1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks po traumie, czyli jak odbudować intymność

Seks po traumie, czyli jak odbudować intymność

Trauma może tak zachwiać naszym poczuciem bezpieczeństwa w seksie, że długo nie będziemy w stanie zaufać drugiej osobie i odsłonić się przed nią. (Fot. Getty Images)
Trauma może tak zachwiać naszym poczuciem bezpieczeństwa w seksie, że długo nie będziemy w stanie zaufać drugiej osobie i odsłonić się przed nią. (Fot. Getty Images)
Trauma, a nawet „zwykła” zdrada może tak mocno zachwiać naszym poczuciem bezpieczeństwa w seksie, że długo nie będziemy w stanie zaufać drugiej osobie i odsłonić się przed nią. Jak wyjaśnia seksuolożka Izabela Jąderek, odbudowanie prawdziwej intymności w parze wymaga przede wszystkim czasu.

Chciałabym porozmawiać o trudnych wydarzeniach, które zdarzają się w związku i mogą prowadzić do utraty poczucia bezpieczeństwa, a nawet do traumy…
Wyjaśnijmy może najpierw, czym jest trauma. W definicjach psychiatrycznych jest mowa o stanie psychicznym będącym skutkiem wydarzeń, które są związane z bezpośrednim zagrożeniem zdrowia i życia lub byciem świadkiem zdarzeń typu wypadek, przemoc na tle seksualnym, pobicie. Obecnie w mediach słowo „trauma” odmieniane jest przez wszystkie przypadki, co często spłyca jego znaczenie. Na przykład nie nazwiemy traumą zdrady. A to może być dla kogoś, kto został zdradzony, wydarzenie kryzysowe i bardzo stresujące, w konsekwencji prowadzące do utraty poczucia bezpieczeństwa i zaufania oraz do wzrostu lęku. To, w co ktoś wierzył, całkowicie się zmienia. Związek i wyobrażenie o nim jest zagrożone, ale zachowując precyzję, nie nazwalibyśmy jednak tego traumą.

Ostatnio usłyszałam opowieść znajomej o rozstaniu z człowiekiem, który w związku stosował przemoc psychiczną. Składało się na nią wyśmiewanie, obrażanie, także stwarzanie poczucia zagrożenia. Czy to może przełożyć się na traumatyczne doświadczenie, mimo że nie ma namacalnych dowodów ani śladów?
Brak śladów fizycznych nie znaczy wcale, że nie ma śladów w psychice. Bo poczucie przerażenia, silnego strachu, ogromnej bezradności, zachwianie poczucia bezpieczeństwa − składają się na ogromny uraz psychiczny. I zdecydowanie mamy prawo nazwać to stresorem traumatycznym, który może spowodować poważne emocjonalne zranienia oraz zagrożenie dla własnej integralności. W takiej sytuacji ofiara przemocy psychicznej w związku potrzebuje wsparcia, najczęściej w formie albo interwencji kryzysowej, albo psychoterapii, czyli czegoś, co pozwoli jej na regulację emocji, uspokojenie, wyciszenie, redukcję lęku, osłabienie śladów wpływów tamtych doświadczeń na całościowe funkcjonowanie.

Czemu pomoc terapeutyczna jest tak ważna?
Bo w momencie, w którym ta osoba ma już za sobą doświadczenie przemocy, jest ryzyko, że będzie wchodzić w kolejne relacje z lękiem i brakiem poczucia bezpieczeństwa. Albo wręcz przeciwnie – zacznie unikać wszelkich bliższych relacji, ponieważ będzie się bała podobnych zranień i doświadczeń. Do tego dochodzi jeszcze negatywna ocena siebie, bardzo duże poczucie wstydu, obwinianie się. Myślenie typu:  „różnię się od innych, jestem gorsza, wybrakowana, ułomna”. Ofiara długofalowego doświadczania przemocy może też próbować oddzielać się od wywoływanych przez to zdarzenie uczuć, nazywamy to dysocjacją. Może oddzielać się od tego, co przeżywa, lub oddzielać się od swojego ciała, wypierać lub zaprzeczać temu, co się działo; może też próbować znaleźć dla swojego oprawcy i dla jego działań jakieś wytłumaczenie. Duża część osób po takich doświadczeniach ma także trudność z regulacją emocji: złości, smutku, lęku. Ale też oczywiście wpływa to na sposób ich myślenia o świecie, który jawi się jako wrogi, nieprzewidywalny, opresyjny.

Zaczęłyśmy od dużego kalibru, ale jest na pewno więcej czynników, które wpływają na poczucie bezpieczeństwa w związku.
Myślę, że silnym czynnikiem jest zdrada. Niezależnie od tego, czy emocjonalna, czy fizyczna. Bycie w monogamicznym związku oznacza, że – karmieni wizją romantycznej miłości – mamy prawo uważać, że jesteśmy najfajniejszą osobą w życiu naszego partnera. I tak samo najfajniejszą osobą jest dla nas partner. Według nas ma najlepsze cechy charakteru, odpowiada nam jego osobowość, w jego towarzystwie czujemy się dobrze i bezpiecznie. Zdrada uświadamia nam, że jednak nie jesteśmy tacy wyjątkowi. Czujemy się oszukani, cały nasz świat się wali, bo na tej drugiej osobie opieramy wyobrażenie o sobie i świecie. W efekcie może nam być trudno ponownie zaufać partnerowi, ale też innym osobom, z którymi będziemy próbowali budować bliskość po rozstaniu z niewiernym kochankiem. A to tylko jeden czynnik…

Jakie są inne?
Zachowania partnera, do których łatwo się przyzwyczajamy, a które nie powinny mieć miejsca i czasem stają się częścią komunikacji w związku. Mam na myśli drobne złośliwości, ocenianie, okazywanie sobie pogardy, ale też brak zainteresowania, obojętność, ciągłe bycie w defensywie. Pisał o tym psycholog John Gottman, który przez ponad 30 lat zbadał około 3 tys. małżeństw i na podstawie obserwacji określił tzw. Czterech Jeźdźców Apokalipsy, czyli cztery najczęstsze powody rozstań: krytykowanie, defensywność, zamykanie się w sobie i pogarda. To one sprawiają, że czujemy się nieważni, gorsi, nieatrakcyjni. Niełatwo o wysoką samoocenę i adekwatne poczucie własnej wartości w relacji, w której partnerzy tak się właśnie traktują. I koniec końców, trudno wtedy między nimi o satysfakcjonującą intymność.

Właśnie, nie za wszystko, co dzieje się w związku ponosimy całkowitą odpowiedzialność, choć czasem nie potrafimy tego przyjąć.
Jesteśmy uczeni tego, że mamy być silni, sprawczy i posiadać wpływ na różne rzeczy w swoim życiu. Tymczasem w związku odpowiedzialność podzielona jest po równo. Nie da się tworzyć partnerskiego związku, jeśli dźwiga się nie swój ciężar. Dodatkowo, jeżeli będziemy się zamykać we własnych przekonaniach czy w swoich założeniach typu: „Ja nic nie zmienię, bo taka już jestem” – to z taką postawą niewiele można zrobić.

Chciałabym jeszcze wrócić do intymności. Dla osób, które doświadczyły zdrady czy licznych złośliwości ze strony partnera relacje seksualne mogą być poza zasięgiem przez dłuższy czas. Czy wyjście z takiej sytuacji zawsze będzie wymagało terapii?
Trudno powiedzieć, czy zawsze, bo wiele par po terapię nie sięga i nie wiadomo, czy i jak sobie radzą. Niemniej zdrada jest jednym z częstszych powodów podejmowania terapii przez pary, a zarazem najczęstszą przyczyną rozpadu związków. Zatem można przypuszczać, że pary samodzielnie sobie z nią nie radzą. Zdrada jest dla nich tak kryzysowym doświadczeniem, że często nie da się potem odbudować relacji. Nie ma jednego modelu terapii, trzeba wziąć pod uwagę charakter relacji pary, czynniki wpływające na zdradę, to, co jest dla osoby zdradzonej najtrudniejsze w tym doświadczeniu: czy to było jednorazowe wydarzenie, czy trwające od kilku miesięcy bądź lat; czy chodziło o bliskość emocjonalną, czy seksualną. Dla niektórych osób będzie to sam fakt „aktu”, a dla innych na przykład to, że partner nie powiedział, że coś się dzieje złego, a wolał zaangażować się w relację z inną osobą. Terapeuta musi to wszystko wziąć pod uwagę. Celem – zwykle  zdefiniowanym przez parę – jest odbudowa intymności i zaufania, wzięcie odpowiedzialności za sam akt zdrady przez osobę zdradzającą, ale też przeanalizowanie i wzięcie odpowiedzialności za różne czynniki prowadzące do kryzysu w relacji – przez oboje. Za kryzys w relacji odpowiedzialne są zawsze dwie strony, bo one ją tworzą, zaś za sam akt zdrady odpowiada osoba, która zdradza.

Wracając do intymności, to najczęściej rozumiemy ją dość prosto – chodzi o seks. Jednak intymność to coś znacznie więcej − zażyłość, zaangażowanie, wspólnota przeżywania emocjonalnego, gotowość do odsłonięcia się przed drugą osobą. Kiedy jesteśmy nadzy fizycznie i psychicznie – stajemy się podatni na zranienie, a gdy do niego dojdzie, chęć ponownego odsłonięcia się znacznie maleje. Jeśli cały czas jesteśmy spięci, czujni i ostrożni, trudno jest odbudować intymność.

Wyobraźmy sobie, że rozmowy albo terapia sprawiły, że oboje z partnerem chcemy zawalczyć o związek po zdradzie. Jednocześnie boimy się powtórki z przeszłości. Jak odróżnić słuszne obawy od podejrzliwości?
To bardzo subtelna różnica i trudno podać konkretne wskazówki do jej uchwycenia. Lęk sam w sobie często jest związany z napięciem, pojawia się po przypomnieniu sobie pewnych wydarzeń lub w wyniku wyobrażania sobie tego, co mogłoby się stać. Zachęcałabym wtedy do sprowadzania się, możliwie najczęściej, do chwili obecnej – do mojej relacji, do tego, jak w niej teraz jest, jaki jest mój partner i jak się zachowuje, do przyglądania się jego postawom, słowom, dotrzymywanym obietnicom, chęci do budowania przez niego bliskości. Dobrze zatrzymać galopadę myśli i uczuć – choć to bardzo trudne, kiedy pojawia się lęk – i odwołać się do swojego rozsądku. Jeśli cokolwiek wzbudzi nasze podejrzenie, dobrze to sprawdzać – w miarę spokojnie rozmawiać z partnerem, pytać, mówić o swoich obawach, ale też o nadziejach i trudnościach. A zarazem uważać, żeby nie wypominać w nieskończoność zdrady.

Jeśli oboje decydujemy się na budowanie związku na nowo, to oznacza, że nie wyzłośliwiamy się już później na siebie, nie piętnujemy. Oznacza to też, że przeprosiliśmy oraz przyjęliśmy przeprosiny i razem ruszamy w tę podróż zwaną związkiem.
Niezależnie od wszystkiego, warto uczyć się widzieć rzeczy takimi, jakie one są naprawdę, a nie takimi, jakimi byśmy chcieli, żeby były. A czasem wolimy się oszukiwać i łudzić, że „jeśli jeszcze coś zrobimy, to wtedy będzie inaczej”.

Jakie są kolejne etapy odbudowywania poczucia bezpieczeństwa w strefie erotycznej? Jak można wspierać ten proces, bez forsowania go i przyspieszania?
Przede wszystkim należy poczekać, aż osoba zdradzona będzie miała ochotę na bliskość seksualną. Nie wywierać na nią żadnej presji, nie naciskać, nie dopytywać, tylko uzbroić się w cierpliwość i być przy niej. Ona też ma trudną pracę do wykonania – powoli otwiera się na związek z kimś, kto ją skrzywdził. A zatem zwykle zaczyna od przyjrzenia się sobie: co jest teraz dla niej najtrudniejsze i dlaczego; z czym kojarzy jej się bliskość seksualna i co ona dla niej oznacza; jakimi uczuciami darzy partnera czy partnerkę; jakie ma nadzieje dotyczące seksu; po czym pozna, że zaczyna znów ufać.

Zrobienie pierwszego kroku warto połączyć z dzieleniem się ze sobą uczuciami i myślami w tym temacie, także po pierwszym seksie. Niewiele się zmieni, jeśli wrócimy do starych schematów sprzed zdrady: do domyślania się, wycofywania i unikania. Niech seks nie będzie czymś, co dzieje się szybko i automatycznie, warto traktować go jako wspólną deklarację łączących nas uczuć, jako fizyczny wyraz tego, co nas spaja i co sprawia, że jesteśmy w związku.

Izabela Jąderek, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoseksuolog Europejskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej i Europejskiej Federacji Seksuologicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Bielizna menstruacyjna – intymne zero waste

Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Nie musimy dokładać się do ton śmieci. Zamiast dorzucać do nich kolejne zurzyte podpaski czy wkładki, warto poszukać bardziej ekologicznych i przyjaznych dla zdrowia rozwiązań. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jeszcze do niedawna jedyną ekologiczną alternatywą dla miesiączkujących kobiet były kubeczki menstruacyjne lub ekologiczne, wielorazowe podpaski. Od kilku lat można już znaleźć na rynku bieliznę przeznaczoną specjalnie do menstruacji. A do niewielkiego grona producentów dołączyła właśnie polska marka.

Każda kobieta zużywa w ciągu życia od kilku (7-8) do kilkunastu tysięcy sztuk produktów do higieny intymnej - to jest około 130 kilogramów podpasek i tamponów. Te wszystkie jednorazowe produkty do menstruacji nie tylko rozkładają się blisko 300 lat! – Są również mało korzystne dla naszego zdrowia. Wiele z tych środków, wyglądających ładnie i czysto, barwionych jest chlorem (co prowadzi do powstawania toksycznych dioksyn). Zawierają też sztuczny jedwab i substancje zapachowe. Z kolei bawełna wykorzystywana do ich produkcji zawierać może całą masę pestycydów. Efekt? – alergie i podrażnienia miejsc intymnych. Można oczywiście sięgać po produkty jednorazowe z ekologicznym certyfikatem – jednak problem dużego obciążenia dla środowiska pozostaje nadal.

W czasach przedwojennych kobiety nie znały jednorazowych środków czystości. Używały bawełnianych materiałów, pociętych na duże kawałki do składania, które potem należało wyprać, a nawet wygotować, żeby pozbyć się na dobre przykrego zapachu.  Do ich utrzymania używały specjalnych pasków podwiązujących – taką „bieliznę” szyły zwykle własnoręcznie (chociaż na początku XX wieku można już było kupić gotowe produkty). Zamiast materiałów wprowadzono też do użycia tzw. poduszki – jedno lub wielorazowe.

Pierwsze podpaski pojawiły się w Niemczech pod koniec XX wieku, jednak niewiele kobiet z nich korzystało. Po I Wojnie Światowej produkcję podpasek na dużą skalę rozpoczęła amerykańska firma Kotex. W podobnym czasie opatentowano również pierwsze tampony. I chociaż w ostatnich dziesięcioleciach jednorazowe produkty menstruacyjne do higieny intymnej zalały rynek – powoli, całkiem świadomie, wracamy do czasów przedwojennych.

Wielorazowe podpaski, wykonane z naturalnych i przyjaznych dla skóry materiałów, mamy już na polskim rynku od ponad 10 lat. Coraz więcej kobiet korzysta też z menstruacyjnych kubeczków, wykonanych z medycznego silikonu. Jednak dla kobiet, które nie chcą tego ekologicznego zamiennika tamponu, a materiałowe podpaski nie dają im pełnego zabezpieczenia – powstały wielorazowe majtki menstruacyjne. Idea jest taka, że mają w pełni zastąpić tampony, podpaski i wkładki. Mają zwykle dużą wydajność (3-4 tamponów), a ich chłonność zmniejsza się zwykle dopiero po dwóch latach użytkowania. Prać można ręcznie lub w pralce (najpierw trzeba namoczyć w zimnej wodzie).

Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock) Majtki menstruacyjne, kubeczki, podpaski wielorazowe - ekologiczna alternatywa dla jednorazowych produktów. (fot. iStock)

Majtki menstruacyjne wyglądają jak normalna bielizna. Różnica jest taka, że posiadają 4 warstwy: absorbującą, antybakteryjną, odprowadzającą wilgoć i zapobiegającą przeciekaniu. Można nosić je bez dodatkowych innych środków, dzięki warstwie ochronnej zatrzymującej krew i zapobiegającej wyciekom. Doskonale sprawdzą się również w połogu i przy problemach z nietrzymaniem moczu.

Trzeba na taki produkt wydać od około 80 do 150 PLN, jednak łatwo obliczyć, że w dłuższej perspektywie stosowanie bielizny menstruacyjnej jest dużo bardziej ekonomiczne, a przede wszystkim przyjazne dla środowiska.

Majtki mamy dostępne od paru lat. Produkują je firmy zagraniczne, głównie niemiecka Selenacare. Nowością na naszym rynku są więc pierwsze polskie produkty.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Za szycie menstruacyjnych matek zabrały się „Skrojone” – przyświecają im takie idee jak less waste, cruelty free (produkty wolne od okrucieństwa wobec zwierząt, w 100% roślinne), czy transparentność (dziewczyny ujawniają wszystkie koszty na każdym etapie produkcji, a 1% ceny każdego produktu przeznaczają na cele charytatywne). Wszystkie produkty szyją z bawełny organicznej z certyfikatem GOTS. I właśnie taki materiał (100% certyfikowanej bawełny) będzie znajdował się w warstwie majtek od strony ciała. Wkład ochronny to bambusowe frotte, które działa antybakteryjnie, a warstwa chroniąca przed przeciekaniem to PUL (poliester laminowany poliuretanem o właściwościach oddychających i wodoodpornych). Zewnętrzny materiał to również organiczna bawełna, z niewielką domieszką lajkry.

Majtki wchłaniają bez problemu 30 ml płynu, więc można nosić je do 12 godzin (nie dłużej ze względów higienicznych). Będą mogły służyć nawet do 5 lat (bambus swoje antybakteryjne właściwości utrzyma przy 50 praniach). Do majtek, gdy już będą przetestowane i trafią za kilka miesięcy do sprzedaży , ma być dołączona instrukcja prania, drukowana na papierze pochodzącym w 100% z recyklingu.

Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone) Majtki menstruacyjne (źródło fot. profil FB marki Skrojone)

Pierwsza „partia” majtek jest mocno limitowanym, testowym produktem.

  1. Psychologia

Lęk przed bliskością to demon, którego nie należy lekceważyć

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracuję teraz z kilkoma mężczyznami, którzy odważyli się pochylić się nad swoim reakcjami i lękiem przed bliskością po to, by ich związki mogły rozkwitnąć i dawać szczęście.

Pod wąsem mogę się uśmiechnąć, że zamiast - jak to feministka - bronić kobiet, zajmuję się ochroną mężczyzn. Ale będzie to tylko dobry wic na otwarcie rozważań, bo obydwie płcie zasługują na to samo, a im większa populacja świadomych, dojrzałych mężczyzn, tym lepiej żyje się kobietom.

Dlatego postanowiłam napisać tekst o czymś, co czai się niemal w każdym związku i co ludzie odkrywają ze zdziwieniem, że przecież wcale tego nie chcieli. Jak już demon przestaje się czaić, to powoduje, że faceci wynoszą się z domów w nadziei na to, że gdzieś ktoś ich zrozumie. Albo kobiety się wynoszą/zostają zastanawiając się, czy je jeszcze ktoś kiedyś zrozumie. Lęk przed bliskością - to ten demon. Ciekawe, że wszyscy go lekceważą, chociaż nieszczęść spowodował tyle, co Hitler i Stalin razem wzięci.

Ucieczka od bliskości

Zaczęłam od facetów, bo im jest jeszcze trudniej. Wychowanie odcina ich od emocji, nikt nie uczy ich radzenia sobie z uczuciami. Zresztą kobiety także uciekają od bliskości, ale najczęściej są tego bardziej świadome.

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Co trudniejsze, pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie - związków opartych na miłości, czasem też w przyjaźni. Zakłóca je i utrudnia emocjonalne otwarcie się na ludzi. Często jesteśmy skłonni utożsamiać odczuwany lęk z obawami o odrzucenie, pogorszenie relacji lub o emocje, które nie zyskają wzajemności. Jednak tak naprawdę nasz lęk przed bliskością jest wyzwalany przez emocje pozytywne i to właśnie wejście w związek z kimś, na kim naprawdę nam zależy, najczęściej wzbudza ten głęboko skryty lęk.

Bez bliskości w miłości

To dość paradoksalne - im bardziej chcemy być blisko i intymnie z drugim człowiekiem, tym silniej nasz wewnętrzny wróg się temu sprzeciwia. Nie nasz partner, nie okoliczności, ale słabo rozpoznana siła, która drzemie w nas samych.

Problemem jest to, że nasz wybraniec/wybranka widzi nas jako osoby godne miłości, wspaniałe, pełne zalet. Tymczasem my wcale nie musimy tak dobrze o sobie myśleć. Częściej czujemy coś zupełnie przeciwnego. A najczęściej pozostajemy w przekonaniu, że wcale nie jesteśmy godni miłości. I wcale nam się nie  śpieszy do zmiany postrzegania nas samych. To wymagające zadanie, połączone z weryfikacją tego, jak byliśmy traktowani emocjonalnie przez naszych rodziców, poprzednich partnerów. Wolimy odrzucić realną miłość, niż wziąć się za bary z negatywnym obrazem własnej osoby.  Tworzymy więc w sobie bariery, które mają nas przed miłością chronić. Można powiedzieć, że uzbrajamy się w emocjonalną zbroję. Często też nazywamy uzbrajanie obawą przed skrzywdzeniem, bo to dobrze usprawiedliwia pozostawanie w pozycji defensywnej. Któż może wymagać od nas, abyśmy wystawili się na ciosy?

Skąd bierzemy negatywne przekonania/emocje na temat nas samych? Są czymś innym niż myśli o grubych udach czy niezdolności do nauki języków. Są wytrenowanym, głęboko osadzonym skryptem naszej psychiki. We wczesnym dzieciństwie, odczuwając deficyt miłości, dezaprobatę lub odrzucenie rodziców (a wszyscy tego doświadczają, nawet jeżeli mają fenomenalnych rodziców), musieliśmy sobie jakoś radzić z potężnym i zagrażającym nam odczuciem. Nie zanegujemy rodzica, negujemy własną wartość. Wtedy łatwiej zrozumieć dlaczego nie dostaliśmy tego, co było nam potrzebne.

Jako dorośli mylimy skutek z przyczyną. Odczucie bycia niewartym miłości myli nam się z innymi, wtórnymi przekonaniami, obawami. Nie skupiamy się przesadnie na rozumieniu tego, co się z nami dzieje. Po prostu zostajemy ze znanymi skryptami, reakcjami i powtarzamy je w kolejnych, ważnych dla nas związkach. Jesteśmy na tyle dobrzy w oszukiwaniu siebie, że od bliskości nie uciekamy. Za to wpadamy w nowe romanse, bo dzięki temu poczujemy to "coś", dreszcz bycia na świeżo kochanym. Dogadzamy sobie na wszystkie możliwe sposoby albo wręcz przeciwnie, karzemy się, bo przecież to wszystko nasza wina. Zapijamy demona albo kombinujemy nieprzeciętnie, co by tu wykonać, żeby do drugiego człowieka nie zbliżyć się  tak naprawdę, tak bez pancerza.

Kręci nami jak chce

Nie odrzucamy bliskości świadomie i z intencją, to bardzo podświadomy mechanizm. W chwilach intymności emocjonalnej i fizycznej zachowujemy się w określony sposób - taki, który spowoduje napięcie w nas albo w drugiej osobie. Tak, żebyśmy albo mogli odepchnąć, albo zostać odepchnięci.

Jeśli poznasz któreś z poniższych zachowań, warto się chwilkę nad sobą zastanowić. To są schematy ucieczki od bliskości:

  • Nieokazywanie uczuć, reagowanie obojętnie lub odrzucająco na pozytywne bodźce emocjonalne (mąż gotuje dla żony kolację, ona krzyczy, że przecież on wie, że ona nie je klusek, bo jest na diecie).
  • Pozostawanie podejrzliwym lub wręcz paranoicznym wobec partnera (doszukiwanie się negatywnych motywacji zachowań), ponadprogramowa zazdrość. Czasem po prostu wystarczy niezauważanie, że partner chce dobrze.
  • Utrata zainteresowania seksem i dotykiem.
  • Krytykanctwo wobec partnera, związku. Dostrzeganie negatywów, które przysłaniają pozytywy.

Zgnieść demona

Łatwo powiedzieć, robi się długo i mozolnie. Po pierwsze trzeba zmierzyć się z głębokimi, negatywnymi przekonaniami o nas samych (wspomnienia, ból, czasem rozpacz). Czasem, żeby dogrzebać się do tego, co leży na dnie, potrzebna jest pomoc psychologa. Jednocześnie trzeba świadomie i uważne dbać o to, by nie odpychać partnera lub partnerki, nie zwiększać przepaści w związku. Nagrodą są głębokie, satysfakcjonujące związki, w których seks i emocje są drogą do wyrażenia więzi łączącej ludzi.

Miłość jest uczuciem wymagającym, i to nie tylko pracy, co samo w sobie brzmi dziwnie. Także otwarcia się na nią i wyjścia ze swojej skorupy. Co prawda, wszyscy marzymy o idealnym partnerze, ale gdy już się znajdzie jakiś świetny człowiek, który chce z nami żyć, znoszenie związku okazuje się być bardzo trudne. Fantazje są prostsze od rzeczywistości, bo wystawienie na miłość może być dla nas przerażające, naruszać nasze bariery obronne, wpędzać w niepokój, który racjonalizujemy. Kochanie kogoś niesie nie tylko namiętności i szansę na spełnienie, ale obawę przed krzywdą czy stratą.

  1. Seks

Kobiety, które zdradzają - czego szukają w nowych relacjach?

Co kryje się za kobiecą zdradą? Co kieruje kobietą, która decyduje się na taki krok? (fot. iStock)
Co kryje się za kobiecą zdradą? Co kieruje kobietą, która decyduje się na taki krok? (fot. iStock)
Niewierność to rzecz męska? Stary mit. Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że do zdrad małżeńskich przyznaje się bardzo zbliżony odsetek kobiet i mężczyzn. A kiedyś… Kiedyś po prostu się nie przyznawały.

Nasze babki też zdradzały mężów, lecz jako materialnie od nich zależne wolały nie narażać swoich związków na skutki szczerości. Temat jest więc stary, nowa za to teza, wyjaśniająca biologiczne podstawy zdrad małżeńskich. Okazuje się, że korzystnie ewolucyjnie jest spłodzić dziecko z ognistym kochankiem, ale bezpieczniej wychować je z pomocą łagodnego partnera. Zresztą korzystny jest także romans z przystojniakiem, i nie chodzi wcale o samą przyjemność.

– Helen Fisher, amerykańska psycholog, ukuła hipotezę seksownego syna: jeśli spłodzi się potomka płci męskiej z atrakcyjnym dla innych kobiet samcem (z reguły cudzym mężem), syn będzie „po tatusiu” miał powodzenie u kobiet – wyjaśnia seksuolog Joanna Twardo-Kamińska. I tak podobno co najmniej 10 proc. wychowujących dzieci mężczyzn nie jest ich biologicznymi ojcami!

Biologia biologią, ale kobiety mają własne powody do zdrady. Jakie?

Ciekawość?

Bożena całe życie sypiała tylko z Adamem. Poznali się w ogólniaku i od tamtej pory byli parą. Na studiach wzięli ślub. – Nigdy nie byłam z innym – przyznaje. – Wszystko grało, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać, jak by to było…

Z czasem myśli stawały się coraz bardziej natarczywe i dręczące. W końcu Bożena uległa pokusie: zdradziła Adama. Sprawdziła, jak jest czuć pod palcami skórę innego faceta, jak smakuje, jak się porusza, gdzie chce dotykać kobietę...

Zdaniem Twardo-Kamińskiej taka ciekawość jest naturalna: – Kobieta, która wcześnie związała się z partnerem i nie wie, jak to jest kochać się z innymi, może mieć poczucie straty. Ciekawość będzie głębsza i silniejsza, jeśli koleżanki opowiadają o swoich doświadczeniach, a ona jest jedyną w paczce, która nie miała wielu partnerów... lub jeśli nie była „tą pierwszą”. To może budzić chęć „wyrównania rachunku”.

Ciekawość mami, ale co dalej? Bożena spróbowała i… wróciła skruszona w mężowskie ramiona. Z innym wcale nie było lepiej. Prawdę mówiąc, było fatalnie. Bożenie brakowało intymności, bliskości i czułości. Nowe, zamiast ją podniecać, raczej onieśmielało. A kochanek, nie znając jej ciała, nie potrafił dać jej orgazmu.

Ale nie zawsze tak to się kończy. Magda, która była w takiej samej sytuacji jak Bożena, spróbowała rozkoszy z innym kochankiem i… spodobało jej się!

– Odkryłam smutną prawdę o moim mężu: jest słabym kochankiem. Wreszcie mogłam to porównać. Odkryłam też, jaką frajdę daje prawdziwy, wyuzdany, gorący seks – wyznaje. Teraz zdradza męża regularnie. Czy ma wyrzuty sumienia? Trochę.

– Rozwód? W życiu! Kocham męża. Z innymi to tylko seks – mówi Magda.

Joanna Twardo-Kamińska: – Dla Bożeny ważniejszy w seksie był komponent bliskości emocjonalnej, to dlatego nie dała się uwieść nowości. Dla Magdy istotniejsza jest przyjemność i ekscytacja. Umie oddzielić seks od emocji. Większość kobiet tego nie potrafi.

Czy związki obu kobiet straciły na zdradzie? Bożeny zyskał, bo już wie: to mąż jest tym, z którym jest jej najlepiej. A Magdy?

– Kontynuując zdrady, Magda naraża się na najwyższe ryzyko: rozpadu związku, jeśli zostanie przyłapana. Pomijając aspekt etyczny, paradoksalnie jej relacja może na tym zyskać: jeśli Magda przeniesie do własnej sypialni to, czego się nauczyła w innych. Gdy zacznie czerpać satysfakcję z seksu z mężem, nie będzie szukać jej gdzie indziej – uważa seksuolog.

Syndrom zamykających się drzwi

Ula pierwszy raz zdradziła męża po czterdziestce. Wdała się w romans z o połowę młodszym chłopakiem.

– Miałam wrażenie, że czas ucieka, moja młodość i uroda się kończą i że to ostatnia okazja, żeby coś przeżyć – przyznaje.

Niestety, mąż dowiedział się o romansie i zażądał: zerwij z kochankiem. Ula nie potrafiła, nie mogła sobie tego odmówić. Efekt: mąż odszedł. Joanna Twardo-Kamińska uważa, że Ula padła ofiarą syndromu zamykających się drzwi. Czujesz wtedy, że nie masz już takich możliwości jak kiedyś. Wydaje ci się, że nic cię w życiu nie czeka, że to ostatni dzwonek, by czegoś jeszcze doświadczyć. Efekt?

– Singielki zaczynają zmieniać partnerów, a mężatki decydują się na zdradę z młodszym – wyjaśnia seksuolog. – Ale nie każda 40-latka zdradza. Jeśli kobieta ma dobrą relację z partnerem, który potrafi okazać, że jest dla niego atrakcyjna i ważna, to oprze się pokusie.

Nadmiar szacunku

Seksuologowie Samuel i Cynthia Janus odkryli, że niedopasowanie seksualne jest przyczyną jednej czwartej rozwodów. I nie zawsze to kobietę „boli głowa”.

Lilki głowa nigdy nie bolała. Przed ślubem miała bogate życie erotyczne, także z mężem. – Po ślubie się zmienił – opowiada. – Stał się powściągliwy. A kiedy urodziła się córka, zaczął sypiać ze mną raz w miesiącu i wyłącznie w pozycji misjonarskiej. Dyskusje ucinał, mówiąc: „z kochanką robi się inne rzeczy, a z żoną i matką swego dziecka inne”.

Lilka wytrzymała trzy lata seksualnej posuchy. W końcu zaczęła Jaśka zdradzać. Odejść jednak nie zamierza. Jasiek o nią dba, kocha i zabiega o jej względy. Tylko w łóżku coś szwankuje.

Zdaniem Joanny Twardo-Kamińskiej Jasiek cierpi na syndrom madonny i ladacznicy: kocha i szanuje żonę, ale „brudnym” seksem jej nie zbezcześci. Gdyby trafił na partnerkę o mniejszym temperamencie, związek byłby harmonijny. Ale z Lilką to się nie uda.

– Aby pożycie było udane, wszystkie komponenty muszą być w równowadze. Partnerzy powinni dbać o zaspokojenie potrzeb drugiej strony. Lilka nie jest zainteresowana rozwodem, ale jeśli spotka mężczyznę, który da jej miłość, bezpieczeństwo i dobry seks, to nawet bliskość, którą dostaje od Jaśka, może okazać się niewystarczająca – mówi seksuolog.

Dzień za dniem

Trójczynnikowa koncepcja miłości psychologa Roberta Sternberga zakłada, że na udaną relację składają się namiętność, intymność i zaangażowanie. Namiętność szybko wygasa, intymność natomiast z biegiem lat ulega powolnemu rozpadowi, jeśli o nią nie zadbamy. Z zaniku intymności rodzi się rutyna, a z rutyny – nuda.

Tak było w małżeństwie Izy. Nie planowała romansu, ale… – Nie ekscytowaliśmy się już niczym, co miało związek z relacją. Każdy dzień był taki sam. Gdy do firmy przyszedł nowy kolega, poczułam, że krew znowu krąży mi w żyłach. Miałam ochotę czarować, uwodzić! – opowiada. Uwodziła skutecznie. Zdrada dodała jej skrzydeł.

– Romans to spora dawka dopaminy i oksytocyny – dodają życiu smaku, a w zaniedbanym, rutynowym związku już się nie wydzielają – opiniuje Twardo-Kamińska. – Zwłaszcza jeśli partnerzy zatracili się w swoich rolach rodziców, pracowników… Pojawia się silna potrzeba szukania ożywienia poza małżeństwem.

Seksuolog uważa, że Iza nie trafiłaby w ramiona innego, gdyby razem z mężem starali się urozmaicać wspólne życie. – Róbmy ekscytujące rzeczy. Chodźmy raz w tygodniu do fajnej knajpki, zapiszmy się na kurs tańca, wyjeżdżajmy – podsuwa. – Niech nasze ciała odnajdą nową przyjemność z obcowania ze sobą nawzajem.

Przyjaźń czy kochanie?

Najbardziej typowy model kobiecej zdrady? Z przyjacielem. Statystycznie aż 34 proc. kobiecych zdrad to właśnie związki z bliskim emocjonalnie mężczyzną (na kolejnych miejscach są znajomy: 28 proc. i były partner: 11 proc.).

Tak było w przypadku Joasi. – Mąż mnie nie doceniał i wyraźnie zaniedbywał. Czułam się źle i wypłakiwałam się  w rękaw Staszkowi, kumplowi jeszcze z ogólniaka – opowiada Joasia. – Szukałam ciepła, zainteresowania i bliskości, i je znalazłam. To, że wylądowaliśmy w łóżku, było dla mnie czymś naturalnym.

Intymność emocjonalna łatwo przeradza się w intymność erotyczną. – Bliskie związki z mężczyznami to z reguły związki erotyczne, więc kiedy pojawia się bliskość między przyjaciółmi różnych płci, łatwo im prześliznąć się w zupełnie inny rodzaj relacji – mówi seksuolog.

Z jednej strony dobrze, bo mamy dwa w jednym: bliskość i seks, bezpieczeństwo i intymność. Ale z drugiej strony – jeśli on jest wolny i istnieje między wami bliskość, pokusa podjęcia decyzji „rozwód” jest naprawdę realna.

  1. Psychologia

Zazdrość w związku może pomóc - rozmowa z Katarzyną Miller

Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
Zazdrość w związku może zaszkodzić, ale również pomóc. (Fot. iStock)
"Mam dobrą wiadomość. Z zazdrości można odbić się jak z trampoliny i zanurkować w dobrą miłość" - zapewnia psychoterapeutka Katarzyna Miller w rozmowie z Beatą Pawłowicz. 

Czasem, by poczuć niepokój, wystarczy mało wiarygodny news portalowy: najczęściej romansują i zdradzają w pracy analitycy giełdowi, brokerzy, finansiści. A twój partner pracuje w finansach, i to po 12 godzin na dobę.
Jeśli ktoś czuje niepokój z takiego powodu, to znaczy, że jest zajączkiem, czyli siedzi na strachu. A ten strach więcej mówi o wierze tegoż zajączka w siebie, a raczej o braku tejże wiary, niż o apetycie na seks jego drugiej połowy. Więcej mówi o zajączka samoocenie – raczej mizernej jak zwiędnięta kapusta – niż o tym, co wyczynia, jakie ma ekscesy seksualne w godzinach pracy jego partner czy partnerka.

Zajączek też człowiek! Co ma zrobić, żeby zazdrość schrupać? Na przykład jeździć w przerwie lunchowej do swojej drugiej połowy na seks?
Eeee... Jak ma taką ochotę, niech jeździ. Ale po co cokolwiek robić? Jak ona czy on chce się w pracy splątać z kimś, to niech to robi. Namawianie partnera do zmiany profesji na taką, w której zdrada statystycznie zdarza się rzadko, też nie ma sensu. Nauczyciel polskiego wbrew statystykom też może mieć kochankę, a nawet parę, jak będzie chciał... Moim zdaniem niech sobie zdradza, jak mu tak zależy.

Nigdy nie byłaś zazdrosna?
Tak solidnie – raz. Dawno temu, jak pozwoliłam sobie zapragnąć mężczyzny, który mi się naprawdę bardzo podobał. Przedtem nie czułam zazdrości, bo byłam z mężczyznami, którzy mnie wybierali i o mnie bardzo zabiegali. A więc wiedziałam, że się im podobam, że mnie bardzo chcą i nie musiałam być zazdrosna. Ten też mnie chciał, ale że on mi się tak bardzo podobał jak dotąd nikt, poczułam, że dookoła jest wiele atrakcyjnych kobiet. A skoro on mi się aż tak podoba, to im pewnie też aż tak i będą chciały razem z nim odlecieć.

I co? Pozwoliłaś mu na zdradę, pokonując swoją zazdrość?
Gdzie tam! Zwołałam zebranie wszystkich dziewczyn, z jakimi się kolegowałam, i kazałam im sobie pomóc w zmaganiach z tą zazdrością. Powiedziałam, że chcę wiedzieć, jak one się czują w tym temacie. To zwołanie przyjaciółek było wielkim krokiem dla mnie i prywatnym, i zawodowym, bo wtedy przyznałam się przed nimi do czegoś, czego bardzo się wstydziłam: że wcale nie jestem taka pewna siebie, jak udaję. Odwrotnie – nie jestem i dlatego każda ładna dziewczyna, jaką widzę na ulicy, idąc z nim na spacer czy do sklepu, budzi we mnie lęk, że on mnie zostawi i zaraz za nią poleci.

Koleżanki jako lek na zazdrość o mężczyznę?
Pomogły bardzo, bo powiedziały prawdę o sobie. Jedne przyznały, że są zazdrosne, drugie powiedziały, że nie. I już samo to, że szczerze pogadałyśmy, bardzo pomogło. Wtedy też samą siebie zaskoczyłam, zadziwiłam tym, że oto mogę o sobie samej czegoś nie wiedzieć. A więc pomyślała: „Jest tak, że człowiek nie spotyka się ze swoimi ważnymi, a trudnymi uczuciami, myślami, dopóki nie poczuje konieczności, żeby się z nimi spotkać. Tak jak ja!”. Ja się wtedy dopiero spotkałam ze swoją niepewnością, kiedy poczułam zazdrość, bo ona bardzo mnie bolała. Bardzo mi więc ta moja zazdrość pomogła także w pracy, bo wiedziałam, o co chodzi, kiedy na różnych grupach, które prowadziłam już jako terapeutka, słyszałam, jak dziewczyny mówiły: „Ośmieliłam się na najbardziej atrakcyjnego faceta i nawet z nim jestem, i co?! I dostaję spazmów lęku, że on mnie zostawi. Przy poprzednich nie miałam czegoś takiego...”. Mówię wtedy naprawę szczerze: „Bardzo cię rozumiem”.

Rozumiesz, ale też co radzisz, kiedy kobiety mówią ci o tym, jak bardzo boli je zazdrość?
Radzę zacząć od zdania sobie sprawy, że jest to bardzo ważny moment w ich życiu! Bo oto spotykają się same z sobą. A to ogromna szansa na poznawanie siebie. Czując zazdrość, docieramy bowiem do najbardziej głębokiego punktu intymności, czyli do naszej potrzeby bycia przyjętym, akceptowanym, kochanym, wybranym przez ważnych dla nas ludzi na kogoś bardzo szczególnego. To jest ten punkt, wokół którego rozgrywają się wszelkie nasze cierpienia, pragnienia, tęsknoty, marzenia. Szczególnie te związane ze związkami, z tą intymną przestrzenią, która jest ukryta przed ludźmi, nienazwana. Którą się nie dzielimy i nie wiemy, co z nią zrobić, bo tam w tej zazdrości stajemy się bezradnymi, małymi dziećmi.

Zazdrość jako drzwi do prawdy o mnie?
Tak, bo czując ją, dochodzimy do sedna siebie, do najbardziej głęboko ukrytego lęku – lęku przed odrzuceniem. Siła tego lęku zasadza się na tym, na ile zostaliśmy przez rodziców przyjęci tacy, jacy jesteśmy. Na ile zostaliśmy przez nich zaakceptowani, a więc też na ile zostaliśmy wyposażeni w poczucie wartości, w wiarę w siebie, a na ile nie.

Zazdrość mówi, że chyba nie za dużo tej miłości bezwarunkowej dostaliśmy jako dzieci od naszych opiekunów?
Jest na pewno sygnałem, że znów wydani jesteśmy na pastwę tego, czy ktoś nas przyjmie, czy się nami zachwyci, czy nie zachwyci, i znów w kącie będziemy gryźć paznokcie i nie będziemy mogli ruszyć z naszym życiem dalej. Kiedy ja sama poczułam zazdrość, podjęłam decyzję, że skoro to jest taki ważny moment, bo tak dalece sama spotykam się ze sobą, muszę go uszanować. A więc już nie ten mężczyzna jest najważniejszy, tylko ja i moje uczucia. On jest ważny, ale głównie jako ktoś, kto te uczucia we mnie wywołuje.

No właśnie, te uczucia to przede wszystkim lęk przed odrzuceniem, który bywa nad siły.
I właśnie! Pierwsza rzecz, którą zrobiłam, a która była dla mnie bardzo trudna, to powiedziałam mu coś, co by mi kiedyś przez usta nie przeszło: „Boję się, że mnie zostawisz”. Byłam do tego dnia neurotycznie ambitna, bo też ambicja jest osią neurozy, i nigdy nie pokazywałam tego, co mnie boli. Udawałam mocniejszą, niż jestem. Ale wtedy postawiłam na prawdę. I dobrze, bo on powiedział: „Nie chcę cię zostawiać”. Wtedy zabrałam się do intensywnej pracy nad sobą, zapisałam tony papieru, nazywając swoje uczucia, wzmacniając się afirmacjami, pisząc listy do wszystkich ważnych dla mnie osób o tym, co czuję, co mi zrobili, zapisując sny. Chodziłam też na terapie, kursy, warsztaty, wykłady. A więc przeorałam się przez siebie. To był czas nie tylko zazdrości, ale też bezradności, którą przy tym mężczyźnie poczułam.

Bezradność obok zazdrości? Oj...
Tak, byłam jak mała dziewczynka, bo oto rycerz się pojawił na białym koniu, ale zamiast wspaniałej królewny, w której się zakochał, spotkał dzidzię płaczącą ze strachu, że on będzie kolejną osobą, która ją opuści. Albo nie ukocha tak, jak ona tego potrzebuje. Moi rodzice mnie nie porzucili, a więc bałam się nie tyle tego, że będę porzucona, ile tego, że nie będę przyjęta taka, jaka jestem. Że mężczyzna, którego pokocham, nie potraktuje mnie tak, jak tego potrzebuję. A na to nie miałam wpływu. Wszystko wydawało mi się zależne od niego.

Gdzie tu pozytywne doświadczenie, które pomogło ci nie czuć już nigdy potem zazdrości?
Przeżyłam dużo lęku, bezradności, dużo zwątpień, ale też zobaczyłam, jak potrafię się sobą zajmować, jaka jestem wobec siebie uczciwa. Ile mogę zrobić dzięki ludziom, o ile jestem wobec nich otwarta i nic nie udaję. Postawiłam na siebie i na prawdę, a nie na „zwycięstwo”. Kobiety często poprzestają na tym „zwycięstwie”, a ma nim być to: „Mam go! I wszyscy to widzą, ja sama też”. Kobiety myślą, że to im wystarczy – mieć tego mężczyznę. Myślą, że miłość je uleczy. Ale nie uleczy, bo nie chodzi o miłość, która płynie z zewnątrz, tylko o miłość do siebie, o to wewnętrzne uczucie.

Niektórzy zazdrośnicy robią jednak coś innego, wolą wynająć detektywa.
Tropienie? Po co? To ja mam sobie zagwarantować dobrostan, odrzucić kompleksy i lęk przed zdradą, wypełnić się wiarą w siebie. Jeśli zacznę śledzić swojego mężczyznę, nigdy nie pokocham siebie, nie poczuję się pewna swojej wartości, nie uniezależnię się od oceny i akceptacji innych. A chodzi w tej zazdrości o to, by już nie być zewnątrzsterowną, czyli już nie oceniać siebie na podstawie opinii innych. Ani nie podejmować działań dla innych, tylko dla siebie. A tego, żeby tak robić, nauczyli nas rodzice. Rodzice przeważnie chcą, na szczęście nie wszyscy, żeby dziecko ich słuchało, a nie żeby słuchało siebie. Wydaje im się, że to potwierdzi ich ważność. To iluzja. A dzieci uczą się w ten sposób niesamodzielności życiowej. Szczególnie kobiety jej nabywają, bo są często przekazywane z rąk rodziców do rąk męża i nie mają gdzie nabrać wiary w swoje siły. I są urządzone! Na amen, bo zewnątrz sterowność polega na budowaniu swojej wartości na tym, że on mnie chce. Ale nawet jeśli chce, to co z tego? Nie wiadomo przecież, jak długo będzie mnie chciał?

Może będzie chciał mnie całe życie?
A co ze mną, jeśli nie? Kiedy spotkamy kogoś, o kogo jesteśmy tak zazdrosne, że nie możemy tego znieść, sięgnijmy nie po portfel, by zapłacić detektywowi, ale głęboko w siebie. Szczerość to nasza droga. Ja wtedy myślałam tak: „Skoro aż tak się boję, że moje wewnętrzne dziecko się obudziło, to czy jest szansa na to, by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem?”. Poszłam trudną drogą poznania siebie, ale skoro już zaczynałam wtedy pracować jako psychoterapeutka, chciałam wiedzieć, co jest pod spodem zazdrości. To mi się udało, ta wiedza stała się bazą dla mojego życia i dla pracy.

Można być szczęśliwą z tym, kto zdradza, bo dzięki zazdrości zdobywamy się na samopoznanie?
Nie było zdrady, a już zaistniała zazdrość i obawa, że może zdradzić, bo było tyle niepewności. Ważne, żeby się zdobyć na samopoznanie, postawić na siebie. To ze sobą spędzę na pewno całe życie. A przede wszystkim myślę, że nie ma sensu zajmować się tym, czy on „to” robi, czy nie. Dlaczego ja mam się tym zajmować? Po co? Jeśli uprawia seks z kimś innym, to znaczy, że mu to potrzebne. Ja się nauczyłam nie brać wszystkiego, co ludzie robią, do siebie. Nie wszystko ma przyczynę we mnie. I to ja tego pana, o którego byłam tak zazdrosna, zdradziłam, bo mi było z nim smutno. Potrzebny mi był ktoś radosny i fajny. I powiedziałam mu, że nie zamierzam go za to przepraszać, bo zrobiłam to dla siebie. Potrzebowałam tego, ale też nie wymagam od niego, żeby był kimś innym, niż jest.

A może nie ma co walczyć z zazdrością, bo wtedy walczymy z samą miłością? Może to jej cena? Mówi się przecież, że kto nie jest zazdrosny, to nie kocha.
Zazdrosny trzyma na smyczy, chce zawłaszczyć, a nie kochać. Mówi: „Ja ci nie pozwalam!”, ale czy to jest miłość?! Sama powiedz.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek, filozofka i poetka.

  1. Seks

Co zamiast seksu? Rozmowa z Katarzyną Miller

Każdy wyraz miłości buduje bliskość i intymność bardziej niż superseks. (Fot. iStock)
Każdy wyraz miłości buduje bliskość i intymność bardziej niż superseks. (Fot. iStock)
Prawdziwe szczęście? Rozwój duchowy? Poematy? Odkrycia naukowe? Czy tylko kłótliwość i frustracja? A może na braku seksu coś zyskujemy – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Co zamiast seksu?

Kobiety lubią seks bardziej, niż się mężczyznom wydaje. Żyją z wrednym partnerem, jeśli jest on cudownym kochankiem. Co jednak, kiedy mężczyzna cudowny, ale seksu nie ma?
Niektórzy mężczyźni, a wcale nie jest ich mało, tracą libido na skutek różnych wydarzeń. Zawsze mieli niskie albo im w życiu nie wychodzi tak, jak by chcieli, i czują się niemęscy, więc i wzwodu zaczyna im brakować. Bywa też, że żona czy partnerka przestają się im podobać. I co? Zazwyczaj ani jednego, ani drugiego powodu mężczyzna nie ujawni i udaje, że nie ma ochoty na seks, bo zmęczony albo zły: „Bo ona za dużo wydaje!”. Ucieka taki mężczyzna w pracę, siedzi w firmie do późna, a potem w domu po nocach przy komputerze…

Kobieta myśli: „On mnie już nie kocha, ma inną!”.
Właśnie, co ma wtedy w głowie, to każda z nas wie! Ale niemogący kochać się mężczyzna – a zazwyczaj powodem jest brak wzwodu – jeśli jest przyzwoity i przywiązany do partnerki, nie zostawia jej odłogiem. Tak jak kobieta, która nie ma ochoty, nie zostawi samego sobie mężczyzny, którego kocha. Może zgodzić się na miłość, nawet uczynić ze swojej bierności atut, mówiąc, że to element gry erotycznej w seks z branką… Kocha się dla niego. Podobnie mężczyzna, który nie ma ochoty na seks, nie musi mrozić partnerki cielesnym dystansem. Zawsze może być wobec niej czuły. Może nawet dać jej orgazm, sam nie mając cienia wzwodu. Dobrze dla obojga, kiedy jak człowiek powie jej wprost: „Słuchaj, nie staje mi. To wstyd i to trudne, ale nie mam też ochoty na seks ani na terapię. Mimo to będę się starał cię zaspokoić, żebyś nie czuła się odrzucona”. I choć sam nie może nic z seksu mieć, to stara się na wszystkie możliwe sposoby. Na wszystkie, jakie tylko jej albo jemu wpadną do głowy. Nie musi się wcale podniecać, może też przy tym myśleć, o czym chce…

A wtedy… może stać się cud?!
Właśnie, bo podniecenie kobiety to dla mężczyzny największy afrodyzjak. A jak do tego dodamy jeszcze brak przymusu i oczekiwania, by on wykazał się wzniosłą męskością, to może mu się nagle tego seksu z nią zachcieć. Bo tak naprawdę to nie ona, ale jego problemy ze wzwodem spowodowały, że zaczął szukać winy w niej…

I nie ma już problemu: co zamiast seksu. Ale czy znasz wielu mężczyzn, którzy nie mając wzwodu, pomyślą o seksie z partnerką? No i czy w ogóle znasz takie kobiety, które nie czując się pożądane, znajdą zadowolenie w łóżku?!
Są tacy mężczyźni i takie kobiety. Nie wiem, czy wielu. Na pewno to ci wyjątkowi, którzy patrzą prawdzie prosto w oczy. Ci mężczyźni nie obciążają kobiety odpowiedzialnością za wszystko. Nie wstydzą się swojej niedyspozycji, czyli mają poczucie tego, że są mężczyznami, nawet jak im nie staje. A te kobiety nie budują swojego poczucia kobiecości i wartości na byciu pożądaną, czyli na jego wzwodzie. I nie oczekują od mężczyzn, żeby zawsze i wszędzie mogli. One nie chcą pełnić funkcji usługowej i nie będą udawać orgazmu, „żeby jemu było miło i żeby nie poszedł do innej”. Zgodzą się na takie „zamiast”, jeśli dały sobie prawo do rozkoszy, do tego, żeby im było dobrze.

Takie kobiety nazywasz „niegrzecznymi dziewczynkami”?
Tak. Ale też łatwiej kobiecie na takie zaspokojenie przystać, jeśli mężczyzna powie jej uczciwie, ciepło i serdecznie, co się z nim dzieje. Oczywiście, nie: „Przestałaś mi się podobać!”, ale: „Nie jestem już taki sprawny, jak byłem”. I doda: „Mimo to chciałbym, żeby było ci przy mnie dobrze”. To wzruszający wyraz miłości, coś, co zbuduje bliskość i intymność bardziej niż superseks.

"Bo przecież bez seksu żyć można! I wiele par żyje"
Nawet nie wiesz, jak wiele. Ludzi poza seksem i miłością wiążą majątek, dzieci czy sympatia. I nie chcą tego zmieniać, choć w ich sypialni są dwa łóżka i lodowa atmosfera.

Ale też to, o czym mówisz, to jednak seks. Nawet jeśli nietypowy. A co, gdy żadnego seksu nie ma? Co zamiast?
Ludzie zamiast seksu robią całe mnóstwo różnych rzeczy: chodzą na spacery, do kina, do teatru. Całe życie robią „zamiast seksu”. Jeśli się lubią, darzą sympatią, to ona pójdzie z nim na mecz, a on z nią do teatru. Albo sobie ugotują coś pysznego, albo pojadą do Wietnamu zobaczyć bajkowe krajobrazy! Mogą też rozmawiać, ale to akurat, niestety, rzadko robią…

Na czym polega ten myk, że chodzenie do teatru nie jest dla sztuki, ale zamiast seksu?
Oni wiedzą, że to zamiast seksu, bo seksu nie mają. Są białym małżeństwem i tak sobie żyją. No, chyba że tylko jedno z nich nie chce seksu, a drugie chce. Wtedy zazwyczaj kończy się albo zdradą, albo masturbacją…  W każdym razie frustracja dla pragnącej seksu strony to częste „zamiast”.

A jeśli takiego „zamiast” nie chcemy? To co? Bieganie, jakiś inny sport?
Dobre jest wszystko, co sprawia, że ciało ma wrażenie, że mu się przydarzyło coś miłego, że doświadczyło czegoś fajnego. Sport, bieganie, wiosłowanie. Taniec może być spełniający, bo angażuje całe ciało, zwłaszcza gdy ono robi to, na co ma ochotę. Ćwiczenia fizyczne dają endorfiny, a to radość. Sprawiają, że ciałko czuje się używane, tak jak w seksie. I jest zadowolone, bo i zmęczone, i w dobrej kondycji. Sport to kontakt z własnym ciałem, czyli też z emocjami. Śmiech zamiast seksu to też dobry pomysł. Opowiadać dowcipy, słuchać. Iść na komedię i śmiać się do woli. Można też poopowiadać komuś bliskiemu, przyjaciółce na przykład, o tym, że seksu nie ma. Zwierzanie się też daje ulgę, bo już nie męczy tajemnica i nie czujemy się same, bo przyjaciółka może powiedzieć: „Wiesz, ja też nie mam seksu, bo mój Tomek nie lubi… albo nie może”.

Żeby olśnić kobietę, mężczyźni biorą się za siebie: odchudzają się, zaczynają dbać o ubranie, leczą zęby. Kobiety podobnie, gdy pragną i czekają na seks z ukochanym… Czy to dobry pomysł, by zamiast seksu zajmować się swoim wyglądem?
Swoim ciałem! Tak! Robimy to po to, by uwieść kogoś, ale wychodzi z tego coś fajnego dla ciebie. I warto uważać, by się znów nie zapuścić, jeśli nam się nie uda. Lepiej zostać takim fajnym, bo jeśli nie ta osoba, to inna nas zechce…

Zamiast seksu możemy też tworzyć, projektować, jak Antoni Gaudí, któremu nie układało się z kobietami i cały poświęcił się architekturze.
To, o czym mówisz, to sublimacja, czyli zamiana energii seksualnej na inną. Wykorzystanie jej nie do ciupciania, tylko to tworzenia. Mówi się, że tak pożądanie zmienia się w uczucia wyższe. W moim odczuciu mówimy „wyższe” tylko dlatego, że rodzą się powyżej pasa, a są tak samo człowiecze. Ale to prawda, że dzięki sublimacji piszemy np. sonety, jak Petrarka o utraconej Laurze. Pewnie człowiek twórczy i tak by tworzył, nawet gdyby miał seks na każde zawołanie. Ale może mniej? Czy co innego? Podobnie zyskują energię naukowcy. Nie ciągnie ich zazwyczaj ani do seksu, ani do bliźnich, cali są skupieni na badaniach i analizach. Całą moc, którą odbierają swojej seksualności, mogą poświęcić na myślenie, analizowanie.

Ale tędy też prowadzi droga do duchowości. Gdy zabraknie Laury, niespełniona miłość pcha Petrarkę ku miłości do Boga.
Myślę, że coś takiego dzieje się z niektórymi ludźmi. Doświadczają uczuć czy stanów z całkiem innego rozdzielnika, gdy nie ma seksu. Rezygnując z niego świadomie dzięki pracy nad sobą, stają się bardziej wrażliwi, uważni na innych, na świat…

Dalajlama w „Wielkiej księdze radości” Douglasa Abramsa mówi, że istnieje szczęście ulotne, płynące ze zmysłowej przyjemności. Ale jest i trwałe, płynące z umysłu – dostępne, gdy rozwiniemy w sobie współczucie i szczodrość. A to możliwe dzięki treningowi umysłu, a nie mięśni Kegla… Zamiast seksu „szczęście prawdziwe”?
Większość ludzi takiej szczęśliwości nie wybierze. To droga trudna i wymagająca wielu wyrzeczeń. Myślę, że z tęsknoty i niespełnienia mogą zbudzić się w ludziach nie tylko różne talenty, ale także zdolności, takie jak empatia. W człowieku tkwi energia libidalna, która może służyć do różnych celów. Pozostawiona bez kontroli podkręca nas, zaczyna nas wtedy nosić. A jeśli nie umiemy jej użyć jak Gaudí czy Dalajlama, to możemy wysprzątać mieszkanie… Albo się z kimś pokłócić. Ludzie sfrustrowani z powodu braku seksu to raczej reguła. Dlatego pierwsza rzecz, która odbywa się w parze zamiast seksu, to kłótnia. Brak seksu powoduje duże napięcie i dlatego ten, kto jest osobą seksualnie rozwiniętą i pobudzoną, bez seksu staje się kłótliwy.

Kłótnia, a nie sonety? Taka jest praktyka?
Właśnie, bo kłótnia daje upust energii, ba, staje się rodzajem namiętności. Złość pomaga wypuścić dużo energii także libidalnej. Daje poczucie wewnętrznej eksplozji podobnie jak orgazm. Bierze w niej udział ciało, emocje, umysł: robi się gorąco, serce przyspiesza. Jak w sypialni! Na pewno kłótnia jak seks nas wyczerpuje. A więc i uspokaja. Nawet jeśli awantura nie daje przyjemnej ulgi, to jakąś ulgę daje. Po kłótni jak po seksie „przestaje nas nosić”. A jeśli ludzie są sami i nie mają ani z kim się kochać, ani pokłócić, to są kłótliwi w ogóle. Można znaleźć dobry pretekst, aby tej energii użyć bez seksu. Można opieprzać pracowników, bo czegoś nie zrobili, bo nie dotrzymali terminów. Powód zawsze się znajdzie, jeśli go szukamy.

Można też zwyczajnie z tęsknoty i niespełnienia zacząć pić albo się objadać…
Wszystkie uzależnienia pojawiają się, kiedy w emocjach mamy dziurę. Można jeść, można pić, można robić zakupy, żeby dać sobie coś zamiast, coś fajnego, i tym tę dziurę zapchać. Wszystkie rzeczy, które pomagają ukoić napięcie w ciele, są poszukiwane. Jedzenie także je koi. Kiedy nie ma seksu, więcej jemy i pijemy. Daje nam to uczucie pełni utraconej po rozstaniu. Uczucie sytości, jakie mamy czasem po udanym i wyczerpującym seksie. Przyjemności także i zmysłowej, bo jedzenie jak seks, to smaki, zapachy, dotyk na języku, w dłoniach. Zapycha dziurę w sercu w przyjemny sposób. Bo wtedy jak objedzony kot jesteśmy ociężali i już się nam niewiele więcej chce. Można pospać. Człowiek po jedzonku czuje się zaspokojony cieleśnie. Alkohol pomaga, ale inaczej, przestajemy tę dziurę w sercu czuć… To niebezpieczne, bo łatwo uzależnić się od tego alkoholowego nieczucia.

Seks nie pozbawia nas czegoś cennego? XII-wieczni trubadurzy gloryfikowali nie tyle seks, ile tęsknotę, sekret, oświecenie.
Można popróbować i seksu, i abstynencji. I sobie wtedy wybrać, co komu pasuje. Seks? Nawet samemu ze sobą, bo to wyraz miłości do siebie. Albo rezygnacja z uciech ciała z nadzieją, że w ten sposób damy uciechę duszy. Proszę bardzo, jak ktoś tylko tego chce. Najważniejsze to mieć wolny wybór. To droga do miłości.