie sobie na plecach erotycznych fantazji i zamówień. Niektórych niezmiernie bawi nadawanie imion lub przezwisk narządom płciowym, ale trzeba zachować w tym przytomność – mąż może poczuć się urażony, gdy nazwiemy jego penisa „krasnoludkiem”…

– Bawiąc się, okazujemy sobie nawzajem otwartość, bliskość, chęć realizacji pragnień drugiej osoby. To przecież wspaniałe – tłumaczy psycholożka. – Granicą kreatywności w zabawie jest tolerancja partnera. Żartowanie w łóżku musi się spotkać z akceptacją drugiej strony, to podstawowy warunek! Gdy widzimy, że jej lub jemu to się nie podoba, trzeba się wycofać. Żart ma być żartem, a nie czymś, co boli. Z dowcipami lepiej też uważać przy nowo poznanej osobie, bo nie znając jej poczucia humoru, możemy niechcący ją urazić. Ale w stałym związku, żart może zadziałać jak odblowanie tamy: kiedy pierwsze opory już puszczą, radość popłynie swobodnie. Opadnie napięcie i poznamy smak świetnej zabawy.

Żartem na ratunek

Każdemu zapewne zdarzyła się – a jeśli nie, na pewno się zdarzy – sytuacja, która zawstydza, wprawia w konsternację, rodzi nerwowe pytanie: „co robić, jak mam się teraz zachować”.

W ferworze miłosnym może ktoś spadł z łóżka lub bardzo dbająca o urodę kochanka odkryje na pupie sporą krostę – i jak tu teraz kokieteryjnie wypiąć przed partnerem pośladki… Bywa, że niesforne ciało wyda niekontrolowany, ale całkiem naturalny odgłos… – Niektórzy wycofują się ze zbliżenia na samą myśl, że coś takiego mogłoby ich spotkać. Ale jeśli potrafimy się z tego śmiać, problem przestanie istnieć. Wiemy, że damy sobie radę i takie sytuacje nie będą nas spinać – mówi seksuolożka.

Zamiast traktować wszystko śmiertelnie poważnie, lepiej obrócić konsternację w żart. Posłużmy się tu przykładem z rozbrajającej książeczki Pierre’a Thomasa Nicolasa Hurtauta „Sztuka pierdzenia”, wydanej po raz pierwszy we Francji w 1751 roku. Opisany w niej kochanek w obliczu niekontrolowanego ujścia gazów w towarzystwie wybranki postanowił nazwać je… miłosnym westchnieniem: „Me serce przepełnione łzami/Strasznie nabrzmiałe westchnieniami/Na widok zaciekłości Pani/Westchnienie jedno przemieniło/Tak, że z lęku przed ustami/Przez inny kanał się przebiło”.

A co, jeśli druga strona zażartuje sobie rubasznie z twojego faux pas? – To przecież po to, żeby pomóc partnerowi – zdecydowanie podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Nie ma co się obrażać, przecież w takiej sytuacji nie zawsze przychodzą kochankom do głowy inteligentne żarty. Przypiszmy wtedy partnerowi dobre intencje, próbę rozładowania sytuacji, nie chęć poniżenia i ośmieszenia.

A kiedy wpadka zdarzy się partnerowi? Nie wolno dać mu odczuć, że się z niego śmiejemy. W takiej chwili najlepiej przywołać jakieś zdarzenie ze swojego życia, np.: „Mnie też się to kiedyś zdarzyło. Myślałam, że spalę się ze wstydu, a przecież to drobiazg” albo „Umiesz sobie fajnie poradzić, ja kiedyś omal nie umarłam ze wstydu”. Ale warto reagować. Czasem nie żart, lecz drętwa cisza jest bardziej konsternująca.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.