1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jakim strojem zniechęcić kochanka?

Jakim strojem zniechęcić kochanka?

Każda kobieta co jakiś czas przeżywa rozczarowanie. Spojrzenie w lustro i nagle myśl, że coś jest nie tak… A może coś zmienić – i na nowo obudzić w sobie kocicę?

Czasami wystarczy wizyta u fryzjera albo u kosmetyczki. Niekiedy problemem jest nasza garderoba, która wymaga drobnej modyfikacji. I tu się zatrzymajmy. Zaglądając na dno kobiecej szafy, można często (za często!) znaleźć fatałaszki, które, zamiast przyciągnąć męski wzrok, odstraszą kochanka. Poniżej te części garderoby, które czym prędzej powinny zniknąć z naszego wyposażenia!

  • Gacie – czyli olbrzymie majtki, które mają służyć wyszczupleniu sylwetki bądź ogrzaniu dolnych partii ciała - szczególnie zimą. Jednym słowem okropieństwo. Nie dość, że nie pobudzają bodźców wzrokowych mężczyzny, to mogą działać antyseksualnie. Do wyrzucania albo zakopania głęboko pod ziemią. Natychmiast.
  • Podkolanówki – cienkie skarpety do kolan, noszone do balerinek, mokasynów itp. Najbardziej popularne są te w odcieniach brązu, grafitu i beżu. Zdarza się, że niektóre kobiety zakładają je do sandałów. O zgrozo!
  • Trampki na obcasie – swój renesans przeżyły w 2010 roku, kiedy sklepy sieciowe, nie wiedzieć czemu, postanowiły wypromować takie obuwie. Trampki są świetne i bardzo wygodne, ale w połączeniu z obcasem wyglądają fatalnie. Fuj!
  • Bluzki z przesadnymi dekoltami – szczególnie, gdy kobieta ma duży biust. Nutka tajemniczości, zarys piersi jest o wiele bardziej seksowny niż cały cyc na wierzchu.
  • Ogrodniczki – czyli spodnie z szelkami. Dawno wyszły z mody i nie powinny wracać! Jedynymi posiadaczami takiej garderoby mogą być mężczyźni, którzy używają ich jako odzież robocza. Kobiety powinny się trzymać od nich z daleka!
Co jeszcze? Są jeszcze inne „cukiereczki”, nad którymi można by się zastanowić. I tak: niektórzy mężczyźni lubią, gdy kobiety noszą tipsy, inni tego nie znoszą; kusy sweterek na ciele kobiety może u niejednego wyzwolić pożądanie, u drugiego budzić wstręt; krótkie spodenki w połączeniu z rajstopami – znajdą się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy.

Krótko mówiąc: ile osób, tyle gustów. Najważniejsze to umiar, smak i prostota. Kobieta ubrana w granatowe jeansy, biały t-shirt i z ustami delikatnie muśniętymi czerwoną szminką, zawsze będzie wyglądała sexy – niezależnie od zmieniających się trendów i upływającego czasu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dostrojenie - sposób na rozluźnienie, osiągnięcie spokoju i poszerzenie świadomości

Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. (Fot. Getty Images)
Rozluźnić się, osiągnąć spokój, poszerzyć świadomość. Jak? Amerykanin Stanley H. Block zaleca powrót do zmysłów. Jego metoda rozwoju osobistego, Mind-Body Bridging w Polsce znana jest jako Dostrojenie.

Wielu z nas zwykło myśleć o rzeczywistości dość niepochlebne rzeczy, utrwalone zresztą w języku. Że szara, twarda, ponura, brutalna. Stanley H. Block stawia tezę, że rzeczywistość może być kojąca, trzeba ją tylko oddzielić od stresujących wyobrażeń stworzonych przez umysł. Już we wstępie do swojej książki „Powrót do zmysłów” prosi czytelnika: „Pomyśl o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dzisiaj częścią twojego życia. Czy poczułeś, jak dotykałeś ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców? Czy dostrzegłeś krajobraz, który mijałeś w czasie jazdy samochodem? Kiedy ostatnio przegapiłeś zjazd z autostrady albo ulicę, w którą powinieneś skręcić, gdyż twój umysł był czymś bardzo zajęty?”.

Praca zmysłów

Block pracował już od ponad 40 lat jako psychiatra i psychoanalityk, kiedy zaczął zastanawiać się, w jaki sposób człowiek hamuje naturalne procesy uzdrawiania (bo co do tego nie miał wątpliwości). I tak pewnego wieczoru, odpoczywając w salonie, zwrócił uwagę, że dobiegający z kuchni szmer lodówki to pojawiał się, to znikał. Zastanowiło go to. Lodówka pracowała cały czas, co zatem sprawiało, że jej szum na przemian docierał do uszu i nikł? „Zauważyłem, że gdy tylko w mojej głowie pojawiały się jakieś myśli, szmer lodówki znikał. Nagle dotarło do mnie, że to skupione na mnie samym myśli zatkały moje uszy! Uświadomiłem też sobie, że gdy tylko kierowałem uwagę z powrotem na szmer lodówki, ogarniał mnie spokój. Gdy gubiłem ten dźwięk, umysł napełniał się myślami, a ciało się napinało. Poza tym traciłem wówczas zdolność widzenia peryferyjnego. Moje własne myśli powodowały stan ograniczenia świadomości!” – pisze.

Zaczął badać pracę zmysłów, a dokładniej sposób, w jaki ich używamy: jak to jest, że patrzymy – nie widząc, słuchamy – nie słysząc, dotykamy – nie czując? Nazwał ten stan zapadnięciem świadomości. Co jest powodem tego odcięcia od świata tego owinięcia życia watą, pozbawienia go barw, smaków, zapachów? Nie może to być sam proces myślenia – w końcu jest dla człowieka czymś naturalnym! Uznał, że zjawisko to dotyczy wybranych myśli, odcinających od naszej istoty, i że za ich powstawanie odpowiedzialny jest jakiś podstępny układ. Nazwał go układem tożsamości, bo pełen jest egocentrycznych myśli i osądów. To za jego sprawą czujemy się czasem całkiem odrębną jednostką, tracimy poczucie spójności ze wszechświatem, lądujemy gdzieś poza „tu i teraz” – oddzieleni od doznań zmysłowych, bogactwa i pełni życia. Kiedy układ tożsamości jest aktywny, umysł zapychają nakręcające się myśli i fałszywe wyobrażenia, ciało napina się, zmysły drętwieją. Jesteśmy jak w pułapce, z dala od siebie, od wewnętrznej mądrości.

Myśli, będące podstawą istnienia układu tożsamości, Stanley Block nazywa wymogami. Jak łatwo się domyślić, próbują nam one narzucić, jacy powinniśmy być i jaki powinien być świat. Znajdziemy więc wśród nich wszelkie frustracje – że szef nas nie chwali (przecież wszyscy szefowie powinni to robić!), pies nie merda na nasz widok ogonem (może jest chory?) i że akurat na czas naszego urlopu psuje się pogoda (to niesprawiedliwe!). Inna sztuczka układu tożsamości to tzw. wewnętrzne opowieści, w które nas wciąga – dotyczące zwykle tego, co było lub będzie, co zawaliliśmy i czym możemy się wykazać w przyszłości. Stanley Block twierdzi, że nadaktywny układ tożsamości zawęża naszą świadomość i wywołuje strach, a wprowadzenie go w stan spoczynku całkowicie odmienia życie.

Jak działa Dostrojenie?

Układ tożsamości oddziela nas od ciała, a bez kontaktu z ciałem – wiadomo – tracimy ugruntowanie, poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego, kiedy jesteś niespokojna czy nie możesz zasnąć, potrzyj palcami powierzchnię jakiejś tkaniny – zaleca Stanley Block. – Bądź świadoma faktury materiału, po którym przesuwają się koniuszki palców... Chodzi o to, żeby być świadomym doznań w ciele i myśli, tego, na co patrzymy i czego słuchamy. Dostrojenie można praktykować wszędzie, choćby stojąc w kolejce do kasy. – Wsłuchaj się w zgrzyt wózków sklepowych, w „bipy” kasy, szczebiot dziecka – sugeruje Stanley Block. – Poczuj swoje ciało – obolałe nogi, burczący brzuch. Sprawdź, czego dotykają twoje palce, skóra... Kiedy przełączamy się na doświadczanie zmysłowe, umysł może wreszcie odpocząć. A przecież to umysł z jego natarczywymi myślami podkręca nasze emocje. Jesteś wściekła? Zanim zareagujesz, posłuchaj, czym żyje świat: wsłuchaj się w szczekanie psa, szum z ulicy, śpiew ptaków.

Jeszcze dwa terminy: depresor i fikser. To one tworzą układ tożsamości. Pierwszy przechwytuje neutralną myśl (np. „nie zdążyłam”), by stworzyć wokół niej własną opowieść („jestem nieudacznikiem”, „nie nadaję się”, „nie potrafię”, „mam pecha”, „wszystko na nic”) i udowodnić, że coś z nami jest „nie tak”. Drugi jest dużo bardziej podstępny – próbuje zaradzić sytuacji, a tak naprawdę wykorzystuje ją, by zbudować motywację i presję („muszę się bardziej postarać, wcześniej wstawać, mniej rozmawiać przez telefon”). Nie chodzi tu o to – tłumaczy Stanley Block – by rozstrzygać, które myśli są negatywne, a które pozytywne. Nie chodzi o to, by – jak zaleca wiele szkół – eliminować pierwsze, a wzmacniać drugie, ale żeby się do nich zdystansować, nie być ich niewolnikiem. Nie dopuścić do snucia wewnętrznych opowieści, wywołujących napięcia w całym ciele. Żeby mieć świadomość, że jesteś czymś znacznie większym niż twoje myśli.

Stąd pomysł, żeby je nazywać. Jak to zrobić? Po prostu. Pomyślałaś sobie, że jesteś głupia? Przyznaj: „Miałam myśl, że jestem głupia”. Pomyślałaś: „Zabiję gnoja!”. W porządku, powiedz sobie: „Miałam myśl, że zabiję gnoja!”. A może twoja myśl to: „Muszę schudnąć kolejne trzy kilo, inaczej nikt mnie nie pokocha”. To tylko myśl! Ty decydujesz, co z nią zrobić, ona o niczym nie przesądza.

Inne, stosunkowo proste narzędzie, pomagające zneutralizować układ tożsamości, to kreślenie map umysłu-ciała. Pracuje się z pytaniem, np. „Co się dzieje w moim umyśle?” albo „Co mam zrobić?”. Na wykonanie takiej mapy wystarczy pięć minut. Na środku kartki, w kółku, zapisujesz temat-pytanie, a wokół niego wszystko, co się w związku z nim pojawia: myśli, skojarzenia, odczucia w ciele. W ten sposób masz przejrzysty obraz tego, jak działa twój układ tożsamości. To wystarczy – twierdzi Stanley Block – by uwolnić się spod jego wpływu, znaleźć nową perspektywę. Zaleca, by za każdym razem, gdy przeżywamy jakieś trudności, sporządzić mapę przedstawiającą aktualny stan umysłu. Propozycji map jest zresztą w książce całe mnóstwo: mapa depresora, mapa fiksera, mapa „kim chciałbym być?”, mapa snu, decyzji, śmierci... Mało? Książka „Powrót do zmysłów” zawiera też 10-dniowy plan optymalizacji życia. Autor zapewnia, że używając wszystkich narzędzi z tego planu, możesz przekształcić układ tożsamości w „maszynę do uzdrawiania”. Można by uznać, że dostrojenie to nic nowego, a jednak... Intryguje. Jak wiele innych metod, promuje uważność, zachęca do tego, żeby obserwować umysł i wyłapywać, kiedy wpada w wir nakręcających się myśli. Podsuwa też – jak przystało na metodę zrodzoną w Ameryce – gotowe narzędzia.

Warto przeczytać: Stanley H. Block, Carolyn Bryant Block, „Powrót do zmysłów”, Czarna Owca 2011

  1. Seks

Nieoczywiste drogi do męskiej rozkoszy

Męska seksualność została zredukowana do jednego organu, a mężczyzna emocjonalnie i seksualnie jest dużo bardziej skomplikowany. (Fot. Getty Images)
Męska seksualność została zredukowana do jednego organu, a mężczyzna emocjonalnie i seksualnie jest dużo bardziej skomplikowany. (Fot. Getty Images)
Męska seksualność została zredukowana do jednego organu. A mężczyzna emocjonalnie, a zatem i seksualnie, jest dużo bardziej skomplikowany, niż powszechnie sądzimy – mówi psychoterapeuta Michał Pozdał. I opowiada o tych mniej oczywistych drogach do męskiej rozkoszy.

Penis od zawsze był symbolem męskiej potencji i siły. Takie uwarunkowania kulturowe doprowadziły do zawężenia męskiej rozkoszy do pieszczot tylko tego organu. Mamy za sobą wiele lat świetnej seksuologii, która stara się pokazać mężczyznę jako istotę skomplikowaną, a jednak kult penisa istnieje do dzisiaj, a rozkosz odbierana całym ciałem jest przypisana raczej kobietom. One mogą być dotykane, całowane, pieszczone. A mężczyźni nie. Bo zachowania te uważane są za „miękkie”, a facet ma być twardzielem. I nie należy go lizać za uszkiem… Tymczasem penis, owszem, jest bardzo wrażliwym miejscem na ciele, ale nie u wszystkich mężczyzn. Poza tym większość z nich ma też inne strefy erogenne. Niektóre mogą dostarczyć im dużo większej zmysłowej rozkoszy.

Mapa męskiej przyjemności

Niektórzy mężczyźni dążą tylko do penetracji, uważając, że to jest właśnie seks. A sam akt penetracji nie musi być dla nich najbardziej satysfakcjonujący, dużo więcej przyjemności może im dawać seks oralny albo gryzienie sutków czy pieszczenie moszny. Stymulacja tych miejsc może spowodować u nich największe podniecenie i najsilniejszy orgazm. Ejakulacji nie trzeba uzyskiwać w drodze penetracji. Można szukać innych, bardziej podniecających sposobów.

Partnerka może spróbować stymulować penisa ręką lub ustami, jednocześnie pieszcząc wybrany punkt w okolicach moszny, prostaty czy odbytu. Dzięki temu męski orgazm może być intensywniejszy. Tylko mężczyzna i jego partnerka muszą się na takie próby otworzyć.

Nie da się stworzyć jednej, powszechnie obowiązującej mapy męskich rozkoszy. Każdy mężczyzna będzie miał punkty erogenne ulokowane w podobnych strefach, ale w różnych miejscach. Choć z praktyki seksuologicznej wynika, że zwykle są to okolice moszny, prostaty i odbytu. Dotyk czy stymulacja tych miejsc często sprawia mężczyznom prawdziwą rozkosz. Tylko że zazwyczaj najpierw trzeba pokonać długą drogę do tego, by oni sami sobie na pieszczoty w tych okolicach pozwolili...

Mężczyźni często sami nie wiedzą, co najbardziej ich podnieca. Dlatego że jeszcze się na tę rozkosz nie otworzyli. Opowiadają w gabinecie, że seks oralny jest dla nich przyjemny, ale to jest przyjemność na zasadzie głaskania po głowie, a nie punkt głównej rozkoszy. Na myśl o pieszczotach pachwin, prostaty albo okolic odbytu odczuwają dyskomfort, bo te miejsca są kojarzone z seksem homoseksualnym. I przez różne uprzedzenia lub z lęku przed podjęciem zachowań niemęskich boją się spróbować i poprosić partnerki o to, co sprawia im rozkosz, nawet wtedy, gdy już wiedzą, gdzie i jak dokładnie chcieliby być pieszczeni.

Wyjście z roli aktora porno

Penetracja, jako akt agresywny, nadal uchodzi za najbardziej męskie zachowanie, wręcz stanowi o męskości. Tak właśnie mają zachowywać się mężczyźni w łóżku, a nie leżeć bezwolnie i czekać na łaskotki. Trudno im zrezygnować z dominacji i poddać się kobiecie. A jeszcze trudniej o coś w sferze seksu poprosić. Wielu mężczyzn nadal ma problem z wyrażaniem swoich potrzeb seksualnych, bo nie jest to spójne z tym, jak postrzegają siebie jako mężczyzn. Pary, które ćwiczą wzajemne dotykanie się, często relacjonują potem, że on cały czas wybuchał śmiechem i nie chciał się poddać jej dotykowi. I dopiero po wielu rozmowach i kilku podejściach rozluźnił się na tyle, by otworzyć się na tę przyjemność.

Żeby pozwolić sobie na głęboką rozkosz, w pierwszej kolejności mężczyźni muszą wyjść z roli aktora porno. Niektórzy oglądają tak dużo pornografii, że przejmują pewien rodzaj wzorca zachowań seksualnych – twardych facetów ze sterczącym penisem, który pokazuje kobiecie, co to znaczy być mężczyzną. Żeby zmienić optykę, można poszukać filmów porno zwanych „female friendly”, czyli „przyjaznych kobietom”. Tam bardzo rozbudowany jest element, który zwyczajowo nazywamy grą wstępną, a faktycznie jest on seksem poprzez pieszczoty. Dużo jest tu dotykania, głaskania i całowania. Wielu mężczyzn po obejrzeniu takich filmów wraca do nich wielokrotnie, bo pokazują one rozkosz dużo bardziej rozciągniętą w czasie i bardziej intensywną niż po kilku ruchach frykcyjnych penisa w pochwie. To daje im inne spojrzenie na seks, szczególnie gdy dopuszczą do siebie myśl, że to oni mogliby otrzymywać takie pieszczoty.

Większy problem mają starsi mężczyźni. Wśród młodych o wiele częściej można spotkać takich, którzy pracują nad świadomością swojego ciała i wiedzą, że rozkosz na ciele jest rozłożona bardzo demokratycznie. Poszukują rozkoszy w seksie ze swoimi partnerkami i są otwarci na to, co się może zdarzyć. Choć nadal spora część młodych kochanków zgłasza się do gabinetów seksuologów z problemem braku erekcji (wywołanym zbyt dużą ilością obejrzanej pornografii, stresu lub miękkich narkotyków) i chcą, żeby im natychmiast postawić „żądło”. Bo mimo że świadomość ciała postępuje, to kult penisa nigdy nie minie. Jego rozmiar (im większy, tym lepiej) i przymus erekcji są wpisane w męskie jestestwo.

Pieszczoty przede wszystkim

Nie będę się sprzeczał, penis jest istotnym organem w ars amandi, ale czas, w którym mężczyzna może się cieszyć nim w jego sztywnej, gotowej do akcji postaci, to jedynie chwila na skali życia, bo gdy się zestarzeje, penis nie będzie już taki sprawny i sztywny. Do tego starsze partnerki też będą cierpiały na swoje dolegliwości – może pojawić się suchość pochwy lub dojść do histerektomii (wycięcia macicy i przydatków), więc penetracja często choćby czasowo nie będzie możliwa. A jeżeli mężczyzna wraz z partnerką odkryją inne źródła rozkoszy poprzez dotyk, to duża szansa, że będą aktywni seksualnie do późnej starości.

A seks poza funkcją dostarczenia sobie rozkoszy jest drogą komunikacji uczuć. Czasami łatwiej jest wypieścić drugą osobę, niż powiedzieć jej: „kocham cię”. Dla wielu osób znaczy to więcej niż słowa.

Pary, które zgłaszają się do seksuologa, ponieważ nie uprawiają seksu, cierpią nie tylko z powodu braku zaspokojenia seksualnego, ale także deficytu czułości i miłości. Dla nich głównym problemem wynikającym z braku erotyki w związku jest to, że nie czują się pożądane przez partnera czy partnerkę. Jeżeli mężczyźni otworzą się na seks poprzez pieszczoty, zapewnią sobie i partnerkom uczucie akceptacji i pożądania.

Dlatego petting to najlepsza inwestycja w związek. Gdy dotykamy się, pobudzamy neuroprzekaźniki odpowiedzialne za dostarczenie przyjemności, a w dalszej kolejności oksytocynę, która wiąże nas ze sobą. Oczywiście, pary chcą także rozładować napięcie seksualne i zapewnić sobie rozkosz, ale przede wszystkim mają potrzebę bycia kochanym. Co ważne, podczas pieszczot łatwiej o penetrację, bo (na skutek stymulowania lubrykacji pochwy) jest ona wtedy bezpieczna. Trudniej też o problemy z erekcją, bo ta ma to do siebie, że im bardziej się chce ją wymusić, tym bardziej nie przychodzi. Natomiast kiedy para umie wypracować sobie podejście, że jak erekcja będzie, to super, a jak nie, i tak będzie wspaniale – to dzięki temu szansa na to, że będzie wspaniale, jest dużo większa.

Orgazmy i orgazmy

Wydłużone pieszczoty, na które mężczyzna się otworzy, mogą zaowocować niezwykle intensywną rozkoszą, która w końcu doprowadzi do przedłużonego orgazmu. Warunek jest jeden: musi pozwolić sobie na przyjemność, zamiast zadaniowo dążyć do wytrysku. Jest to trudne, bo częste doświadczenia szybkiej masturbacji młodzi mężczyźni wnoszą w swoje relacje seksualne. Dobrym ćwiczeniem dla nich jest kierowana masturbacja, czyli świadoma, wydłużona, z fantazjami i powolną stymulacją, która ma opóźnić moment rozkoszy.

Kobiety mają już poczucie swobody w seksie, otwartość na poszukiwania. A mężczyźni przed tym właśnie stoją. Większości nie pozwala na to zadaniowe podejście do seksu. Dążą do tego, żeby wypaść jak najlepiej i koncentrują się na zaspokajaniu potrzeb partnerki. A ich podstawowym zadaniem powinno być zadbanie o siebie i pozwolenie na to samo partnerce. Tylko do tego potrzeba bezpiecznej i otwartej relacji. Takiej, która zakłada dbanie o swoje potrzeby, ale i o potrzeby związku. Bo kiedy mężczyzna będzie skupiał się tylko na sobie, będzie opresyjny. Kluczem jest tu zaufanie – kochanek, który wie, że zostanie jasno pokierowany przez partnerkę, z pewnością ochoczo spełni jej oczekiwania.

Badania pokazują, że to przeżywanie własnej przyjemności najbardziej podnieca naszych partnerów. Wynika to np. z badań dr Amy Muise z Uniwersytetu w Toronto, w których uczestnicy notowali, z jakich pobudek uprawiali seks ze swoimi partnerami, i następnie oceniali te doznania. W badaniach wyróżniono dwie kategorie, pod które miały podpadać konkretne pobudki: „chciałem uzyskać rozkosz” i „chciałem zapewnić rozkosz swojej partnerce”. Co się okazało? Że zarówno partnerzy, jak i partnerki najlepiej oceniali seks, podczas którego mogli obserwować skupienie na rozkoszy ukochanej czy ukochanego. Najlepszy więc jest seks, w którym twój partner chce osiągnąć orgazm, czyli w którym jest egoistyczny. Nie chodzi tu bynajmniej o postawę „Skup się tylko na swojej rozkoszy, wtedy partnerka poczuje się najlepiej, bo najważniejsza jest relacja”. Ale jeżeli ta relacja jest fajna i partnerska, to seks egoistyczny może być dla pary ogromnie fascynujący.

Zatem, panowie – zadbajcie o siebie w seksie, odkryjcie swoje ciała i pozwólcie sobie na wszystko, co może się wydarzyć. Odpuśćcie sobie myślenie, że coś jest męskie czy niemęskie, coś wypada czy nie wypada. Wypada wszystko, na co się para zgodzi.

Poznaj jego ogniska rozkoszy – ćwiczenie dla pary

Połóżcie się w bezpiecznych, komfortowych warunkach. Zacznij pieścić, gładzić i całować swojego mężczyznę w różnych miejscach. Chodzi o to, żeby całe jego ciało zostało wygłaskane i wymuskane. W ten sposób metodą prób i błędów wspólnie poszukacie na jego ciele punktów rozkoszy. Czasami się roześmieje, bo go załaskocze, czasami się zirytuje, bo pieszczota będzie niemiła, ale też w którymś momencie stwierdzi: „To mi sprawia największą przyjemność”.

Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par w warszawskim Instytucie Psychoterapii oraz w Katowicach w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii. Współautor książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”.

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.

  1. Psychologia

W pułapce bycia sexy

Monica Bellucci w filmie
Monica Bellucci w filmie "Malena", 2000, reż. Giuseppe Tornatore. (Fot. BEW PHOTO/Archives du 7e Art/DR)
Seksizm to pogląd, który głosi, że kobiety i mężczyźni nie są równi. Co więcej, że to mężczyźni są lepsi od kobiet. I w związku z tym mogą je dyskryminować i kontrolować. Nie tylko w łóżku. Czym jest seksizm w praktyce i czy działa w obie strony, pytamy psychoterapeutę Michała Pozdała.

Mamy za sobą setki lat seksizmu w relacjach seksualnych – przez cały ten czas kobiety nie miały możliwości mówienia o swojej seksualności. Typowym przejawem seksizmu w łóżku było traktowanie partnerki tak, jakby nie miała własnych potrzeb i była narzędziem do zaspokajania mężczyzny. Skala problemu jest tak duża, że wiele kobiet nadal uważa, że ich satysfakcja w łóżku nie jest ważna. Popularna sytuacja intymna w parach wygląda tak, że orgazm mężczyzny oznacza koniec seksu. Same kobiety na pytanie mężczyzny: „Kochanie, a co z tobą?”, często odpowiadają: „Ważne, że byliśmy blisko”. Oczywiście orgazm nie zawsze musi być zwieńczeniem aktu seksualnego, ale warto się o niego postarać. Kobieta nie musi zostać doprowadzona do orgazmu na drodze penetracji, są inne możliwości.

Żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że w sypialni mężczyźni bywają też traktowani opresyjnie. Przykład – partner z zaburzeniem erekcji lub przedwczesnym wytryskiem słyszy od partnerki, że jest niewartościowy i nie spełnia jej oczekiwań, bo ona potrzebuje kogoś, kto będzie ją zaspokajał. W ten sposób może wykształcić się w nim przekonanie, że nie ma kobietom nic do zaoferowania. A przecież seks jest tak różnorodny i można robić różne rzeczy, które obojgu kochankom sprawiają przyjemność. Nie można traktować drugiej osoby jako narzędzia do zaspokojenia. Z drugiej strony każdy ma swoje uczucia i potrzeby i jeżeli nie są one brane pod uwagę przez bliską osobę, to trzeba o nich przypominać.

Wybawca i służka

Seksizm może się przejawiać we wszystkich aspektach życia pary, a najszybciej można zaobserwować go w podziale obowiązków domowych. Jeśli kobieta ma przydzieloną funkcję porządkową, czyli na jej barki spada sprzątanie, pranie, gotowanie, bo mężczyzna uważa, że tego typu zadania są poniżej jego godności, to jest to podejście seksistowskie. Wiele osób decyduje się na taki model rodziny, choć rzadko jest on świadomym wyborem. To, co się zmieniło, to fakt, że rodzinę z dziećmi raczej nie stać na to, żeby utrzymywał ją sam mężczyzna, coraz częściej więc oboje partnerzy mają pracę. Ale gdy ona wraca do domu, to czekają na nią dalsze obowiązki, a on odpoczywa przed telewizorem.

Wielu osobom to odpowiada. Traktują to jako odzwierciedlenie „boskiego” porządku – mężczyzna stworzył ten świat, mężczyzna zbawił ten świat i tak ma być traktowany. Chociaż czarne marsze pokazały, że kobiety coraz częściej mówią „nie”. Dowodem na to, że sytuacja się zmienia, jest chociażby urlop tacierzyński. Wielu mężczyzn decyduje się na pozostanie z dzieckiem w domu i uważa to za najpiękniejszy czas w swoim życiu. A jeszcze 15 lat temu było to nie do pomyślenia. Kobiety występowały w roli służebnej w stosunku do mężczyzny, co dobitnie pokazywały reklamy. Obecnie warunki gospodarcze wymogły aktywność zawodową kobiet, a małżeństwo przestało być świętą instytucją i jak nie działa, ludzie je kończą.

I znów, jeśli odwrócimy tę sytuację – mężczyzna też może spotykać się z przejawami seksizmu w domu. Powiedzmy, że właśnie rzucił pracę, rzuca lub chce ją rzucić, ale boi się, bo jest jedynym żywicielem rodziny. I myśli, że jak mu się coś stanie, to bliscy sobie nie poradzą. To jest ogromny ciężar. I łatwo można z niego zrobić pułapkę na mężczyznę. Bo przecież nie jest tak, że tylko on musi utrzymywać wszystkich. Podobnie jak nie tylko on musi zmieniać żarówki czy opony i odprowadzać auto do warsztatu.

Seksizm pojawia się wraz z przekonaniem, że dana osoba redukowana jest do pewnej roli czy czynności, które ma wykonać. Jesteś kobietą lub jesteś mężczyzną i dlatego musisz to robić. Aby z relacji wyeliminować to podejście, trzeba długo rozmawiać o wzajemnych potrzebach i oczekiwaniach. Na przykład tak: „Słuchaj, do tej pory to robiłem/robiłam, ale już mi nie pasuje, może byśmy coś zmienili? Jak to widzisz?”.

Ken i Barbie

Seksizm przejawia się też w różnych sytuacjach społecznych. Zacznijmy od hostess, atrakcyjnych dziewczyn, które mają za zadanie swoją seksualnością promować produkt – herbatę, gazetę, felgi samochodowe. Branża nie gra roli, liczą się ich kobiece atrybuty. Na podobnej zasadzie często zatrudnia się kelnerki czy sekretarki. To redukuje je do bycia obiektem seksualnym i jest seksizmem.

Ale w drugą stronę seksizm znów działa. Feminizm zrobił dużo dobrego dla kobiet, dał im siłę do walki o swoją godność. Podczas gdy kobiety mówią o tym głośno, mężczyźni milczą. Jednocześnie w mediach promowane są niezdrowe wzorce męskości. Nikt już nie zaprasza kobiet chorych na anoreksję do telewizji, żeby porozmawiać z nimi o zdrowej diecie, ale bigorektycy, czyli mężczyźni ze sztucznie przerośniętą masą mięśniową, stają się ekspertami od fitnessu. Podobnie na okładkach męskich magazynów jako wzorzec idealnej sylwetki często prezentowani są panowie, którzy utrzymują taką formę za pomocą sterydów, niszcząc przy tym swoje zdrowie. Wielu z nich umiera. I o ile od dawna mówi się o tym, że kobieta nie może wyglądać jak lalka Barbie, to w przypadku mężczyzn takiego tematu nie ma. A nikogo nie powinno się traktować przez pryzmat ciała, tylko przez pryzmat tego, jakim jest człowiekiem.

Bo "okres jej się zbliża"

W pracy głównym przejawem seksizmu są nierówne zarobki – często mężczyźni na tym samym stanowisku zarabiają więcej niż kobiety. Ale seksistowskie jest również mówienie: „Ona jest nie w humorze, bo ma napięcie przedmiesiączkowe” albo odwoływanie się do wyglądu czy cielesności. Kobiety spotykają się z tym bardzo często. Przykład – mężczyźni, którzy zwracając się do nich, nie tytułują ich odpowiednim stopniem naukowym czy stanowiskiem (jak to robią w stosunku do siebie nawzajem), lecz używają zwrotu typu „ładniutka”, „milutka”, „kochaniutka”. Oczywiście panowie też bywają tak traktowani: robią to klientki w restauracji, komentując wygląd kelnerów, czy studentki, oceniając pośladki swoich wykładowców. Jeśli moje kwalifikacje są oceniane przez sposób, w jaki wyglądam czy się prezentuję, to jest to nie fair. I należy wtedy głośno reagować. Bo jeżeli występuję w roli zawodowej i wszystko jedno, czy to jest prezentacja jakiegoś produktu, czy wykład naukowy, a ktoś się do mnie zwraca per „kochaniutki” lub „przystojniaczku”, to nie powinienem na coś takiego pozwalać. Reagujmy na to wszyscy!

Seksizm to nie jest podziwianie urody, to dyskryminacja. Przecież „ładna kobieta” to nie to samo co „niezła laska”. Bo „laska” sprowadza kobietę do obiektu seksualnego. Dlatego w pewnych miejscach czy sytuacjach nie mają racji bytu nawet komplementy. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby stwarzać wysokie standardy funkcjonowania w społeczeństwie.

Przykład idzie z domu

Już w przedszkolu chłopcy i dziewczynki powinni widzieć, że są traktowani równo, choć różnią się między sobą. I potem powinno to być kontynuowane na kolejnych etapach szkolnej edukacji. Potrzebne są działania systemowe, ale sami rodzice też powinni wykonać pewną pracę. Muszą mieć większą świadomość swoich decyzji, bo nawet lalka, którą wybierają, kreuje świat dziecka. Ważne jest też, jak ubieramy nasze dzieci. Dziś dziewczynki w podstawówkach wyglądają jak małe lolitki, a dziewczyny w gimnazjum jak dorosłe kobiety. Bajki, filmy, gry komputerowe i teledyski wpychają je w rolę obiektu seksualnego. A chłopcy trafnie odczytują ten komunikat. Dlatego ważne, co oglądają nasze dzieci.

Warto również zwrócić uwagę na to, jak się do siebie odnosimy i jak komentujemy rzeczywistość. Jeśli w domu jest włączony telewizor i pojawia się w nim puszysta prezenterka w obcisłej sukni, a tata lub mama mówią: „No, ona to chyba nie ma w domu lustra”, niech nie oczekują, że ich dziecko będzie zachowywało się inaczej. Każdą zmianę trzeba zacząć od siebie. Jeżeli będziemy mieli przekonanie, że zarówno nam, jak i innym szacunek się należy, to tego nauczy się nasze dziecko. A jeśli będziemy przyzwalać na niewybredne uwagi w stosunku do siebie i innych, to zaprogramujemy je na seksistę.

  1. Styl Życia

Ogród sensoryczny - obudź uśpione zmysły!

Bliski kontakt z roślinami wycisza depresje, leczy stresy, daje wytchnienie, pozwala się cieszyć światem. (Fot. Wikimedia Commons)
Bliski kontakt z roślinami wycisza depresje, leczy stresy, daje wytchnienie, pozwala się cieszyć światem. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Zamknij oczy, stąpaj boso po trawie, dotknij kory, muśnij liście, wsłuchaj się w odgłosy owadów... Wyostrz zmysły. Niech ogród będzie twoją terapią.

Żyjąc w zgiełku miasta cierpimy na nadmiar bodźcow. Hałas, smog, ekran komputera i agresywne billboardy wystawiają nasze zmysły na ciężką próbę. Aby przetrwać w miejskiej dżungli, trzeba od czasu do czasu znaleźć oazę spokoju. Najlepiej wśród zieleni.

Terapia zielenią

Pierwsze ogrody sensoryczne powstawały w XIX w. w USA, a potem w Europie zachodniej, gdzie zieloną terapię zaczęto wykorzystywać w leczeniu ofiar wojen. Najsłynniejsze znajdują się w Bristolu (Westbury Park), w Rio de Janeiro (Jardim Botânico) i w Auckland (Park Auckland Domain). W Polsce zaczęły się pojawiać od kilku lat - nie tylko przy sanatoriach i ośrodkach rehabilitacji, ale też przy firmach, szkołach, przedszkolach, domach dziecka, a nawet… przy więzieniach. Największe znajdują się w: Muszynie, Wieńcu – Zdroju, Krakowie, Bolestraszycach, Bucharzewie, Chorzowie i we Wrocławiu. Ogród sensoryczny to miejsce zaprojektowane tak, aby z jednej strony ukoić, a z drugiej pobudzić uśpione miejskim życiem zmysły. Aby móc poczuć zapomniany dotyk trawy, zapach ziemi po deszczu, posłuchać szumu wiatru w gałęziach drzew i upajać się kolorami kwiatów.

Ogród sensoryczny w Muszynie jest przystosowany dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. (Fot. materiały prasowe) Ogród sensoryczny w Muszynie jest przystosowany dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. (Fot. materiały prasowe)

Rewiry zmysłów

Przestrzeń ogrodu sensorycznego zwykle jest podzielona na strefy: koloru, zapachu, dotyku, smaku i słuchu, w każdej z nich dominują atrakcje pobudzające konkretne zmysły. Sadzi się tu dużo kwitnących roślin, komponuje kontrasty barw, światła i cienia, uprawia gatunki wabiące ptaki, motyle i owady. Zieloną przestrzeń urozmaicają strumyki wodne i różne rodzaje nawierzchni - stąpając po alejce wysypanej żwirem czuje się i słyszy chrzęst pod stopami.

Pachnący i kolorowy

Podczas spaceru alejkami ogrodu sensorycznego można wręcz zanurzyć się w chmurze  olejków eterycznych. Słodkie zapachy jaśminowców, róż, lilii czy piwonii mieszają się z wytrawnymi aromatami ziół, aksamitek i iglaków. Celowo sadzi się tu również rośliny o zapachach, od których może zakręcić się w głowie (np. lilie, złotokap), a nawet takich, których woń bywa dla niektórych odstręczająca (np. bluszcz czy kokornak). Grządki i rabaty pokrywają kolorowe plamy tworzące bogatą paletę barw. Wszystko po to, aby umiejętnie oddziaływać na samopoczucie. Nie od dziś wiadomo, że kolory mają na nie duży wpływ: błękit uspokaja, żółć rozwesela, czerwień pobudza, a biel wprowadza wewnętrzny ład. Nadmiar mocnych barw bywa jednak męczący – w ogrodach sensorycznych przełamuje się je więc różem, szarością, zielenią. I rośliny dobiera tak, by ogród był kolorowy przez cały sezon. Wśród nich są bowiem kameleony, inne o każdej porze roku. Choćby krzew mahonii - wiosną się złoci kwiatami, latem lśni zielonymi liśćmi, jesienią i zimą niebieszczy (jagodami) i przebarwia na czerwono. Ognik zaś wiosną ma białe kwiaty, potem żółte, czerwone lub pomarańczowe owoce, a przez cały sezon zielone liście.

Ogród sensoryczny w Rio de Janeiro (fot. Wikimedia Commons) Ogród sensoryczny w Rio de Janeiro (fot. Wikimedia Commons)

Zielony alfabet

Poznawanie roślin dotykiem, słuchem i powonieniem dla wszystkich jest przyjemnością, ale dla niektórych może być też terapią. Chodzi o osoby mające problemy ze wzrokiem (w ogrodach sensorycznych wszelkie wskazówki i opisy roślin podawane są w języku Braille'a.) Istotną rolę odgrywają też rozmaite dźwięki i odgłosy. Relaks wśród kwiatów i zieleni umila nie tylko ptasie radio, ale również bzyczenie owadów, rechot żab, muzyka świerszczy i turkuci podjadków. Szumią trawy, szeleszczą liście, grzechocą makówki... Podobnie jak odgłosy ważne są również faktury. Szorstkie liście słonecznika i łopianu, drewno, mech czy kamienie to uczta dla zmysłu dotyku.

Własny ogród zmysłów

Mini ogród sensoryczny można stworzyć nawet na balkonie - wystarczy posadzić w donicach pachnące kwiaty jak róże czy maciejkę, zioła  - na przykład geranium i macierzankę oraz trawy ozdobne, które będą kojąco szumieć na wietrze.

Rośliny pobudzające zmysły:

  • dotyku – starzec, szarotka, sasanka, trawy ozdobne, rosiczka, bergenia, czyściec wełnisty, miechunka, łopian, dynia, słonecznik, gatunki iglaste
  • wzroku – cynia, nagietek, kosmos, aster, tulipan, bratek, róża, floks, piwonia, niezapominajka, stokrotka, jeżówka, róża, orlik, łubin
  • węchu – heliotrop, tytoń ozdobny, wieczornik damski, oleander, rezeda, maciejka, groszek pachnący, lawenda, konwalia, lilak, jaśminowiec, zioła
  • słuchu – wysokie trawy ozdobne, miesięcznica, czarnuszka damasceńska, topola osika
  • smaku – warzywa, zioła, owoce, jadalne kwiaty – aksamitki, bratki, nasturcje, nagietki, słoneczniki, stokrotki, malwy, szczaw zwyczajny