1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Piersi są przede wszystkim dla samej kobiety

Piersi są przede wszystkim dla samej kobiety

Piersi – symbol kobiecości, erotyczne i matczyne. (Fot. iStock)
Piersi – symbol kobiecości, erotyczne i matczyne. (Fot. iStock)
Budzą emocje: ekscytację, dumę, frustrację, pożądanie... Piersi – symbol kobiecości, erotyczne i matczyne zarazem. Nauczycielka tantry, Alicja Sonia Bednarek podpowiada, jak otworzyć się na płynącą z nich energię. 

Z jednej strony reklamy epatują nagimi biustami, z drugiej - widok karmiącej kobiety budzi zgorszenie, a media społecznościowe banują zdjęcia z widocznym sutkiem...
W naszym świecie panuje dychotomia i zwykle postrzegamy piersi albo w kategoriach erotycznych, albo rodzicielskich. A wbrew temu, czego się nas uczy, piersi nie są tylko dla kogoś: dla dziecka czy ukochanego. W pierwszej kolejności są dla samej kobiety. Według tantry to właśnie one odżywiają nas energią, którą później możemy dzielić się z innymi. Jest coś bardzo intymnego w naszym kontakcie z piersiami, które są najwrażliwszą częścią kobiecego ciała. Za ich pośrednictwem jesteśmy w stanie usłyszeć głos swojego wnętrza, poczuć pulsujące w nich odżywienie i spokój.

Nie wydaje mi się, żebyśmy to współcześnie potrafiły... Statystyki mówią, że aż 70 proc. kobiet jest niezadowolonych z wyglądu swoich piersi.
Kiedy w tantrze uczymy się intymnego kontaktu z piersiami, ocena, osąd, krytyka, oczekiwania i przekonania – schodzą na dalszy plan, bo jesteśmy w innej warstwie komunikacji, tej delikatniejszej, subtelniejszej i bardziej otwartej. Nie da się jednak ukryć, że dla wielu kobiet piersi są powodem zarówno do dumy, jak i frustracji. I to już od momentu, kiedy zaczynają rosnąć, w okresie dojrzewania. Upoetyzowane i niewybrednie komentowane… Portal erotycznej intymności… Wyraz miłości matczynej… Publiczne, uprzedmiotowione narzędzie sprzedaży i reklamy… w dodatku o ściśle określonym wyglądzie i kształcie. Tymczasem kiedy kobiety odsłaniają przed sobą piersi, pojawia się zdziwienie: jakie one są różne! Warto to wiedzieć. Dzięki temu przestajemy żyć w przekonaniu, że wszystkie kobiety mają idealne piersi, tylko ja nie. To samo w sobie jest już bardzo uzdrawiające.

Wydaje mi się, że trochę inaczej postrzegamy piersi w zależności od płci. Według badań tylko 25 proc. kobiet i już 40 proc. mężczyzn - preferuje duże piersi.
Bywa, że kobiety z dużymi piersiami obawiają się, że mężczyzna wybrał je właśnie ze względu na rozmiar biustu. Jeśli jesteśmy w relacji miłosnej, wystarczy mu o tym powiedzieć. Partner, dla którego ważna jest jakość tej relacji, na pewno weźmie to pod uwagę. Wtedy będzie mógł piękniej nam towarzyszyć w przyjmowaniu ich i kochaniu takimi jakie są, w miłosnych pieszczotach czy w dedykowanej im praktyce.

Na czym ona polega?
Na przykład można oddechem wsiąknąć mocniej w swoje wnętrze i położyć obie dłonie na piersiach. Kiedy poczujemy, że jesteśmy gotowe, pozwalamy piersiom „mówić” naszymi ustami, zaczynając od słów „My, twoje piersi, chcemy… tęsknimy za… potrzebujemy” – koniecznie w liczbie mnogiej. Taka praktyka będzie miała jeszcze większą moc w towarzystwie ukochanej osoby czy bliskiej kobiety, która bez komentowania, weryfikowania czy dopytywania będzie nam towarzyszyła w tym procesie. Jeśli robimy ją w parze, w drugiej części praktyki mówi druga osoba – najpiękniejszymi słowami celebrując nasze piersi, a my je przyjmujemy.

Sama polubiłam swoje piersi dopiero przy obecnym partnerze, którego zdaniem są "śliczne". Nigdy nie przyszłoby mi do głowy takie określenie, ale postanowiłam się z nim zgodzić. W jaki sposób mężczyzna może obudzić kobietę na piękno jej piersi? 
Nawet najbardziej zakochany, namiętny mężczyzna nie sprawi, że pokochamy swoje piersi, jeśli same nie będziemy na to gotowe. Oczywiście, jego towarzyszenie w tym procesie na najpiękniejsze sposoby jest niezwykle ważne, cenne i wspierające. Ale to nie on mówi to wewnętrzne „tak” na otwarcie się na swoje ciało, seksualność i piękno, tylko kobieta. Przyjmujmy uwielbienie od mężczyzny, ale nie odejmujmy sobie mocy i sprawczości w kontaktach z własnym ciałem.

By mieć "idealne" piersi, nierzadko poddajemy je bolesnym zabiegom, operacjom powiększania lub zmniejszania. Czy to wpływa jakoś na naszą energię?
Każda ingerencja wpływa na piersi, zmienia połączenia nerwowe, a to zawsze będzie miało wpływ na ich energię, która dalej jest i płynie, ale nieco zmieniona. Poza wyjątkowymi sytuacjami, na przykład kiedy operacja oferuje odzyskanie piersi usuniętych w wyniku choroby, wyczuwam tu ogromną tęsknotę za połączeniem ze źródłem swojej kobiecości, realizowaną zewnętrznymi metodami. Nie zajmowałybyśmy się tym na tak wymyślne sposoby, nie decydowały na tak ingerujące w ciało zabiegi, gdybyśmy nie czuły, że jest w nich coś dla nas niezwykle istotnego, że piersi to dar, przejście do jakiejś tajemnicy kobiecości. Ale żadna operacja, przeprowadzona w celu spełnienia jakiegoś kanonu piękna, nie pomoże, jeśli nie spróbujemy nawiązać z piersiami głębszego kontaktu.

A jak w takim razie choroby piersi, których skutkiem jest mastektomia, wpływają na kobiecą seksualność?
W naszej kulturze piersi, oprócz erotyki i macierzyństwa, kojarzą się z chorobą. Ich dotykanie często sklejone jest z lękiem, ponieważ to na tym obszarze najczęściej kobiety zapadają na raka. Jednak choć po mastektomii cieleśnie nie mamy już piersi, energetycznie one wciąż istnieją. Bardzo wzruszyła mnie informacja, że kobiety po mastektomii nadal mogą energetycznie odczuwać swoje piersi, a nawet – wraz z partnerem – je pieścić. Można też na to spojrzeć szerzej. Jeśli jesteśmy w kontakcie ze swoimi piersiami, możemy reagować na energetyczny dotyk drugiej osoby nawet na odległość. To nie są żadne czary-mary, po prostu gdy pogłębiamy odczuwanie świata ciałem, otwieramy siebie także na świat energii.

Dlaczego więc tak wiele kobiet nie lubi dotykania piersi podczas zbliżenia seksualnego?
Piersi są tą częścią kobiecego ciała, która zaciera różnicę między miłością erotyczną a bezwarunkową, co samo w sobie może budzić dyskomfort, zwłaszcza u kobiet karmiących. Są też najsubtelniejszą częścią naszego ciała i jednocześnie bramą do kobiecego serca. A to w nim są zmagazynowane wszystkie nasze miłosne doświadczenia, także te bolesne. Dotykając piersi, dotykamy tych historii. Ale także codziennych napięć, znieczuleń, stresu. Stąd nawet podczas czułego dotykania mogą pojawiać się takie odczucia, jak złość, rozdrażnienie, ból, chęć wycofania, łzy, a nawet lekkie mdłości. Wtedy warto pozwolić sobie poczuć to, co się pojawia, i z czułością objąć siebie taką, jaką jesteśmy. I w swoim rytmie, ponownie przyjmować ulubiony dotyk. Sama kiedyś uważałam, że nie mam wrażliwych piersi, jakby były zamknięte. Wystarczyło jednak znaleźć jedno miejsce, które było czułe na pewien rodzaj dotyku, by pod jego wpływem całe zaczęły się otwierać, rozpuszczać, zupełnie tak jak kostka cukru w szklance wody.

Mam poczucie, że nasz kontakt z piersiami może zakłócać czysta fizjologia. Moje piersi na tydzień przed okresem stają się obolałe i obrzęknięte, nie mieszczą się w staniku, jest mi z nimi niewygodnie...
Są podejścia, które twierdzą, że PMS nie leży w naturze kobiecego ciała. A jednak tak wiele z nas go odczuwa. Prawda jest taka, że w dzisiejszych czasach w większości doświadczamy zbyt wiele bodźców, by je na bieżąco przetwarzać i wracać do stanu rozluźnienia. Żyjemy w stanie permanentnego stresu, co objawia się w funkcjonowaniu naszego ciała, także w napięciach, które gromadzą się w piersiach. Również emocje, których nie udało nam się na bieżąco przeżyć, przybierają na sile tuż przed miesiączką. Dlatego warto uczyć się bycia z energią swoich emocji, a więc sposobów, które pomagają nam świadomie nawigować ich energią – zamiast ją tłumić. A jeśli chodzi o bolesność piersi, najlepszym naturalnym remedium jest masaż. Najprostszy oferuje tradycja tao. Masujemy obie piersi jednocześnie, 36 razy okrężnymi ruchami – na zewnątrz, potem do wewnątrz, znów na zewnątrz i ostatni raz do wewnątrz. Jeśli w piersiach czujemy napięcie, kończymy masaż dodatkowymi kilkoma ruchami na zewnątrz. W skróconej wersji można wykonać dziewięć powtórzeń. To dosyć techniczna metoda, ale jeśli potraktujemy ją jako wyraz miłości do siebie, dla rozkwitu naszych piersi, ich piękna, zdrowia i rozluźnienia – efekty mogą być niesamowite. Ten masaż pobudza przepływ limfy, która odprowadza zanieczyszczenia z piersi. Dodatkowo, odżywiamy łono, rozluźniamy je, dzięki czemu PMS zdecydowanie łagodnieje. Warto wprowadzić taki masaż do codziennych rytuałów dbania o siebie i wykonywać go na przykład pięć razy w tygodniu. W efekcie bardzo szybko, z miesiąca na miesiąc, będziemy umiały same sobie przynieść ulgę. A nasze piersi będą bardziej żywe, jędrne i pulsujące magnetyczną i miłosną energią.

Alicja Sonia Bednarek, jogini i propagatorka kobiecej świadomości. Prowadzi warsztaty głównie dla kobiet inspirowane tradycją tantry. Autorka ebooka „Piersi Bogini”, do bezpłatnego pobrania na shaktionline.pl/inspiracje-bogini-dostep.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłosna medytacja online

(fot. iStock)
(fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dawid i Zofia Rzepeccy od lat prowadzą warsztaty dla par, w czasie których osoby na różnych etapach związku otwierają się na nowe doświadczanie miłości. W czasie pandemii koronawirusa uruchomili projekt online - Miłosna Medytacja IntentLove.

Rozwój osobisty to zazwyczaj proces indywidualny, nawet jeśli jego celem jest poprawa jakości naszego związku. Tym razem możemy doświadczyć wspólnej praktyki z partnerem lub partnerką. Na cotygodniowej Miłosnej Medytacji IntentLove, która odbywa się online, można skontaktować się ze swoimi głębokimi potrzebami i je wyrazić, będąc we wspólnej przestrzeni nie tylko fizycznie, ale emocjonalnie, a nawet duchowo.

Medytacja Miłości IntentLoveMedytacja odbywa się na platformie ZOOM. Pary dołączają do niej o wyznaczonej godzinie. Najpierw prowadzący opowiadają o sobie i dzielą się doświadczeniem, a następnie puszczają online specjalnie stworzoną muzykę, która prowadzi uczestników przez cały proces. Każda para praktykuję Medytację Miłości IntentLove w swojej sypialni, ale jednocześnie  - wszyscy robimy to razem w tym samym czasie. Esencją samej medytacji jest seksualne zjednoczenie z partnerem. Nie chodzi tu jednak o to, żeby sam seks przypominał medytację, a raczej o praktykę medytacji, w której występuje element połączenia seksualnego.

Medytacja trwa godzinę, a dostęp do niej jest bezpłatny. Spotkania odbywają się w niedzielne wieczory o godz. 21. Sama medytacja rozpoczyna się godzinę później.

Więcej szczegółów na stronie intentlove.com.

 

 

 

  1. Seks

Tantra - na czym naprawdę polega?

Tantra – jako droga duchowa – w ekstazie widzi możliwość pełnego zjednoczenia z absolutem. Z tym, że uwaga, ekstaza nie jest celem samym w sobie, jest raczej narzędziem pozwalającym na doświadczenie komunii duchowej. (fot. iStock)
Tantra – jako droga duchowa – w ekstazie widzi możliwość pełnego zjednoczenia z absolutem. Z tym, że uwaga, ekstaza nie jest celem samym w sobie, jest raczej narzędziem pozwalającym na doświadczenie komunii duchowej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Tantra bazuje na kontakcie z wymiarem duchowym. Celem praktyk tantrycznych nie jest opanowanie technik, przyjemność czy orgazm. Chodzi o zagranie wspólnej melodii. 

Większość osób, które słyszą pierwszy raz o zajęciach z tantry, ma wątpliwości, czy to na pewno coś dla nich. Pojawia się szereg pytań: Co się dzieje na takich warsztatach? Czego się nauczę? I w ogóle – o co w tej tantrze chodzi? – Jest wiele szkół – wyjaśnia Dawid Rzepecki, filozof i nauczyciel tantry. – Każda ma swoją historię i posługuje się własnymi metodami. Na potrzeby zachodniego społeczeństwa powstała specjalna ścieżka, łącząca różne podejścia. Składa się w dużej części z medytacji, wizualizacji i technik  oddechowych. Skąd więc ten znak równości, który większość z nas stawia między tantrą a nauką seksu?

– W kulturze Zachodu seksualność od setek lat była wypierana i obwarowana różnymi barierami. Tantra wnosi w tę sferę świadomość – wyjaśnia Dawid Rzepecki. I choć seksualność jest tylko jednym z obszarów, którymi zajmuje się tantra, zdecydowanie wyróżnia ją spomiędzy innych ścieżek. I dodaje: – Większość uczestników naszych zajęć stanowią pary, które chcą poprawić komunikację, budować coś razem, zgłębiać bliskość – i potrzebują do tego narzędzi. Zdarza się, że żony przyciągają mężów niemalże na siłę. Pozostałych łączy przekonanie, że ich związek, choć szczęśliwy, potrzebuje rewitalizacji.

Udaje się? W ogromnej większości tak!

Tantra to miłość?

Miłość, cóż to właściwie jest? Abstrakcja, coś dla poetów, fenomen, który trudno określić, a definicji ma tyle, ilu jest ludzi. Tantra pomaga osadzić ją w rzeczywistości. – Miłość to uczucie, a więc tantra jest związana z czuciem, z ciałem – mówi Zosia Rzepecka, nauczycielka tantry i psycholożka. – Staramy się więc, by pierwszy krok w poszukiwaniu miłości był zejściem do ciała. Trzeba się znów w nim znaleźć, poczuć. Przeciętny mieszkaniec Zachodu „wyprowadził się” do głowy i to z jej poziomu przeżywa życie oraz widzi i nazywa siebie.

Ciało zostało zepchnięte na drugi plan: ma coś wyrażać, służyć czemuś i być symbolem statusu. – Boimy się uczuć doznawanych ciałem – dodaje Dawid Rzepecki. – Kiedy coś poczujemy, wstrzymujemy powietrze i… staramy się tego nie zauważać. Zmysłowe przeżywanie świata zostało nam odebrane. A w tantrze rzeczywistości doświadcza się właśnie poprzez ciało. Ono przywraca nas teraźniejszości: życie to jest TA chwila. Ty siedzisz tu, a ja tu; możemy na siebie popatrzeć, dotknąć się. Lądując w ciele, lądujemy w życiu, bo ciało jest mostem łączącym z rzeczywistością.

Dlatego początek warsztatów to powrót do „tutaj” i do ciała. Podczas medytacji prowadzący proszą uczestników, by wyobrazili sobie kulę ziemską z kosmosu. Wizualizują więc coś, co znają z telewizji czy zdjęć: błękitną planetę, zieleń lasów tropikalnych. – Ale to jest wizja z głowy. A teraz trzeba zejść na tę ziemię: siup! Przecież siedzimy na kuli ziemskiej. Dookoła jest kosmos, ale my jesteśmy TU. Ziemia jest kotwicą dla ciała. „Lądując” na niej, widzę, że moje ego – ja, Dawid, filozof, nauczyciel tantry – to tylko etykiety, którymi mogę operować w życiu społecznym. Prawda wygląda tak: po prostu jestem. TA chwila jest najważniejsza. Do tego staramy się sprowadzać osoby, z którymi pracujemy.

Wracając z kosmosu do źródła w naszych ciałach, wracamy i docieramy do energii seksualnej. – Ta energia jest życiem, pulsacją przenikającą wszechświat – mówi Zosia Rzepecka. – Każda komórka ludzkiego ciała pulsuje tą samą energią, którą pulsują całe galaktyki. Tropiąc jej źródła, schodzimy w dół, w okolice podbrzusza i narządów płciowych. Tu się ona rodzi, tu się rodzi życie.

Kontaktując się z tą energią, możemy z nią pracować: podnosić jej poziom, rozprzestrzeniać po całym ciele i doświadczać uczucia miłości, wdzięczności czy zachwytu drugą osobą. Im więcej jej mamy, tym głębiej doświadczamy jedności ze wszechświatem. Czujemy się częścią całości, jesteśmy we właściwym miejscu i czasie. To jest dopiero ekstaza!

Wielka strefa erogenna i blokady w ciele

Aby energia mogła krążyć, musi mieć swobodę przepływu. O to jednak niełatwo: w procesie wychowania gromadzimy mnóstwo napięć. Kiedy w domu czy szkole jest trudno, rodzą się negatywne emocje. Odcinamy się od nich, robimy uniki. W ciele objawia się to zaciśnięciem – podobnie „zaciskamy” ciało, by nie czuć zimna – czekamy, aż złe się skończy. Jeśli to często się powtarza, dochodzi do chronicznych napięć i związanych z nimi blokad. Fundujemy je sobie sami.

– W naszej kulturze seksualność jest nadal w sferze tabu. Łączy się więc z lękiem – wyjaśnia Dawid Rzepecki. – Jeśli się o niej mówi, to w ramach instruktażu: jak zrobić to czy tamto, jak się sprawdzić, jak się zabezpieczyć i jak się nie zarazić. Nie ma pozytywnych przekazów o seksualności: że to piękne, duchowe i wzniosłe zjawisko, łączące z energią, która jest wielką tajemnicą.

Za to już małemu dziecku, które odważnymi rączkami eksploruje świat i własne ciało, zabrania się dotykania stref erogennych i każe się odwracać głowę, gdy inni się całują. Mówi się też, że „pupa jest be”, „tam, na dole, nie ma nic ciekawego”. Stąd wiele napięć w ciele koncentruje się właśnie w okolicach miednicy.

– W zablokowanym ciele energia nie może swobodnie płynąć – podkreśla Zosia. – Spotyka coraz to nowe bariery, w które uderza: krąży w ciele jak kula po stole bilardowym. A my z tego powodu czujemy ból i napięcia. Dawid Rzepecki: – Kiedy mężczyzna się kocha, odczuwa w podbrzuszu ciepło, pobudzenie, ma erekcję. Gromadzi się coraz więcej energii. Jeśli jednak miednica jest napięta, energia nie idzie wyżej, gromadzi się i musi jakoś znaleźć ujście.

Gdzie je znajdzie? W orgazmie z wytryskiem. Wtedy następuje spadek energii. To się wydaje naturalne, bo jest czysto biologiczne. Ale tantra odwraca całą sytuację o 180 stopni, bo kiedy mężczyzna ma rozluźnione ciało i miednicę i potrafi swobodnie nią poruszać, może zwolnić tempo i głęboko oddychać, a kumulująca się energia rozpływa się wtedy po ciele. – Podniecenie nie będzie już tylko  genitalne, bo człowiek zaczyna je odczuwać także w nogach, brzuchu czy piersi – mówi Dawid Rzepecki. – Nagle całe ciało staje się przyjemnością i możemy doświadczać orgazmu bez wytrysku! Ale największym fenomenem jest to, że ta energia nie tylko wypełnia ciało – ona wykracza poza nie! To tak, jakby w podbrzuszu było źródło pulsacji, która falami rozprzestrzenia się przez całe ciało, aż poza jego granice. Co więcej, ta fala obejmuje naszą partnerkę, dając poczucie takiej łączności, jaką trudno sobie wyobrazić. Tak samo jest z kobietą, ona też potrzebuje zlikwidować blokady, zwolnić tempo i pozwolić energii się rozprzestrzenić. Dopiero wtedy naprawdę poczuje, że się kocha.

Tantra i wspólne wibrowanie

W tantrze fizyka spotyka się z metafizyką. Obie dziedziny mówią, że wszystko jest energią i wibruje z określoną częstotliwością. Dawid Rzepecki: – Człowiek jest wręcz całą orkiestrą częstotliwości. Dlatego gdy spotykają się dwie osoby, dotykamy celu tantry: pracy nad „dowibrowywaniem”. W naszych ćwiczeniach nie ma Kamasutry czy akrobatyki, nie pokazujemy też, gdzie jest ten magiczny guzik, który trzeba nacisnąć, by przeżyć ekscytację – ale staramy się poprzez proste medytacje pozwolić, by naturalna energia mogła swobodnie płynąć. I ona już zrobi swoje. My musimy tylko dostroić swoje instrumenty – czyli ciała – żeby zagrać melodię. Bo celem nie jest seks, przyjemność ani medytacja. Celem jest osiągnięcie synergii, zjednoczenia, komunii. Chodzi o to, by dwie osoby, spotykając się w codziennym życiu – czy to podczas gotowania, wspólnej pracy, spaceru czy wychowywania dzieci – były ze sobą zsynchronizowane.

Ludzie, którzy się do siebie dostroją, zaczynają odczuwać razem. Bez słów odgadują, czego chce i potrzebuje druga strona. Ale synchronizacja przekłada się też na poziom uczuć, komunikacji czy codziennego funkcjonowania. Jedna osoba mówi to, co myśli druga, albo zaczyna nucić piosenkę, która tej drugiej chodziła po głowie. Pojawiają się wspólne idee, poglądy na dane kwestie. Powstaje nowa tożsamość związku. I o to właśnie chodzi na warsztatach tantry: o uleczenie napięć na poziomie ciała, umożliwienie krążenia energii i „dowibrowanie” partnerów ze sobą. Pogłębienie energii erotycznej jest tu „wartością dodaną”. Podstawą jest akceptacja, odczucie prawdziwej obecności i doświadczenie miłości.

Tantra, kojarzona głównie z rozwiązłą seksualnością wzbudza tyle samo lęku co i zaciekawienia (fot. iStock) Tantra, kojarzona głównie z rozwiązłą seksualnością wzbudza tyle samo lęku co i zaciekawienia (fot. iStock)

Proponowane przez Dawida i Zosię ćwiczenia i medytacje bazują na systemie czakr, czyli centrów energetycznych. – Siedem głównych znajduje się na linii kręgosłupa i z nimi właśnie trzeba pracować – dodaje Dawid. – Każda czakra wibruje z określoną częstotliwością i ludzie w parach pracują nad tym, by konkretne czakry „dowibrowywać” do siebie. Czy jest w tym seks? I jest, i go nie ma. – Pracujemy z energią życiową. Dotykamy energii kreacji. Dano nam moc kreacji, jesteśmy w stanie zapoczątkować nowe życie – mówi Zosia Rzepecka. – A energia życia i kreacji to inaczej energia seksualna. Możemy dzięki niej dać życie nowemu człowiekowi, ale możemy też korzystać z tej energii, by tworzyć inne rzeczy, urzeczywistniać wizje i marzenia.

Jej reaktor znajduje się właśnie w podbrzuszu. Stąd w tantrze pracujemy z ruchem, dźwiękiem, oddechem i dotykiem – ale nie ma technicznego seksu. Seks jest czymś w rodzaju wisienki na torcie: kiedy „dowibrowani” spotkamy się w sypialni, zaczynają się dziać cuda.

Tantra: co trzeba wiedzieć o czakrach i emocjach?

Każda czakra odpowiada jakiemuś doświadczeniu, w każdej koncentrują się jakieś emocje. Każda jest kolejną warstwą życia. Pierwsza to czakra podstawy. To poczucie osadzenia na ziemi i kontaktu z ciałem. – Dla wielu osób to niezwykłe doświadczenie, coś w rodzaju przebudzenia. Budzą się z myślenia o sobie do rzeczywistości czucia, bycia na ziemi. Odkrywają, że mają ciało! Iście kopernikański przewrót: moje centrum nie jest w głowie, ale w podbrzuszu – mówi Dawid Rzepecki. – Ludzie, u których ta czakra jest otwarta i wibruje, radzą sobie w materii pracy i zarabiania oraz innych „przyziemnych” rzeczach.

Kiedy energia się podnosi do drugiej czakry, tej w podbrzuszu, zaczynamy się wyodrębniać i dostrzegać innych. To budzi emocje. Spotykamy istotę odrębnej płci i możemy poczuć podniecenie, własną seksualność. Energia wędruje dalej, do trzeciej czakry, na wysokości splotu słonecznego. Czujemy poprzednie etapy: jesteśmy na ziemi, spotkaliśmy inne osoby, czujemy emocje – a teraz musimy odnaleźć siebie w relacjach z innymi.

– Szukamy tego w obrębie własnych granic – mówi Zosia Rzepecka. – Czujemy, czego potrzebujemy my, a czego potrzebują inni. Uczymy się odróżnić te dwie kwestie. Dawid dodaje: – Ta czakra wzmacnia poczucie własnej wartości i daje przestrzeń, by ustalić swoje granice. Dopiero wyraźnie je czując, zaczynamy sobie ufać. Wtedy energia idzie wyżej, do kolejnej czakry – i otwiera się serce. Pojawia się wzruszenie, miłość, wrażenie piękna. Bez ugruntowania w trzeciej czakrze nasza miłość to tylko afekty. Zakochanie, trzepotanie i lęk przed zranieniem. Nieprzytomne i w wielkim strachu, bo brak nam osadzenia w sobie. Zaufanie do siebie i świata jest konieczne, by serce się otworzyło. Jeśli energia pójdzie wyżej, do czakry gardła, będziemy mogli się wyrazić. To tu energia zmienia się w kreację. Ta czakra jest odpowiedzialna za mówienie o swoich emocjach, ujawnianie swojej prawdy i tworzenie. Kolejna czakra – trzeciego oka – obdarza świadomością tego, co chcemy wyrażać i tworzyć. Ostatnia, siódma czakra, umiejscowiona na czubku głowy, daje poczucie sensu życia, połączenia ze wszechświatem. Kiedy kanał energetyczny jest drożny, a energia swobodnie wędruje przez wszystkie wibrujące czakry, jesteśmy w stanie odczuwać spełnienie w związku.

Jedno ciało w tantrze

Jak powrócić do naturalnej seksualności? Oboje, mężczyzna i kobieta, powinni sobie odpuścić pomysł, że ma być przyjemnie, orgazmicznie albo dziać się według jakiegoś scenariusza. Mają zaufać swoim ciałom, a wtedy… zaczną się naturalnie przenikać, płynąć, falować razem. – To jest takie uczucie, jakbym zostawiał gdzieś swoją odrębność, jakbyśmy byli jednym ciałem – wyjaśnia Dawid Rzepecki. – Druga osoba staje się bramą. Najważniejszą z bram – przepustką do wszechświata. Czujemy, że nie jesteśmy sami, bo choć jesteśmy wyodrębnieni, stopiliśmy się z drugą osobą. Stąd już tylko krok do zjednoczenia z całym światem. Czujemy, że się w nim rozpuściliśmy. To mistyka. Czy to się może zdarzyć już po jednych warsztatach? Tak. To się może zdarzyć w każdej chwili.

Eksperci: Dawid i Zosia Rzepeccy prowadzący warsztaty tantry dla par i singli, TantraLove.eu

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Poplotkujmy o seksie

Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
W babskim gronie plotkuje się cudownie. O znajomych, dzieciach, pracy, modzie… O seksie? A jakże! Aby czerpać z tych zwierzeń jak najwięcej radości, dobrze jednak nie mówić za dużo.

Psychologowie nie mogą się nachwalić kobiecego upodobania do zwierzeń. Podkreślają, że dzięki intymnym rozmowom z przyjaciółkami kobiety rzadziej lądują na kozetce u terapeuty. Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość.

– Przegadując różne problemy, przekonujemy się, że na wszystko można spojrzeć z odmiennej perspektywy – potwierdza Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – A to wzbogaca nas, nasz świat i poszerza spektrum jego przeżywania.

A jeśli tematem pogaduszek staje się rzecz tak intymna jak seks? Koleżanka płynnie przechodzi od problemów w pracy do narzekania na oziębłość partnera albo opowiada z detalami o wczorajszej szalonej nocy… Jak zareagować? Odwzajemnić jej otwartość? A może skierować rozmowę na inne tory?

Pięć razy „tak”

– Na pytanie, czy rozmawiać o seksie w gronie przyjaciółek, odpowiadam: oczywiście, że tak! – mówi psycholog. – Ale radzę, by opowiadać tylko o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz; jakie masz fantazje, jakie doświadczenia; czego się boisz, co cię pociąga, a co niepokoi. Wtedy pozostaniesz lojalna wobec swojego partnera, a jednocześnie będziesz mogła skorzystać z wszystkich profitów, jakie płyną z takich pogaduszek.

A jest ich sporo…

1. Przełamują tabu

Większość z nas pochodzi z rodzin, w których się o seksie nie rozmawiało. W niektórych nawet rodzice się nie przytulali na oczach dzieci. Jeśli zostałaś wychowana w atmosferze seksualnego tabu, prawdopodobnie masz ogromne problemy z odkrywaniem, nazywaniem i ujawnianiem swoich cielesnych potrzeb. Rozmawiając z przyjaciółkami o seksie, oswajasz ten temat, uczysz się otwartości, przełamujesz opór przed rozmowami na łóżkowe tematy.

– Plotkując o seksie, nabierasz swobody w tym temacie oraz ćwiczysz słownictwo. Pozwoli ci to później lepiej komunikować się z partnerem – uważa Anna Gawkowska. – Wiele kobiet zwykle nie wie, jak ubrać w słowa swoje sugestie czy uwagi, tym bardziej że właśnie z partnerem rozmawiać jest najtrudniej – boisz się odrzucenia albo tego, że on poczuje się zraniony. Im większy ładunek emocjonalny, tym gorzej dla takich rozmów. Z przyjaciółką jest prościej: ona wysłucha, zrozumie, przytuli. I – co chyba najważniejsze – pomoże nazwać problem.

2. Dostarczają wiedzy

Opowieści przyjaciółek są nieocenionym źródłem wiedzy o seksie. Bo skąd masz ją czerpać? Filmy? Literatura? Przedstawiają zbyt wyidealizowany obraz erotyki. Pornografia? Jednowymiarowa, bo nakierowana głównie na mężczyzn. W dodatku pokazuje fizjologiczną i psychologiczną nieprawdę. Poradniki? Czemu nie, tyle że to nadal martwy przekaz, nie możesz o nic dopytać. – Poza tym poradniki opowiadają o anonimowych osobach, a przyjaciółki o sobie, czyli o kimś realnym, kogo znasz i do kogo możesz odnieść swoje zachowania czy uczucia – dodaje Gawkowska. Relacja innej kobiety bywa na wagę złota.

3. Oswajają lęki

Twój partner ma wybujałe libido. Zaczynasz się więc obawiać, czy nie jesteś oziębła. Ale kiedy usłyszysz od przyjaciółek, że w ich związkach jest podobnie – poczujesz ulgę, pomyślisz: „nie jestem sama”.

– Nie ma nic gorszego, niż żywić jakąś obawę czy lęk i dźwigać je w samotności – mówi psycholog. – Tym bardziej że seks to dziedzina, która w dużym stopniu wpływa na naszą samoocenę. Gdy przeżywasz wątpliwości tylko wewnątrz siebie, one ogromnieją. Skonfrontowane z życiem innych, nabierają właściwych proporcji.

4. Podsuwają rozwiązania

Przyjaciółki mogą podpowiedzieć, jak one sobie z czymś radzą, na przykład jak tłumaczą partnerowi, co je najbardziej kręci, a co nie, nie raniąc przy tym jego dumy i nie zrywając bliskości. Albo co dodają do sypialnianego repertuaru, żeby znów się zrobiło ciekawie. I często podrzucają rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.

5. Otwierają na nowe

Rozmowy to także krok w kierunku większej swobody w łóżku: pomagają przesuwać granice. Na przykład mąż namawia na seks oralny, a żona uważa, że to nie mieści się w pojęciu „normalny seks”. Jeśli podzieli się swoim oporem z koleżanką, może od niej usłyszeć: „Ja to uwielbiam, ale musiałam się przekonać”. I jeśli nawet nasza bohaterka nie zgodzi się od razu ochoczo na propozycję męża, to na pewno zacznie myśleć: „A więc to nie jest zboczenie, ludzie się tym cieszą”.

– Pod wpływem zwierzeń innych kobiet zaczynasz patrzeć na nowe pełna ciekawości, a nie obaw. Zastanawiać się nad nowymi sposobami dostarczania sobie nawzajem rozkoszy – tłumaczy Anna Gawkowska. – W sytuacjach, w których kiedyś automatycznie mówiłaś „nie!”, myślisz: „a może?”. Zaczynasz inny etap: najpierw próbujesz. Nie odmawiasz już dla zasady, ale wtedy, gdy coś ci się rzeczywiście nie spodoba.

Ostrożnie z radami

W intymnych zwierzeniach kryją się jednak i pułapki. Pierwszą z nich jest groźba, że seks z partnerem – w zestawieniu z opowieściami koleżanek – niesłusznie zacznie ci się wydawać nudny.

– Powszechnie wiadomo, że jednym z powodów niezadowolenia z życia jest skłonność do porównywania się z innymi – ostrzega psycholog. – Mam coś, co wydaje mi się fajne. Ale cóż to? Koleżanka ma fajniejsze! I już moje wydaje mi się mniej atrakcyjne, przestaje cieszyć. To dotyczy także seksu. Nie dość, że media kreują nierealne wzorce idealnego kochanka i kochanki, to presja dorównania lub nawet przebicia doświadczeń przyjaciółek może popsuć całą przyjemność uprawiania seksu.

Uważaj też, kogo obsadzasz w roli punktu odniesienia. Bo jeśli swoje obawy powierzasz dość pruderyjnej koleżance, prędzej dodatkowo cię w nich utwierdzi, niż je rozwieje, a nawet wepchnie w irracjonalne poczucie winy czy wstydu. Z drugiej strony zbyt wyzwolona powierniczka może zacząć cię przekonywać do eksperymentu, na który w ogóle nie będziesz miała ochoty, no ale jak tu dyskutować z „ekspertem”?! Zresztą, z radami bywa tak, że najtrafniejsze są w stosunku do osoby, która ich udziela. – To, co sprawdziło się w innych związkach, nie musi zadziałać w twoim – ostrzega Gawkowska. – Każdą radę warto przefiltrować przez to, jaka jesteś, jaki jest twój związek, twój partner oraz czego chcesz w łóżku.

Wszyscy mamy swoje upodobania i wszystkie są jednakowo dobre, musisz tylko zastanowić się, które są odpowiednie dla ciebie.

Bohater drugoplanowy

Nie przesadzaj z uskarżaniem się na partnera w gronie koleżanek. Zwłaszcza takich, które go znają! Może się bowiem okazać, że twoje opowieści wpłyną na sposób, w jaki będą go postrzegać.

– Jeśli zbyt często opowiadasz, że jest kiepski w łóżku, za mało czuły, nieudolny lub, co gorsza, relacjonujesz ze szczegółami jego niepowodzenia – znajome zaczną widzieć twojego męża czy chłopaka jako skończonego fajtłapę i darzyć mniejszym szacunkiem także w innych dziedzinach życia – mówi Anna Gawkowska.

„Może zamiast negatywów skupić się na pozytywach” – myślisz. – „Cóż złego w tym, że pochwalę się wirtuozerią mojego kochanka w gronie wspólnych przyjaciółek?”. Bądź ostrożna, bo zbyt częste opowiadanie o waszych łóżkowych wyczynach niepotrzebnie zbuduje wokół twojego ukochanego erotyczną atmosferę. W konsekwencji niejedna przyjaciółka może spojrzeć na niego innym, łaskawszym okiem.

I nie ufaj bezgranicznie kobiecej dyskrecji. Zwłaszcza jeśli twoje przyjaciółki to jednocześnie żony kumpli twojego partnera! Nawet proszone o dyskrecję, mogą nie oprzeć się pokusie powtórzenia twoich rewelacji swoim mężom albo nawet palnąć jakieś głupstwo w obecności twojego ukochanego. Jak pewna kobieta, która po kilku drinkach żartem powiedziała do męża znajomej „o, samochód też masz malutki…”. Towarzystwo wybuchło śmiechem, a mąż obraził się śmiertelnie. Na żonę na długo, na jej przyjaciółkę na zawsze.

– Ujawnianie intymnych szczegółów na temat twojego związku i partnera bywa ryzykowne – mówi Anna Gawkowska. – W końcu jest to coś, co powinno być waszą prywatną sprawą i nie wykraczać poza próg sypialni. Zwłaszcza zdradzanie łóżkowych wpadek kochanka świadczy o nielojalności wobec niego. Dlatego zawsze z dużym wyczuciem opowiadaj o problemach, które nie dotyczą tylko ciebie samej.

W męskiej szatni

Kobiety, rozmawiając o seksie, zwykle mówią prawdę, bo w takich rozmowach poszukują bliskości. Są też przeważnie na tyle wstydliwe, że poruszają temat, kiedy naprawdę potrzebują pogadać. Mężczyźni odwrotnie: o seksie rozmawiają z łatwością. I jest to ich ulubione pole do głoszenia własnej chwały. Szczycą się ilością, różnorodnością i częstotliwością kontaktów seksualnych. Lubią być podziwiani i by im zazdroszczono. Często, by nie stracić w oczach kolegów, chcą się wykazywać osiągnięciami, nawet jeśli nie są prawdziwe. Trudniej też przychodzi im rozmawianie o problemach w łóżku. Mężczyzna prędzej pójdzie po leki do specjalisty, niż przyzna się kumplowi do swojej niemocy.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.