1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Wiele pierwszych razów - rozmowa z seksuologiem Andrzejem Gryżewskim

Wiele pierwszych razów - rozmowa z seksuologiem Andrzejem Gryżewskim

Gdy kochamy się pierwszy raz na trzeźwo lub po zdradzie, możemy poczuć się tak, jakbyśmy nigdy przedtem nie współżyli. (Fot. iStock)
Gdy kochamy się pierwszy raz na trzeźwo lub po zdradzie, możemy poczuć się tak, jakbyśmy nigdy przedtem nie współżyli. (Fot. iStock)
Inicjacja seksualna nas warunkuje – tak twierdzi nauka. Jeśli wtedy był ból albo lęk, będzie się to powtarzać. Na szczęście miłość może sprawić, że poczujemy się tak, jakbyśmy nigdy przedtem nie współżyli. Podobnie jest, kiedy kochamy się pierwszy raz na trzeźwo lub po zdradzie – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Pierwszy raz zdarza się nam tylko raz? A przecież, kiedy po rozwodzie czy rozstaniu znów pojawi się w naszym życiu miłość, czasem tak niezwykle odczuwamy pierwszy seks, jakbyśmy nigdy wcześniej nie kochali, ani emocjonalnie, ani fizycznie.
Zakochanie oczyszcza nie tylko z rozsądku, ale też z doświadczeń, dlatego pierwszy raz z miłości możemy odczuwać jako w ogóle pierwszy. I to niezależnie od tego, ile mamy lat i ile za sobą związków, a nawet małżeństw. To dobra nowina dla tych, którzy są w przededniu rozwodu czy rozstania – nowe uczucie sprawi, że stare doświadczenia i emocje, nawet traumy znikną. Miłość ma moc oczyszczania z tego, co było. Zresztą nie tylko ona sprawia, że możemy seksualność otworzyć na nowo. Dlatego kiedy jako seksuolog pytam klientów o ich pierwszy raz, to na dwa sposoby: o faktyczną inicjację, która jest ważna, bo koduje całe życie erotyczne. I o ten „pierwszy raz”, który odczuli emocjonalnie jako pierwszy.

„Odczucie” to tylko dowód na to, że mamy romantyczną naturę, czy na coś więcej?
Odczucie nie zależy od charakteru czy nawet płci. Mężczyźni często mówią, że pierwszy raz to był dla nich ten, kiedy pokochali. „Miałem kilkanaście kobiet. Ale miłość zresetowała całą moją wiedzę i doświadczenia. Technika? Zero. Jakbym był czystą kartą. Prawiczkiem” – to wypowiedzi różnych moich klientów. Seks z miłości naprawdę jest inny – nasyca, sprawia, że następnego dnia dalej odczuwamy radość i błogość. Jesteśmy pogodni, otwarci. Seks przypadkowy? Już po kilku godzinach chce się nam znów. Możemy odczuwać smutek albo rozdrażnienie: „To tylko tyle mi dało?”.

Pierwszy pocałunek z miłości też jest pierwszym?
Oczywiście. I kobiety, i mężczyźni mówią: „Tak to przeżywałem/am, że myślałem/am: »To nierealne, to się wcale nie wydarza! Całując pierwszy raz tę kobietę czy tego mężczyznę, znalazłem/am się w świecie iluzji. W kosmosie!”. Badania neuropsychologiczne potwierdzają te odczucia. Aktywność mózgu podczas przypadkowego seksu wygląda jak Bieszczady nocą – tylko gdzieniegdzie palą się światełka, sygnał pobudzenia obszaru związanego z pożądaniem. Mózgi zakochanych są jak Los Angeles! Całe świecą, tak wiele obszarów jest pobudzonych. A im bardziej aktywny jest mózg, tym intensywniej odczuwa ciało. No i zakochana kobieta może mieć kilkanaście skurczów orgiastycznych, które opłyną ją całą. Podczas przypadkowego seksu ma ich tylko kilka, orgazm nie jest wszechogarniający.

Czy drugi pierwszy raz może być tak ważny jak inicjacja, która, jak twierdzisz, programuje nasze życie seksualne?
Seksuologiczna zasada pierwszych połączeń mówi, że kiedy robię coś pierwszy raz, a towarzyszą temu silne emocje, to w mózgu powstaną połączenia neuronalne – takie ścieżki, matryce – warunkujące to, jak będzie przebiegać każde kolejne zbliżenie. Z tego wynika więc, że inicjacja seksualna nas warunkuje. Jeśli kobieta za pierwszym razem czuła ból i lęk, to w kolejnych zbliżeniach będzie zdystansowana, podejrzliwa. Jeśli mężczyzna podczas inicjacji miał zaburzenia erekcji, przedwczesny wytrysk itp., to lęk, że to się powtórzy, będzie odczuwać przez lata. Na szczęście miłość tak silnie pobudza mózg, że powstają nowe ścieżki neuronalne, które nadbudowują się nad starymi. Dzięki temu przekraczamy własne doświadczenia. Pierwszy raz z miłości, także na poziomie neuronalnym, jest więc pierwszym.

Przeżycie go jeszcze raz może uleczyć naszą seksualność?
Tak. Jeden z moich klientów ma szlacheckie korzenie i od dziecka słuchał opowieści o zamkach. Kiedy jako 40-latek się zakochał, to z nową partnerką pojechał do zamku, gdzie wynajął apartament. I tam, jak stwierdził, był jego pierwszy raz: niespieszny, czuły, przy świecach, dobrym winie i muzyce. A prawdziwa inicjacja? Pomyłka! Na imprezie w klubie, tak szybko, że ledwo zdążył w dziewczynę wejść. Dla nastolatków priorytetem jest sam fakt inicjacji, a potem kumulacja doświadczeń. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli taką zasadą kieruje się mężczyzna, to ma i sto kochanek, ale co z tego, jeśli wie, że 90 procent jego zbliżeń było byle jakich. Bije to w jego tożsamość: bo skoro gros stosunków ma do niczego, to sam jest do niczego. Powtórka pierwszego razu może dać nowy początek.

A kobiety tego drugiego pierwszego razu nie potrzebują?
Kobiety dążą zazwyczaj do tego, żeby faktyczny pierwszy raz był już taki, jaki być powinien: a więc okraszony czymś romantycznym, z niespiesznym seksem. Kobiety więc częściej pierwszy raz mają lepszy, jeśli chodzi o scenografię, ale nie o sztukę miłosną kochanka, bo młody mężczyzna chce szybko. I dlatego pierwszy seks to rzadko erotyczna uczta dla kobiety. Częściej ból, bo ona nie zdąży się nawet podniecić. Pomóc może seks z miłości z mężczyzną, który da poczucie bezpieczeństwa i wie, czego kobieta potrzebuje. Ale też przyjęcie przez nią pozytywnej postawy – należy mi się szczęście w seksie, jestem tego warta. Poznanie swojej seksualności.

Pierwszy raz po rozwodzie z nowym partnerem to pierwszy drugi raz z urzędu?
Każdy członek czy wagina są inne. Każdy całuje, pieści i kocha inaczej. I pierwszy raz z nowym partnerem jest inny, ale czy „pierwszy” – zależy od naszej otwartości na to, co przyjdzie. Czasem przecież kobieta zamyka oczy i fantazjuje o byłym. Trudno wtedy mówić o pierwszym razie. Zresztą i tak bywa on trudny, bo idąc do łóżka po rozstaniu, mamy w sobie lęk, czy bolesne sytuacje z tamtej relacji się nie powtórzą. Czy nowy nie powie tego co były: „Gdzie zostawiłaś piersi?”. Pamięć – to z nią się zmagamy. Lepiej nam więc jest z nowym partnerem za drugim, czwartym razem – gdy zdobędzie nasze zaufanie. W seksie najważniejsze staje się poczucie bezpieczeństwa, to warunek, by puścić kontrolę. A nie puścimy jej, jeśli będziemy się bać tego, że jak np. zaczniemy wydawać dziwne odgłosy, to zostaniemy wyśmiani. Mam pacjentkę, która podczas seksu oralnego od nowego partnera usłyszała, że on pierwszy raz widzi taką dużą łechtaczkę: „To jakiś przerost?!”. I teraz ona się boi ośmieszenia… A przecież jedne kobiety mają łechtaczki bardziej odsłonięte, inne mniej – im „większa” łechtaczka, tym łatwiejszy orgazm. Jeśli więc nowy partner podziwia, pożąda i daje akceptację, to kobieta coraz bardziej będzie się otwierać na niego, a wtedy dopiero może od niego dostać to, czego tamten jej poskąpił.

Jakie jeszcze sytuacje sprawiają, że mamy nowe rozdanie w sypialni?
Pierwszy seks po zdradzie też wyznacza początek. Tutaj trudności wynikają z naszej wyobraźni. Zdradzona kobieta boi się porównań, wyobraża sobie, że tamta była piękniejsza, lepsza w łóżku. Fantazje zazwyczaj przerastają rzeczywistość. Jeśli kobieta im ulegnie, to bywa, że pierwszy seks po zdradzie – paradoksalnie – jest namiętny. Zdradzona staje do nieświadomej walki z rywalką, chcąc być lepsza w łóżku. I często jest. Mąż przeciera oczy i przyznaje, że gdyby taki był ich seks, to nie wydarzyłby się skok w bok. Ale tak nie pokonamy niszczącej siły wyobraźni. Podobnie jak nie zrobimy tego dociekaniem: „Jak to robiliście?!”. Bo odpowiedź przyklei się nam do głowy w trudny do odklejenia sposób. Czasem zdradzona zażąda, by mąż z nią zrobił to samo co z kochanką. I znam pary, które taki mają pierwszy raz, choć ani ona, ani on tego nie chcą.

Oj, namiętny pierwszy raz po zdradzie to zapowiedź końca?
Bywa nim, bo po kilku tygodniach nocnych igrzysk namiętność się kończy – kochanka znika z głowy zdradzonej, ale nasila się złość wynikająca ze zdrady męża, totalnego załamania poczucia bezpieczeństwa w związku. I żona zostaje w łóżku sama z mężem – tym samym co przed zdradą. A więc nie bardzo pociągającym… Z drugiej strony – też zaczyna się rejterada. Mimo superseksu z żoną mąż rusza śladem kochanki. Bo nie seks, ale to, jak żona go oceniała, było powodem niewierności. Aby wrócić do siebie po zdradzie, trzeba uporać się z emocjami, które mają siłę tsunami. Namiętny seks bywa próbą poradzenia sobie z nimi. Próbą nieskuteczną, bo nie pomaga odbudować relacji.

To jaki powinien być, żeby dobrze zacząć od nowa związek po zdradzie?
Po pierwsze, człowieczy – czuły, niespieszny. Słowem kluczem jest „uważność”. Na siebie, na odczucia zmysłowe płynące z ciała, z dotyku, pocałunków, penetracji. Skupienie na tym, co tu i teraz – na smaku pocałunków, zapachu skóry i włosów partnera. Tak uczymy się siebie, ale też bronimy przed fantazją i lękiem, że z tamtą było mu lepiej. Po drugie, powinna mu towarzyszyć uważność na partnera. Na to, jak reaguje na dotyk, pocałunki, bliskość. Poznanie go, jego prawdziwych potrzeb i emocji – to cel. Ludzie czasem żyją obok siebie latami, a niewiele o sobie wiedzą. Seks mają rutynowy w dwóch pozycjach. Dla seksu to fatalny scenariusz. Czują się samotni we dwoje, niedocenieni, nielubiani i stąd te zdrady. Dlatego warto zacząć od początku, czyli od randek. Pochodzić razem do kina, na spacery, odbudować zaufanie. Dobry powrót to zmiana stosunku do partnera. I kobieta, i mężczyzna po zdradzie mają lekcję do odrobienia. Zdrada to znak, że oboje byli nieuważni. Po porodzie wielu kobietom seks wydaje się niepotrzebny. Czy to sprawa hormonów? Nie tylko, ciało matki jest stymulowane przez bliski kontakt z niemowlęciem, są poruszone też jej strefy erogenne, jak piersi, więc potrzeby erotyczne ma w jakimś sensie zaspokojone. Rozwiązaniem jest obudzenie libido, czyli lektura książek erotycznych, oglądanie filmów, a potem próba zbliżenia, nawet jeśli ta potrzeba jest na minimalnym poziomie. Spróbować i zobaczyć, czy może ten seks jednak da jej jakąś zapomnianą przyjemność. Bywa, że i partner do seksu się nie wyrywa, bo i on potrzebuje znów dostrzec w kobiecie zmysłową istotę, a nie tylko matkę. Warto popracować nad tym pierwszym razem – przygotować się, rozbudzić, a potem delikatnie zbliżyć.

Pierwszy raz na trzeźwo bywa trudny. Kiedy rozmawia się z tymi, którzy przestali pić, brać narkotyki, grać itp., okazuje się, że pierwszy seks na trzeźwo bywa ostatnim.
Aż 60 procent Polaków nie współżyło bez alkoholu. Alkohol wyłącza ośrodki czołowe odpowiedzialne za zasady, nakazy i zakazy. A więc seks musi być obłożony wstydem, lękiem, poczuciem winy, skoro tylu Polaków chce się znieczulić przed stosunkiem na ewentualność pojawienia się trudnych emocji i toksycznych przekonań na temat seksu. No i jak mamy ich wiele, to pierwszy raz na trzeźwo bywa negatywnym trzęsieniem ziemi. Bo oto wszystko, czego nauczyli się po pijanemu, nie liczy się, bo te trudne emocje i kompleksy blokują sprawność. Ale też niewiele po pijaku się nauczyli, bo seks był wtedy tylko dodatkiem – wystarczał sam haj alkoholowy, żeby było fajnie.

Co robić? Wrócić do picia? Oczywiście to żart!
Przez pierwsze kilkanaście razy, kochając się na trzeźwo, można nie poczuć, że seks jest wspaniały. U kobiet obawy dotyczą braku miękkości, tego, że po alkoholu lepiej się układały w ramionach partnerów. A wstyd i kompleksy? Jeśli boisz się czegoś, ale przed tym nie uciekasz, nie chowasz się, lęk będzie się zmniejszał. Jeśli np. nie czujesz się dość szczupła, nie ukrywaj tego, nie gaś światła. Za każdym razem, kiedy mimo lęku rozbierzesz się, będzie ci lepiej, a potem przestaniesz się tym przejmować.

Czyli pierwszy koszmarny raz to nie wyrok?
Absolutnie nie! Seksuologiczna zasada stu pierwszych zbliżeń mówi, że nie należy na podstawie kilku, kilkunastu zbliżeń wyciągać wniosków o tym, jak nam jest w łóżku. Warto powoli testować techniki i pozycje, sprawdzać, co da najwięcej przyjemności. Pieścić i czuć, czy te pieszczoty działają. Pozwalać pieścić siebie, pokazywać, czego się chce… Popracować nad wiarą w siebie, aby błahe „nie” nas nie raniło. Bo pokazywanie siebie to podstawa dobrego seksu. Alkoholik pije, żeby odłączać się od rzeczywistości, od siebie. Kiedy trzeźwieje – odzyskuje świat i ciało. Uczy się prawdziwej, niepodkręconej chemicznie zmysłowości. Poznaje swoje uczucia, odkrywa potrzeby. Można więc powiedzieć, że dopiero kiedy pozna i pokocha siebie, będzie mieć prawdziwy pierwszy raz.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Seks

Flirt – od zabawy do zdrady

Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Rozmawiając o flircie i zdradzie poruszamy się w bardzo delikatnej materii, bo każdy człowiek ma prawo postrzegać te zachowania inaczej.

Czym jest flirt?

Flirt jest starą jak świat zabawą dwojga ludzi prowadzących zalotną rozmowę, żartobliwą i nieco dwuznaczną, której towarzyszą kokieteryjne gesty i spojrzenia. Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. Zachowana jest równowaga sił, której już wyraźnie brak, gdy tylko jedna ze stron ewidentnie uwodzi drugą. W każdej chwili jedno z grających może się całkowicie wycofać z zabawy. Granice we flircie są wyznaczane i respektowane, nikt nikogo nie naciska, nie ma obietnic, zobowiązań, wielkich słów, deklaracji, nikt nie obraża się, gdy dostanie sygnał „stop”. Flirt to ulotna chwila, która niczego nie zmienia, kontakt jest bezpieczny dla samych flirtujących i ich stałych partnerów. Zagraliśmy swoje role i po skończonym spektaklu wracamy do normalnego życia – można przestać „wciągać brzuch”.

Flirtując, pokazujemy się od najlepszej strony, nasz rozmówca robi to samo i obydwoje przyjmujemy to za dobra monetę, nie doszukujemy się w sobie wad, słabych stron, nie zwracamy uwagi na fakty, bo nie mamy wobec siebie żadnych planów. Bawimy się chwilą, która nie ma dla nas żadnego znaczenia poza tym, że przez moment jest miło, bo dogłaskaliśmy swoje „ego”, byliśmy przez moment szalenie atrakcyjni, jak żywcem wyjęci z brazylijskiej telenoweli. W dłuższym, stałym związku, choćby nie wiem, jak wielka była miłość, wzajemna akceptacja i zrozumienie, jak wiele by było komplementów i czułości, to ludzie znają się jak „łyse konie”, jest śmietanka, ale wiemy że pod nią jest mleko. We flircie spijamy samą śmietankę.

Kto flirtuje?

Na pewno ci, którzy lubią „adrenalinę”, nudzą się, gdy jest za spokojnie, zbyt monotonnie, czyli ci, którzy wciąż potrzebują nowych doświadczeń. Ci, którzy lubią zwracać na siebie uwagę. Ci, który mają wysoką potrzebę uznania, akceptacji. Flirt zaspokaja wszystkie te potrzeby. W stałym związku MUSI być jakaś rutyna, bo trudno sobie wyobrazić żyjącą pod jednym dachem parę (na dodatek mającą dzieci), która działa bez planu, żyje chwilą, rzuca się „na spontanie” w coraz to nowe aktywności. Trudno też oczekiwać, że partner będzie nas nieustannie chwalił, nagradzał i adorował – niestety dostajemy czasem „po nosie”, bo dajemy do tego powody, bo jesteśmy tylko ludźmi. W stałym związku nie możemy nic na dłuższą metę udawać, jesteśmy po prostu sobą i fajnie, że nie musimy cały czas „wciągać brzucha”, bo kto by to wytrzymał?

Subiektywne postrzeganie

Jeśli mamy stałego partnera, to nie my sobie, ale ON daje nam lub nie wolność do flirtowania. Nawet jeśli my wiemy, że to co robimy, jest całkowicie bezpieczną zabawą, ale gdy kochamy naszego partnera i jest on najważniejszą dla nas osobą, której absolutnie nie zamierzamy opuścić, to musimy się zastanowić, jak odbierze nasze zachowanie. Są ludzie, którzy z rozbawieniem przyglądają się swojemu partnerowi grającemu w grę „Czarujmy się nawzajem”, śmieszą ich „wciągnięte brzuchy” flirtujących. Są też tacy, którzy wręcz lubią na tę zabawę patrzeć, bo miło im, że ICH partner jest dla kogoś na tyle atrakcyjny, że ten dla niego „wciąga brzuch”. Ale są też tacy, którzy czują się przestraszeni, zagrożeni, zranieni. Za każdą z tych postaw wobec flirtu stoi cała złożoność naszej psychiki. Można by analizować jakie cechy, jakie doświadczenia, jakie potrzeby sprawiają, że jedni aprobują flirt partnera, a inni nie, ale w codziennym życiu nie ma to żadnego sensu. Ważne jest dostrzec reakcję partnera na naszą zabawę, potraktować serio to co do nas mówi i jego: ”Nie flirtuj” przyjąć jak jedenaste przykazanie. Bez głupiego gadania: ”O co ci chodzi? Nie przejmuj się” – jakby mógł, to by się nie przejmował…

Krok do zdrady

Po „zdefiniowaniu” flirtu różnica między nim a zdradą jest chyba tak oczywista, że nie muszę opisywać, czym jest zdrada. Ona zawsze rani i tyle. Proste kryterium krzywdy, które lubię stosować, spycha zdradę do kategorii zachowań zakazanych. Mądrzej to kryterium brzmi: „Moje prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się czyjeś prawa”, więc nawet jeśli marzę o opychaniu się „śmietanką”, czyli zaspokajaniu wszystkich moich zachcianek, to muszę patrzeć, czy innym nie zostanie samo mleko, na dodatek skwaśniałe tak, że aż trujące. Zdrada zawsze jest krzywdą dla partnera, nawet jeśli dla nas była nic nie znaczącym epizodem: wynikiem chwilowej ciekawości czy efektem utraty rozumu po nadużyciu alkoholu. Partnerowi, który dowiaduje się o zdradzie, rujnujemy poczucie bezpieczeństwa i poczucie własnej wartości – podstawowe potrzeby każdego człowieka. Żadne tłumaczenia, że „skok w bok” był incydentem bez konsekwencji nic nie dają, bo zdradzający może nie odczuwać konsekwencji (jeżeli jest „nieprzemakalny moralnie”, czyli za nic ma zasady i normy), ale zdradzany poczuje je zawsze.

  1. Seks

Spontaniczny seks – dlaczego nie? Jak dojrzeć do bycia spełnioną kochanką?

Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. (Fot. iStock)
W lesie? Nie, bo gdzie tu wziąć prysznic? W samochodzie? Nie, bo jeszcze ktoś nas zobaczy. Teraz? Nie, to przecież środek dnia. Wieczorem? Ależ muszę się wyspać! Są kobiety, które prawie zawsze odmawiają partnerom. Dlaczego? I czy mogłyby być trochę szczęśliwsze, gdyby pomyślały, czemu tak robią – zastanawia się terapeutka Katarzyna Miller.

Zdarza się, że kobieta skarży się: „Mieszam zupę w garnku, a on chce się ze mną kochać. Ja nie chcę, bo dla mnie nie ma nic bardziej nieseksualnego niż gotowanie. Ale dla niego odwrotnie, to go ekscytuje”. Co wtedy?
Wygląda na to, że dla tego mężczyzny życie jest seksualne. Dla tej kobiety – nie. Wszystko jest seksualne, jeśli ma się zmysłowy stosunek do życia. Wówczas każda fajnie robiona rzecz może nas podkręcić, zauroczyć i do kogoś zbliżyć. Na przykład ktoś cudnie tańczy lub przemawia. Albo patrzymy na mężczyznę, który przyrządza sałatkę, kroi warzywa, miesza, oblizuje palce… i myślimy: co za sexy facet. I może się nam zachce go pogłaskać albo wziąć za rękę i zaprowadzić do łóżka? Dlatego dziewczyna, która mówi „nie”, bo właśnie miesza zupę z obowiązku gotowania, a nie z radości, że robi coś smacznego, odziera sobie życie z przyjemności, z erotyzmu.

Chyba że dla niej seks nie jest atrakcją.
Właśnie. Więc ona nie pozbawia się radości życia, tylko broni przed napaścią. I mamy nasz temat! Taka Alicja, czy raczej malutka Ala, wydała się za mąż, bo trzeba. Może nawet dzieci już porodziła, bo też trzeba, ale wciąż czuje się dziewczynką i nie cieszy jej, że się rozwinęła seksualnie, bo emocjonalnie się nie rozwinęła. A ktoś od niej chce, żeby była kobietą, chce usług seksualnych. I tu się pojawia to nieszczęsne: wszyscy mężczyźni tylko tego chcą. Co, niestety, nie jest prawdą!

Kobiety równie często skarżą się, że nie są napastowane przez partnera, jak na to, że są!
Musimy powiedzieć w imieniu wielu kobiet, że one chciałyby być przez swoich mężczyzn zaczepiane erotycznie przy mieszaniu zupy i w wielu innych okolicznościach przyrody. Ale znam też takie, i do nich wróćmy, które mówią o swoich facetach: „jak można ciągle mieć ochotę?”. A oni wcale nie chcą ciągle, tylko one ciągle odmawiają. W końcu jednak się godzą, więc tym mężczyznom opłaca się próbować za każdym razem – i przy zmywaniu, i w samochodzie za miastem...

A za miastem są szyszki, mrówki. I nie ma łazienki…
Łazienki!? Po co? To takie boskie – seks w lesie. Las jest jednym z piękniejszym miejsc do miłości. Napisałam w wierszu „las ma nasze ciało”... Ładne, nie? Ale kobiety często mówią mężczyźnie, który chce iść z nimi na polankę: „Nie, bo sukienka się ubrudzi i pogniecie. Spóźnimy się do znajomych na kolację i oni zobaczą, że leżeliśmy na ziemi, i się domyślą, że uprawialiśmy ten straszny seks!”. Taka kobieta ma także w głowie to, że jeśli mu w lesie ulegnie, to on pomyśli, że jest łatwa. A może nawet napalona! A ona nie życzy sobie, żeby ktoś tak o niej myślał. Bo wtedy by jeszcze czegoś więcej i częściej od niej chciał!

Może nasza Alicja jest po prostu aseksualna?
Nie mówimy tu o syndromie medycznym Alicji w krainie czarów, który polega na nieadekwatnym postrzeganiu swojego ciała – na przykład wydaje się nam, że mamy ogromne stopy. Nazwa wzięła się z tego, że w „Alicji w krainie czarów” bohaterka raz rośnie, a raz maleje. Zawsze jest nieadekwatna do sytuacji. Podobnie Ala jest nieodpowiednia do swojej roli życiowej – fizycznie jest kobietą, ale wewnętrznie czuje się dziewczynką. I nie zamierza przestać nią być, bo jej mamusia też była taka sama i Ala widziała w domu, że seks jest „be”. Może też nie chcieć urosnąć, bo ojciec miał wobec niej jakieś molestujące myśli, o które matka była zazdrosna, i dlatego odrzuciła córkę? Ala zobaczyła, że niedobrze chcieć być blisko tatusia czy chcieć czegoś od jakiegokolwiek mężczyzny. Bo ładną, porządną i czystą jest tylko wtedy, kiedy jest malutką córeczką mamusi.

Jako trzylatka byłam bardzo dumna z tego, że mam taki czysty fartuszek!
Na pytanie, jakie dzieci są nieszczęśliwe, mądra odpowiedź brzmi: czyste. Byłaś dumna z tego, że podobasz się mamie. Słowo „czysta” może dziewczynkę nieźle załatwić, zwłaszcza gdy matka jej opowiadała, że ojciec jest taki ohydny, seksualny, chce od niej tych brudnych rzeczy, które dorośli robią w nocy. Córeczka nie chciała tego słuchać, ale przecież nie mogła powiedzieć mamie: „To nie są dla mnie opowieści. Ja ich nie chcę”. Niejedna z moich pacjentek, słuchając zwierzeń matki, miała poczucie, że ją oblepiają, że matka strasznie nastawia ją przeciwko ojcu, bo bardzo jej zależy, żeby ona go nie kochała, lecz była tylko jej – mamusi. To trwa często aż do dorosłości córki, kiedy ta zda sobie sprawę, że matka ją zatruła, i choć ojciec był trudnym człowiekiem, to oprócz wad miał sporo zalet...

A może mądre kobiety wybierają strategię: „nie teraz, nie tu…”, bo wiedzą, że dzięki temu nie wygaśnie jego pożądanie?
Jeśli mężczyzna jest tak niedojrzały, że kręci go to, że kobieta nie chce z nim spać, to będzie miał za swoje. A jeśli będzie miał dość jej strategii, pójdzie gdzieś, gdzie usłyszy ochocze „tak!”. Wtedy ona nazwie go łajdakiem i będzie grała rolę skrzywdzonej.

Czy jednak będąc łatwo dostępnymi, nie przestajemy być atrakcyjne?
Dla mężczyzny szalenie podniecająca jest radość kobiety z seksu. Ile razy ona będzie ją przeżywać, jemu się to nie znudzi. Rajcuje go, że on jej to daje. Natomiast zrażająca mężczyzn łatwość kobiety może oznaczać, że ona godzi się na coś, czego nie lubi, na coś, co jej nie cieszy, a tylko pozwala robić ze sobą to, co on chce. Wtedy dorosły facet może się nią znudzić. Nie znudzi się, jeśli jest niedojrzały i lubi rządzić: „teraz połóż się tak, a teraz tak!”, i nie dba o to, czy jej jest dobrze. Albo też lubi mieć pewność, że ona nigdzie indziej nie pójdzie po seks, bo po prostu nie jest rozbudzona. Są przecież mężczyźni obawiający się seksualnych kobiet.

Zresztą kobieta, o której mówiłaś, stosująca strategię odmawiania seksu, to nie nasza Ala, bo Ala nie wykorzystuje sztuczek seksualnych do manipulacji partnerem. Ala jest niewinna.

Co to znaczy niewinna?
Jest dziewczynką. Najbardziej chciałaby, żeby on ją przytulał, chwalił, bawił się z nią i rozmawiał. Był takim nowym tatą. A ponieważ takie udawanie dziewczynki bywa bardzo pociągające dla wielu mężczyzn, Ala nie jest samotna. I to nie musi oznaczać pedofilii. Żyjemy po prostu w kulturze mężczyzn niedojrzałych, chłopców, którzy lubią „dziewczynki”, bo one nie zagrażają ich poczuciu bezpieczeństwa dlatego właśnie, że są niewinne. Nie trzeba przy nich być samcem, wystarczy z nimi bawić się w dom, rozmawiać i je lubić. Ala nie ma nic wspólnego z Lolitą opisaną przez Nabokova, nie ma w sobie ani grama perwersji – jest ciekawa świata, przygód, ale nie seksualnych. Do nich jeszcze nie dojrzała i może nigdy nie dojrzeje.

Czy jeśli zechce, może dorosnąć do bycia szczęśliwą kochanką?
To zależy od niej. Od tego, na ile wierzy, że tylko czyste jest niewinne i dobre... Czy nadal bardzo nie chce się pobrudzić? Czy jest w stanie zapragnąć seksu jako czegoś, czego dotąd nie poznała, i nie bać się, że mamusia będzie na nią zła? A to niełatwe, bo ona jest silnie związana z mamusią. Często dostrzegam zlanie córki z matką. Powstaje, gdy niedojrzałe kobiety godzą się na seks tylko po to, żeby mieć dziecko. I jeśli im się to uda, dzieciątko jest wyłącznie ich: „to jest moja mała dziewczynka!”. Chcą mieć właśnie córeczkę, a nie synka. Myślą: „To ma być moja własna, czysta dziewczynka. Już zawsze będziemy szczęśliwe we dwie i nikt nas nie zbruka” wtedy. Jeśli matka tak działa, córka czuje się jej częścią, często nawet gdy dorośnie. Czuje się bezpieczna tylko z mamusią, która wie o niej wszystko, córka jest dla niej całym światem. Czyli jest też nieadekwatna do rzeczywistości. Jak w tej bajce…

Co ma zrobić Ala, która chce być Alicją?
Dorosnąć. Zrezygnować z mitu cudownej przyjaźni i bliskości z matką. Przeżyć stratę tej iluzji, nie przestraszyć się bólu wyodrębnienia, odkleić się od niej. Zdać sobie sprawę z tego, co mamusia jej zrobiła, ale także zrozumieć ze smutkiem, żalem i ze złością, że z powodu tego, co matka kładła jej do głowy w dzieciństwie, teraz wszyscy mężczyźni wydają się jej obrzydliwi. Jeśli Ali uda się dostrzec tę zależność, zacznie zmieniać się z kobiety, która uznaje seks za coś brukającego, w kobietę, która seks lubi i potrafi z niego czerpać radość.

Trudno spojrzeć tak krytycznie na matkę. Tym bardziej że ojcowie to rzadko anioły.
A niby skąd mają się brać anioły?! Rzadko jednak to zło wcielone. Ważniejsze od oceny ojców jest to, że Ale zatrzymały się na jakimś etapie rozwoju i nawet nie muszą o tym wiedzieć ani też chcieć tego zmieniać. Jeśli jednak poczują, że czegoś im brak, że coś się nie spełniło w ich życiu, mogą albo cierpieć w cichości, albo zacząć szukać rozwiązania.

Kobieta jest zdolna do konfrontacji z matką, dopiero kiedy ma w życiu coś pewnego i solidnego, na czym podczas tej konfrontacji będzie mogła się oprzeć. Może to być wiedza, umiejętności, kariera, pieniądze, powodzenie, spełnione marzenia. Lub lojalny, kochający, pomagający w rozwoju partner. Jeśli jeszcze sięgnie po pomoc psychologa, jest na dobrej drodze.

A jeśli jest kurą domową?
Przecież może odnieść sukces jako pani domu. Terapia pomoże jej docenić, że stworzyła dom, wychowała dzieci. Często kobiety, które sobie nie ufają, nawet jeśli wiele zrobiły, nie cenią tego. Trzeba im to pokazać. Kiedy przyjmą do wiadomości, że to ich własny sukces, może wzrosnąć ich wiara i zaufanie do siebie. A wówczas ta część, która jest spełniona zawodowo i społecznie, może pomóc wewnętrznej dziewczynce wydostać się z króliczej nory, w której się schowała, i dorosnąć.

I kiedy partner zacznie ją napastować przy zupie…
To odwróci się do niego, pocałuje i powie: „kochanie, jak to miło, że mnie przytulasz”. A gdy usłyszy: „chodźmy do łóżka”, wyłączy gaz pod garnkiem i pójdzie – o ile ma na seks ochotę! Albo powie: „najpierw zjem zupę, bo jestem głodna”. Ważne, żeby nie musiała zachowywać się zawsze tak samo. Człowiek dojrzały reaguje różnie, w zależności od tego, co czuje i czego chce. Więc pewna siebie Alicja raz może fuknąć na męża: „teraz mi nie przeszkadzaj, tworzę wybitną zupę”, a raz powiedzieć zalotnie: „Oj, ty, ty! Ty to jesteś!”. Albo patrząc mu głęboko w oczy, stwierdzić: „poczekaj do wieczora, będzie ci jeszcze bardziej smakowało”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Baw mnie, czyli seks i śmiech

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz” – podkreśla seksuolożka i psycholożka Małgorzata Zaryczna. (Fot. iStock)
Choć stroimy sobie żarty z religii czy polityki, to w kwestii pożycia seksualnego często jesteśmy śmiertelnie poważni. Tymczasem śmiech nie tylko rozładowuje napiętą sytuację, ale też pozwala czerpać prawdziwą radość z erotycznych uniesień.

Karmieni od dzieciństwa mitem o jedynej i prawdziwej miłości, w łóżku pragniemy romantycznych uniesień, zjednoczenia ciał i dusz. Z kolei tradycja chrześcijańska i patriarchalny model społeczeństwa każą wiernym spełniać małżeński obowiązek, lecz za główny cel stawiają im prokreację.

Dużo zamętu wprowadza też współczesny kult przyjemności, który co prawda stawia seks na piedestale, tyle tylko, że traktuje go wyłącznie jako źródło doraźnej rozkoszy, pozbawia natomiast głębi. Zaleca jako najlepszy lek na chandrę, samotność czy stres, ale też nienaturalnie wyśrubowuje standardy. Nie mieć ochoty na seks czy nie czerpać z niego przyjemności – po prostu wstyd.

I gdzie tu miejsce na niczym niezmąconą radość z seksu albo szczery śmiech? Ten ostatni, zwłaszcza w alkowie, prędzej kojarzy się kochankom z… byciem wyśmianym. – Większość ludzi uważa, że śmiech czy żarty podczas seksu są nie na miejscu, bo to jakby z sacrum czynić profanum – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka. – Nasza kultura nawet pewnych siebie obciąża poczuciem winy i nadmierną odpowiedzialnością w stosunku do erotycznych figli.

Taka postawa może stać się poważnym problemem. Tym bardziej, że w łóżku jesteśmy nadzy nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie, więc bardziej wrażliwi i podatni na krytykę. – Jednym z najgłębiej zakorzenionych ludzkich lęków jest obawa przed ośmieszeniem i upokorzeniem, a kiedy się boimy, nie jest nam do śmiechu – konstatuje Małgorzata Zaryczna.

Trudne początki

To prawda: intymne sytuacje konfrontują nas z naszymi kompleksami i strachami. Właściwie powinniśmy się z nich śmiać, pomyśleć, że inni mają dokładnie takie same problemy, tymczasem niepotrzebnie je rozdmuchujemy. Idąc do łóżka, chcemy być ze sobą jak najbliżej, ale coraz częściej jesteśmy od siebie... jak najdalej. Mężczyzna, zamiast na partnerce, skupia się na tym, czy się sprawdzi. Z kolei umysł kobiety bardziej od seksualnych fantazji potrafi zaprzątać troska o to, czy on nie zauważy fałdki na jej brzuchu.

– W rezultacie w tym łóżku spotyka się dwoje ludzi, którzy są skupieni na sobie, zamiast na partnerze – zauważa seksuolożka. – Skoncentrowani na potencjalnych potknięciach, nie tyle czerpiemy radość z seksu, co staramy się zapobiec klęsce. Więc śmiech w łóżku? Jaki śmiech?

Tymczasem trochę dystansu i poczucia humoru przydaje się, nawet bardzo, zwłaszcza na początku erotycznej relacji. Nie tylko tej pierwszej w życiu, ale z każdym nowym partnerem. Wtedy bowiem towarzyszy nam lęk przed nieznanym. Konfrontujemy się z nową sytuacją, nową osobą, nowymi oczekiwaniami i… bardzo się spinamy. Często nastawiamy się na to, że ten pierwszy raz powinien być wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem. A gdy tak się nie dzieje – co jest dość powszechne – stres, zażenowanie, poczucie klęski i dyskomfort sięgają zenitu. Im więcej napięcia, tym trudniej poczuć się swobodnie i zwyczajnie sobą cieszyć. I koło się zamyka. Gdybyśmy potrafili podejść do sytuacji z dystansem i humorem, moglibyśmy sobie ją znacznie ułatwić, a nierzadko wręcz uratować. Na dodatek wszystko pogarszają… wszechobecne media.

– Z jednej strony popularyzowanie wiedzy o seksie jest ze wszech miar pożyteczne – uważa Zaryczna. – Ale z drugiej, nagłaśniane standardy są tak wyśrubowane, że boimy się im nie sprostać.

Orgazm? Ma być taki, jak w filmach, niczym trzęsienie ziemi. Efekt? Seks kojarzy się ludziom z wymaganiami, swoistym egzaminem. Nic dziwnego, że nie jest nam do śmiechu – bo komu by się chciało śmiać na przykład na myśl o rozmowie kwalifikacyjnej?

Kilka pomysłów

Potraktowanie seksu jako dobrej zabawy, wcale nie oznacza jego dewaluacji. Wprost przeciwnie. – Zabawa to stan, który pozwala być „tu i teraz”. Cenny zwłaszcza dla kobiet, które mają tendencje do krążenia myślami wokół kłopotów w pracy, choroby dziecka czy niezapłaconych rachunków. Takie myśli wykluczają raczej przyjemność – podkreśla Małgorzata Zaryczna.

Nie od razu musimy uciekać się do skomplikowanych erotycznych sztuczek. Można zacząć od tego, co odpręża, wprawia w dobry nastrój, rozluźnia, wywołuje uczucie zadowolenia. Zabawą jest każda forma bliskości, która sprawia partnerom przyjemność. Jeśli wyrażanie radości w sypialni początkowo nas krępuje, zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć, oswoić nagość.

– Na początku nie musi to być związane z seksem – uważa seksuolożka. Jest mnóstwo możliwości: rozwiązywanie krzyżówek, gra w scrabble, w „zgadnij, co to za postać”, w co kto chce, ale... nago. Piknik na łóżku z papierowymi talerzykami i mnóstwem ulubionych smakołyków. Bitwa na poduszki? Czemu nie! Skorzystanie z wynalazków w rodzaju jadalnych farb czy jeszcze lepiej z tradycyjnych przysmaków w nowej roli: dlaczego by nie wymazać się wzajemnie czekoladą, a potem zlizać ją z siebie – bez zamartwiania się o pościel, bo od czegóż współczesne proszki do prania? Możemy też wziąć do łóżka owoce i zjeść je z najśmieszniejszych miejsc, jakie nam przyjdą do głowy, np. z czubka małego palca u nogi czy z pępka. Kupić prezerwatywy w różnych smakach i żartować z nich do woli.

Każda forma zabawy sprawiająca przyjemność obojgu kochankom jest dobra. Śmiech w sypialni krępuje? Zacznijmy od tego, żeby ze sobą razem pobyć. Może nago?

– Chodzi o to, żeby było wesoło, niezobowiązująco, a przede wszystkim razem – mówi Zaryczna. – Wspólne przeżywanie radości bardzo zbliża ludzi. Kiedy się śmiejemy, porzucamy napięcia, lęki, niepokoje i wypracowane sposoby zachowania. Jesteśmy po prostu sobą. Łóżko zbliża, śmiech zbliża – a łóżko pełne śmiechu zbliża podwójnie.

Jak bawią się ludzie wyluzowani? W odgrywanie ról, teatr: scenę pierwszego spotkania, uwodzenia. W udawanie nieznajomych, którzy mówią do siebie per pan i pani. Albo wcielają się w ulubione postacie z książek czy filmu, na przykład stają na chwilę Romeo i Julią, mówią zabawnym, staromodnym językiem o miłości i tym, co chcieliby dziś robić w sypialni. To zresztą można również zakomunikować... na migi!

Szczypty lub salwy śmiechu mogą dostarczyć erotyczne zakupy. Choćby specjalne kości do gry: za ich pomocą los wybiera, gdzie i w jakiej pozycji będziecie się kochać. Albo pisanie sobie na plecach erotycznych fantazji i zamówień. Niektórych niezmiernie bawi nadawanie imion lub przezwisk narządom płciowym, ale trzeba zachować w tym przytomność – mąż może poczuć się urażony, gdy nazwiemy jego penisa „krasnoludkiem”…

– Bawiąc się, okazujemy sobie nawzajem otwartość, bliskość, chęć realizacji pragnień drugiej osoby. To przecież wspaniałe – tłumaczy psycholożka. – Granicą kreatywności w zabawie jest tolerancja partnera. Żartowanie w łóżku musi się spotkać z akceptacją drugiej strony, to podstawowy warunek! Gdy widzimy, że jej lub jemu to się nie podoba, trzeba się wycofać. Żart ma być żartem, a nie czymś, co boli. Z dowcipami lepiej też uważać przy nowo poznanej osobie, bo nie znając jej poczucia humoru, możemy niechcący ją urazić. Ale w stałym związku, żart może zadziałać jak odblowanie tamy: kiedy pierwsze opory już puszczą, radość popłynie swobodnie. Opadnie napięcie i poznamy smak świetnej zabawy.

Żartem na ratunek

Każdemu zapewne zdarzyła się – a jeśli nie, na pewno się zdarzy – sytuacja, która zawstydza, wprawia w konsternację, rodzi nerwowe pytanie: „co robić, jak mam się teraz zachować”.

W ferworze miłosnym może ktoś spadł z łóżka lub bardzo dbająca o urodę kochanka odkryje na pupie sporą krostę – i jak tu teraz kokieteryjnie wypiąć przed partnerem pośladki… Bywa, że niesforne ciało wyda niekontrolowany, ale całkiem naturalny odgłos… – Niektórzy wycofują się ze zbliżenia na samą myśl, że coś takiego mogłoby ich spotkać. Ale jeśli potrafimy się z tego śmiać, problem przestanie istnieć. Wiemy, że damy sobie radę i takie sytuacje nie będą nas spinać – mówi seksuolożka.

Zamiast traktować wszystko śmiertelnie poważnie, lepiej obrócić konsternację w żart. Posłużmy się tu przykładem z rozbrajającej książeczki Pierre’a Thomasa Nicolasa Hurtauta „Sztuka pierdzenia”, wydanej po raz pierwszy we Francji w 1751 roku. Opisany w niej kochanek w obliczu niekontrolowanego ujścia gazów w towarzystwie wybranki postanowił nazwać je… miłosnym westchnieniem: „Me serce przepełnione łzami/Strasznie nabrzmiałe westchnieniami/Na widok zaciekłości Pani/Westchnienie jedno przemieniło/Tak, że z lęku przed ustami/Przez inny kanał się przebiło”.

A co, jeśli druga strona zażartuje sobie rubasznie z twojego faux pas? – To przecież po to, żeby pomóc partnerowi – zdecydowanie podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Nie ma co się obrażać, przecież w takiej sytuacji nie zawsze przychodzą kochankom do głowy inteligentne żarty. Przypiszmy wtedy partnerowi dobre intencje, próbę rozładowania sytuacji, nie chęć poniżenia i ośmieszenia.

A kiedy wpadka zdarzy się partnerowi? Nie wolno dać mu odczuć, że się z niego śmiejemy. W takiej chwili najlepiej przywołać jakieś zdarzenie ze swojego życia, np.: „Mnie też się to kiedyś zdarzyło. Myślałam, że spalę się ze wstydu, a przecież to drobiazg” albo „Umiesz sobie fajnie poradzić, ja kiedyś omal nie umarłam ze wstydu”. Ale warto reagować. Czasem nie żart, lecz drętwa cisza jest bardziej konsternująca.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się